Od paru tygodni w ¶rodowisku akademickim prowadzone s± debaty nad dwoma strategiami rozwoju szkolnictwa wy¿szego do roku 2020: „strategi± ¶rodowiskow±”, przygotowan± pod auspicjami KRASP i strategi± zamówion± przez MNiSW, a przygotowan± przez IBnGR i Ernst & Young. Obie opieraj± siê na trafnej diagnozie i stawiaj± przed polskim szkolnictwem cele strategiczne, choæ rozmaicie sformu³owane, to jednak takie, z którymi trudno by³oby siê nie zgodziæ. Wszak ka¿dy przytomny i znaj±cy siê trochê na rzeczy powinien nie tylko zgodziæ siê z postulatami wiêkszej otwarto¶ci i przejrzysto¶ci dzia³añ szkó³ wy¿szych czy lepszego nimi zarz±dzania, ale te¿ poprzeæ te i im podobne cele. Charakterystyczne, ¿e pewne dylematy nie zosta³y w obu strategiach postawione dostatecznie wyrazi¶cie. My¶lê o autonomii i op³atach za studia. Obie kwestie wi±¿± siê z pewnymi interesami, które maj± odmienn± naturê, innych stronników i odmienn± ekspozycjê w debacie.
Nie wchodz±c zbyt g³êboko w te sprawy, warto powiedzieæ, ¿e autonomia to pojêcie bardzo nieostre, mo¿e nawet niejasne, a zarazem ¶wiêto¶æ w ¶rodowiskach akademickich. Autonomia, tak czy inaczej rozumiana, bêdzie zapewne gor±co broniona w debacie wewnêtrznej ¶rodowisk akademickich, jednak ma³o prawdopodobne, ¿e zajm± siê ni± media masowe, tak jak zapewne zajm± siê op³atami za studia. Czy mo¿na wyobraziæ sobie debatê w TV o zagro¿eniu autonomii uniwersyteckiej? Nawet kiedy skoñcz± siê wszystkie wymy¶lone i niewymy¶lone afery, za¶ do debaty zaprosi siê najbardziej pyskatych profesorów? Ma³o prawdopodobne. £atwiej za to wyobraziæ sobie debatê o czesnym. Poprzedzon± reporta¿em o biednym kandydacie na studia z Komañczy, który ju¿ mia³ studiowaæ w SGH, ale nie staæ go by³o ani na czynsz, ani na czesne. W reporta¿u pojawia siê oczywi¶cie zap³akana matka, która ciê¿ko pracuje, by zapewniæ dziecku wykszta³cenie, a w debacie pojawi siê ekspert i powie, ¿e op³aty za studia nie s± zgodne z konstytucj±.
Do op³at powrócê w drugiej czê¶ci artyku³u. Tu chcê pokazaæ rzecz w³a¶ciwie oczywist±, ¿e projektowanie i wprowadzanie zmian, gdy stawk± jest autonomia albo czesne, wymaga dwu ró¿nych debat, odmiennych batalii prowadzonych na ró¿nych warunkach. W obu jednak wypadkach lepsza wydaje siê otwarta debata, ani¿eli jej omijanie z obawy np. o to, by nie po³o¿yæ ca³ej strategii.
Autonomia, tak jak wystêpuje w debacie, jest pojêciem bardzo wieloznacznym, acz fundamentalnym w etosie akademickim. Z jednej strony kojarzy siê ze ¶wiêtymi wolno¶ciami akademickimi, wolno¶ci± badañ i nauczania, z drugiej – z zarz±dzaniem i wi±zkami uprawnieñ przypisanych rozmaitym jednostkom organizacyjnym. Niektórym kojarzy siê tak¿e z wolno¶ci± pracy na dwu etatach, innym jeszcze – z kolegialno¶ci± cia³ uniwersyteckich i samorz±dno¶ci±. Mnie z kolei autonomia instytucji kojarzy siê (nie twierdzê, ¿e s± to skojarzenia jedyne i najbardziej s³uszne) z samostanowieniem. A dok³adniej: z takimi warunkami debaty i dzia³ania cia³ kolegialnych, które umo¿liwiaj± stosunkowo sprawne formowanie siê woli zbiorowej (rozumnej raczej ni¿ bezrozumnej) np. w postaci misji czy strategii, realizowanej nastêpnie sprawnie przez rektora i kanclerza. Oczywi¶cie wiêcej autonomii dla wydzia³ów oznacza mniej autonomii i sterowalno¶ci dla ca³ej uczelni. Zapewne te¿ im wiêksza samorz±dno¶æ, tym mniejsza „rz±dno¶æ”.
W jednej ze strategii pojawia siê chytry i no¶ny zarazem termin „nadkolegialno¶æ”. Oznacza on co¶ niedobrego – chyba sytuacjê, któr± trzeba zmieniæ koniecznie, ale czy dlatego, ¿e zbyt wiele uprawnieñ cia³ kolegialnych utrudnia b±d¼ spowalnia rz±dzenie, czy te¿ dlatego, ¿e umo¿liwia artykulacjê interesów partykularnych, cz±stkowych – nie potrafi³em odgadn±æ. W strategii ¶rodowiskowej proponuje siê teoretycznie dobrze prezentuj±ce siê rozwi±zanie, maj±ce zwi±zek z autonomi± i zachowaniem zasady samostanowienia wewnêtrznego: zarz±dzaniem pieniêdzmi zajmuj± siê po mened¿ersku rektor i zewnêtrzna wobec uniwersytetu rada powiernicza, mianowana przez ministra, reprezentuj±ca interesy zewnêtrzne wobec uczelni. Za politykê odno¶nie nauczania i badañ (okre¶lon± jako governance) odpowiada senat i inne cia³a kolegialne. Odczytujê to jako kompromis sprawnego zarz±dzania z autonomi± i samorz±dno¶ci±, lecz bez owej „nadkolegialno¶ci”. Ale co zrobiæ, kiedy trzeba bêdzie uchwalaæ i wprowadzaæ zmianê naruszaj±c± strukturê dotychczasowych interesów? Co zrobiæ, je¶li trzeba bêdzie ograniczaæ finansowanie i liczebno¶æ dominuj±cych dotychczas wydzia³ów humanistycznych albo np. wydzia³u fizyki, by rozbudowywaæ biogenetykê i, powiedzmy, coraz potrzebniejsz± sinologiê? To przecie¿ kompetencja cia³ kolegialnych. Czy kto¶ s³ysza³, ¿eby jakakolwiek rada wydzia³u, choæby i najrozumniejsza, przeg³osowa³a zmniejszenie dla siebie finansowania? A przecie¿ uniwersytet rozwijaj±cy siê i zmierzaj±cy w stronê jednostek flagowych to taki i tylko taki, który wzmacnia to, co potrzeba i redukuje to, czego potrzeba mniej.
Rzecz jasna, pisz±c o tym, nie próbujê nawet rozstrzygaæ w dwu akapitach zwi±zków miêdzy autonomi± i proponowanymi zmianami w zarz±dzaniu. S±dzê jedynie, ¿e przydatna przy wprowadzaniu strategii bêdzie szersza debata na temat autonomii i jej znaczenia dla rozmaitych od³amów ¶rodowiska akademickiego. Po pierwsze dlatego, ¿e sama debata ju¿ jest wyrazem autonomii i samostanowienia, po drugie – ¿e mo¿e doprowadziæ do wyklarowania pojêæ, utarcia siê opinii i konsensusu, a to w ¶rodowiskach akademickich jest warunkiem niemal koniecznym realizacji strategii. Klaruj±c pojêcia trzeba pamiêtaæ, ¿e autonomia w sensie technicznym to uprawnienia wiêksze lub mniejsze do decydowania o ludziach (zwalnianie, zatrudnianie), podziale pieniêdzy, dydaktyce i badaniach. Podzia³ uprawnieñ musi siê bilansowaæ: je¶li wiêcej uprawnieñ w sprawie zatrudniania ma kierownik zak³adu czy dziekan, to mniej swobody ma rektor lub minister.
A czy poza tym mo¿na wymy¶liæ optymalny i ten jedyny najlepszy model zarz±dzania uczelni±? Jestem zdania, ¿e nie. Jest to konfiguracja zbyt wielu elementów o zmieniaj±cych siê, trudnych do przewidzenia parametrach. Wiadomo, ¿e silne, autonomiczne wydzia³y ograniczaj± w³adzê rektora i zmniejszaj± sterowalno¶æ ca³± uczelni±. Ale wiadomo, ¿e autonomiczne wydzia³y mog± czêsto lepiej i aktywniej wspó³pracowaæ z otoczeniem ni¿ ca³a uczelnia. Autorzy obu strategii opowiadaj± siê za tworzeniem rad nadzorczych, z tym ¿e w strategii „¶rodowiskowej” jest to rozwi±zanie opcjonalne. Istotnie, wiele przemawia za tym, ¿e to dobre, a mo¿e nawet konieczne rozwi±zanie, by otworzyæ uczelnie na wspó³pracê z otoczeniem. By lepiej pe³ni³a sw± misjê wobec spo³eczeñstwa. Jednak a¿ strach pomy¶leæ, co siê stanie, kiedy rady powiernicze zostan± obsadzane z politycznego klucza i w konsekwencji uczelnie stan± siê terenem politycznych gier. A poza tym rady powiernicze bywaj± „¶pi±ce” lub co gorsza nieprzygotowane do nadzorowania uczelni. Oczywi¶cie mo¿na wymy¶liæ odpowiednie szkolenia i procedury nominacji, które stworz± z rad cia³a sprawne, przygotowane i dzia³aj±ce w odpowiednim kierunku (uwra¿liwiania uczelni na potrzeby otoczenia).
Rozwa¿aj±c mo¿liwe modele zarz±dzania z ca³± pewno¶ci± mo¿na powiedzieæ jedynie dwie rzeczy. Po pierwsze – na ogó³ to, co siê staje, odbiega od tego, co zamierzyli¶my, tworz±c strategiê. Im dok³adniej realizacja celu jest okre¶lona i ujêta w precyzyjny scenariusz, tym bardziej od niego odbiega. W socjologii mówi siê wtedy o ubocznych i nieprzewidzianych efektach zaplanowanych dzia³añ. Po drugie – w sytuacji, kiedy zrealizowanie siê celów strategii zale¿y od wielu warunków i dzia³añ autonomicznych podmiotów, optymalne wydaje siê dobre, jasne okre¶lenie zasad gry i nagród oraz pozostawienie uczestnikom zmartwienia, jaki model zarz±dzania wybraæ, by osi±gn±æ cele strategii. Trzeba tylko pamiêtaæ, ¿e cele s± trzy: jako¶æ nauczania, jako¶æ badañ i s³u¿ebna rola wobec bli¿szego i dalszego otoczenia. Reszta – to ¶rodki. Finansowanie, zarz±dzanie czy rozliczanie to tylko sposoby, by poprawiæ efektywno¶æ w realizacji wymienionych powy¿ej celów. Wybór tych ¶rodków, gdzie tylko mo¿na, warto zostawiæ uczestnikom gry.
Zalet± strategii ¶rodowiskowej jest to, ¿e w przeciwieñstwie do definicji mocno prorynkowych Ernst & Young i Instytutu Badañ nad Gospodark± Rynkow±, opowiada siê wprost, choæ bez nacisku, za wprowadzeniem op³at za studia (w ¿argonie nazywa siê to „wspó³p³atno¶ci±”). Zapewne stanie siê to tematem szerszej debaty wykraczaj±cej poza ¶rodowiska akademickie. Bêd± w niej przypuszczalnie powtarzane ba³amutne argumenty za bezp³atno¶ci±. Poniewa¿ sam jestem za wprowadzeniem czesnego p³aconego z dostêpnego dla wszystkich kredytu, sp³acanego przez absolwentów po rozpoczêciu pracy, na zakoñczenie pozwolê sobie podaæ kilka argumentów za czesnym. Takich, które w moim odczuciu s± równie ba³amutne lub nieba³amutne, jak te, które przytaczane s± przeciw wprowadzeniu czesnego. Wszystkie podane ni¿ej argumenty uzasadniæ mo¿na interesem podatnika, z którego kieszeni op³aca siê bezp³atne studia uprzywilejowanej mniejszo¶ci (bo dzi¶ ju¿, przypominam, wiêkszo¶æ studiuj±cych p³aci).
Pierwszy argument, zas³yszany od starszego pana w poczekalni u dentysty. By³ on niezadowolony z leczenia i dodawa³ tak± interpretacjê: Dlaczego mam p³aciæ temu denty¶cie za studia, a potem jeszcze za plombê, która mi w³a¶nie wypad³a? Zamiast p³aciæ i za kszta³cenie, i za plombê, wolê mu p³aciæ lepiej, ale tylko za plombê. Nie chcê fundowaæ innym studiów. Czy on siê ze mn± dzieli zyskami ze swojej praktyki? Chcê mieæ wiêcej pieniêdzy, by zafundowaæ sobie tak± plombê, która nie wypadnie mi do koñca ¿ycia. W jêzyku bardziej uczonym mówi siê, ¿e zwroty z inwestycji w wykszta³cenie wy¿sze przynosz± przede wszystkim korzy¶ci jednostce, nie za¶ ca³emu spo³eczeñstwu – stwierdzenie dowiedzione w wielu amerykañskich badaniach.
Drugi argument na rzecz tego, jak czesne i kredyt zwiêkszaj± równo¶æ i sprawiedliwo¶æ. Mam kuzyna, który w wieku przedszkolnym wyemigrowa³ wraz z rodzin±, w okresie stanu wojennego, do Australii, gdzie p³aci siê czesne i otrzymuje kredyty na jego sp³atê. Skoñczy³ on informatykê, potem przez parê lat pracowa³ w Polsce i z polskiej pensji sp³aca³ zaci±gniêty na studia w Australii kredyt. Nie ulega w±tpliwo¶ci: gdyby nie kredyt, nie staæ by³oby go na studiowanie. Bez kredytu sta³by siê czê¶ci± dyskryminowanej mniejszo¶ci etnicznej.
Trzeci argument o nieuzasadnionym i niesprawiedliwym transferze miêdzypokoleniowym. Przyszli emeryci bêd± otrzymywaæ dop³aty do emerytury z podatków pracuj±cych w owym okresie obywateli, bo ze sk³adki p³aconej w okresie swojego zatrudnienia nie od³o¿yli dosyæ pieniêdzy. Ale przecie¿ czê¶æ pieniêdzy z ich podatków przeznaczono na „bezp³atne” studia tych, którzy pó¼niej dop³acaæ bêd± do emerytury owych ludzi. Czy nie lepiej, by w miarê mo¿no¶ci ka¿dy p³aci³ za siebie? Solidarno¶æ potrzebna jest gdzie indziej.
Czwarty argument – konstytucyjny. Przy czê¶ciowej odp³atno¶ci za studia w szko³ach niepublicznych lub na studiach niestacjonarnych 2/3 studiuj±cych p³aci za studia. Coraz wiêcej danych wskazuje, ¿e jest to biedniejsza czê¶æ studiuj±cych i ¿e otrzymuj± oni gorsz± edukacjê od niep³ac±cych. Jest to sprzeczne z zasad± równego dostêpu do edukacji i sprawiedliwo¶ci. Co jest wa¿niejsze z zapisów Konstytucji: bezp³atno¶æ edukacji czy zasada równego dostêpu i sprawiedliwo¶ci? Jaki by³by w tej sprawie werdykt Trybuna³u Konstytucyjnego, a jaki Europejskiego Trybuna³u w Strasburgu?
Podobnych argumentów mo¿na wymy¶liæ jeszcze kilka, ale nie o to chodzi, ¿eby je wymy¶laæ, ale by wprowadziæ je zrêcznie do debaty – tak, by mia³y podobny status, jak te w obronie bezp³atno¶ci. By broni³y biednego podatnika, a zw³aszcza emeryta przed ³ap± siêgaj±c± pod pretekstem sprawiedliwo¶ci po pieni±dze z jego dziurawej, a do tego i tak ju¿ pustawej kieszeni.
Oczywi¶cie „³apa siêgaj±ca do pustawej kieszeni” to demagogia, tym wiêksza, ¿e w ¿adnej strategii nie chodzi o zmniejszenie finansowania szkolnictwa wy¿szego z bud¿etu, lecz jedynie o uzupe³nienie go o powszechnie p³acone czesne. Chcia³em jedynie pokazaæ, ¿e dla implementacji strategii debata na ró¿nych forach i w ró¿nej retoryce bêdzie mia³a du¿e znaczenie. Debata, w której bêd± zaanga¿owane wiedza, warto¶ci i interesy, a rozstrzygaæ winny bezstronne racje.
Czy mo¿na porównaæ obie strategie? Która wydaje siê lepsza? Która ma wiêcej dobrych rozwi±zañ i powinna byæ realizowana? Wydaje siê, ¿e nie s± to stosowne pytania. Zapewne rady powiernicze odpowiednio wybierane i zaopatrzone w odpowiednie uprawnienia to dobry pomys³, ale czy maj± one byæ opcjonalne (strategia „¶rodowiskowa”), czy obowi±zkowe (E&Y i IBnGR) – trudno przewidzieæ. Poka¿e to przysz³o¶æ. Obie strategie maj± du¿o dobrych, wygl±daj±cych atrakcyjnie rozwi±zañ. Choæby propozycja semestru wakacyjnego czy szkó³ typu „Liberal Arts College”. Skoro przynajmniej po³owa rocznika studiuje – potrzebne staje siê przygotowanie ogólne, kompetencje takie, jak: umiejêtno¶æ komunikowania, ICT, my¶lenie krytyczne czy umiejêtno¶æ zarz±dzania projektami. Umiejêtno¶ci przydatne do zadañ wymaganych w wielu zawodach w sferze us³ug czy administracji.
Obok dobrej debaty, o powodzeniu strategii bêdzie decydowaæ co¶, co mo¿na by nazwaæ „potencja³em implementacyjnym”. Strategia „¶rodowiskowa”, zwana czasem przekornie „rektorsk±”, reprezentuje znaczn± czê¶æ wp³ywowych graczy, od których wiele zale¿y przy wprowadzaniu zmian. Jest ona obszerna, szczegó³owa, pe³na eksperckiej wiedzy i pewnie trochê „przeprojektowana”. Istnieje zagro¿enie, ¿e przy jej realizacji powstan± regu³y gry i procedury, które mog± krêpowaæ. Czy reformowanie nie ze¶lizgnie siê wówczas w stronê gry pod wska¼niki i parametry oraz kosztownych, lecz jedynie legitymizuj±cych ewaluacji? Czy nie pójdzie w stronê tworzenia nowego jêzyka raczej, ani¿eli rzeczywistych zmian?
S±dzê, ¿e powodzenie w realizacji strategii zale¿y teraz nie tyle od szczegó³owych rozwi±zañ, które i tak trzeba bêdzie modyfikowaæ, ile od sposobu wprowadzania zmian. Jaka grupa ludzi, w sposób niezale¿ny od kadencyjno¶ci w³adz i polityki, bêdzie odpowiadaæ za wprowadzanie strategii? Jakie minimum przepisów i procedur je zainicjuje? Du¿a elastyczno¶æ bêdzie tu wskazana i tolerancyjne nastawienie opinii: b³êdy mog± siê zdarzyæ i pewnie siê zdarz±. To jeszcze jeden powód, by w realizacjê strategii zaanga¿owa³y siê reprezentacje rozmaitych interesów i ¶rodowisk. Bo zawsze ³atwiej wybaczamy b³êdy sobie ni¿ innym.