Aktualności
Życie akademickie
23 Marca
Źródło: iStock
Opublikowano: 2026-03-23

„Gdybym nie był ojcem, nie byłbym dzisiaj profesorem”

Nie chodzi o to, aby zmuszać kogokolwiek do publicznego opowiadania o swoim życiu prywatnym, ale o to, by nie tworzyć wrażenia, że ono nie istnieje. Dla wielu mężczyzn ważna jest siła wzorca – widoczność osób, które pokazują, że można wchodzić w rolę ojca bez utraty wizerunku poważnego akademika. Młodym badaczom wyraźnie brakuje sytuacji, w których szefowie instytucji pokazują swoje życie takim, jakie jest naprawdę – mówi w wywiadzie dla FA dr Zuzanna Staniszewska z Katedry Zarządzania Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

W obliczu kryzysu demograficznego akademia – jako sektor oparty na długofalowej reprodukcji wiedzy i ludzi – nie może utrwalać przekonania, że rodzicielstwo i ambitna kariera są ze sobą sprzeczne – napisała niedawno w swoich mediach społecznościowych dr Zuzanna Staniszewska, kierująca międzynarodowym zespołem badającym doświadczenia europejskich liderów i liderek nauki. Dużo w tym kontekście mówi się o karze za macierzyństwo, tymczasem ojcowie, jak się okazuje, też w akademii nie mają łatwo. Z badaczką rozmawia Aneta Zawadzka.

Dlaczego, gdy mówi się o rodzicielstwie w akademii, perspektywa mężczyzn jest tak mało widoczna?

Po pierwsze, spora część prac dotyczących rodzicielstwa i kariery akademickiej wyrosła z badań nad nierównościami płci. W tym nurcie centralnym punktem analizy stało się zjawisko kary za macierzyństwo, czyli systematycznych kosztów kariery ponoszonych przez kobiety po urodzeniu dzieci. W rezultacie badania koncentrowały się przede wszystkim na doświadczeniach matek w akademii – spadku produktywności publikacyjnej, trudności w mobilności międzynarodowej czy ograniczeniach w dostępie do grantów i awansów. Mężczyźni pojawiali się w tych analizach najczęściej jako punkt odniesienia lub grupa kontrolna, a nie jako podmioty posiadające własne, specyficzne doświadczenie rodzicielstwa w tym środowisku.

Ojcostwo może stanowić przeszkodę w karierze?

Przez długi czas w literaturze dominowało także założenie, że ojcostwo nie stanowi czynnika, który mógłby utrudniać przebieg kariery akademickiej. W niektórych badaniach wskazywano wręcz na zjawisko określane jako fatherhood bonus. Analizy empiryczne pokazywały, że mężczyźni posiadający dzieci bywali postrzegani jako bardziej stabilni zawodowo, kompetentni czy godni zaufania jako akademicy. Ojcostwo nie było więc traktowane jako doświadczenie wymagające odrębnej refleksji badawczej, a jego wpływ na karierę akademicką pozostawał w dużej mierze poza głównym nurtem analiz.

W ten sposób odebrano im głos?

Znaczenie mają z pewnością utrwalone stereotypy dotyczące tego, kto „ma prawo” mówić o rodzicielstwie. Debata wokół rodzicielstwa w akademii jest wyraźnie sfeminizowana, dlatego mężczyznom, którzy chcieliby zabrać głos w tej sprawie, często towarzyszy obawa przed zarzutem tzw. mansplainingu. Jeden z naukowców, z którymi rozmawiałam, przyznał wprost, że obawia się wypowiadać publicznie, a jeśli już to robi, bardzo uważnie dobiera słowa, aby nie zostać odebranym jako ktoś, kto zabiera przestrzeń kobietom w debacie o rodzicielstwie. „Kobiety mają stworzoną przestrzeń do wyrażania swoich emocji, uczuć i mówienia o swojej sytuacji w dużo większym stopniu niż mężczyźni” – mówił. W efekcie męska perspektywa rzadziej wybrzmiewa, zarówno w debacie publicznej, jak i w badaniach. Tymczasem wysłuchanie ich nie musi oznaczać odbierania głosu kobietom, ale bez takiego poszerzenia debaty trudno mówić o równości w akademii.

Tyle że one ponoszą karę za bycie matką.

Zgadza się – przez wiele lat badania empiryczne konsekwentnie pokazywały, że macierzyństwo wiąże się z tzw. motherhood penalty. Coraz częściej pojawiają się jednak sygnały, że wraz ze zmianą norm społecznych dotyczących ról rodzicielskich te zależności zaczynają się stopniowo przekształcać.

Nasze badania rzucają nowe światło na tę debatę. W wielu rozmowach kobiety mówiły o doświadczeniu, które można określić jako motherhood enrichment. Macierzyństwo nie było dla nich wyłącznie źródłem trudności w godzeniu pracy i życia prywatnego, lecz także doświadczeniem wzmacniającym poczucie sensu pracy naukowej i motywację do dalszego rozwoju. Kilka rozmówczyń podkreślało wręcz, że zanim zostały matkami, poważnie rozważały odejście z akademii, natomiast pojawienie się dziecka sprawiło, że zaczęły inaczej patrzeć na swoją karierę i zdecydowały się ją kontynuować. Jednocześnie wiele z nich zwracało uwagę, że przez lata były obciążane dużą ilością niewidzialnej pracy organizacyjnej – udziałem w licznych komisjach, pracą administracyjną, koordynacją zajęć czy opieką nad studentami. Jak mówiły, dopiero macierzyństwo sprawiło, że zaczęły wyraźniej stawiać granice i bardziej selektywnie podchodzić do takich obowiązków, rezygnując z części zadań, które wcześniej przyjmowały niemal automatycznie.

O czym mówili mężczyźni?

W ich wypowiedziach wyraźnie pojawiał się wątek wysokich oczekiwań dotyczących stałej dyspozycyjności zawodowej. Wielu z nich wskazywało, że w takich warunkach trudno jest otwarcie mówić o własnym zaangażowaniu w opiekę nad dzieckiem czy potrzebie większej obecności w życiu rodzinnym. W efekcie doświadczenia ojcostwa pozostają w akademickiej debacie w dużej mierze niewidoczne – brakuje przestrzeni, w której mogliby o nich swobodnie opowiedzieć.

Rodzicielstwo stało się dla nich ważne?

Obecnie od ojców wymaga się coraz więcej. Oczekuje się, że będą aktywnymi i równoprawnymi opiekunami, zaangażowanymi nie tylko organizacyjnie czy finansowo, lecz także emocjonalnie w relację z dzieckiem. Nasi rozmówcy nie odrzucali tego modelu. Przeciwnie, wielu z nich wyraźnie utożsamiało się z tak rozumianą rolą. Paradoks polega jednak na tym, że wraz ze wzrostem oczekiwań wobec ojców, nie pojawia się adekwatna przestrzeń do otwartego mówienia o ich doświadczeniach – także tych trudnych. Jeden z badanych przyznał wprost: „Zdecydowanie bałem się powiedzieć, że po raz trzeci będę ojcem”. W innym miejscu dodał, że „czeka na w miarę neutralny moment”, ponieważ nie miał poczucia, że ta wiadomość zostanie przyjęta ze zrozumieniem. Inny rozmówca zauważył, że problem ten wynika również ze sposobu, w jaki funkcjonuje samo środowisko. „Akademia wciąż zbyt rzadko pokazuje swoich pracowników jako ludzi zanurzonych w zwyczajnym życiu rodzinnym (…) Jeśli ktoś mówiłby o tym, jak ciężkie jest ojcostwo, że jest [ono] takie trudne, heroiczny ojciec, to myślę, że to byłoby postrzegane jako niestosowne”.

A co ze zwolennikami starego modelu ojcostwa?

W badaniach zarysowała się spora różnica pokoleniowa. Zupełnie inaczej wyglądała rozmowa z akademikami, którzy ojcami zostawiali kilkanaście lat temu. Dało się zauważyć, że większość z nich preferuje tradycyjny, wręcz patriarchalny model rodziny, w którym opiekę nad dzieckiem sprawuje kobieta. Z kolei młodzi naukowcy podkreślali wartość samodzielnego zajmowania się dzieckiem. Zwracali uwagę, że doświadczenie to bardzo „wyregulowało ich emocjonalnie”. Nauczyli się być bardziej empatycznymi i wyrozumiałymi, co przełożyło się chociażby na lepsze rozumienie studentów. Stanowiło także element wzbogacenia ich tożsamości jako naukowców: Mówili: „Gdybym nie był ojcem, nie byłbym dzisiaj profesorem”, „Jak chodzisz z wózkiem, nie możesz siąść do komputera, ale nadal myślisz. Wtedy w głowie ułożyły mi się dwie książki, które później bardzo szybko napisałem”.

Nigdy nie żałowali?

Nikt nie żałował rodzicielstwa per se. Niektórzy jedynie konkretnego momentu, w którym zostali ojcami. Doświadczenie to jest bowiem mocno uzależnione od etapu rozwoju kariery. Jak wskazywali, najlepsza pora jest zaraz po awansie naukowym. Chodzi o to, aby wszystko było dobrze zaplanowane. Ci, którym się to nie udało, mówili o żalu, że rodzicielstwo przyszło w niesprzyjającym okresie. Nieprzespane noce, lęk o dziecko, obawy, czy podoła się finansowo –te czynniki determinują problemy nad doktoratem czy habilitacją. Jeden z młodych naukowców mówił, że w trakcie robienia doktoratu nie był w stanie myśleć o założeniu rodziny. Przede wszystkim ze względu na stres i niepewność, które często towarzyszą temu etapowi kariery akademickiej – warunki te trudno uznać za sprzyjające planowaniu rodzicielstwa. Wspomniał również, że kwestie finansowe odgrywały pewną rolę, ponieważ stypendium doktoranckie rzadko daje poczucie stabilności. Dopiero teraz, po obronie doktoratu, razem ze swoją partnerką, zaczyna myśleć o dziecku.

To młodzi, a starsi?

Naukowcy ze starszego pokolenia, których dzieci są już nastolatkami, wspominali o żalu związanym z tym, że nie poświęcili dzieciom więcej czasu, zwłaszcza na początkowym etapie ich życia. Mówili, że teraz jest za późno, żeby nadrobić stracony czas. Żal wybrzmiewał zwłaszcza u tych, których dzieci mierzą się obecnie z różnego rodzaju problemami. Oni mają do siebie pretensje, że być może ich mała obecność w tamtym okresie przyczyniła się do tych trudności. Ale trzeba pamiętać, że 30 lat temu mężczyznom stawiano zupełnie innego wymagania.

Inaczej wyglądał też system opieki na dzieckiem.

W Polsce ojciec ma prawo do 2 tygodni urlopu ojcowskiego, płatnego w wysokości 100% wynagrodzenia. Może również korzystać z urlopu rodzicielskiego, który wynosi 41 tygodni przy urodzeniu jednego dziecka i jest dzielony między rodziców, przy czym 9 tygodni jest zarezerwowanych wyłącznie dla ojca. W określonych sytuacjach ojciec może także przejąć część urlopu macierzyńskiego po matce dziecka.

Najbardziej egalitarne rozwiązania w tym zakresie funkcjonują przede wszystkim w krajach skandynawskich, takich jak Szwecja, Norwegia czy Islandia, gdzie wprowadzono system nieprzenoszalnych kwot urlopu rodzicielskiego dla każdego z rodziców („use it or lose it”). Mechanizm ten znacząco zwiększa udział mężczyzn w opiece nad małymi dziećmi i jest uznawany za jedno z najbardziej skutecznych narzędzi polityki publicznej wspierającej równy podział obowiązków opiekuńczych. W Szwecji rodzice mają do dyspozycji 480 dni płatnego urlopu rodzicielskiego, z czego 90 jest przypisanych wyłącznie matce i 90 – wyłącznie ojcu. Jeśli któreś z nich nie wykorzysta swojej części, urlop przepada.

Oprócz rozwiązań prawnych funkcjonuje też nieformalny przekaz, co wypada, a czego nie należy robić.

Naukowiec z Hiszpanii (badania były prowadzone w całej Europie – dop. AZ) opowiadał o sytuacji, kiedy poszedł na uczelnię prowadzić egzaminy pisemne z dzieckiem w nosidełku. Choć sam odczuwał ją jako stresującą i nietypową, właśnie dlatego, że przełamywała utrwalony schemat niewidzialności opieki w przestrzeni akademickiej, reakcje studentów były – ku jego zaskoczeniu – bardzo pozytywne. To właśnie takie codzienne sytuacje pokazują, jaki nieformalny komunikat wysyła instytucja wobec rodzicielstwa.

W Polsce coś podobnego też mogłoby się zdarzyć?

Pytanie brzmi, czy polska akademia jest gotowa, żeby mężczyźni przychodzili z dziećmi na zajęcia. Na studiach MBA zdarza się już, że studenci pojawiają się w towarzystwie swoich dzieci. To jest już w pewnym sensie znormalizowane. Zajęcia odbywają się wieczorami, żony czy partnerki same pracują, więc w tym czasie nie mogą zająć się dziećmi. Jeśli chodzi natomiast o wykładowców, takie sytuacje cały czas należą jednak do rzadkości. Od razu zaznaczę, że nie nakłaniam do tego, żeby nagle wszyscy ojcowie przychodzili na zajęcia z dziećmi. Mówię tylko o tym, że wśród studentów jest to coraz częściej widoczne i powoli przestaje zadziwiać.

Niektórzy twierdzą, że praca akademika jest idealna dla ojców.

Akademia ma wiele zalet, które pozytywnie wpływają na doświadczenie rodzicielstwa. Jedną z ważniejszych jest elastyczność czasu pracy. Dla niektórych mężczyzn, co może zabrzmieć dość zaskakująco, walorem jest także mobilność. Możliwość podróżowania z dziećmi na konferencje czy dwu-, trzymiesięczne wymiany zaliczają do przewag.

A wady?

W akademii, podobnie jak w wielu innych organizacjach, działa mechanizm homofilii – osoby zarządzające częściej awansują tych, którzy są do nich podobni. Jeśli więc na czele instytucji stoi ktoś, kto nie ma dzieci lub nie mówi o swoim rodzicielstwie, łatwiej dostrzega potencjał u osób o podobnym stylu życia. W praktyce oznacza to częstsze wskazywanie do awansu kobiet lub mężczyzn, którzy mogą w pełni koncentrować się na pracy i nie mają dodatkowych obowiązków opiekuńczych.

Mężczyźni pomagają sobie nawzajem?

Ciekawe jest, że dużo częściej o doświadczeniach rodzicielstwa łączonego z karierą naukową rozmawiali z kobietami. Jak wspominali, czuli się wówczas swobodniej, natomiast wobec innych mężczyzn żywili obawę, czy ci będą w stanie ich zrozumieć albo wejść z nimi w dyskusję.

Na co dzień obserwuję zachowania naukowców w mediach społecznościowych. Zwraca uwagę to, że mężczyźni wysoko postawieni w akademickiej hierarchii rzadko dzielą się refleksjami na temat własnego ojcostwa. Jeśli już o nim wspominają, to częściej w kontekście sukcesów swoich dzieci niż własnych doświadczeń, wątpliwości czy emocjonalnych trudności związanych z łączeniem pracy naukowej z rodzicielstwem.

Może po prostu nie każdy chce opowiadać o swoim życiu prywatnym?

Nie chodzi o to, aby zmuszać kogokolwiek do publicznego opowiadania o swoim życiu prywatnym, ale o to, by nie tworzyć wrażenia, że ono nie istnieje. Dla wielu mężczyzn ważna jest siła wzorca – widoczność osób, które pokazują, że można wchodzić w rolę ojca bez utraty wizerunku poważnego akademika. Młodym badaczom wyraźnie brakuje sytuacji, w których szefowie instytucji pokazują swoje życie takim, jakie jest naprawdę.

Także to, jak dzielą się obowiązkami domowymi?

Nasze badania jakościowe prowadzone w okresie pandemii pokazały coś, co dla wielu osób było niewygodną prawdą. Dla części mężczyzn był to jeden z najbardziej sprzyjających okresów w pracy akademickiej. Mieli po prostu znacznie więcej czasu na pracę. W wielu domach to kobiety przejęły większą część obowiązków opiekuńczych i organizacyjnych związanych z funkcjonowaniem rodziny. W efekcie pandemia nie tylko ujawniła istniejące wcześniej nierówności, ale w wielu przypadkach także je pogłębiła.

Dziś zaczynamy obserwować zmianę. Coraz więcej mężczyzn mówi wprost, że chce być obecnymi ojcami, a nie jedynie „pomagać” w domu. W praktyce oznacza to wspólne ustalanie codziennych zasad: kto odprowadza dziecko do przedszkola, kto robi zakupy, kto zostaje w domu, gdy dziecko jest chore. Jednocześnie wielu z nich przyznaje, że dopiero uczy się tej roli. W ich własnych domach rzadko widzieli ojców zaangażowanych w opiekę. Dlatego wzorce budują na bieżąco – często obserwując swoje żony i partnerki i ucząc się od nich codziennych praktyk rodzicielstwa.

Mogą liczyć z ich strony, że zostaną wysłuchani?

Wielokrotnie słyszałam o tym, jak ważne są badania, które prowadzimy, bo dają możliwość swobodnej wypowiedzi, bez lęku przed oceną. „W końcu ktoś mnie wysłuchał, miał dla mnie czas, dał mi przestrzeń, żeby mówić o moich doświadczeniach i emocjach związanych z ojcostwem”. Wielu z nich podkreślało, że na poziomie instytucji rzadko się o tym mówi, a jeśli już, to zwykle debata zdominowana jest przez kobiety. A oni także potrzebują, by ich głos był słyszalny.

Czasami brakowało im słów, aby opisać wszystko, co czują. Nie można zapominać, że oni cały czas stąpają po grząskim gruncie, nieustannie są narażeni na ocenę społeczną. Stąd w rozmowach pojawiało się wiele emocji, czasem także towarzyszył im płacz. Nasze badania sugerują, że rola mężczyzn–ojców w akademii zmienia się i warto o tym mówić. Z drugiej strony, część rozmówców zwracała uwagę, że pracodawca – w tym przypadku uczelnia – jest przede wszystkim od tego, by organizować pracę i oceniać jej efekty, a nie interesować się życiem rodzinnym pracowników. Pokazuje to, że doświadczenie ojcostwa w akademii nie jest jednowymiarowe i że sami mężczyźni różnie widzą rolę instytucji w tym obszarze.

Rozmawiała Aneta Zawadzka

Dyskusja (25 komentarzy)
  • ~Hehe 25.03.2026 10:21

    Chodzi o 800+? Faktycznie, to 1/3 pensji asystenta na rękę. Płodzić zamiast pisać.

  • ~TenZaTobom 24.03.2026 18:58

    Największym bezsensem obecnie jest konieczność odbycia zagranicznego stażu stacjonarnego.
    Ktoś mądry mi kiedyś powiedział, że jeśli na staż jedzie osoba mierna, to specjalista i tak z tą nie będzie rozmawiał, bo i o czym. Natomiast jeśli się pokaże raz czy dwa klasę publikacjami, to drzwi do współpracy stają otworem, niezależnie, czy to współpraca stacjonarna, czy zdalna.
    Przestańmy traktować siebie jako kolonię; po to pokolenie obecnych profesorów i profesorów uczelni wyjeżdżało 10, 15, 20 lat temu aby zdobyć doświadczenie, które miało zostać przeniesione na grunt krajowy. I co, udało się? Jakim są wzorem? Jak zarządzają? Jakimi są liderami? Chyba nie pojechali na stypendium Fulbrighta żeby się zrelaksować?
    A co do ojcostwa w sferze akademii, to oczekuje się pełnej dyspozycyjności od ojca, bo przecież jest matka. Z jednej strony równy udział w rodzicielstwie, z drugiej, jak mówi Rozmówczyni, eksploatacja całej rodziny. Obecnie modne staje się wsparcie dla obcokrajowców i ich rodzin, jeśli ktoś chce pracować naukowo w Polsce. Czy to oznacza, że wszyscy powinniśmy mieć podwójne paszporty? ;)

    • ~Ojciec 25.03.2026 07:50

      "Po to pokolenie obecnych profesorów i profesorów uczelni wyjeżdżało 10, 15, 20 lat temu aby zdobyć doświadczenie, które miało zostać przeniesione na grunt krajowy. I co, udało się? Jakim są wzorem? Jak zarządzają? Jakimi są liderami? Chyba nie pojechali na stypendium Fulbrighta żeby się zrelaksować?"

      Pewnie jest różnie, ale jak mówi przysłowie: po owocach ich poznacie. A za to jak wyglada polska nauka to kto ma brać odpowiedzialność jak nie liderzy po tych stypendiach... Osoby wykręcające się uprawianiem własnego ogródka zamiast dbanie w ten sposób o własne dobre samopoczucie proszone są o powrót do klasyków, np Woltaira.


      "A co do ojcostwa w sferze akademii, to oczekuje się pełnej dyspozycyjności od ojca, bo przecież jest matka."

      Dokładnie, a szef emeryt nie rozumie w czym problem!

    • ~Marcin Przewloka 24.03.2026 20:56

      @TenZaTobom

      Czy sądzi Pan, że wszyscy postdocy z krajów europejskich, z Japonii, czy też Australii "traktują siebie jako kolonie"? Czy też postdocy ze Stanów albo Kanady jeżdżący pomiędzy ośrodkami amerykańskimi również "traktują siebie jako kolonię"?

      Jeśli zaś chodzi o odpowiedź na pytania „I co, udało się? Jakim są wzorem? Jak zarządzają? Jakimi są liderami?” to może najłatwiej będzie spojrzeć w życiorysy group leaderów z ośrodków takich, jak Międzynarodowy Instytut Biologii Komórkowej i Molekularnej albo IMol. Albo po prostu z nimi porozmawiać. Jestem pewien, że będą w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania dotyczące sensu wyjazdu na staże zagraniczne.

      Stypendia Fullbrighta trwają maksymalnie jeden rok. W niektórych dziedzinach wiedzy to jest zdecydowanie za krótko, żeby osiągnąć coś samemu, poprowadzić własny nawet niewielki projekt od początku do końca.

      • ~TenZaTobom 25.03.2026 08:03

        Myślę, że może Pan nam przypomnieć jaki wymiar średniej krajowej zarabiają dajmy na to adiunkci w Polsce, Australii, Japonii, Kanadzie i innych krajach, o których Pan myśli. To dobrze określi nam kontekst, bo przecież rozmawiamy w kontekście bycia rodzicem i na co można sobie pozwolić. Oczywiście kontaktu z dzieckiem nie można sobie kupić, ale gdyby wymiar wypłaty oscylował w granicach 120-160% średniej krajowej jak w innych krajach, to byłoby łatwiej pomyśleć o opiekunce dla dziecka, żłobku funkcjonującym dłużej niż publiczny, czy gospodyni w domu (nawet z doskoku). Może dlatego też nie muszą ci ludzie na stażu podoktorskim traktować siebie jako kolonie.

        Te dwa ośrodki krajowe, o których mowa, to zdaje się instytuty, prawda? ;) To oczywiście nie przekreśla ich dobrego zarządzania (co jest faktem), ale priorytety są zgoła inne.

        Rok to bardzo dużo, aby nauczyć się metod pracy, poznać know-how, obyć się w kulturze pracy. Nie musi być "papieru", aby się czegoś nauczyć.

        • ~Marcin Przewloka 25.03.2026 09:39

          @TenZaTobom

          W przypadku postdoka, czyli przykładu, który podałem, zarobki są takie same DLA WSZYSTKICH, niezależnie od kraju. Czyli przykładowo, zarówno Polak, jak i Japończyk, czy Szwed, jadąc na postdoka do Wielkiej Brytanii, będą zarabiać stawkę brytyjska, identyczna dla każdego, niezależnie od narodowości. Tak więc tutaj argument finansowy, który Pan podaje, odpada całkowicie.

          Tak, przykłady ośrodków, które podałem, to instytuty naukowe. Ale to absolutnie nie robi żadnej różnicy, kiedy mówimy o celowości wyjazdów na długie staże („konieczność odbycia zagranicznego stażu stacjonarnego”), na przykład właśnie podoktorskie. Podkreślę to tutaj: żadnej różnicy. Tym bardziej, że osoba po postdoku i powrocie do Polski może sobie znaleźć prace zarówno na uczelni, jak i w instytucie naukowym.

          I jeszcze komentarz co do długości takiego stażu: nie bez powodu w grantach uwzględnia się zatrudnienie postdoka na kilka lat. Tylko ten czas pozwoli na zaangażowanie w projekt na poziomie, jakiego się od postdoka wymaga. Tutaj wchodzi w grę nie tylko praca w laboratorium, ale również opieka nad doktorantami (w jakimś zakresie), inne obowiązki, które wpadają do kategorii „leadership”, czy też przygotowywanie publikacji. Wyjazdy długoterminowe nie służą nauce jednej techniki, ale raczej zorientowaniu się w tym, jak działa nauka w danym miejscu i poprowadzenie samemu jakiejś spójnej pracy, projektu, który można zamknąć publikacją. To wymaga czasu.

  • ~xxx 24.03.2026 11:21

    też jestem ojcem dwójki dzieci - wszystkie dłuższe wyjazdy odpadają. nawet uzgodnić konferencję bez wolnego żony to trudność

    • ~komentator (poprzedni) 24.03.2026 23:08

      Potwierdzam. Podobnie jest u mnie. A jeśli ma się jeszcze na karku rodziców, którymi się trzeba opiekować, to... to sytuacja jest, jak na giełdzie: dzisiaj hossa (tzn. wszystko OK, planujemy wyjazd, seminarium itp. itp.), a jutro trzeba nierzadko plany anulować.

  • ~Batyr 24.03.2026 09:00

    im dłużej pracuję na uczelni tym bardziej mi wstyd. To środowisko to totalna patologia. Banda oszustów, papermillsów, miernot intelektualnych, socjopatów, krętaczy, mobberów, karierowiczów itd....

  • ~Ojciec 23.03.2026 18:54

    Co za głupi temat.
    A czy kierowca MPK byłby kierowcą MPK gdyby nie był ojcem?
    Nie róbcie z naukowców męczenników! ... i weźcie się do konkretnej naukowej roboty ... za pieniądze przeznaczane na naukę

    • ~Anonim 24.03.2026 10:48

      Te pieniądze przeznaczone na naukę, to pieniądze na najniższą krajową. Na nie musisz zarobić, pracując przy biurku, na starym PC, lub swoim prywatnym lapku. A następnie, bez zakupienia nowych materiałów, a najlepiej bez sprzętu pomiarowego masz przeprowadzić badania na miarę Nobla. Tak wygląda rzeczywistość. Asystenci naukowi zarabiają mniej, niż sprzątaczki w korporacji. Z tego powodu przyjeżdża masa obcokrajowców, a Polacy nie chcą pracować w Instytutach.

      • ~Groger 25.03.2026 10:30

        A lekarze wyciskają średnio kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie (ok. 500 wyciska kilkaset tysięcy miesięcznie) i w dodatku mają pretensję bo mieli przecież na studiach sporo nauki i ciągle się uczą (żeby to jeszcze). My poza kilkunastoma latami nauki i ciągłym przyswajaniem wiedzy tworzymy też nową wiedzę (badania naukowe i publikowanie ich wyników) no i ile nam płacą?

    • ~thebil 24.03.2026 08:56

      Zgadzam się totalnie głupi temat, a nawet jest odwrotnie. Jak robić karierę z rodziną za takie żałosne pieniądze i brak jasnej ścieżki kariery w środowisku pełnym oszustów, miernot intelektualnych, papermillsów i mobberów :)

  • ~Starszy kafelkarz 23.03.2026 17:01

    Ważne aby syna lub córkę ewentualnie wnuki obsadzić na katedrze. Konstytucja Konstytucja

  • ~Anonim 23.03.2026 14:51

    Dlaczego przy uczelniach nie buduje się żłobków i przedszkoli? To naprawdę mogłoby pomóc młodym rodzicom we wcześniejszej decyzji o rodzicielstwie. Urodziłam dziecko na trzecim roku studiów. Można powiedzieć, że przez dwa lata nielegalnie opłacałam opiekunkę ze stypendium. Każdy dzień nauki kosztował mnie określoną kwotę. Nie miałam wyjścia - jako studentkę studiów dziennych nie było mnie stać na legalną opiekunkę. Na ostatnim roku moich studiów dziecko uczęszczało do żłobka. Było mi bardzo ciężko. I teraz, po tylu latach - WCIĄŻ NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO! Demografia kuleje, wszyscy "jadą" po młodych kobietach, że śmią chcieć się uczyć, zamiast dzieci rodzić. Trzeba im warunki do macierzyństwa stworzyć takie, żeby mogły godzić naukę z byciem matkami.
    Druga sprawa - WYMUSZONA MOBILNOŚĆ NAUKOWCÓW NA DOKTORATACH I PO. Gdzie tutaj logika, żeby zmuszać do tego ludzi w wieku reprodukcyjnym? Rozumiem - wymóg jednego stażu przez miesiąc. Ale pół roku? Rok? Dwa, trzy, czy cztery długie staże? To jest chore! Właśnie ludzie inteligentni powinni dzieci mieć! Ale żeby je mieć i wychowywać, to trzeba mieć warunki. A tak? Zamiast ludzi inteligentnych, najwięcej potomstwa mają rodziny patologiczne. Dziękuję za uwagę.

    • ~Baza 23.03.2026 22:21

      Do tego na konferencje krajowa trzeba jechać pociągiem - możesz rozliczyć bilet, ale nie kilometrówkę. A to ze jedzie z tobą facet i roczne dziecko to juz Twój problem...

    • ~Młoda Naukowczyni 23.03.2026 21:09

      Ktoś, kto założył, że młoda matka dwójki dzieci pojedzie na 3 miesiące sama nigdy nie stał nawet obok dziecka i zero wie o realiach opieki nad dziećmi. Nie wspominajmy już nawet o rosnących kosztach takiej nawet krótkiej mobilności. Jasne, pojadę na konferencję, ale muszę zabrać malucha bo go dalej karmię (i mam do tego prawo), męża, żeby go pilnował w czasie obrad i przywodził w przerwach na karmienie oraz starsze dziecko (bo kto z nim zostanie w domu?). W ten sposób mąż traci dni urlopu, a oboje tracimy kupę pieniędzy na dodatkowe bilety i droższe noclegi. Kiedy zaś mam szansę na dofinansowanie, to muszę i tak brać ryczałt, bo jak wytłumaczę, że muszę mieć większe mieszkanie? Każdy mój wyjazd na dłużej niż dzień jest okupiony wielkim trudem całej mojej rodziny.

    • ~Viktorynka 23.03.2026 20:48

      też jestem mamą z doktoratem i całym sercem podzielam opinię, że promowanie (a w realu wymóg) mobilności to chory pomysł... czekam kiedy pomysłodawcy przejrzą na oczy, ale obawiam się, że będzie już za późno. Cała ta idea to kolejna cegiełka dołożona do większego projektu "brak stabilizacji" - czyli tego, czego zdecydowanie NIE pragnie kobieta, nawet ta, która wybrała naukę. I cierpi na tym cała JEJ rodzina. O ile przetrwa.

      • ~Magdusia 23.03.2026 21:16

        Totalnie się zgadzam! Jako młoda mama z doktoratem mogę pomarzyć o dalszych wyjazdach naukowych, bo CO JA ZROBIĘ Z DZIECMI? Jasne, idziemy w kierunku Zachodu z jego modelem akademii. Szkoda, że wiele znanych mi naukowców z Zachodu rozstało się z partnerami właśnie z winy mobilności. Bo ona chciała już dzieci, a on jechał na 3 post doca na pół roku, bo jej zaproponowano staż, a on nie pojechał za nią...

        • ~Marcin Przewloka 24.03.2026 12:17

          @Magdusia i Panie powyżej

          Rzeczywiście, w pewnym sensie praca naukowca jest trudna do zorganizowania rodzinnie, ale inne aspekty działają na korzyść. Wyjazd na dłuższy postdok może być wyzwaniem, ale już na przykład wyskoczenie z pracy, żeby odebrać dzieciaki z przedszkola, a potem powrót do pracy na parę godzin często jest możliwy. Są plusy i minusy.

          Myślę, że planowanie takiego dłuższego wyjazdu może być pomocne. Przygotowanie mentalne jest tutaj nawet ważniejsze niż te fizyczne. Fakt, że ktoś planuje wyjechać i uważa taki wyjazd za konieczny, pomaga się zorganizować rodzinnie. Na pewno każdego sytuacja jest nieco inna, więc nie ma tutaj żadnych magicznych rozwiązań dla wszystkich.

          Jedno jest pewne – naukowcy to nie jedyni ludzie, którzy sporo jeżdżą. W biznesie też często się dużo podróżuje i zmienia miejsca zamieszkania. Piloci samolotów dużo latają i nie ma ich w domu, a marynarze mogą zniknąć na perę tygodni lub nawet miesięcy.

          Z rodzina dużo trudniej zorganizować kilkuletnie wyjazdy, ale w większości przypadkow nie jest to niemożliwe.

  • ~marcin 23.03.2026 14:28

    Starzy profesorowie mieli żony modelu house-wife, więc posiadanie dzieci nie miało wpływu na ich kariery. Czasy się jednak zmieniły i ojcowie naukowcy muszą godzić obowiązki domowe z zawodowymi. W najlepszym razie zmniejsza to zaangażowanie w te drugie, a w gorszym rodzi duże napięcia i stawia przed trudnymi wyborami.

  • ~Context check 23.03.2026 10:38

    Ale profesor jest tu symbolem udanej kariery czy porażki zawodowej?

    • ~Profesorek 23.03.2026 11:43

      Większość pokolenia Z w ogóle nie widzi jakiegokolwiek sensu w stopniach i tytułach naukowych, dla nich to coś jak tytuły szlacheckie albo hrabiowskie, wręcz można się uśmiechnąć pod nosem. Pokolenie X i Milennialsi nieźle się zawiedli, kiedy robili kariery naukowe, aby dzieci były z nich dumne. A tu bęc i dzieci nadają zupełnie na innych falach...

      • ~Warszawiak 23.03.2026 15:11

        Jak ktoś robił dr, hab. i prof "dla dziecka" to naprawdę dawno o takim głupku nie słyszałem

        • ~Krakowiak 24.03.2026 19:02

          Spokojnie, większość robiła dla księgi pamiątkowej, broszury historii zakładu z obowiązkowym aktem ślubu i zdjęciami z imienin znienawidzonego kierownika oraz publikacji "kto jest kim w [nazwa specjalności] polskiej".