Nie na wszystkie ksi±¿ki zawsze jest odpowiedni czas. Rynkowy umys³ najlepiej czytaæ w okresie… gospodarczego kryzysu. A je¶li jego kulminacja przypada na rok, którego patronem jest Karol Darwin, ksi±¿ka Michaela Shermera, amerykañskiego historyka nauki i zapalonego mi³o¶nika kolarstwa, staje siê lektur± obowi±zkow±.
Ale nie okoliczno¶ci zewnêtrzne, niezale¿ne przecie¿ od autora, stanowi± o randze tej pozycji. Warto¶ci± sam± w sobie jest sposób ukazania tematu. Shermer sprowadza dobór naturalny i niewidzialn± rêkê rynku do wspólnego mianownika, jakim jest ekonomia ewolucyjna. Pokazuje analogie miêdzy dwoma mechanizmami z pozoru tak odleg³ymi od siebie, a jednak bliskimi. Bo tak jak dobór naturalny odrzuca to, co z³e, tak i w gospodarce pozostaj± jedynie produkty dobrej jako¶ci, u¿yteczne, ciesz±ce siê popytem. Teoria ekonomii ewolucyjnej nie jest nowa – zaistnia³a w pocz±tkach XX w. – niemniej pró¿no dzi¶ jej szukaæ w awangardzie koncepcji ekonomicznych. Po przeczytaniu tej ksi±¿ki trudno zrozumieæ, dlaczego wci±¿ to Homo economicus pozostaje obowi±zuj±c± doktryn±. Mo¿e po prostu chcemy s±dziæ, ¿e kierujemy siê zdrowym rozs±dkiem?
Shermer, jak na zawodowego sceptyka przysta³o (jest za³o¿ycielem Skeptic Society i wydawc± magazynu „Skeptic”), bierze siê za bary z takim my¶leniem, bezlito¶nie obna¿aj±c jego podstawowe za³o¿enie, jakoby cz³owiek we wszelakich posuniêciach, w których w grê wchodz± pieni±dze, kierowa³ siê li tylko rozumem. Ka¿e nam wybieraæ. Pewna firma oferuje nowy telefon komórkowy za 100 dolarów, ale piêæ ulic dalej identyczny model mo¿na kupiæ za 50. Któ¿ by nie skorzysta³ z okazji? A gdyby ta sama firma sprzedawa³a notebooka za 1000 „zielonych”, a kilkaset metrów dalej by³ on dostêpny za jedyne 950, to te¿ wybraliby¶cie siê na spacer? Je¶li odpowied¼ brzmi „nie”, to w³a¶nie znaczy, ¿e logika nie by³a tutaj waszym sprzymierzeñcem, bo przecie¿ w obydwu przypadkach chodzi³o o zaoszczêdzenie takiej samej sumy. Autor pyta dalej: wolicie byæ stutysiêcznym klientem kina i otrzymaæ w nagrodê 100 dolarów czy te¿ byæ milion pierwszym – dostaæ wiêcej, bo 150, ale widzieæ, jak ten przed wami, milionowy klient, odbiera bonus w postaci 1000 „baksów”?
Nad odpowiedzi± nie ma co siê zastanawiaæ. Zakodowana jest ona w nas od tysiêcy lat. Te same „programy”, które sterowa³y zachowaniem w gospodarce ³owiecko−zbierackiej, wyznaczaj± dzia³ania w gospodarce konsumencko−handlowej. Potrafili¶my jedynie w³a¶ciwie zaadaptowaæ je do naszych wzrastaj±cych psychologicznych aspiracji. Nad egoizm zaczêto wiêc przedk³adaæ bezinteresowno¶æ, a wspó³praca okaza³a siê cenniejsza od rywalizacji. Pojawi³o siê te¿ zaufanie, dla Shermera najbardziej kluczowa emocja. Jego zdaniem, sieci oparte na zaufaniu i gwarantuj±ce ich istnienie instytucje spo³eczne sk³aniaj± ludzi do moralnego postêpowania. A to prowadzi do wzrostu gospodarczego. W ten sposób od hord, klanów i plemion mogli¶my przej¶æ do demokratycznych imperiów, od braku wymiany handlowej – do wolnego rynku.
Niejednokrotnie w trakcie lektury czu³em siê skonfundowany. Najbardziej chyba dlatego, ¿e na wiêkszo¶æ stawianych przez autora pytañ odpowiada³em tak, jak chcia³, potwierdzaj±c tym samym jego za³o¿enie o irracjonalno¶ci ludzkich zachowañ. Taka lustrzana konfrontacja z samym sob± daje wiêcej ni¿ niejedna lekcja teorii. To dok³adnie tak, jak z kryzysem. Dopóki nie poczuje siê go w kieszeni, trudno uwierzyæ w jego istnienie.
Rozprawa o nienawi¶ci francuskiego filozofa André Glucksmanna zas³uguje na uwa¿n± lekturê, poniewa¿ jest dzie³em odwa¿nym, walcz±cym, id±cym pod pr±d dominuj±cym nurtom lewicuj±cej my¶li europejskiej. Jest ostrze¿eniem. Przy tym napisana jest z pasj± publicystyczn± bardziej ni¿ filozoficzn±, choæ pe³na jest erudycji, odniesieñ do literatury.
Przedmiotem Rozprawy nie jest jednak nienawi¶æ, a z³o moralne w ¶wiecie, z³o „przez du¿e Z”. Motywem do jej napisania by³ za¶ fakt negowania z³a (nienawi¶ci) jako takiego. „Wiêkszo¶ciowa i konformistyczna teza brzmi nastêpuj±co: nienawi¶æ przez du¿e „N” nie istnieje. W gruncie rzeczy do¶wiadczan± i okazywan± nienawi¶æ nale¿y zredukowaæ do poprzedzaj±cych j± przyczyn zewnêtrznych: nieszczê¶cia, niefortunnych wydarzeñ, nêdzy, frustracji, upokorzeñ i zniewag. Nienawi¶æ jest tylko zgni³ym owocem niedostatków edukacji, która rêczy, ¿e to, co ponoæ nie istnieje, zostanie przez ni± wyplenione. Potem nast±pi powszechne uniewinnienie i zgodne u¶ciski. Teza, której bronimy, jest zgo³a odmienna: nienawi¶æ istnieje i ka¿dy z nas siê z ni± zetkn±³.”
Wska¿my dwie interesuj±ce kwestie. Pierwsza to opis struktury dzia³ania rz±dzonego nienawi¶ci±. Glucksmann, w nawi±zaniu do antycznego dramatu i pism Seneki, wskazuje trzy etapy takiego dzia³ania: dolor, furor i nefas: „kanoniczny scenariusz nadaj±cy tragedii strukturê rozwija siê w trzech etapach. Pierwsza runda, dolor, bohater kryje siê w sobie, daje siê poch³on±æ swemu cierpieniu, wyolbrzymia je do tego stopnia, ¿e nie s³yszy w sobie nic poza nim. Druga runda, furor, ból objawia siê na zewn±trz i ¶ciera w proch to, co bliskie, pó¼niej to, co bardziej odleg³e. Ostatnia, trzecia runda, nefas, kiedy nieznana dot±d zbrodnia zmiata ¶lad tera¼niejszo¶ci i przysz³o¶ci (...). W sercu mechanizmu porusza siê niewzruszony silnik, odio, gniew (...) w ca³o¶ci jest jednym wzburzeniem i znajduje swój wyraz w gwa³townym porywie sza³u i zionie z gruntu nieziemsk± ¿±dz± broni, krwi, ¶miertelnych tortur”.
Druga interesuj±ca rzecz to trzy miejsca, które Glucksmann wskazuje jako tereny wspó³czesnej nienawi¶ci. Po pierwsze, wspó³czesny antysemityzm, ogniskuj±cy siê w powszechnej, przynajmniej we Francji, niechêci do Izraela oraz sympatii do islamu i Palestyñczyków; dzisiejszy terroryzm za¶ to, wed³ug Glucksmanna, nowa ikona nienawi¶ci. Drugi przejaw nienawi¶ci to dominuj±cy w Europie kontynentalnej antyamerykanizm, z Bushem przyrównywanym w prasie np. francuskiej (sic!) do Hitlera i z zachwytami nad klêsk± Ameryki, jakie siê pojawi³y po 11 wrze¶nia 2001. Trzecia za¶ forma nienawi¶ci to „najstarsza w historii” nienawi¶æ do kobiet. Trwa³o¶æ i powszechno¶æ tej ostatniej t³umaczona jest przez Glucksmanna s³abo¶ci± kobiety. „W jej nagiej i widocznej skoñczono¶ci jawi siê jako alter ego wszystkich ego, których zuchwa³o¶æ ka¿e im traktowaæ j± z góry.”
Na koniec uwaga (krytyczna?). Rozprawa nie daje (chyba w ogóle nie szuka) metafizycznego wyja¶nienia fenomenu z³a. Pytanie o naturê z³a i jego korzenie (w naturze cz³owieka?) w ksi±¿ce nie pada. Autor zatrzymuje siê (byæ mo¿e w sposób zamierzony, ¿eby nie straciæ dono¶no¶ci krzyku) na p³aszczy¼nie fenomenologicznej. Ten, kto wierzy, ¿e z³o istnieje, ale chcia³by siê dowiedzieæ dlaczego, nie jest zatem jej g³ównym adresatem.
Czêsto siê s³yszy, ¿e nie ma z³ych ludzi, s± tylko z³e uczynki. Rodney Castleden z takim twierdzeniem raczej by siê nie zgodzi³. Przedstawia w swojej ksi±¿ce ludzi, którzy celowo i systematycznie pope³niali z³e czyny. W ich postêpowaniu nie by³o niczego przypadkowego czy nieumy¶lnego, zatem trudno szukaæ usprawiedliwienia tego, co zrobili. Autor wychodzi z za³o¿enia, ¿e z³o jest komponentem naszego ¿ycia, czy tego chcemy, czy nie. Nale¿y mu siê przyjrzeæ z bliska, po to, by je zrozumieæ (przynajmniej próbowaæ), broniæ siê przed nim, a jeszcze lepiej – umieæ zdusiæ je w zarodku.
Z³o w du¿ej mierze zale¿y od ducha epoki. Niektóre okresy w historii wydaj± siê bardziej obfitowaæ w z³ych ludzi ni¿ inne. Dwudziesty wiek wi±¿e siê z niespotykan± wcze¶niej epidemi± z³a, prawdopodobnie dlatego, ¿e technologia i uprzemys³owienie dzia³añ wojennych uczyni³y stosunkowo ³atwym zabijanie ogromnej ilo¶ci ludzi przy u¿yciu broni masowego ra¿enia. Ka¿dy z 20 najwiêkszych krwawych epizodów XX stulecia, opisywanego jako haemoclysm, czyli powód¼ krwi, poci±ga³ za sob± miliony ofiar.
Castleden pisze we wstêpie, ¿e jego praca jest dok³adn± analiz± z³a. Takie twierdzenie jest jednak myl±ce. W ksi±¿ce opisano ponad 90 najgorszych ludzi, ale na ka¿d± postaæ przypadaj± zaledwie 2−3 strony. To zdecydowanie za ma³o, by czytelnik móg³ wnikn±æ w psychikê zbrodniarza, zrozumieæ go czy przeraziæ siê jego sposobem my¶lenia i czynami. Opisywani ludzie pozostaj± papierowi, bo suche fakty, jakimi autor operuje, nie s± w stanie poruszyæ nas, zbulwersowaæ, sprawiæ, ¿e poczujemy do tych potworów odrazê i wstrêt. Nie da siê jednak ukryæ, ¿e ksi±¿kê wertuje siê z nieprzyzwoit± ciekawo¶ci± i ³apczywo¶ci±, nieco wstydz±c siê tego, ¿e z³o mo¿e bardziej poci±gaæ ni¿ dobro.
Autor grupuje opisywane postaci ze wzglêdu na ró¿ne rodzaje z³a. S± w¶ród nich: Straszne kobiety, Nazi¶ci, Seryjni mordercy, Wspó³cze¶ni tyrani i zbrodniarze wojenni. Wszystkich jednak ³±czy jedna charakterystyczna cecha: nieprzewidywalno¶æ. Iwan Gro¼ny np. cierpia³ na depresjê maniakaln± z napadami szalonego sadyzmu na przemian z okresami statycznej depresji religijnej, kiedy to nosi³ pokutne odzienie i publicznie wyznawa³ swoje grzechy. Kaligula jako ma³y ch³opiec doskonale odgrywa³ rolê maskotki w¶ród ¿o³nierzy, którzy ubierali go w malutki mundur i równie ma³e, ¿o³nierskie buty. Zaledwie kilka lat pó¼niej uroczy ch³opczyk przeobrazi³ siê w dzik± bestiê uzale¿nion± od ekscesów seksualnych. El¿bieta Batory, piêkna hrabianka o g³adkiej cerze i jasnych w³osach, z braku innych rozrywek na zamku pi³a ludzk± krew i sta³a siê inspiracj± Brama Stokera do stworzenia powie¶ci o Drakuli. Heinrich Himmler podczas wizyty na froncie rosyjskim ogl±da³ zorganizowan± specjalnie dla niego egzekucjê – rozstrzelanie setki ¯ydów. Zrobi³o mu siê niedobrze i prawie zemdla³. Po tym zdarzeniu zarz±dzi³ bardziej „humanitarn±” metodê egzekucji: zastosowanie truj±cego gazu w specjalnie zbudowanych komorach, upozorowanych na kabiny prysznicowe. By³ to przera¿aj±cy przeb³ysk wra¿liwo¶ci i cz³owieczeñstwa.
Z³o k³óci siê z zasadami – przynajmniej dla wiêkszo¶ci z nas – i choæ wolimy o tym nie pamiêtaæ, stanowi integraln± czê¶æ historii, a co gorsza – jest nieod³±cznym elementem naszej codzienno¶ci.
Dostali¶my kolejn± ju¿ ksi±¿kê powsta³± na podstwie materia³ów zgromadzonych podczas pracy nad Wielk± Encyklopedi± PWN. Tym razem jest to obszerne opracowanie dziejów ludzkiej twórczo¶ci, zarówno w dziedzinie my¶li teoretycznej, jak i wszelkich przejawów artystycznej aktywno¶ci. Chronologiczny uk³ad ksi±¿ki pozwala ¶ledziæ rozwój kultury od prehistorii a¿ do naszych czasów. Ca³o¶æ podzielono na piêæ rozdzia³ów wed³ug wielkich epok (Prahistora i staro¿ytno¶æ, ¦redniowiecze, Nowo¿ytno¶æ, Wiek XIX i Wspó³czesno¶æ), a w ich ramach pomieszczono przegl±d kierunków i stylów (np. od preromantyzmu do secesji w rozdziale Wiek XIX, od fowizmu do wideo−artu we Wspó³czesno¶ci). W krêgu zainteresowañ twórców encyklopedii znalaz³o siê ca³e spektrum dziedzin sztuki: od architektury, przez rze¼bê i malarstwo, muzykê, literaturê i teatr, po film i sztuki audiowizualne. Zasadnicze teksty opisuj±ce kierunki w dziejach kultury s± bogato ilustrowane oraz uzupe³nione o dodatkowe zestawienia, noty i opisy. Otrzymujemy wiêc kompetentny przewodnik po historii sztuki. Je¶li dodamy do tego staranno¶æ i estetykê wydania, pozostaje tylko poleciæ tê ksi±¿kê wszystkim zainteresowanym sztuk± zarówno zawodowo, jak i hobbystycznie.
Jaki obraz dzia³alno¶ci artystycznej cz³owieka wy³ania siê z tej ksi±¿ki? Niew±tpliwie jest to obraz upadku. Monumentalne dokonania staro¿ytno¶ci, których tylko niewielka czê¶æ dochowa³a siê do naszych czasów i odwo³uj±ce siê do nich dzie³a nowo¿ytnego klasycyzmu, akty strzeliste ¶redniowiecza tworzone ad maiorem Dei gloriam i urocze deformacje barokowo−rokokowych manieryzmów, g³êboko humanistyczne zainteresowania renesansu i realizmu czy pozytywizmu, rozwichrzone parapsychologie romantyczne i ekspresjonistyczne lêki, a tak¿e przeestetyzowane, patetyczne dzie³a symbolizmu czy secesji – wszystkie te pr±dy i trendy w kulturze ³±czy³o jedno podstawowe kryterium: wysokie umiejêtno¶ci warsztatowe artystów, to, co z jêzyka niemieckiego znamy jako kunst. Dziêki dba³o¶ci o artystyczny kszta³t i wyraz dzie³a, twórca nie traci³ kontaktu z odbiorc±. Sztuka nie zawsze bywa³a „Bibli± dla ubogich”, niemniej forma wci±¿ pozostawa³a p³aszczyzn± komunikacji, nawet z nieco mniej wyrobionym odbiorc±.
I komu to przeszkadza³o? – mo¿na by zapytaæ. Demonta¿ sztuki zacz±³ siê na prze³omie wieków XIX i XX, w epoce moderny. W±tki indywidualistyczne pojawia³y siê, co prawda, ju¿ przedtem, ale teraz has³o walki z filistrem i jego konsekwencja – „sztuka dla sztuki” wprost nakazywa³y ignorowaæ potencjaln± publiczno¶æ. Od tej pory jêzyk sztuki staje siê coraz bardziej hermetyczny, a jej tematyka systematycznie siê zawê¿a do samego artysty i aktu twórczego, za¶ metody oddzia³ywania ograniczaj± siê do prowokacji i szokowania. Artyst± mo¿e zostaæ ka¿dy, wystarczy, ¿e bêdzie mia³ na to papier, a wówczas wszystko, co wychodzi spod jego rêki, staje siê automatycznie dzie³em sztuki. Coraz bardziej górnolotnie brzmi±ce manifesty, zastêpuj± rzeczywiste dzia³ania artystyczne.
I tak rozchodz± siê drogi twórców i ich odbiorców. Pomieszanie jêzyków powoduje brak jakiejkolwiek komunikacji. Budowa Wie¿y Babel, ¶wiadcz±cej o potêdze wyobra¼ni i kunsztu, o tkwi±cej w cz³owieku Bo¿ej iskrze, przerabiaj±cej „zjadaczy chleba w anio³ów”, zostaje skutecznie przerwana. I nic nie wskazuje na to, by prace mog³y kiedy¶ znowu ruszyæ z miejsca. Pouczaj±ce, choæ nieweso³e.
O Ryszardzie Kapu¶ciñskim wydano ju¿ kilka prac, na ogó³ zbiorowych. Jedn± z nich jest ksi±¿ka opracowana przez Bogus³awa Wróblewskiego. Autorami szkiców s± znani i uznani krytycy literaccy, literaturoznawcy, jêzykoznawcy, twórcy, politolodzy czy akademicy o zainteresowaniach kulturoznawczych: W. Pisarek, J. Bralczyk, M. Czermiñska, M. G³owiñski, J. Miko³ajewski, L. M±dzik, P. Czapliñski i inni.
Badacze rozpatruj± twórczo¶æ Kapu¶ciñskiego przede wszystkim jako pisarza. Pos³uguj±c siê instrumentarium literaturoznawczym i jêzykoznawczym, opisuj± jego utwory w wymiarze przynale¿no¶ci do literatury. Wnikliwie omówione zosta³y jego dwa tomy wierszy.
Mimo ¿e opracowaniom tym trudno odmówiæ bogactwa poznawczego, to jednak czego¶ w ksi±¿ce brakuje. Skoncentrowano siê przewa¿nie na „formie”, a przecie¿ j±dro pisarstwa Kapu¶ciñskiego mie¶ci siê gdzie indziej. Ale i nie tutaj tkwi przyczyna pewnej s³abo¶ci tego sk±din±d ciekawego wydawnictwa. Problem, jak s±dzê, polega na tym, ¿e wobec twórczo¶ci Kapu¶ciñskiego przyjêto postawê afirmatywn±: jego teksty, wypowiedzi i autokomentarze przyjêto nieomal w kategoriach s³owa objawionego. A przecie¿ badacze, wg³êbiaj±c siê w osobowo¶æ twórcz± autora Hebanu bezb³êdnie pokazuj±, ¿e ¼ród³em jego pasji podró¿owania i pisania by³ samokrytycyzm i krytycyzm wobec ¶wiata. Wielko¶æ Kapu¶ciñskiego najbardziej ujawnia siê wtedy, gdy czytelnik podejmuje z nim polemikê (uczyni³ to w jakim¶ stopniu w swoim syntetycznym szkicu P. Czapliñski, który pokazuje, jak reporter dotar³ do granic uprawianego przez siebie gatunku).
Mimo powy¿szego zastrze¿enia, zachêcam do lektury tego wielowymiarowego portretu, w którym Kapu¶ciñski odkrywany jest jako mêdrzec, prozaik, poeta, eseista, dziennikarz, fotograf, wyk³adowca, politolog, filozof, kulturoznawca, uczestnik najnowszej historii zarówno Polski, jak i Azji, Afryki czy Ameryki Po³udniowej. Tak wielu autorów o ró¿nej wra¿liwo¶ci i zainteresowaniach dostrzeg³o wspólne wyj±tkowe w³a¶ciwo¶ci pisarstwa Kapu¶ciñskiego – jest ono emanacj± czy te¿ nastêpstwem ¿ywego cz³owieczeñstwa. Zdolno¶æ pisarza do empatii, do wspó³odczuwania oraz autentyczne zaciekawienie drugim cz³owiekiem wyznaczaj± tu swego rodzaju pewnik, od którego zaczyna siê my¶lenie o Kapu¶ciñskim. W tych rozmaitych narracjach, w których pojawia siê czasem ton osobisty, poufa³y, powtarzaj± siê tak kluczowe dla zrozumienia tego pisarstwa s³owa, jak: „godno¶æ”, „wolno¶æ”, „równo¶æ”, „braterstwo”, „kultura”, „to¿samo¶æ”, „inno¶æ”. Nie ulega w±tpliwo¶ci, ¿e wiele z³a bierze siê z tego, i¿ kto¶ kogo¶ upodli³ lub pragnie to zrobiæ z racji przyznawania wy³±cznie sobie lub swojej kulturze faktycznej warto¶ci. Reporta¿ysta pokaza³ mnóstwo razy, ¿e upodlenie by³o i jest jednym z najskuteczniejszych sposobów realizowania ¿±dzy dominacji.
Zastanawia mnie, ¿e ¿aden z autorów nie waha siê przed identyfikowaniem tekstów Kapu¶ciñskiego z nim samym. Odej¶cie za¶ od fikcji nie stanowi przeszkody, by traktowaæ jego ksi±¿ki w kategoriach artystycznych. ¦wiadomo¶æ, ¿e autor Imperium odnosi siê wci±¿ do obserwacji i do¶wiadczeñ realnych, wzmacnia u interpretatorów potrzebê snucia refleksji etycznej. Nikt siê nie dziwi, ¿e Kapu¶ciñski podj±³ siê misji zrozumienia tego, co dzieje siê z lud¼mi i ludzko¶ci±. Wspominam o tym, bo mog³o siê wydawaæ, ¿e nawet w uniwersyteckim dyskursie humanistycznym pozbyli¶my siê wiary w moraln± funkcjê literatury.
Co ³±czy „Damê z harf±” i ¶w. Krzysztofa z Kopic, epitafia Kitlizów, figurê Chrystusa znalezion± na sk³adowisku kamieni Zieleni Miejskiej w Opolu, kolumnê dominikañsk±, figury czterech pór roku z Biestrzykowic? Nie tylko to, ¿e wszystkie te przepiêkne, zabytkowe rze¼by zosta³y przez bezmy¶lnych ludzi skazane na zniszczenie, a nastêpnie uratowane dziêki pasji jednego cz³owieka. Tak¿e to, ¿e dzi¶ zdobi± budynki i place Uniwersytetu Opolskiego. W s±siedztwie Collegium Maius i wspomnianych zabytkowych figur pojawi³y siê te¿ pomniki wybitnych artystów kultury popularnej: A. Osieckiej, Cz. Niemena i M. Grechuty. Wszyscy oni byli zwi±zani z Festiwalem Piosenki Polskiej w Opolu. Pos±gi stare i nowe ³±czy nie tylko miejsce posadowienia, ale tak¿e to, ¿e powsta³y z inicjatywy prof. Stanis³awa Niciei, by³ego rektora UO.
Ksi±¿ka opowiada o tym, jak z ruin podominikañskiego budynku, który przez wiele lat pe³ni³ funkcjê szpitala, powsta³ wspania³y gmach uniwersytecki – Collegium Maius. Pasja prof. Niciei doprowadzi³a do odbudowy zabytkowych gmachów (równie¿ Collegium Minus, czyli dawny sierociniec), a tak¿e do ozdoby tych obiektów i ich okolicy wspania³ymi pomnikami.
Opisuj±c dzieje obiektów i rze¼b, które dzi¶ tworz± klimat uniwersytetu, prof. Nicieja przywo³uje ludzi, którzy wnie¶li choæby najdrobniejszy wk³ad w to dzie³o. Obok wybitnych polityków, biznesmenów, profesorów i artystów pojawiaj± siê nazwiska ludzi prostych, pracowników uniwersytetu, wójtów, rzemie¶lników. Wskazuje tak¿e tych, którzy doprowadzili do ruiny zabytkowe obiekty ¦l±ska, nie tylko pojedyncze rze¼by, ale i ca³e zespo³y pa³acowe. Niestety, czêsto pojawiaj± siê w tym kontek¶cie nazwiska konserwatorów zabytków – urzêdników pañstwowych, którzy powinni zabytki ratowaæ.
Prof. Nicieja rzetelnie przytacza kwoty, niema³e, jakie na pozyskanie i restauracjê tych obiektów i rze¼b wydano. Czy by³o warto? Moim zdaniem tak. Uniwersytet powinien bowiem byæ nie tylko miejscem badañ naukowych i wyk³adów, ale tak¿e twórc± i obroñc± kultury. Dziêki zabytkowym gmachom, piêknym rze¼bom posadowionym w historycznych wspania³ych miejscach Uniwersytet Opolski mo¿e dzi¶ pe³niæ tê rolê.
Autor oddaje, co nale¿ne wszystkim, którzy przyczynili siê do realizacji jego pomys³ów. Trzeba przyznaæ, ¿e to w³a¶nie jego determinacja i pasja doprowadzi³y do ocalenia wspania³ych obiektów przed zniszczeniem, do wzbogacenia substancji uniwersyteckiej we wspania³e zabytkowe obiekty i umo¿liwienia m³odemu Uniwersytetowi Opolskiemu pe³nienie nale¿nej takiej instytucji roli. Prof. Nicieja, który wpad³ na szalony pomys³, zdo³a³ zaszczepiæ nim inne osoby i zrealizowaæ go, ma te¿ znakomite pióro i potrafi³ w sposób barwny i fascynuj±cy opisaæ niezwyk³± historiê przywrócenia do ¿ycia i w³a¶ciwej roli centrum starego grodu.
Szkoda, ¿e nie do koñca rozumiej± to w³adze miejskie i nie kontynuuj± dzie³a uniwersytetu. W s±siedztwie wspania³ych gmachów UO powsta³a galeria handlowa, a tu¿ obok funkcjonuje obskurny parking, oszpecony barakiem s³u¿±cym robotnikom z s±siedniej budowy. A przecie¿ przywracaj±c wzgórzu rangê, na któr± z racji po³o¿enia i historii zas³uguje, mo¿na by³o stworzyæ z tego placu centralne miejsce miasta, gdzie spotykaliby siê opolanie. Prof. Nicieja kreuje now± nazwê tego miejsca – Wzgórze Uniwersyteckie. Niestety, jest w tym osamotniony.