Przez dekady dydaktyka akademicka opierała się na założeniu, że jeśli wiedza zostanie poprawnie przekazana, student się nauczy. Najlepsze uczelnie świata dziś już wiedzą, że to założenie jest dalekie od prawdy.
Wiedza przekazana nie musi zostać zrozumiana ani poprawnie użyta, dlatego punkt ciężkości przesuwa się na doświadczenie uczenia się, które prowadzi studenta od pierwszego kontaktu z problemem do działania i samodzielnego myślenia.
Mała rewolucja na kursie z fizyki na MIT
Projekt TEAL uruchomiony na Massachusetts Institute of Technology powstał jako odpowiedź na bardzo konkretny problem – wysoki odsetek niezaliczonych kursów fizyki pierwszego roku oraz utrzymywanie się błędnych modeli pojęciowych mimo poprawnie zdanych egzaminów. Studenci potrafili wprawdzie rozwiązywać zadania, ale z jakiegoś powodu nie rozumieli zjawisk, o które ich pytano.
W ramach projektu przemodelowano cały ekosystem kursu, zmieniając przestrzeń, scenariusze zajęć i podejście do popełnianych błędów. Zmodyfikowano między innymi układ sal, wstawiając okrągłe stoły dla dziewięciu osób wyposażone w mobilne ekrany i tablice. Dzięki temu wyeliminowano częste zjawisko polegające na tym, że studenci w pierwszym rzędzie byli aktywni, a ci z tylnej ławki nieobecni duchem. W nowej sytuacji nie było już miejsca, z którego można tylko obserwować, każdy uczestnik był w ciągłym polu widzenia grupy i osób prowadzących zajęcia.
Struktura zajęć oparta została na krótkich, kilkuminutowych wprowadzeniach pojęciowych, po których natychmiast następowały zadania konceptualne, symulacje komputerowe i eksperymenty stołowe (proste doświadczenia dydaktyczne możliwe do wykonania bez zaplecza laboratoryjnego). Kluczowe było to, że zadania nie sprawdzały poprawności obliczeń, lecz ujawniały typowe błędne intuicje dotyczące ruchu, sił czy pól. Studenci musieli nie tylko podać poprawny wynik, lecz także publicznie uzasadnić swoje rozumowanie.
Istotnym elementem było też systematyczne wykorzystywanie instrukcji rówieśniczych (peer instruction), w których studenci najpierw rozmawiali w parach, a potem konfrontowali swoje odpowiedzi w grupie, zanim pojawił się komentarz prowadzącego. Dzięki temu błędy poznawcze stawały się widoczne i możliwe do skorygowania w trakcie zajęć, a nie dopiero na egzaminie końcowym.
Efekty mierzono przyrostem rozumienia m.in. za pomocą standaryzowanych testów diagnostycznych wprowadzanych przed i po kursie. Wyniki pokazały istotnie wyższy przyrost zrozumienia kluczowych koncepcji fizycznych w porównaniu z tradycyjnym wykładem oraz wyraźny spadek liczby studentów powtarzających kurs. MIT nie zmienił sylabusa ani zakresu materiału. Postawił na modyfikacje doświadczenia w kontakcie z tą samą treścią.
Na Harvardzie innowacja zaczyna się tam, gdzie student się gubi
Na Harvard University innowacje dydaktyczne nie mają charakteru przypadkowego. W 2011 roku uczelnia uruchomiła program strategiczny Harvard Initiative for Learning & Teaching (HILT), który od lat funkcjonuje jako mechanizm instytucjonalny finansujący modernizację kursów, ale pod jednym warunkiem — niezbędne jest przeprowadzenie rzetelnej diagnozy procesu uczenia się studentów na danym przedmiocie. W praktyce oznacza to mapowanie momentów krytycznych, w których studenci gubią sens, a wiedza nie transferuje się do nowych zadań. Efektywność kursu staje się dla nauczycieli prawdziwym polem badawczym. Wykładowcy pracują z zespołami metodyków i analitykami danych, zaś zmiany są testowane i poddawane ewaluacji.
To podejście ma silne zaplecze teoretyczne w badaniach prowadzonych w Project Zero – międzydyscyplinarnej inicjatywie afiliowanej przez Harvard Graduate School of Education. Powstała ona w 1967 roku i koncentrowała się na procesach poznawczych leżących u podstaw uczenia się. W centrum jej badań jest koncepcja visible thinking, zgodnie z którą myślenie musi stać się widoczne, aby mogło się zmienić, np. poprzez pytania i zadania zmuszające studenta do ujawnienia toku rozumowania. Dlatego też Harvard rzadziej poszukuje nowoczesnych narzędzi, a częściej momentów wymagających głębokiego myślenia, w których student nie może pozostać bierny ani schować się za poprawnie zapamiętaną definicją.
Stanford stawia na laboratorium design thinking
Na Stanford University działa jednostka, która od początku została pomyślana jako koło napędowe zmiany sposobu uczenia się w całej uczelni. Hasso Plattner Institute of Design, powszechnie znany jako d.school, powstał w 2005 roku w formule międzywydziałowego instytutu projektowania i od tamtej pory pełni rolę akceleratora dydaktyki — miejsca, w którym studenci i wykładowcy z różnych kierunków uczą się pracy nad kreatywnym rozwiązywaniem złożonych problemów. d.school funkcjonuje jako hub interdyscyplinarny, w którym praktyki uczenia się są projektowane, testowane i przenoszone do macierzystych wydziałów. Rdzeniem tej działalności jest metoda design thinking. Stanford publikuje opracowane narzędzia dydaktyczne w postaci bootleg deck i przewodników procesowych. Instytut pracuje także z partnerami zewnętrznymi (organizacjami publicznymi, firmami, NGO) i od nich czerpie pomysły na realne zadania i wyzwania. Dzięki temu w d.school symulowane są sytuacje decyzyjne, w tym działanie przy niepełnych danych, sprzecznych interesariuszach i zmiennych kryteriach sukcesu. Uczelnia zaczyna od pytania „co student ma zrobić, kiedy nie wie” i w tej logice kryje się chyba jedna z najbardziej praktycznych definicji nowoczesnej dydaktyki.
W Singapurze dbają o regionalny kontekst
Poza obszarem USA i Europy szczególnie wyraźnym przykładem świadomego projektowania doświadczeń uczenia się jest National University of Singapore. NUS traktuje innowację dydaktyczną jako element długofalowej strategii rozwoju uczelni.
Jednym z kluczowych jej filarów jest NUS Teaching Academy, w której projektowanie uczenia się traktuje się jako kompetencję akademicką porównywalną z kompetencją badawczą. W wielu kursach – szczególnie na pierwszych latach studiów – NUS konsekwentnie odchodzi od dominacji wykładu na rzecz problem-based learning i inquiry-based learning, przygotowanych tak, aby studenci musieli stosować wiedzę w nowych, niejednoznacznych sytuacjach. Zadania dydaktyczne są konstruowane wokół realnych problemów społecznych, technologicznych i środowiskowych regionu Azji Południowo-Wschodniej, co sprawia, że uczenie się jest silnie osadzone w lokalnym kontekście. Charakterystyczne dla ich podejścia jest także to, że innowacje dydaktyczne są ściśle sprzężone z ewaluacją i danymi. Zmodyfikowane kursy podlegają systematycznej analizie efektów uczenia się, a decyzje o ich skalowaniu zapadają na podstawie dowodów.
Przykład z Singapuru pokazuje coś, czego nie widać tak wyraźnie w modelach amerykańskich: nowoczesna dydaktyka może być koordynowana na poziomie całej instytucji, spójna z polityką kadrową, systemami wsparcia i długofalową strategią rozwoju regionu, a nie stać się wyłącznie wynikiem pojedynczych inicjatyw.
Na University of Tokyo im trudniejszy problem, tym lepiej
University of Tokyo to ciekawy kontrapunkt kulturowy. Uczelnia od lat rozwija programy późnej specjalizacji oraz problem-based seminars, podczas których studenci nie zaczynają od wąsko zdefiniowanej dyscypliny, ale od złożonych problemów badawczych. W wielu programach – zwłaszcza interdyscyplinarnych – studenci pracują w małych zespołach nad wyzwaniami, które wymagają łączenia perspektyw np. technologicznych, społecznych i etycznych. Wiedza teoretyczna jest wprowadzana wtedy, gdy to niezbędne. Takie podejście silnie akcentuje refleksję, argumentację i odpowiedzialność za proces uczenia się, co w japońskim kontekście kulturowym jest wyraźnym przesunięciem względem tradycyjnego, hierarchicznego modelu akademii.
North Carolina State University idzie w skalę
Natomiast program SCALE-UP na North Carolina State University zrodził się z bardzo pragmatycznej potrzeby – jak uczyć skuteczniej tam, gdzie tradycyjny wykład jest mało skuteczny, czyli w dużych kursach pierwszoroczniaków, osób o zróżnicowanym poziomie kompetencji. To wtedy decyduje się, czy student w ogóle zostanie na studiach. Jako interwencję zaplanowano przeprowadzenie projektu dydaktycznego obejmującego setki osób.
Wyróżniającym elementem SCALE-UP jest odwrócona organizacja pracy nazywana upside-down pedagogy lub flipped classroom. W tym modelu studenci zapoznają się wcześniej z teorią (krótki materiał, lektura, wideo), a na zajęciach rozwiązują problemy, tłumaczą sobie nawzajem tok myślenia, spierają się na argumenty i sprawdzają, czy ich intuicje mają pokrycie w faktach. Innymi słowy, to, co najtrudniejsze w uczeniu się, dzieje się na sali ze wsparciem prowadzącego i grupy rówieśników.
Drugą rzeczą, która wyróżnia program jest model prowadzenia zajęć jako pracy zespołowej. W praktyce zakłada obecność osób wspierających (np. asystentów, tutorów, facylitatorów). Dzięki temu prowadzący nie jest samotnym dyrygentem, ale częścią układu, który pozwala szybciej wychwytywać momenty zagubienia lub błędnego rozumowania, zwłaszcza w dużych grupach.
I wreszcie kluczowy aspekt: SCALE-UP został pomyślany jako model do powielania (sposób organizacji zajęć, rytm aktywności, rola prowadzących i wsparcia, logika projektowania zadań). Jeśli projekt TEAL z MIT pokazuje, jak przeprojektować doświadczenie w ramach konkretnego kursu na elitarnej uczelni, to SCALE-UP wskazuje, jak zaprojektować masową metodę pracy. Taką, którą da się wdrażać i skalować, bez budowania każdorazowo systemu od zera.
Minerva University buduje własną mapę kompetencji
Na końcu tej drogi znajduje się Minerva University, prywatna uczelnia z Kalifornii, która potraktowała projektowanie doświadczenia uczenia się jako punkt wyjścia całego modelu akademickiego i zbudowała fundamenty nauczania zupełnie od nowa.
Wprowadziła kluczową zmianę polegającą na całkowitym odejściu od wykładów jako formy dydaktycznej. Był to efekt wniosków z badania pokazującego ich ograniczoną skuteczność w rozwijaniu kompetencji transferowalnych. Wszystkie zajęcia na uczelni odbywają się synchronicznie online na platformie Active Learning Forum, przygotowanej tak, aby technicznie uniemożliwić bierność uczestników. Oznacza to, że każdy student jest zobowiązany do tego, aby zabrać głos, podjąć decyzję, uzasadnić stanowisko lub zareagować na argumenty innych.
Program Minervy odchodzi też od klasycznych przedmiotów na rzecz mapy kompetencji, określanej jako Habits of Mind and Foundational Concepts. Krytyczne myślenie, podejmowanie decyzji, rozwiązywanie problemów, komunikacja i współpraca są rozwijane wielokrotnie w różnych kontekstach dyscyplinarnych. Ta sama kompetencja wraca w kolejnych kursach, co wymusza transfer wiedzy i zapobiega zaliczaniu tematu bez jego realnego przyswojenia. Każdy element zajęć przypisany jest do konkretnej kompetencji, a każdy błąd traktuje się jako moment uczenia się.
Ewaluacja w Minervie nie opiera się na egzaminach pamięciowych. Studenci są oceniani na podstawie jakości decyzji, argumentacji i rozumowania w nowych sytuacjach problemowych. Informacja zwrotna jest ciągła, precyzyjna i odnosi się do konkretnych kompetencji, a nie do ogólnej aktywności czy liczby punktów.
Istotnym elementem programu jest także globalny kontekst uczenia się. Studenci mieszkają w różnych miastach świata, a lokalne uwarunkowania społeczne, ekonomiczne i kulturowe stają się materiałem do analiz i projektów. Internacjonalizacja traktowana jest jako integralny element doświadczenia dydaktycznego. Minerva nie konkuruje infrastrukturą ani liczbą laboratoriów, ale jej jakość kształcenia i spójność przekłada się na wysokie oceny w rankingach, takich jak Niche czy WURI.
Co z tego wynika dla polskiej dydaktyki akademickiej?
Przykłady z uczelni amerykańskich, angielskich i azjatyckich nie są gotową receptą do skopiowania. Powstawały w określonych kontekstach instytucjonalnych, kulturowych i finansowych. Ich wartość dla nas polega na czymś innym – na sposobie myślenia o dydaktyce jako o procesie, który można świadomie projektować, badać i rozwijać.
W polskich realiach coraz częściej pojawiają się inicjatywy, które idą w podobnym kierunku, w tym odważne pilotaże, centra wsparcia dydaktycznego, eksperymenty edukacyjne. To sygnał, że zmiana jest procesem, który już się zaczyna, choć wciąż bywa rozproszony i silnie zależny od zaangażowania pojedynczych osób. Światowe przykłady pokazują, że kluczowym krokiem jest uznanie dydaktyki za realną kompetencję instytucjonalną i ważny element misji uniwersytetu.
Być może więc nie chodzi o pytanie, czy polski system jest gotowy, ale gdzie i w jakiej skali jesteśmy gotowi zacząć. Jakie doświadczenia uczenia się chcemy świadomie projektować już dziś (nawet w niewielkich inicjatywach), aby z czasem stały się trwałym elementem naszej polskiej akademickiej codzienności?
Alina Guzik
Wydział Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej
Autorka jest ekspertką w obszarze cyfrowej i nowoczesnej edukacji, e-learningu, rozwiązań EdTech, rozwoju innowacji oraz projektowania nowych produktów edukacyjnych. Łączy naukę, design i technologię, tworząc kreatywne i praktyczne rozwiązania dla przyszłości edukacji na świecie. W Katedrze Inżynierii Zarządzania i Jakości PG prowadzi badania, w których analizuje, jak technologia i nowe podejścia dydaktyczne realnie zmieniają edukację.
Ciekawe koncepcje. Z wnioskami trudno się nie zgodzić, choć ... raczej... może powinno być:
Dydaktyka jest realną kompetencję instytucjonalną i najważniejszym elementem misji uniwersytetu.
Jeśli jednak trzeba to UZNAĆ, to zastanówmy się jakiego trzeba było zamieszania, żeby dopiero w roku 2026 do takiego oczywistego wniosku dochodzić?
No cóż... w 2009 r. odbył się w Krakowie, XL Zjazd Fizyków Polskich, na którym, podczas Walnego Zebrania Delegatów, przegłosowano wysłanie do MEN, listu wyrażającego zaniepokojenie planami MEN co do nauczania fizyki w szkołach ponadgimnazjalnych. List taki został wysłany przez ówczesnego Prezesa PTF, Prof. Reinharda Kulessę. Około miesiąc później (17.11.2009 r.), MEN przysłał odpowiedź, w której można było przeczytać m.in. ``Zatem, niezależnie od indywidualnych wyborów zajęć rozszerzonych każdy licealista będzie miał odpowiednią wiedzę i umiejętności zarówno z zakresu nauk humanistycznych, jak i matematyczno-przyrodniczych.`` i że "W nauczaniu fizyki został położony większy nacisk na wykonywanie jak najwięcej doświadczeń i pomiarów, posługując się możliwie prostymi środkami (w tym przedmiotami użytku codziennego) przez nauczycieli i przez samych uczniów." List podpisała ``w/z MINISTRA SEKRETARZ STANU Krystyna Szumilas``.
Mam zajęcia z dziedzin ścisłych, na jednej z uczelni ze studentami, od ładnych kilku lat, i widzę, jaką to ``odpowiednią wiedzę`` ma niemały odsetek tych studentów.
Wyżej wspomniany list i odpowiedź z MEN, można przeczytać na stronie old ptf net pl/apelMEN09.pdf
Zauważam to samo. Coraz mniej krytycznego myślenia i jakiegokolwiek przygotowania do rozwiązywania nawet najprostszych problemów. Na dzisiejszym kolokwium z podstaw fizyki na kierunku technicznym moim oczom ukazało się następujące równanie:
F + mv = mgh
Jak od dawna wiadomo, siła plus pęd równa się energia potencjalna.
Więcej lektur, romantyzowania, mniej przedmiotów ścisłych. Towarem eksportowym naszej gospodarki zostanie literatura.
"Towarem eksportowym naszej gospodarki zostanie literatura."
Naszym towarem eksportowym (no może nie gospodarki) już jest literatura. Wszak w tej dziedzinie mamy 5 nagród Nobla, w tym 3 całkiem niedawne. W naukach ścisłych, przyrodniczych i medycznych - 0 (Skłodowska się nie liczy). I to się raczej nie zmieni w najbliższej przyszłości.
Może autor tego równania postanowił wziąć przykład z Arystotelesa, który twierdził, że prędkość ciała jest proporcjonalna do siły, która tym ciałem porusza, ale postanowił być przy tym oryginalnym i nie plagiatować greckiego filozofa, więc wymyślił swoje własne równanie, które Pan przytoczył. ;=)
A na serio, to w Polsce syndrom niechęci do dziedzin ścisłych jest dość rozpowszechniony. Obawiam się, że literatura JUŻ zaczyna być towarem eksportowym. Zauważmy, że gdy umrze jakiś fizyk, czy matematyk, media najczęściej o tym nie informują. Za to, gdy umrze profesor: ekonomii, historii, literaturoznawstwa, politologii, socjologii, prawa itp. dziedzin (czasem też medycyny), to często się o tym pisze na portalach informacyjnych. Po prostu, nie zauważa się dziedzin ścisłych. Tak, jakby większość uważała "No i po co to?" i zapewne tak uważają. A świat idzie naprzód.
"Przykłady z uczelni amerykańskich, angielskich i azjatyckich nie są gotową receptą do skopiowania. Powstawały w określonych kontekstach instytucjonalnych, kulturowych i finansowych."
Ktoś już o tym pisał nie raz na łamach Forum - budżet Harvardu jest mniej więcej równy budżetowi całego systemu szkolnictwa wyższego i nauki w Polsce. Od lat korzystam z animacji komputerowych powiązanej z Harvardem (nie wnikałem dokładnie jak) firmy Biovisions. Są to rozwiązania kosztowne, raczej niemożliwe do opracowania w Polsce.
"Światowe przykłady pokazują, że kluczowym krokiem jest uznanie dydaktyki za realną kompetencję instytucjonalną i ważny element misji uniwersytetu."
Jak można oczekiwać u nas zaangażowania pracowników w dydaktykę, jeśli rozliczani są praktycznie wyłącznie z wyników badań, a właściwie to nawet nie z tego, tylko z "wypełniania slotów"?
Jednak najważniejszą różnicą, jaką ja widzę pomiędzy systemem polskim i amerykańskim, są studenci. U nas mniej więcej 10% studentów chce się uczyć, pozostali chcą zdobyć dyplom. Tam proporcje są odwrócone. Dlaczego? Bo tam studenci doskonale wiedzą, że rynek pracy natychmiast zweryfikuje wartość ich dyplomu. Oczywiście tam wiadomo też, że dyplom Harvardu, MIT czy Stanforda to nie jest tylko papierek.
Może posłużę się takim przykładem. Przez 2 lata prowadziłem zajęcia na uczelni amerykańskiej (jako doktorant, czyli teaching assistant). Mój etat formalnie obejmował 20 godzin tygodniowo, ale tylko 8 godzin z tego to były zajęcia ze studentami, reszta to grading (sprawdzania egzaminów z wykładów profesora) i tutoring, czyli po naszemu konsultacje. Na moje konsultacje były kolejki po kilkudziesięciu studentów. W Opolu przez cały ubiegły rok akademicki na konsultacje przyszły dwie studentki.
Skąd się to bierze? Myślę, że przyczyn należy szukać w naszym szkolnictwie, szczególnie podstawowym. Z przerażeniem obserwowałem jak moje dzieci po kolei po pójściu do szkoły traciły zainteresowanie uczeniem się, a przed pójściem do szkoły były pełne ciekawości świata, bo tak starałem się je wychować. I szkoła to wszystko zabiła.
Cyt."Z przerażeniem obserwowałem jak moje dzieci po kolei po pójściu do szkoły traciły zainteresowanie uczeniem się, a przed pójściem do szkoły były pełne ciekawości świata, bo tak starałem się je wychować. I szkoła to wszystko zabiła."
Na jednym z cmentarzy w Krakowie spoczywa bardzo "mundry" człek, prof. dr. oczywiście habilitowany, pan Mirosław. Pan Mirosław był kiedyś szefem MEN, i to on wprowadził gimnazja. Widać tak się tym zachwycił, że zapomniał sobie chyba (?), iż istnieją takie przedmioty, jak chemia i fizyka (a sam był profesorem belwederskim nauk chemicznych!). W każdym razie, jakoś go "nie ruszało", że te przedmioty są OŚMIESZANE w szkołach, co przekłada się praktycznie od razu na liczbę chętnych do ich studiowania, ale też na to, że trzeba obniżyć liczbę godzin zajęć z tych przedmiotów (zwłaszcza z fizyki), na studiach, gdzie te zajęcia, to "zajęcia usługowe". Panu Mirosławowi ta jego belwederska profesura tutaj w niczym nie pomogła. Podobnie nie pomogła tutaj profesura z nauk technicznych, panu Edmundowi, następcy pana Mirosława na stanowisku szefa MEN.
Analogicznie, bezużyteczny w tym kontekście, okazał się doktorat z matematyki, nieżyjącej już Pani Krystynie, która była następczynią pana Edmunda na tym stanowisku. Ani tych dwóch panów, ani ta pani nie mogli jakoś pojąć skutków swoich działań lub ich zaniechań, jeśli chodzi o nauczanie chemii i fizyki w szkole. Za to cała ta trójka była zachwycona gimnazjami.
Należy być bardzo ostrożnym w takich porównaniach.
Opowieść długości 2 akapitów o tym, jak to działa gdzie indziej, może się mieć nijak do tego, jak organizować nauczanie lokalnie.
Dwa najważniejsze komponenty, które są na pewno bardzo różne pomiędzy tymi uczelniami, to 1. strona uniwersytetu, która zapewnia środowisko (system, sprzęt i nauczyciele), oraz 2. studenci, którzy również znacząco różnią się pomiędzy tymi uczelniami.
Dziękuję za ten głos. Pełna zgoda, że proste transfery rozwiązań 1 do 1 między uczelniami nie działają. Różnice w środowisku i kontekście są ogromne. Dlatego traktuję przykłady z innych systemów raczej jako punkt odniesienia do refleksji niż gotowe recepty. Wszystko, co Pan wymienił, system, sprzęt, studenci ma kluczowe znaczenie w rozwoju dydaktyki.
@Alina
No cóż, właściwie o każdym stwierdzeniu z powyższego tekstu można by rozprawiać całymi godzinami.
Może wiec zamiast tego wspomnę tylko, że mi osobiście bardzo podoba się system nauczania, jaki prezentują małe szkoły wyższe w Stanach zwane Liberal Arts Colleges. Podejście do nauczania tam prezentowane jest najbliższe mojemu pojęciu o tym, jaką atmosferę należy próbować stworzyć na uczelni i jak najlepiej podchodzić do relacji nauczyciel-student, która tak bardzo ucierpiała w procesie tranzycji od uniwersytetu do fabryki, przy czym właśnie to ostatnie podejście można (niestety) zauważyć w dzisiejszych czasach jako dominujące.
To bardzo ciekawe Panie Marcinie. Czy można gdzieś więcej poczytać o Pana obserwacjach? Z przyjemnością poczytałabym takie case studies.
@Alina
Co do tych szkół, mam trochę doświadczenia z mojej własnej rodziny. Niektórzy z moich znajomych ze Stanów pokończyli ten typ uczelni. Naprawdę, świetne podejście do edukacji.
Jeśli jest Pani zainteresowana edukacją na poziomie BSc i MSc, to gorąco polecam sabbatical na przynajmniej kilka miesięcy, żeby się trochę zapoznać z tym, jak tam wygląda edukacja. To są zwykle miejsca ‘in the middle of nowhere’ z bardzo funkcjonalnymi i często pięknymi kampusami; tylko prywatne szkoły.
Całkowicie zgadzam się z tym pojęciem, że są to „Hidden Gem Institutions”. W Europie prawie nikt o nich nie wie, a edukacja jest na absolutnie najwyższym poziomie.
Proszę spojrzeć w Wikipedię:
https://en.wikipedia.org/wiki/Liberal_arts_college
A tutaj podsumowanie z Googla:
A liberal arts college is an undergraduate-focused institution emphasizing a broad education in humanities, social sciences, and natural sciences, rather than specialized vocational training. These colleges prioritize small class sizes, critical thinking, and close faculty-student mentorship to prepare students for diverse careers or graduate study.
Key Characteristics and Benefits
- Breadth of Study: Students typically explore multiple disciplines (e.g., literature, economics, biology) before focusing on a major.
- Critical Thinking & Skills: The curriculum fosters analytical skills, ethical reasoning, and effective communication, creating adaptable, well-rounded graduates.
- Small, Focused Environment: Classes are often small, with a strong focus on undergraduate teaching rather than massive research initiatives.
- Close Mentorship: Faculty are often deeply involved in teaching and acting as mentors, with opportunities for collaborative research.
- Hidden Gem Institutions: While less famous than Ivy Leagues, top liberal arts colleges (e.g., Williams, Amherst, Swarthmore, Pomona) offer equivalent, sometimes superior, career outcomes, according to Reddit.
Top Examples (U.S.)
According to U.S. News & World Report and College Raptor, top-ranked institutions include:
Williams College (MA)
Amherst College (MA)
Swarthmore College (PA)
Pomona College (CA)
Bowdoin College (ME)
These institutions are often characterized by high-intensity, collaborative learning environments.
To jest świetny case Panie Marcinie. Przez chwile pomyślałam, że opisuje Pan coś w stylu szkół demokratycznych, ale jednak nie, Pana przykład to coś innego taka bardziej szkoła wolnomyślicieli. Dziękuję, że Pan się tym podzielił, bardzo to ciekawe, muszę więcej o tym poczytać. Pozdrawiam serdecznie.
@Alina
Hmmm, no raczej nie nazwałbym tego "szkołą wolnomyślicieli".
To jest ciągle ten sam stopień bakałarza lub magistra, tylko podany w inny sposób, niż robią to duże uczelnie stanowe lub prywatne.
Liberal arts colleges w Stanach to absolutny mainstream. Tylko w reszcie świata na ten temat mało wiadomo, bo model nie przyjął się w Europie za bardzo. Piszę o nim, bo według mnie to jest najlepszy sposób nauczania na poziomie undergraduate, jaki znam.
Tak mniej więcej pierwsza 50tka tych szkół w rankingu liberal arts colleges (mają oddzielne rankingi) to są absolutnie rewelacyjne uczelnie. Jednak nie sądzę, aby dużo dało się przenieść wprost na grunt polski. Podobnie, jak w reszcie Europy, w Polsce dominują duże i bardzo duże uczelnie.
Pozwolę sobie zauważyć małą różnicę między najlepszymi uczelniami i polskimi. Otóż w tych pierwszych jest selekcja już na etapie przyjmowania kandydatów. U nas każdy po maturze może zapisać się na studia a następnie udawać że się uczy. My to tolerujemy bo potrzeba uzbierać pensum. I tu kolejna różnica: na MIT nie ma pensum. Jak oni sobie radzą bez pensum ?
Nie wiem, jak oni sobie radzą bez pensum. Za to wiem, że za politykę MENu w zakresie nauczania (?) fizyki w szkołach, zapłacił parę lat temu Instytut Fizyki jednej z polskich uczelni publicznych. Wskutek notorycznej niskiej liczby chętnych do studiowania fizyki oraz "dzięki" niechęci do fizyki wśród studiujących kierunki, na której zajęcia z fizyki były tzw. "usługówką", był ciągły problem z wypełnieniem pensum dydaktycznego dla przynajmniej większości pracowników tego Instytutu. W końcu Instytut ten przestał istnieć. A dodam, że przez całe dekady kształcono tam świetnych nauczycieli fizyki, zaś kilku pracowników tego Instytutu, to autorzy bardzo dobrych podręczników szkolnych z fizyki. No, ale kogo to obchodzi, prawda?
Szanowny Komentatorze. Pytanie jak MIT radzi sobie bez pensum - to sarkazm. Jestem zażenowany tym, że muszę to Panu tłumaczyć.
Szanowny Prof. Dr Hab. Z.S.
Wobec tego, proszę przyjąć przeprosiny z mojej strony, że wprowadziłem Pana w stan zażenowania. W każdym razie, ja nigdy na MIT, czy na Caltechu itp. nie pracowałem. Nie znam tamtych realiów. Nie udaję, że się na czymś znam, kiedy się nie znam.
Całe życie zawodowe przepracowałem (przynajmniej, jak dotąd) w Polsce, skazany na to niejako przez sytuację. Bardzo tego żałuję, że tak wyszło, ale niestety, nie każdemu jest pisane wyjechać na postdoca za granicę. Znam wielu ludzi będących w takiej samej sytuacji, a są oni jeszcze mądrzejsi ode mnie.
Zapraszam Państwa do dyskusji. Jak na Państwa uczelniach projektuje się proces uczenia się? Co się sprawdza, a co zupełnie nie działa?
Co się sprawdza?
1. Dobrej jakości materiały dydaktyczne dla studentów - skrypty do ćwiczeń i jeśli to możliwe - także do wykładów.
2. To, żeby studenci wiedzieli czego konkretnie się na każdych zajęciach dowiedzą, że po zajęciach numer 2 powinni umieć odpowiedzieć na kilka konkretnych pytań i powinni rozwiązać określone zadania. Im bardziej połączymy to z praktycznym zastosowaniem - tym chętniej się uczą. Jeśli podajemy systematycznie pytania i zadania - uczą się lepiej, nauczyciel jako osoba bardziej od nich doświadczona wskazuje co jest w przedstawianym materiale najistotniejsze.
3. Wskazanie materiałów z których warto skorzystać, żeby zainteresowani określonym tematem mogli łatwo poszerzyć swoją wiedzę poza obowiązkowy zakres materiału.
To mi się zawsze sprawdzało.
Taka anegdota. W ubiegłym roku po raz pierwszy od wielu lat prowadziłem zajęcia na kierunku biotechnologia. Normalnie prowadzę je tylko na chemii i farmacji, więc studenci tych kierunków wiedzą czego wymagam. Studenci biotechnologii ubawili mnie skargą - dlaczego zadaje nam pan takie trudne zadania, na które nie możemy znaleźć odpowiedzi w internecie? No to im odpowiedziałem: Proszę Państwa, te zadanie są dlatego tak skonstruowane, żeby nie można na nie znaleźć odpowiedzi w internecie. 😁
Bez dłuższego namysłu, wskazałbym dwie przyczyny oczekiwania studentów biotechnologii, że ich studia będą lekkie, łatwe i przyjemne:
1. Na biotechnologię zdecydowanie łatwiej się dostać i łatwiej ją ukończyć, niż farmację.
2. Biotechnologiem warto być w USA, w Chinach, w Niemczech czy w Belgii, natomiast w Polsce firmy biotechnologiczne, poza nielicznymi wyjątkami, się nie rozwijają i nie zależy to od uniwersytetów, tylko od siły i spójności gospodarki, stąd popularność kierunku jest niewielka. Biotechnologię studiują nieliczni pasjonaci oraz osoby, które np. na farmację się nie dostały :-)
Co u nas w Polsce nie działa?
Dziękuje Panu za ten komentarz. Popieram wszystko, co Pan wymienił. Zauważyłam też, że moi studenci lubią rozwiązywać dylematy decyzyjne. Przygotowuje je na tematy związane z zajęciami i widzę, że to budzi zainteresowanie.
Jeśli mamy na to czas, a z pewnością powinniśmy mieć, integracja zdobywanej wiedzy, jaką Pani proponuje, zawsze bardzo pomaga.
Tu pojawiają się kolejne tematy, jak np. dobrze przemyślany program nauczania, w którym zdobywana wiedza jest ciągle wykorzystywana i przydatna na późniejszych zajęciach także, z innych przedmiotów. To wymagałoby bardzo dobrej współpracy nauczycieli nad całym programem studiów. Jeśli np. studenci uczą się na pierwszym roku programowania, powinni w kolejnych latach studiów tę umiejętność przy różnych okazjach rozwijać, inaczej - zapominają. Dobry program nauczana nie pozwala studentom na trzy z: zakuć, zaliczyć i zapomnieć.
Na początku lat 90-tych eksperymentowaliśmy z przedmiotami w blokach. Kiedy studenci mają zajęcia tylko z jednego lub dwóch przedmiotów przez 2-3 tygodnie, lepiej skupiają się na pracy i lepiej się uczą, niż kiedy, jak w liceum, codziennie mają zajęcia na 3-4 tematy, które nie mają ze sobą większego związku. Niestety pensum promujące oportunizm pogrzebało tę pracę. Można się też zastanowić nad podziałem roku akademickiego na trymestry – mniej egzaminów w jednej sesji, krótszy czas do egzaminu – motywuje do systematycznej nauki i jeśli masz zajęcia w dwóch trymestrach, pół roku mamy tylko na badania!
Uważam, że taka duża spójna mapa programów, tematów i pojęć, dla różnych przedmiotów, o której Pan wspomina to jest sedno projektowania dydaktycznego i bardzo szkoda, że rzadko występuje na polskich uczelniach. Właściwie bez takiej mapy ciężko jest mówić o sensownych celach kształcenia/uczenia się.
Wydaje mi się, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest wadliwy (nieprzemyślany?) system oceny uczelni: skierowany na poszczególnych pracowników, w którym liczy się tylko liczba publikacji z niedoskonałą poprawką na IF czasopisma, a dydaktyka nie liczy się wcale, zgadzać się musi jedynie liczba godzin i to czy studenci lubią nauczyciela. Ustawa Gowina miała system poprawić i zniosła pensum, lecz naprawa połowiczna problemu nie rozwiązuje. Na poziomie uczelni – ustawa powinna w całości przenieść na dziekanów odpowiedzialność za jakość kształcenia i dać im środki do wykonania tego zadania, np. oddzielając wynagrodzenie za dydaktykę od wynagrodzenia za pracę naukową. Na poziomie budżetu – wysokość subwencji musiałaby zależeć przynajmniej od popularności kierunku wśród najlepszych kandydatów na studia, co można uzupełnić ich odsetkiem wśród kończących studia magisterskie. Tak, czy inaczej, warto się zastanowić nad właściwą oceną jakości kształcenia na poszczególnych kierunkach studiów, a następnie uzależnić od niej skalę ich finansowania z budżetu państwa.
Cóż... studenci mogą sobie wypisywać anonimowo w ankietach, opinie na temat prowadzących zajęcia, wpisując tam co im "na wątrobie leży", nie ponosząc za to żadnych konsekwencji. Uczelnie przyjmują "pod swój dach" ludzi, z których większość jest już w dużej mierze ZEPSUTA przez system szkolnictwa podstawowego (chyba też gimnazjalnego), i średniego. Często są to dzieciaki, które mentalnie mają w wielu sprawach, poziom 15-latków. Mam pokusę, żeby stwierdzić, iż projektowanie procesu uczenia się, może zmienić to co najwyżej na poziomie kosmetycznym. Obym się mylił.
Ankietę można przeprowadzić dobrze i można ją przeprowadzić źle, można ją też zinterpretować dobrze i można zinterpretować błędnie. W ankiecie nikt nie ma obowiązku pisać prawdy, o czym należy pamiętać przy jej interpretacji. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że studenci optymalizują system na swoją korzyść, a zatem zawsze w swojej większości wybiorą łatwy przedmiot i odrzucą trudny, wybiorą łagodne zaliczenie i odrzucą nauczycieli stawiających im większe wymagania.
Zamiast pytać o opinie, lepiej zapytać / sprawdzić czego się faktycznie nauczyli - to jest jedyna właściwa ocena nauczyciela.
Niestety kierunki niepopularne, żeby się utrzymać bardziej dbają o zaliczenia dla wszystkich studentów, niż o poziom kształcenia. mamy tu w zasadzie do czynienia z powszechnym wyłudzaniem subwencji. Dlaczego? Dlatego, że uczelnie też optymalizują swoje działania dostosowując się do wadliwego systemu.
Tu pojawia się bardzo poważne pytanie: kto inny mógłby za nas ten wadliwy system zarządzania nauką i szkolnictwem wyższym zmienić?
Cyt."W ankiecie nikt nie ma obowiązku pisać prawdy, o czym należy pamiętać przy jej interpretacji. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że studenci optymalizują system na swoją korzyść, a zatem zawsze w swojej większości wybiorą łatwy przedmiot i odrzucą trudny, wybiorą łagodne zaliczenie i odrzucą nauczycieli stawiających im większe wymagania. "
Sęk w tym, że o tym nikt jakoś nie pamięta, gdy przychodzi moment analizy ankiet oceny okresowej pracownika, a przecież ankiety studentów mają wpływ na ocenę działalności dydaktycznej.
Istotnie, ankiety często są interpretowane bezkrytycznie i lepiej nawet się nie domyślać czemu to służy. Jest to podejście, delikatnie mówiąc - nienaukowe, które bardzo źle świadczy o gremiach, które tak do tych ankiet podchodzą. Wiedzą o tym nauczyciele, wiedzą studenci i niestety, niewiele z tej wiedzy wynika. To bardzo smutne.
Oczywiście, studenci wiedzą to, CO IM PASUJE. Przecież nie powiedzą: "Napisaliśmy to-i-owo na Iksińskiego", ale to nie jest całkiem prawda. Ciekaw jestem, co by było, gdyby taki Iksiński urażony opinią studentów, postanowił zafundować im pogawędkę z prokuratorem, z racji zniesławienia go... Czy była już kiedyś taka sytuacja?
Sytuację "Iksińskiego" dosyć dobrze opisał w powieści "Proces" niejaki Franz Kafka.
Ankiety są anonimowe, czyli wydaje się, że nie ma kogo oskarżyć ;-)
Moim zdaniem jest kogo i nie są to studenci. Prawda?
No, jest jednak pewna różnica. Otóż, Józef K. z powieści Kafki nie wie nawet, O CO jest oskarżony, zaś "bohater" negatywnych ankiet wie. Ale w sumie niezbyt wielka to pociecha...