Zupe³nie niepotrzebnie zosta³em przywo³any w artykule Zupe³nie inny wizerunek („FA” nr 3/2010), wprawdzie nie wprost, ale jednak, poniewa¿ pan dr M. Wroñski bez trudu domy¶li³ siê i wymieni³ w swojej odpowiedzi moje nazwisko. Skoro tak siê sta³o, to pozwalam sobie na cztery komentarze (wszystkie cytaty pochodz± z ww. artyku³u).
1. Z obserwacji „profesora o bardzo d³ugim sta¿u akademickim” wynika, ¿e cz³onków rady wydzia³u g³osuj±cych za lub przeciw przyjêciu kolokwium habilitacyjnego mo¿na podzieliæ na trzy grupy (poza recenzentami):
I grupa (nieliczna) – ci, którzy na ¿adnym etapie przewodu, równie¿ podczas kolokwium, nie maj± w rêku pracy habilitacyjnej kandydata;
II grupa (bardzo liczna) – ci, którzy dopiero podczas kolokwium ogl±daj± pracê, po¿yczaj± j± sobie wzajemnie i „wertuj±” przez moment, najwy¿ej kilka minut;
[o dziwo, przedstawiciele obu tych grup czasem zadaj± pytania, ale s± to pytania zwykle uniwersalne, tzn. dobre zawsze i dla ka¿dego, np.: jakie pan widzi zastosowanie tej pracy w praktyce?]
III grupa (bardzo nieliczni) – ci, którzy przychodz± ze swoim egzemplarzem pracy, z zaznaczonymi stronami, akapitami, podkre¶leniami, znakami zapytania, wykrzyknikami oraz przygotowanymi pytaniami.
Kieruj±c siê zapewne w³asn± praktyk±, autor artyku³u Zupe³nie inny wizerunek zaliczy³ mnie do grupy II.: „Na jakiej podstawie (...) wie ponad wszelk± w±tpliwo¶æ”, ¿e ja „wertowa³em przez kilkana¶cie minut monografiê”? Bêdê nieskromny – zawsze jestem w III grupie. Inaczej trudno by³oby mi, co przyznaje mi autor artyku³u, np. „wyliczaæ niedoci±gniêcia formalne, b³êdy merytoryczne, interpunkcji i sk³adni”. By chocia¿by to zrobiæ, potrzebne jest przestudiowanie pracy, a nie tylko „wertowanie”. Ja prace habilitacyjne w³a¶nie studiujê.
2. Nie ka¿dy cz³onek komitetu wydawniczego mo¿e poczuwaæ siê do „wspó³odpowiedzialno¶ci” za monografiê habilitacyjn±. Wyja¶nia³ to ju¿ pan dr M. Wroñski. Powtórzê tylko – „wspó³odpowiedzialny” mo¿e byæ redaktor naukowy tomu i recenzent wydawniczy – obaj wyznaczani przez komitet. Taka jest praktyka w wydawnictwie AWFiS i, przypuszczam, gdzie indziej te¿.
3. W celu stwierdzenia, ¿e co¶ siê zmienia „pod wp³ywem wieloletniego obci±¿enia organizmu” nie trzeba byæ „nieomylnym”. Wystarczy znajomo¶æ podstaw metodologii i zastosowanie odpowiedniej procedury statystycznej (do¶æ skomplikowanej), wykluczaj±cej wp³yw innych elementów na dane zjawisko. Do wykazania braku takiej procedury w jakiej¶ pracy nie trzeba byæ „nieomylnym”.
4. Trwanie na stanowisku, „¿e w jakiejkolwiek sprawie racjê (...) musi [podkr. moje] mieæ wiêkszo¶æ” jest stanowiskiem wielce zdumiewaj±cym i gro¼nym. Czy¿by np. w sprawie eksterminacji ¯ydów wiêkszo¶æ nazistów mia³a racjê?
Stanowisko takie jest nie do przyjêcia równie¿ w nauce. Czy np. wiêkszo¶æ ludzi przyjmuj±ca przez wieki, i¿ S³oñce kr±¿y dooko³a Ziemi, która jest ponadto p³aska (¿a³osne niedobitki tej wiêkszo¶ci pozosta³y do dzisiaj w Brytyjskim Towarzystwie Zwolenników P³askiej Ziemi!), mia³a racjê, mimo ¿e w mniejszo¶ci byli: M. Kopernik, G. Bruno, Galileusz, J. Kepler?
Czy np. cz³onkowie ¦wiêtego Oficjum, z g³ównym inkwizytorem R. Bellarminem, bêd±c niew±tpliwie w wiêkszo¶ci na sali s±dowej, mieli racjê skazuj±c najpierw G. Bruna na stos, a pó¼niej Galileusza na upodlenie?
Tak wiêc nie zawsze „wiêkszo¶æ musi mieæ racjê” i nie zawsze „si³a sprawcza jest domen± wiêkszo¶ci”. „Domen± wiêkszo¶ci” czêsto bywa zniszczenie, np. przez proletariat W.I. Lenina, a postêp np. w nauce zawdziêczamy nielicznym. To oni s± „si³± sprawcz±”, a nie ¿adna „wiêkszo¶æ”. S±dzê, ¿e nie muszê tu podawaæ przyk³adów. „Wiêkszo¶æ” w odniesieniu do uczelnianych awansów naukowych, o których mowa w artykule Zupe³nie inny wizerunek ma rodowód w tzw. poprawno¶ci ¶rodowiskowej. Ta, podobnie jak poprawno¶æ polityczna, jest gangren± spo³eczn± i swoist± odmian± totalitaryzmu, i jako taka zas³uguje tylko na napiêtnowanie i potêpienie.