Kiedy pojawi³y siê pierwsze CD−ROM−y z komputerowymi s³ownikami i encyklopediami, zapanowa³ entuzjazm. Ka¿dy wydawca chcia³ do swojej ksi±¿ki dodaæ taki kr±¿ek, bo to by³o supernowoczesne. Niektórzy postawili wy³±cznie na publikacje elektroniczne i dzisiaj tego ¿a³uj±. Wydali na to du¿o, a efekty s± mizerne. Szczyt powodzenia przypad³ na lata 2000−2003 i krzywa zaczê³a opadaæ. Rynek zareagowa³ produkcj± elektronicznych przegl±darek zdjêæ i filmów. Trzymaj± siê odtwarzacze d¼wiêkowe, ale inne formy elektronicznych wydañ i odtwarzaczy podupadaj±. O przewidywanym burzliwym rozwoju na razie nie ma mowy.
Wgrane do komputerów programy ze s³ownikami i encyklopediami okaza³y siê ma³o u¿yteczne. £atwiej szukaæ po prostu w ksi±¿ce. Wydawa³oby siê, ¿e s³ownik w komputerze to zbawienie pod rêk±, a jednak jest jaka¶ bariera, która powoduje szybk± rezygnacjê z tego udogodnienia. Mo¿liwe, ¿e jest to wina oprogramowania. Nierzadko trzeba w³o¿yæ p³ytê do napêdu, a nawet wprowadziæ kod u¿ytkownika, ¿eby s³ownik siê uruchomi³, a to odstrêcza. U¿ytkownik musi jeszcze wiedzieæ jak wpisywaæ dane do szukacza, musi te¿ bezczynnie czekaæ, a¿ program znajdzie to, czego siê szuka. A je¿eli jest to program wymagaj±cy po³±czenia z Internetem, czeka siê odpowiednio d³u¿ej. Nieraz chcia³oby siê skorzystaæ z mo¿liwo¶ci wstawienia zak³adki, dopisania notatki. Nic z tego. Albo jest to trudne do zrobienia, albo niemo¿liwe.
Te systemy dzia³aj±, ale s± nieprzyjazne. Producent nie liczy siê z tym, ¿e u¿ytkownik nie zna zasad dzia³ania konkretnego programu, ani z tym, ¿e na najlepszym stabilnym, niedr¿±cym ekranie LCD wszystkiego nie widaæ. Umykaj± oku przecinki, trudno je odró¿niæ od kropek i gdyby nie wielkie litery na pocz±tku zdañ, k³opoty by³yby jeszcze wiêksze. Podobnie z elementami znaków diakrytycznych, akcentami, ogonkami – bywaj± po prostu niezauwa¿alne. Zwykle mo¿na te¿ zobaczyæ ledwie fragment strony, trzeba j± przewijaæ, zaj±æ rêce myszk±, tabletem lub klawiatur±. Kiedy przechodzi siê do innej strony, ostatnio widziany obraz znika i trudno do niego wróciæ. Rzadko spotyka siê programy z elastycznym i przejrzystym menu, które samo prowadzi u¿ytkownika. Trzeba nauczyæ siê mianownictwa stosowanego w obs³udze danego s³ownika, przeczytaæ tak zwany help, czyli pomoc, zwykle napisany antydydaktycznie i z koszmarnymi b³êdami jêzykowymi, albo odszukaæ wskazówkê na stronie internetowej.
Wygl±da to tak, jakby programi¶ci ca³y swój wysi³ek kierowali na dzia³anie programów, a nie na wspó³dzia³anie z odbiorc±. Nie wystarcza im wyobra¼ni na dostosowanie aplikacji do potrzeb, niewiedzy i u³omno¶ci u¿ytkowników.
To by³oby jeszcze do pokonania, gdyby nie fakt, ¿e wszystkie te elektroniczne dzie³a pracuj± w sposób nienaturalny i s± bardziej skomplikowane ni¿ ich tradycyjne odpowiedniki. Jeszcze pó³ biedy z filmem czy zbiorem zdjêæ. Uruchamia siê to raz na dwie godziny i zabawa trwa bez potrzeby interweniowania. Ale z ksi±¿k± elektroniczn± ju¿ siê tak nie da. Ciekaw± rzecz zauwa¿yli wydawcy ksi±¿ek elektronicznych przeznaczonych do wy¶wietlania na e−papierze. Konieczne okaza³o siê dublowanie wydania elektronicznego zwyk³ym drukiem. Mam wra¿enie, ¿e zrozumieli to ju¿ mened¿erowie firmy Amazon, najwiêkszego sprzedawcy ksi±¿ek elektronicznych i przegl±darek Kindle. Wskazuje na to przegl±d katalogów tego gigantycznego sklepu internetowego. Jeszcze niedawno ograniczano wydania papierowe, teraz zwyk³e ksi±¿ki znów siê pojawiaj± i wystêpuj± równolegle z e−bookami. W bibliotekach te¿ wraca stare. Je¶li u¿ytkownik ma mo¿liwo¶æ wyboru, to chêtniej skorzysta z ksi±¿ki tradycyjnej ni¿ wy¶wietlanej. Co¶ jednak szwankuje.
E−papier jest rzeczywi¶cie doskona³± imitacj± papieru prawdziwego, nie ma tu efektu pod¶wietlenia ekranu jak w monitorze, oko odbiera naturalne ¶wiat³o odbite. Wszystkie jednak pozosta³e wady e−wy¶wietlaczy pozostaj±. Do najwa¿niejszych mo¿na zaliczyæ niemo¿no¶æ szybkiego wertowania ksi±¿ki z jednoczesn± kontrol± wzrokow±, chwilowym zak³adaniem palcami, porównywaniem tekstu na ró¿nych, odleg³ych stronach, wyznaczaniem porcji materia³u do czytania. W ksi±¿ce umieszcza siê zak³adki, przytrzymuje rêk±. W e−booku zak³adki s± niewidoczne, trzeba je zapamiêtaæ. Nawet e−booki z czterema i sze¶cioma „kartkami” sprawiaj± k³opot, bo nie zapewniaj± naturalnego obcowania z materi±. O ile jeszcze czytanie ci±g³e dzie³a na e−papierze jest ³atwe i wygodne, o tyle powracanie do najciekawszych fragmentów czy powtarzanie przeczytanego materia³u do nauki jest bardzo trudne, czasoch³onne. E−booki jako podrêczniki, s³owniki, poradniki s± wci±¿ ma³owarto¶ciowe. Wa¿nym czynnikiem, który nie dzia³a w e−bookach, jest rytmiczno¶æ kompozycyjna zadruku. W tradycyjnej ksi±¿ce sprzyja to zapamiêtywaniu pozycji ró¿nych fragmentów tekstu na wielu stronach, w kilku rozdzia³ach naraz. W e−booku, w którym tekst zmienia uk³ad kolumny (na przyk³ad przy powiêkszaniu czcionek), funkcja ta znika, a u¿ytkownik ma wra¿enie chaosu, gubi siê, przestaje zapamiêtywaæ, mêczy siê. Czy o to chodzi³o?
e-mail: piotr@muldner.pl