Absurdalność i szkodliwość obowiązującego wykazu wydawnictw jest oczywista. Można go jednak znacząco poprawić i zracjonalizować cały proces punktowania – uważa prof. Jacek Raciborski z Katedry Socjologii Polityki Uniwersytetu Warszawskiego, założyciel i prezes Wydawnictwa Naukowego Scholar, przedstawiając na naszych łamach swoją propozycję.
W dyskusjach o ewaluacji uwaga środowiska koncentruje się na absurdalnej liście czasopism. Ale nie mniejszym nonsensem jest wykaz punktowanych wydawnictw oraz rozstrzygnięcie, że za publikację monografii otrzymuje się 80 punktów (200 punktów w przypadku 36 wydawnictw zagranicznych). Natomiast za artykuł w „lepszych” czasopismach przyznaje się 100, 140, a nawet – w nielicznych przypadkach – 200 punktów. Taka proporcja całkowicie rujnuje naturalny porządek rzeczy w humanistyce i naukach społecznych. Wszak monografia to najczęściej zwieńczenie wielu lat badań, główna forma prezentacji dorobku ocenianego w procedurze nadawania stopnia doktora habilitowanego i tytułu profesora (wprawdzie nie jest to droga jedyna – i całe szczęście).
Obowiązujące wykazy punktowanych wydawnictw sporządził ktoś, kto zupełnie nie ma pojęcia, jak funkcjonują wydawnictwa naukowe i kto jest kim w tym świecie. Przykłady: na poziomie II (200 pkt) nie ma żadnego polskiego wydawnictwa, co więcej nie ma Suhrkampu (najlepsze niemieckie wydawnictwo naukowe w humanistyce i naukach społecznych), nie ma Press Universitaires de France (słynne PUF), a są – obok rzeczywiście renomowanych, jak Oxford University Press czy Harvard University Press – np. Equinox Publishing (prowincjonalne brytyjskie wydawnictwo założone w 2001 roku). Z kolei na poziomie I, na którym upchnięto 779 wydawnictw (nie tylko polskie), obok Wydawnictwa Naukowego PWN czy Wolters Kluwer, znajdują się wydawnictwa diecezjalne, wyższych szkół zawodowych, różnych innych instytucji, które wydają ledwie dwa, trzy tytuły rocznie.
Prawdziwie naukowych wydawnictw wydających recenzowane monografie naukowe jest w Polsce nie więcej niż dwieście. Układając listę, nikt nie sprawdzał, czy występujące w katalogach Biblioteki Narodowej wydawnictwa rzeczywiście nadal istnieją i publikują systematycznie (więcej niż dwa, trzy tytuły rocznie), jak przebiega w nich proces recenzyjny, czy ktoś w nich redaguje teksty i wreszcie, czy ktokolwiek czyta i cytuje te książki.
Absurdalność i szkodliwość obowiązującego wykazu wydawnictw jest oczywista. Niestety, nie można wysadzić całego tego systemu w powietrze i zrezygnować z biurokratycznej ewaluacji i punktowania wydawnictw, bo na przeszkodzie stoi tzw. ustawa Gowina, której broni nie tylko prezydent Andrzej Duda, ale i wielka cześć środowiska akademickiego. Ale można wykaz wydawnictw znacząco poprawić i zracjonalizować cały proces punktowania. Zmianę można przeprowadzić szybko, za pomocą rozporządzenia, ale nie takiego, którego projekt minister nauki opublikował w listopadzie ubiegłego roku. Ten należy bowiem wyrzucić w całości do kosza. Argumenty, jeśli chodzi o czasopisma, znajdują się w publikowanych ostatnio stanowiskach głównych ciał kolegialnych polskiej nauki i w licznych opiniach prasowych. Skupię się więc na reformie wykazu wydawnictw.
Listopadowy projekt zakłada: „§ 2. 1. W celu sporządzenia projektu wykazu wydawnictw Komisja Ewaluacji Nauki, zwana dalej KEN, sporządza dwie listy.”. Nadal mają być więc dwie listy, punktowane jak dotychczas, czyli po 80 i 200 punktów (w nielicznych przypadkach). Właściwie w tej sprawie aktualny projekt nie zmienia nic i jego wdrożenie prowadziłoby do utrzymania obecnego bubla. Dlaczego zadanie to powierza się Komisji Ewaluacji Nauki? Nie powinna ona odgrywać w tym procesie żadnej roli. Ustawa jednoznacznie wskazuje na ministra właściwego do spraw szkolnictwa i nauki, który ma w drodze rozporządzenia określić „2) sposób sporządzania wykazów: a) wydawnictw, o których mowa w art. 265 ust. 9 pkt 1, oraz sposób ustalania i przypisywania im liczby punktów, mając na uwadze uznaną renomę wydawnictw oraz ich podział na grupy odpowiadające ich randze, (…)” (art.267 ust 2 pkt 2a ustawy). Z treści ustawy nie wynikają żadne dwie listy, za to wynika konieczność uwzględniania renomy wydawnictwa. A jak ową renomę uwzględniano do tej pory, skoro Wydawnictwo Naukowe PWN ma taką samą renomę, jak – dajmy na to – wydawnictwo Wyższej Szkoły Gospodarki (poz. 749 w wykazie, to przykład pierwszy z brzegu, takich uczelnianych wydawnictw jest wiele)? Nikt żadnej renomy wydawnictw nie badał, co wprost stanowiło naruszenie ustawy.
Dobrze życzę koalicji 15 października, podpowiem więc ministrowi, jak wykaz wydawnictw można zracjonalizować i w dodatku uzyskać dla tej procedury rozległe poparcie środowiska akademickiego. Przedstawiam poniżej w punktach podstawowe rozstrzygnięcia postulowanego rozporządzenia odnoszące się do wykazu wydawnictw.
Zaproponowana procedura tylko pozornie jest skomplikowana i czasochłonna. Jej przeprowadzenie możliwe jest w ciągu 3–4 miesięcy. Po pewnych modyfikacjach można ją także zastosować do ustalenia punktacji czasopism. Najważniejszą jej zaletą jest to, iż zapewnia szeroką środowiskową legitymizację dla decyzji ministra, bo łączy ustawowe kryterium „renomy wydawnictwa” z ekspercką analizą jego osiągnięć. Wdrożenie takiej procedury znacznie poprawiłoby jakość ewaluacji jednostek naukowych. Rozporządzenie, przy pewnych zastrzeżeniach – że nie może pogarszać punktacji konkretnego naukowca – mogłoby mieć zastosowanie do wszystkich publikacji z lat 2024–2025.
I na koniec deklaracja w sprawie bezstronności. Nie jestem bezstronny i fakt ten niniejszym poddaję kontroli. Jestem profesorem, założycielem i prezesem Wydawnictwa Naukowego Scholar, redaktorem naczelnym półrocznika ,,Studia Socjologiczno-Polityczne” wydawanego przez Uniwersytet Warszawski. Wszystkie te doświadczenia wykorzystałem konstruując powyższe założenia. Starałem się jednak wykroczyć poza perspektywę mojego wydawnictwa i wielkiego uniwersytetu, z jakim od ponad 45 lat jestem związany, i uwzględnić ogromne zróżnicowanie praktyk publikacyjnych w poszczególnych dziedzinach nauki oraz zróżnicowanie interesów w polu akademickim.
Jacek Raciborski
Czy jest nam do czegoś potrzebny "wykaz wydawnictw"?
Zacznijmy może od odpowiedzi na takie pytanie.
Jak komu. Panu i mnie nie jest potrzebny ale dla wielu to znaczące źródło dochodu.
W artykule odnoszę się do tego rodzaju postulatów: ,,Niestety, nie można wysadzić całego tego systemu w powietrze i zrezygnować z biurokratycznej ewaluacji i punktowania wydawnictw, bo na przeszkodzie stoi tzw. ustawa Gowina, której broni nie tylko prezydent Andrzej Duda, ale i wielka cześć środowiska akademickiego."
A próbował pan?
Może dałoby się namówić Panie Agatę i Kingę, żeby przekonały odpowiednio swego męża i ojca, żeby nie popierał tej ustawy... ;=) wtedy byłaby szansa na wysadzenie systemu... ;=)))
Jacku,
Może należałoby po prostu uznać, że taki indeks nie jest w ogóle potrzebny. Potęgi naukowe - USA, Wielka Brytania, Niemcy, Izrael, itd. , radzą sobie dużo lepiej od nas, praktycznie w każdej dziedzinie nauki, bez żadnych ,,list ministerialnych''. Żadnych ,,punktów'' tam nie ma. Zawsze taka lista będzie obarczona szeregiem niedoskonałości, faworyzując pewne szczególne grupy interesów. Ponadto należy uwzględnić ile niepotrzebnego wysiłku, czasu, dyskusji, konfliktów jest przenaczanych na samo tworzenie takich list, przez ludzi, którzy mogliby (i powinni) ten czas spędzić na zajmowanie się faktycznie nauką, a nie tworzenie kolejnych biurokratycznych uwarunkowań.
Pozdrawiam,
BR.
Proszę nie liczyć na to, że ktoś w ministerstwie zauważy tę oczywistość. Ministerstwa żyją z dyskusji, tworzenia różnych list, ustawiania klocków i ogólnego przelewania z pustego w próżne. Bez tego nikt nie chciałby im płacić.
Ciekawe to wszystko co napisał Pan Profesor. A najciekawsze byłoby określenie, czy może doprecyzowanie, jak należałoby rozumieć "renomę" wydawnictwa. Które zmienne na nią wpływają, jakie kryteria stosować w celu jej określenia. Czy na przykład dzwonienie wieczorową porą do byłego pracownika I grozenie mu, że postara się, aby nie znalazł już nigdzie zatrudnienia, to wpływa na ową "renomę"? Bardzo byłbym ciekaw.
Piszę o Polsce , bezpieczeństwie mojej Ojczyzny i przypominam artykuł 27 Konstytucji RP .
Myślę, że ogólnie można stwierdzić - określone działania w wykonywane są po to, żeby uzyskać zamierzony cel.
A więc i autorzy określonych publikacji , w tym naukowych, jak i Wydawnictwa, też wykonują to, co wykonują, żeby uzyskać zamierzony cel.
Wg. mnie, a i są światowe regulacje, które instruują o tym, że cel ma być jednoznacznie i zwięźle sformułowany i przedstawiony na wstępie.
Jeżeli tak nie jest, to czytający np. jakąś publikację zadają sobie często pytanie zaczynające się od dlaczego?
Pytania zaczynające się od dlaczego są pytaniami o intencję, np. autora jakieś publikacji i może wydawnictwa, które ją opublikowało.
Stąd ja zadaję sobie pytanie - Dlaczego autor ninieszego artykułu teraz poruszył taki temat?
Oczywiście odpiwiadając sobie na to pytanie określił bym też i cel autora, ale będzie to tylko moje przypuszczenie.
Stąd myślę, że najlepiej byłoby, gdyby autor przedstawił ten cel wg. zaleceń, które wyżej przedstawiłem.
Jasno wyłożyłem w tekście cel opublikowania tego artykułu: wpływ na decyzję Ministra aby poprawił wykaz wydawnictw oraz położył kres dyskryminacji autorów monografii. Dlaczego teraz: ministerstwo opublikowało projekt stosownego Rozporządzenia, który uważam za fatalny.
Proszę pana, punktoza składa się wyłącznie z błędów i nie da się jej naprawić, bo pierwotne założenie jest wręcz groteskowo fałszywe, pisano o tym w FA i gdzie indziej setki razy. I co? I pstro. Co więc mamy robić my naukowcy? Każdy niech wyciągnie własny wniosek, ja mogę tylko przedstawić swój: przyjmuję doktorantów, dopiero kiedy złoży taki przyrzeczenie, że będzie się trzymać z dala od polskiej nauki. Do tej pory dotrzymywali i chyba są zadowoleni.
Przepraszam, za błędy w komentarzu, ale dopiero teraz je zauważyłem.
Andrzej Tomczyński
Tak, oceny pracowników powinny być powiązane z tytułem naukowym.
Ocena- 8 slotów dla Profesora, 6 dla habilitowanego i 4 dla doktora.
Bardzo dobry pomysł!
Dlaczego Nie?
I proszę skończyć z tymi "bredniami" na temat konieczności dopisywania kogoś do artykułu!
Takie praktyki są karalne i nawet portier na uczelni o tym wie.
Trzeba walczyć o etykę i niezależność nauki !
Wcale nie taki "bzdurny ten komentarz", różnicuje wymagania.
Może 8 slotów dla genialnego profesora to za dużo... ;)
ale przy opracowaniu nowych zasad ewaluacji warto zróżnicować wymagania w zależności od stanowiska, stopnia awansu.
Nie można równać wyników pracy doktora i profesora!
Mają inne możliwości, nie tylko finansowe ale i organizacyjne.
Uważam, że trzeba nad tym podyskutować
Zdaje się pod innym artykułem ten bzdurny komentarz dodała "Ewa"...
Czyżby w tym przypadku nie było konfliktu interesów ????
WAŻNE, a POMIJANE przez Gremia!!!!
Tyle się mówi o parametryzacji i ocenach.
Całe środowisko jest pełne recept na sukces!
A ja zapytam- Dlaczego magister/czy doktor są oceniani wg tych samych kryteriów co np. Profesor?
Wysokość wynagrodzenia jest inna, więc i nakład pracy powinien być inny!
Jeżeli mamy 4 sloty dla mgr/doktora, to profesor powinien mieć ich 8, plus 1 patent lub książka raz na 4 lata!
Nie są.
Doskonały pomysł na promocję dopisywania szefów katedr do prac jego chudopachołków niehabilitowanych.
eee ... od razu wyzwiska i obrażanie doktorów... od "chudopachołków niehabilitowanych" ...
a co Profesor nie napisze 8, habilitowany 6 artykułów, doktor 4 ..... ???
"Uderz w stół a nożyce się odezwą" ;)
Przed chwilą tylu Profesorów krzyczało, że są papiernie i brak etyki w publikowaniu itp... ?
To się zdecydujcie się z tym dopisywaniem ? ...
Byłem pewien, że obrażam profesurę...
Każdy projekt reform stosunków międzyludzkich musi uwzględnić reakcję zaangażowanych w nie osób. Jeżeli od profesury zacznie wymagać się więcej niż od adiunktów, to profesura nagle ma powód, by wycinać zdolnych adiunktów. Albo by się do prac adiunktów dopisywać. Wiecie, panie kolego, dla dobra firmy, bo jak nie zapełnimy slotów, to stracimy uprawnienia. W końcu nie bez przyczyny istnieją całe dyscypliny nauki, gdzie dopisywanie szefa jest w Polsce normą. Dlaczego nie bierzemy pod uwagę możliwości rozszerzenia tego pięknego zwyczaju na inne dyscypliny?
Nie tak dawno pewien uznany i wszędzie umocowany profesor napisał en passant na swoim blogu, że doktor, uczony ze stopniem doktora, jest pomocniczym pracownikiem naukowym. W stosunku do profesora, jak należy się domyślać. Można z tego wnioskować, że na wysokościach, na których pozycja naukowa nie różni się już wiele od pozycji władzy, taki pogląd utrzymany w klimacie Akademii Nauk ZSRR tu i ówdzie pokutuje.
Dlaczego znaczenie ma to gdzie ukazuje się tekst, a nie jego znaczenie naukowe?
Hamuje to wolny rozwój nauki. Jak można zrezenzować artykuł naukowy, zawierający treści których nie zna recenzent? Gdyby znał - sam by o tym napisał. Przykłady? Wystarczy popatrzeć, co myśleli o wielkich wynalazcach im współcześni.
Cała reszta to pisanie subiektywne - można ich nie recenzować, byleby podatnik za to nie płacił. Historia oceni.
Cyt."Jak można zrezenzować artykuł naukowy, zawierający treści których nie zna recenzent?"
No, można, zwłaszcza w Polsce. Polak potrafi wszystko, nawet zrecenzować dorobek, nie czytając prac wchodzących w jego skład, ba! nawet nie mając SAMEMU dorobku z TEJ dziedziny, do której należy dorobek przezeń oceniany. Zdarzyło się to CO NAJMNIEJ RAZ, a ten raz miał miejsce w przypadku pewnego wniosku habilitacyjnego... Przewodniczący Komisji Habilitacyjnej nie widział tu problemu (teraz zapewne sobie popija herbatkę na emeryturze, prawdopodobnie zadowolony ze swojej postawy), Rada Dyscypliny też nie i Rada Doskonałości Naukowej - także. A zatem, było i jest "doskonale"...
Dlaczego życzy Pan dobrze Koalicji 15 października a nie Koalicji rządzącej.
Kolejne płacze kolejnego humanisty. Otóż: humanistyka NIE JEST nauką i bajdurzenia jej przedstawicieli mają zerowy wpływ na postęp w rozumieniu przez nas świata. Prostą zatem implikacją tego podstawowego wszak spostrzeżenia jest fakt, że ten "dorobek życia" może w istocie być zbiorem wyobrażeń i fobii autora, czyli zbiorem baśni pod redakcją. (Kolejna prosta implikacja faktu, że tam NIE MA badań.)
Panu profesorowi humaniście zadam więc pytanie: jaką wartością indeksu Hirscha może się pochwalić Albert Einstein? (To tak a propos dorobku życia.)
Słowem: naukę robi się w czasopismach, a reszta to beletrystyka.
Jaką wartością indeksu Hirscha może się pochwalić Albert Einstein? 45 wg Scopusa, a co?
Przykład Einsteina dobrze wskazuje na absurdalność tej akurat miary oceny, zresztą twierdzi to sam Jorge Hirsch. Albert Einstein miał pewne grafomańskie skłonności, napisał mnóstwo nieważnych prac, cenimy go jednak za te kilka ważnych. Dla indeksu Hirscha są one niewidoczne.
Jestem matematykiem, więc jak sądzę, według Pana definicji jestem jednak naukowcem. I muszę z przykrością powiedzieć, że większej krótkowzroczności dawno nie widziałem. Otóż to, że coś nie jest nauką, nie jest w żadnym stopniu deprecjonujące. Po prostu metody badawcze są inne. Wystarczy tu podać starożytny wręcz przykład filozofii, z której przecież nauka wyrosła. Są po prostu dziedziny nauki, jak klasycznie matematyka, fizyka, chemia i ich derywaty jak np medycyna, i są też wartościowe dziedziny ludzkiej wiedzy, jak rozmaite dziedziny humanistyczne, np socjologia, psychologia, czy również w pewnej mierze ekonomia. I wiele innych. To, czy coś jest wartościowym dodatkiem do ludzkiej wiedzy i kultury nie wynika z metodologii, a po prostu z jakości wykonanej pracy i, rzekłbym wręcz, postawy moralnej uczonego.
Jestem socjologiem i językoznawcą, badania prowadzę (tak, tak, my prowadzimy badania) też w naukach politycznych i najlepiej o komunikacji i mediach. I wbrew temu co się niektórym przedstawicielom nauk ścisłych czy inżynieryjnych wydaje, to też są nauki, dziedziny wiedzy i mają też (a przynajmniej znaczna część z badań) zastosowania praktyczne. Każda z wymienionych wyżej dyscyplin ma swoją metodologię i mówi nam coś o jakimś aspekcie rzeczywistości. Problem raczej w tym, że ciągle niektórzy przedstawiciele nauk ścisłych czy inżynieryjnych odmawiają tym naukom legitymizacji, uznając je za gorsze. Między innymi dlatego, że ich odkrycia czasami trudno im zrozumieć, choć przecież żyją w świecie społecznym, więc wszystko o nim wiedzą ;)
Pozdrawiam!
Ja jestem przedstawicielem nauk technicznych i też nie uważam nauk humanistycznych za nie-nauki. Takie złośliwe komentarze, które się co jakiś czas pojawiają, traktuję raczej jako jakieś butne gadanie, być może nieopierzonych adeptów różnych nauk, i uważam, że nie ma się co nad nimi głębiej zastanawiać. Językoznawca badający gramatykę historycznej polszczyzny prowadzi ścisłą pracę naukową, i nie da się tu do czegoś przyczepić. Podobnie historyk, podobnie i socjologia ma swoje tezy i ich jakoś dowodzi. Jasne, że inny jest poziom ścisłości matematyki i literaturoznawstwa, socjologii, czy nawet ekonomii. Główny wyjątek stanowi pewnie filozofia, ale ona sama odżegnuje się od bycia nauką (podobno na egzaminie doktorskim u jednego z wykładowców filozofii, z którym miałem do czynienia, jak na pytanie, czym jest filozofia, zaczynało się odpowiedź od "filozofia jest nauką, która", wylatywało się z dwójką), ale na pewno nie na zasadzie kpiny.
Klasyczny błąd znaczeniowy popełniany przez humanistów: stawianie tożsamości pomiędzy nauką a wiedzą. Otóż wiedza może mieć charakter naukowy, ale nie musi. Różnica jest taka, że w przypadku nauki możemy powiedzieć albo że na pewno coś zachodzi (udowodniona teza) albo że zachodzi [wysoce] prawdopodobnie (zweryfikowana hipoteza). Dopuszczamy jednocześnie możliwość błędu we wnioskowaniu poprzez pokazanie możliwości sfalsyfikowania (nawet silnie abstrakcyjnie, ale jednak).
W przypadku wiedzy nienaukowej mechanizm jej tworzenia jest dowolny i nie podlega rygorowi badań naukowych. Humanistyka oczywiście należy tej właśnie grupy. Najgorsze jednak jest to, że humanistyka odrzuca metodę naukową jako podstawę wnioskowania oraz w sposób jawny wyklucza falsyfikowalność. Stąd właśnie w humanistyce współistniejące teorie, które wzajemnie się wykluczają.
Falsyfikowalność jako kryterium demarkacji (naukowości) to koncepcja, która ma prawie sto lat. Przestrzegałbym przed bezkrytycznym powoływaniem się na takie koncepcje – nasze rozumienie naukowości trochę się jednak od czasów Poppera zmieniło.
Zresztą Popper pisał o naukach przyrodniczych (niem. „Naturwissenschaften”), a w późniejszej wersji angielskiej – o nauce w specyficznym angielskim znaczeniu słowa „Science”. Te określenia nie mają takiego samego sensu, jak polski wyraz „nauka”, który zgodnie z naszą tradycją obejmuje również nauki humanistyczne i społeczne (w wielkim uproszczeniu niem. „Geisteswissenschaften”).
Sprowadzanie „nauki” do „science”, a „metody naukowej” do „scientific method” to w najlepszym razie bardzo kontrowersyjne posunięcie, a w najgorszym – błąd pojęciowy.
I między innymi po to potrzebujemy humanistyki, żeby rozumieć takie rzeczy, a nie mieszać wszystko ze wszystkim na podstawie zasłyszanej skądś wiedzy sprzed stu lat. :)
Tak oto wygląda zderzenie humanistyki ze światem nauki. Na żywo (a miałem przyjemność oglądania osobiście) wyglądało to jeszcze bardziej żałośnie.
Mysle, ze rozumienie wcale sie nie zmienilo. Wlasnie mowimy o naukach przyrodniczych vs humanistycznych. I zgadzam sie, nie sa to nauki w znaczeniu "science" o czym wlasnie Pan sam napisal. I wlasnie to jest przyczyna, ze w "science" licza sie artykuly a w naukach/wiedzy humanistycznej np. ksiazki czy slowniki. I o to rozbija sie dyskusja o jednej liscie, ktora jest niemozliwa.
Zmieniło się sporo, mieliśmy po drodze Kuhna, Lakatosa, Latoura i innych. Mamy pełniejszy obraz nauki w sensie „science”, niż miał Popper (a więc np. w ramach etnografii laboratorium skupiliśmy się na tym, jak rzeczywiście pracują naukowcy, a nie na spekulacjach co do tego, jak pracują). Przy czym to nie jest moja specjalność, ja się tu tylko rozjuszyłem na próbę ustawiania innych do pionu na podstawie wiedzy sprzed prawie stulecia. ;)
Niemniej – zgadzam się co do tego, że trudno stworzyć jeden wspólny model ewaluacyjny dla nauk przyrodniczych, humanistycznych, społecznych itd., o tym też jest trochę literatury naukowej (np. Andrea Bonaccorsi).
Proszę nie mylić pojęć i praw De Morgana: skoro ustaliliśmy, że humanistyka _nie jest_ nauką oznacza jedynie, że nie wolno jej traktować jak nauki.
Metody stosowane w humanistyce nie podlegają definicji metody naukowej (falsyfikowalność, ale nie tylko).
Uwaga natury znaczeniowej: socjologia, psychologia czy ekonomia to dyscypliny, nie dziedziny.
I dobrze, że mówimy o humanistyczne jako o dodatku do ludzkiej wiedzy czy kultury i tym samym przestaliśmy mówić o niej jak o nauce, którą nie jest. Bez względu zaś na _metodykę_ (nie metodologię) którą stosuje.
To jeśli tak, to cała ta dyskusja przez Pana zapoczątkowana jest pusta, bo w istocie, jak rozumiem, jednak nic z tego nie wynika, że np humanistyka nie jest nauką. No nie jest. I co z tego? Dokładnie nic, bo również dostarcza wartościowej wiedzy. Wartościowa wiedza nie musi być falsyfikowalna, gdyż świat nie jest zero-jedynkowy, tylko znacznie bardziej skomplikowany. I piszę to jako zawodowy matematyk... Choć muszę z drugiej strony przyznać, że jako taki rozumiem w pewnym sensie Pana punkt widzenia - w Science trzeba się trzymać ścisłych reguł, i w tym sensie Science jest "trudniejsze" od Humanities, gdyż tam te reguły nie są aż tak wyśrubowane. W sensie - nie wykluczają "radosnej twórczości". Rozumiem to podejście, ale według mnie istotą sprawy, jak zawsze chyba, jest jakość badań. W każdych dziedzinach są sensowne problemy i mniej sensowne. Bardziej wartościowe i mniej wartościowe. Trzeba zajmować się tymi wartościowymi, które wymagają od uczonego prawdziwej pracy i zaangażowania. Wtedy i Science i Humanities będą spełniały swoją funkcję, mianowicie będą dostarczać wartościowej dla ludzkości wiedzy zgodnie ze swoją metodyką.
No właśnie wynika to, co jest zawarte w czwartym zdaniu Pana wypowiedzi: dostarcza wiedzy (czasami wartościowej), ale nie jest to wiedza naukowa. To trochę tak jak z parzeniem kawy: wiedza jak to robić jest dla kawoszy wartościowa, ale niewiele ponad to.
Humaniści żyje z resztą w nieskrywanej hipokryzji: wielu z nich w rozmowie wręcz szczyci się tym, że działając w humanistyce nie muszą stosować ścisłych reguł (w tym elementarnej logiki), jednocześnie domagając się takiego samego traktowania jak przedstawicieli nauki. Kiedyś jeden humanista, któremu napisałem program do liczenia (czegoś tam, nieważne) próbował mnie przekonać, że choć nie ma pojęcia jak działa komputer oraz program ode mnie, to jednak on ten zestaw ulepszy poprzez nadanie mu duszy (tak: duszy). Proszę sobie wyobrazić jego źrenice kiedy mu powiedziałem oklepane wszak zdanie o tym, że maszyny są przecież bezduszne.
Weryfikacja wiedzy jest pojęciem szerszym niż popperowska falsyfikacja, dlatego nauki humanistyczne są uważane za naukę, mimo że ich tezy niekoniecznie weryfikują się według modelu przedstawionego przez Poppera. Piszę to jako przyrodnik stosujący w pracy metodologię nauk ścisłych.
Tez się nie weryfikuje, tylko dowodzi. Weryfikacji podlegają hipotezy. Stosować można _metodykę_, nie metodologię.
Z resztą nie dziwię się całej tej płaczliwej rejteradzie. W końcu ktoś, kto uważa, ze nowsze jest lepsze od starego (podczas gdy od lepsze jest wrogiem dobrego), myli się na wielu polach. Dziwię się wszak, że jeszcze nie usłyszałem wniosku o skasowanie dorobku Talesa, w końcu jest taki już stary...
To co z tym Talesem?
Na mojej uczelni, podczas ostatniej oceny pracowników obejmującej 4 lata ktoś z humanistów wykazał 18 monografii. Oczywiście wszystkie w lokalnym uczelnianym wydawnictwie. Więc z tym dorobkiem całego życia to bywa różnie, szczególnie uwzględniając monografie danej instytucji.
Fajnie macie, nie męczą Was oceną co 2 lata. Możecie pracować i planować bardziej długofalowo. Czasem taka drobnostka może poprawić komfort pracy, jakkolwiek wyglądała by ewaluacja.
Na mojej uczelni, podczas ostatniej oceny pracowników obejmującej 4 lata ktoś z humanistów wykazał 18 monografii. Oczywiście wszystkie w lokalnym uczelnianym wydawnictwie. Więc z tym dorobkiem całego życia to bywa różnie, szczególnie uwzględniając monografie danej instytucji.
Rozwiązanie jest ciekawe, ale jego zasadniczą wadą jest ochorna czy wręcz promowanie głównego problemu polskich badań zwłaszcza w humanistyce, tj. wsobności. Nie chodzi tu o kraj wydawnictwa, tylko czy uczestniczy ono w światowym obiegu informacji naukowej (tj. jaka jest baza jego autorów, redaktorów, recenzentów i czytelników). Jeśli nie będzie ewaluacyjnego bodźca do wyjścia poza obieg lokalny/regionalny, to nasza nauka nie będzie się rozwijać tak jak ognisko nie będzie płonąć bez tlenu, po prostu nie jest to możliwe. I dotyczy to także humanistyki, a w ostatnich latach może nawet zwłaszcza humanistyki.
Wydawnictwa lokalne i krajowe są elementami podstawowymi systemu światowego obiegu informacji, zwłaszcza współcześnie, a dostęp do wiedzy jest w zasadzie nieograniczony w czasie AI.
@Ireneusz
Naukowcy, ktorzy publikuja po polsku, nie beda zauwazeni na swiecie. Pomimo dostepu do internetowych narzedzi do tlumaczenia na rozne jezyki, pomimo miedzynarodowych baz danych, pomimo rozwijajacej sie bardzo szybko AI, na razie jeszcze ciagle znacznie lepiej jest publikowac po angielsku. To sie moze niedlugo zmienic, ale obecnie jeszcze tam nie jestsmy.
Juz niezaleznie od publikowania, dlaczego od naukowcow-humanistow nie oczekiwac, ze beda nawiazywali wspolprace miedzynarodowe, wspolnie badali rozne zagadnienia w swoich dziedzinach humanistycznych? Dlaczego maja sami nigdzie nie jezdzic i nie przyjmowac w swoich jednastkach naukowych naukowcow z zagranicy? Dlaczego nie moga prezentowac swoich badan na miedzynarodowych konferencjach.
Jak pisze p. Sławomir Wacewicz, jesli humanisci sa naukowcami, pewne zachowania, pewne cechy badan naukowych i komunikowania sie ze swiatem na temat swoich badan do nich stosuja sie tak samo, jak do naukowcow w innych dziedzinach wiedzy.
Coż, jakie są różnice między gwarą górali podhalańskich i pienińskich, mało kogo na zachodzie obchodzi, oni nawet nie mogą tego czuć ze względu na barierę językową. Podobnie jak mnie mało obchodzi rozróżnienie między slangami różnych dzielnic Londynu. Wyobrażam sobie, że niektóre nauki humanistyczne będą zawsze w ten sposób hermetyczne. Jest tego przecież dużo: historia, literaturoznawstwo, w ogóle filologie, etnografia. Oczywiście niektóre kwestie są w stanie zainteresować świat, ale jeśli nie stanowią akurat głównego przedmiotu zainteresowań danego naukowca, to dlaczego miałby na siłę przyjmować zwyczaje ścisłowców?
@Fidelo
Prosze sobie wyobrazic, ze ktos pracuje nad lokalna etnografia albo detalami dialektow lokalnych w swoim kraju (Polska, UK, Meksyk, Zambia? gdziekolwiek na swiecie) i chcialby zrobic jakies badania porownawcze. Chcialby porownac swoje obserwacje z obserwacjami innych, w innych czesciach swiata.
Czy dla tej osoby artykul po polsku w jakims przedziwnym polskim pisemku bedzie pomocny? Czy polskiemu badaczowi przyda sie artykul opublikowany w suahili?
Te wszystkie tematy, ktore mozna wrzucic do worka z napisem "humanistyka i nauki spoleczne" sa naprawde fascynujace, ale nabieraja wrecz niebywalego znaczenia wtedy, kiedy mozna je zaczac porownywac. Porownywanie jezykow jest tak wazne, jak porownywanie genomow, tylko informuje nas o innych zjawiskach.
Prosze myslec szeroko i otwarcie. Nauka to zjawisko prawdziwie miedzynarodowe.
Tak, ale dalej nie dla wszystkich humanistów i nie zawsze naturalne będzie publikowanie po angielsku. Podobne analizy porównawcze, choć fascynujące, to raczej rzadkość i anglojęzyczne podstawy bibliograficzne pod nie też nie muszą być obszerne; zresztą naprawdę przypuszczam, że większość takich podstaw byłaby po prostu odrzucana przez międzynarodowe czasopisma jako mało interesująca. Dyskutujemy tu w kontekście punktacji, ewaluacji itd. Z tego punktu widzenia zawsze mnie trochę bolał (nie piję do Pana) brak dystynkcji, i, nieraz agresywne, traktowanie humanistów własną miarką, często bezmyślne przenoszenie horyzontu swojej własnej sytuacji, więc jestem tu trochę uczulony. Piszę to oczywiście platonicznie, moja tematyka nie ma barw narodowych, a po polsku czasem jest nawet ciężej pisać z powodu nieustalonego nazewnictwa.
Natomiast zgadzam się, że humaniści powinni ile można (ale bez przymusu administracyjnego) otwierać się na świat. Jako ciekawostkę podaję zawsze opinię Ignacego Friedmana, naszego świetnego przedwojennego pianisty. Mam zapis jego wypowiedzi do publiczności z pewnego koncertu w Anglii poświęconej niemieckiej krytyce muzycznej. Grał wtedy Chopina, a tłumaczył publiczności, dlaczego zajmuje się też edycją dzieł Chopina. Otóż Friedman uważał, że rozwinięta niemiecka krytyka wypaczyła zupełnie hierarchię wielkości kompozytorów. Mianowicie uważał, że Beethoven (którego chyba do dziś każdy krytyk ustawi co najmniej w pierwszej trójce największych kompozytorów i wynalazców muzyki) jest równy niejakiemu Purcellowi, który do dziś jest, owszem, rozpoznawalny, ale niespecjalnie admirowany. Na zasadzie "jak cię piszą, tak cię widzą", czy raczej "jak o tobie nie piszą, to cię nie ma".
Pierwszą zasadą nauki jest oddzielenie badającego podmiotu od przedmiotu badania, inaczej narażamy się na paradoks Eubulidesa. Oddzielmy twórcę od tworzywa - jak to rzekł Andrzej Dobosz w nieśmiertelnym filmie. Dlatego na temat języka polskiego należy pisać w innych językach, robił to zresztą Aleksander Brückner (po niemiecku). Anglicy będą być może mieć problem, bo angielski jest językiem nauki ale co nas ich problemy obchodzą?
@Fidelio
No nie moge z Panem zgodzic.
Wlasnie piszac w kontekscie ewaluacji, wydaje mi sie, ze jest bardzo wazne aby pewne zasady swiata nauki zaczely dotyczyc wszystkich naukowcow, rowniez z nauk humanistycznych. Oczywiste sa roznice pomiedzy dziedzinami nauki, nie ma co do tego zadnej watpliwosci, ale to nie zwalnia naukowcow z brania udzialu w tej podstawowej misji nauki - odkrywania jak dziala swiat i efektywnego dzielenia sie ta wiedza z naukowcami na calym swiecie.
Nie zgadzam sie z tym stwierdzniem, iz "zresztą naprawdę przypuszczam, że większość takich podstaw byłaby po prostu odrzucana przez międzynarodowe czasopisma jako mało interesująca". Sa tysiace czasopism anglojezycznych, trzeba znalezc te, ktore sa dobre dla konkretnej waskiej dziedziny. Trzeba tylko uczynic wysilek, aby artykul napisac tak, zeby uwzglednic i wytlumaczyc czytelnikom lokalny kontekst.
Wedlug mnie takie "specjalne" traktowanie nauk humanistycznych prowadzi do tego, ze polscy naukowcy pozostaja odizolowani, w zaden sposob nie "podlaczeni" do miedzynarodowej spolecznosci naukowcow w Europie czy reszcie swiata.
Jeszcze raz podkreslam, mam na mysli badania naukowe, a nie aktywnosci nastawione na oddzialywanie ze spoleczenstwem.
Z drugiej strony – jeśli ktoś pisze o literaturze polskiej dla specjalistek i specjalistów w tej dziedzinie, to właściwie powinni oni znać język polski. ;) Oczywiście czym innym są prace tworzone z myślą o szerszej naukowej publiczności.
@Stanisław Krawczyk
Bardzo dobrze. Aby upowszechnic swoja prace naukowa, spopularyzowac ja w srodowisku polskim, nalezy pisac po polsku.
Ale publikacje naukowe powinny byc po angielsku, nawet jesli dotycza tematow typowo "polskich", lokalnych. Jest wtedy szansa na to, ze naukowcy z zagranicy dowiedza sie czegos o tej specyfice polskiej, w dowolnej dziedzinie. To sie odnosi rowniez do jezykoznawstwa.
Chodziło mi o to, że jeśli chcemy dotrzeć do fachowców zajmujących się ściśle literaturą polską, to oni i tak muszą znać nasz język, a więc muszą być w stanie zapoznać się z naszym artykułem również po polsku. Kompetentna specjalistka od XX-wiecznej prozy polskiej pracująca w USA powinna przynajmniej czasem przeglądać „Pamiętnik Literacki” czy „Teksty Drugie” (i przypuszczam, że faktycznie tak jest).
Po angielsku także można pisać, to pozwala dotrzeć do innego rodzaju publiczności (dajmy na to, strzelam: znawczyń i znawców pozostałych literatur słowiańskich). Coś na tym zyskujemy. Ale też coś tracimy, bo w różnych językach pisze się różnie i po drodze gubi się pewne rzeczy. Na przykład w języku angielskim nie istnieje dokładny odpowiednik polskiego pojęcia „nauka” czy niemieckiego „Wissenschaft” (oczywiście działa to też w drugą stronę – są pojęcia, których nie da się dobrze oddać po polsku).
@Stanisław Krawczyk
Nie sadze, zebysmy cokolwiek tracili. Polscy naukowcy publikujac po angielsku maja okazje do tworzenia pewnego kanonu jezyka, ktory dotyczy okreslen z polskiego lub innych slowianskich jezykow. Niech polscy naukowcy przewodza swiatowym badaniam jezyka polskiego i komunikacji tych badan na caly swiat. To polscy naukowcy beda tworzyc okreslenia w jezyku angielskim, ktore dotycza ich wlasnych badan.
Niech polscy historycy "ucza" historykow na calym swiecie polskiej historii; to sie da zrobic TYLKO wtedy, kiedy beda publikowac po angielsku.
Nie da sie prowadzic dyskusji z naukowcami na calym swiecie, czy chocby w Europie, po polsku. W dowolnej dziedzinie nauki, wlaczajac nauki humanistyczne. Polska nauka musi w koncu wyjsc z grajdolka polskiego. Cala nauka, a nie tylko jej czesc.
Rozumiem, co mial Pan na mysli. O literaturze francuskiej tez mozna niby pisac tylko po francusku, bo przeciez wszyscy, krorzy zajmuja sie francuska literatura musza znac dobrze ten jezyk. Jest to prawda, ale przynajmniej czesc z badan tego jezyka i czesc z badan tej literatury warto przedstawic po angielsku, aby lingwisci innych jezykow rowniez poznali wyniki tych badan. To wazne z wielu powodow, i to samo oczywiscie dotyczy kazdego jezyka, rowniez polskiego.
„Przynajmniej część z badań tego języka i część z badań tej literatury warto przedstawić po angielsku” – z tym jak najbardziej się zgadzam! Nie byłbym zwolennikiem ani publikowania wyłącznie po polsku, ani wyłącznie po angielsku. Zresztą to widać w danych ilościowych, że w wielu krajach – nie tylko w Polsce – proporcje między publikacjami anglojęzycznymi i „natywnojęzycznymi” w naukach humanistycznych i społecznych są inne niż w ścisłych bądź przyrodniczych, ale też nie jest tak, by pisano jedynie po niemiecku, czesku czy fińsku. Argument dotyczący przedstawiania własnych ustaleń zagranicznym badacz(k)om ma swoją wartość.
Zależało mi na zwróceniu uwagi, że np. w badaniach nad literaturą polską nasz język także może mieć wymiar międzynarodowy (redakcja „Pamiętnika Literackiego” podaje na stronie, że pismo trafia do slawistów w wielu miejscach świata, i nie mam powodu w to wątpić). A tym, co tracimy w przekładzie na angielski – równocześnie inne rzeczy zyskując – jest między innymi możliwość dyskusji bezpośrednio o pierwotnym tekście literackim, jego stylu, konwencjach narracyjnych itd. Tłumaczenie jest jednak zawsze już trochę innym utworem.
@Stanisław Krawczyk
Patrze na te sprawy inaczej.
Prosze sobie wyobrazic wszystkich nauczycieli akademickich na calym swiecie, ktorzy zajmuja sie jezykiem polska, polska literatura czy tez kultura i jej elementami. Czy to beda Polacy? Byc moze czesto tak, ale na pewno nie zawsze. W jakim jezyku oni wszyscy beda publikowac? Dla przykladu prosze spojrzec tutaj:
https://www.mmll.cam.ac.uk/polish/about/mission
https://www.mmll.cam.ac.uk/sb2054
Czy ci naukowcy tak bardzo roznia sie od naukowcow w Polsce, ktorzy zajmuja sie podobnymi albo identycznymi zagadnieniami?
Nauka swiatowa po polsku nie istnieje, i to dotyczy doslownie kazdej dziedziny wiedzy, bez wyjatku.
Tutaj przykład artykułu opublikowanego w polskim czasopiśmie przez ważną badaczkę pracującą w USA: https://tekstydrugie.pl/auth/ewa-thompson/ (w tym wypadku to Polka, ale działająca w Stanach Zjednoczonych od lat 60.). Z tego, co pamiętam, tezy z wielkimi kwantyfikatorami falsyfikuje już pojedynczy przykład. ;-)
Oczywiście to nadal może być prawda, że większość zagranicznych publikacji o polskiej literaturze powstaje po angielsku (może to też nie być prawda – pytanie ma charakter empiryczny!). Ja tu bronię dość skromnego stanowiska, tzn. takiego, że „w badaniach nad literaturą polską nasz język także może mieć wymiar międzynarodowy”.
@Stanisław Krawczyk
No chwila....
Przeciez podal Pan za przyklad tutaj Polke. To gdzie pasuje moj przyklad, Anglika pracujacego nad literatura polska? Czy on, aby "wpasowac sie" w trendy polskie powinien zaczac mowic o literaturze polskiej tylko po polsku? Przeciez wtedy zniknie natychmiast i calkowicie z mapy naukowej swiata. Co wiecej, przestanie byc interesujacy dla studentow swojego wlasnego uniwersytetu (Cambridge), a czytam, ze obecnie jest promotorem pracy dwoch osob i calkowicie angielsko brzmiacych imionach i nazwiskach.
Jesli chcemy aby polski jezyk, literatura, folklor, historia (rowniez ta bardzo lokalna!), kultura, ktore sa przedmiotami badan naukowcow, zaistnialy w ogole w swiecie poza Polska, trzeba o nich pisac i mowic po angielsku. Jest to tez czesc edukacji swiata o Polsce; jest to zaproszenie naukowcow zewszad do poznawania Polski i mowienia o niej na calym swiecie.
Musze powiedziec, ze takie dyskusje sa dla mnie przykladem zjawisk pod tytulem "nie rozumiem, czego oni nie rozumieja".
Koniecznosc publikowania wynikow badan naukowych po angielsku jest dla mnie czyms tak oczywistym, jak to, ze w ogole nalezy publikowac. Rozumiem, ze czasem moga byc jakies dosyc rzadkie wyjatki, ale one tylko potwierdzaja regule. I chyba juz niczego wiecej dodac tutaj nie moge.
No tak, wiem, że podałem za przykład Polkę, sam to zaznaczyłem. :) Ale to nadal jest przykład funkcjonowania języka polskiego w obiegu międzynarodowym. A jeśli chcemy kogoś z zagranicy, to wspomnianemu przez Pana Stanleyowi Billowi też zdarzało się publikować po polsku (choć po angielsku przede wszystkim).
Właściwie też nie jestem pewien, czy się rozumiemy, bo mam wrażenie, że stara się Pan mnie obsadzić w roli zwolennika publikowania o polskiej literaturze „WYŁĄCZNIE po polsku”, a ja cały czas powtarzam, że „RÓWNIEŻ po polsku”. No i publikowanie TAKŻE w językach narodowych jest normą w naukach humanistycznych i społecznych w bardzo wielu krajach, nie tylko w Polsce, mogę zalinkować artykuły z danymi ilościowymi na ten temat. :) Przy czym gwoli rzetelności muszę dodać, że odsetek tekstów w językach lokalnych jest różny w różnych dyscyplinach i w różnych krajach, czasem to będzie np. 20%, czasem 40%, czasem 60%.
A dlaczego nie odniósł się pan do jeszcze radykalniejszej tezy, że o polskim języku NIE MOŻNA pisać po polsku? A to dlatego, by oddzielić przedmiot badania od podmiotu badającego. Więcej na ten temat w słynnej pracy Alfreda Tarskiego "Pojęcie prawdy w językach nauk dedukcyjnych" albo w filmie Rejs Marka Piwowskiego.
Do tej tezy się nie odniosłem, bo jej nie zauważyłem. :) Byłaby jednak sprzeczna z dużą częścią historii humanistyki światowej.
Nie mam żadnego problemu z tezą, że duża część humanistyki światowej jest sprzeczna z metodologią nauk.
Sęk w tym, że teza, o której rozmawiamy (że o języku X nie można pisać w języku X), jest tak niezwykła i jak to pewnie mówiła 30 lat temu młodzież: odjechana, iż wymagałaby naprawdę dobrej argumentacji.
No ale nic, jesteśmy już tak głęboko w podwątku, że chyba nie ma co kontynuować. ;-) Wszystkiego dobrego!
"Mało mnie obchodzi rozróżnienie między slangami różnych dzielnic Londynu."
Naprawdę? Cockney jest fascynującym tematem a ten ze Wschodu (East End) bardzo różni się od tego z Południa (Estuary). Brytyjskie dialekty/gwary są nie mniej ciekawe niż polskie.
W porządku, nienajlepszy przykład. Polacy znają angielski.
Tym bardziej, że Estuary English niespodziewanie awansował na the English, z tym akcentem mówią Tony Blair, Boris Johnson, Jamie Oliver, David Bekham, Adele i inni. Received Pronunciation brzmi sztucznie i sobistycznie a cudzoziemiec jej nie opanuje a Estuary to jakby zaprojektowany angielski dla Polaka.
" ... to jakby zaprojektowany angielski dla Polaka" - takim specem to ja nie jestem, ale to chyba do pewnego stopnia cecha większości slangów angielskich, całej masy poza BBC English. Rzeczywiście, Johnsona przyjemnie się słucha. Ostatnio przyglądałem się (ze względu na pewien serial lecący w telewizji) akcentowi manchesterskiemu, też mi się wydawał całkiem przyjazny dla Polaka, np. "truck" wymawia się "truk", bez komplikowania życia :). No ale w drugą stronę pewnie mało kto prowadzi takie rozważania, są pewnie tacy, ale jest ich na pewno niewielu.
"Wydawnictwa uzyskują punkty odrębnie w poszczególnych dziedzinach nauki. Wydawnictwo może więc mieć 300 pkt w dziedzinie nauki społeczne, a jedynie 40 pkt w dziedzinie nauki medyczne i nauki o zdrowiu".
Szczerze to po przeczytaniu tej propozycji odechciało mi się czytać reszty.
Czyli monografia dotycząca przełomowego leczenia ratującego ludzkie życia będzie mogła mieć tylko 40pkt, a analiza wymarłych średniowiecznych dialektów słowiańskich może osiągnąć 300?
Owszem, właśnie tak, gdyby oba zostały opublikowane w czasopiśmie "Akta Olsztyniana Wymarłosłowiaskiense". Należy uważać, gdzie się wysyła swoją robotę. Wartość publikacji ocenia się również po jej rozpowszechnieniu, czyli dotarciu do docelowych czytelników. W omawianym przypadku publikacja o ratowaniu życia opublikowana w AOW" nie zostanie przeczytana przez nikogo, bowiem specjaliści od wymarłych Słowian nie zwrócą na nią uwagi, a specjaliści od ratowania życia nie wiedzą nawet o istnieniu "AOW". Jaka byłaby wartość i wpływ na rozwój nauki popularnej publikacji Alberta Einsteina, gdyby do dzisiaj, czyli do 20 lutego 2025 roku, nikt jej nie przeczytał?
Pomysł masochistyczny, życzę powodzenia w ustaleniu wartości punktowych dla dużych wydawnictw.
a dlaczego nie możemy iść jak na zachodzie w Q1, Q2 itd? Przecież humaniści tam też dają radę...
Tylko u nas humanistyka to słabizna z ludźmi którzy w 90% nie mówią po angielsku...
Oczywiscie , ze jest to najlepszy system dla nauk wplywajcych na rozwoj gospodarki takich jak nauki medyczne czy STEM. Ten tekst jasno pokazuje, ze humanistyka powinna byc ewaluowana osobno wowczas uniknelibysmy wielu bezsensownych dyskusji.
Za to mówią po polsku literackim językiem i piszą poprawnie. Czy historię Polski prof. Andrzeja Nowaka mam czytać w tłumaczeniu niemieckimi albo hiszpańskim (języki kongresowe).
Książki historyczne prof. Nowaka to nie są dzieła naukowe tylko popularyzatorskie. Swoją drogą - tłumaczenie na inne języki by im nie zaszkodziło.
niech mówią. ale co wnoszą do nauki? nic...
Za to ci co piszą i mówią po angielsku to wnoszą do nauki same "cudowne nowe zdania ", zwłaszcza papiernicy, a wiemy że jest ich mnóstwo.
Punkt 5 jest tragikomiczny. Redakcje czasopism międzynarodowych nie będą się martwić rozporządzeniami ministra w Polsce. Po prostu redakcji nie interesuje nasza punktacja.
Z drugiej strony to najbardziej pewna droga do usunięcia z listy punktowanej wszystkich znaczących czasopism międzynarodowych. Zostaną tylko te, które są wydawane w Polsce.
Słowa, słowa, słowa a punkty dalej płyną za publikacje w śmiesznych ale mile widzianych przez kolejne władze wydawnictwach . Duch Gowina i Czarnka wiecznie żywy !
"Niestety, nie można wysadzić całego tego systemu w powietrze i zrezygnować z biurokratycznej ewaluacji i punktowania wydawnictw, bo na przeszkodzie stoi tzw. ustawa Gowina, której broni nie tylko prezydent Andrzej Duda, ale i wielka cześć środowiska akademickiego" - No to może trzeba zaczekać na zmianę prezydenta i zrobić coś wbrew wielkiej części środowiska akademickiego. Ale cieszy mnie, że pan profesor w ogóle miał myśl o "wysadzeniu tego systemu".
Głosowanie - powodzenie głosowania zależy od tego, czy korozja związana z praktykami publikacyjnymi, wadliwą ewaluacją, zdołała już dotknąć co najmniej połowę środowiska. Wcale nie byłbym pewien, czy tak nie jest. Tzn. czy więcej niż połowa środowiska nie wybiera już przypadkiem lekkich, komiksowych pism za 100, 140 czy 200 punktów w których można łatwo opublikować prościutkie artykuły, na poziomie różnych prac studenckich, a czasem i z błędami poniżej poziomu szkoły średniej (jak pokazują liczne przykłady komentarzy w PubPeer). Takie proste artykuły będzie dodatkowo łatwiej zrozumieć odbiorcom podobnym do ich autorów i częściej będą cytowane. Byłbym zatem ostrożny, w głosowaniu scharakteryzowana powyżej większość niewątpliwie dążyłaby do utrwalenia obecnych patologicznych wycen. Wszystko zależy jeszcze od tego, kogo autor eseju dopuściłby do głosowania. Żeby to podejście miało jakieś gwarancje powodzenia, to chyba trzeba by ograniczyć prawo głosu do profesorów w wieku od 60 lat wzwyż.
Profesorów jest tylko 10 tys. Mogą być przegłosowani - pozostałych jest 90 tys.
I co w tym złego?
Wszyscy astronomowie świata się zgadzali, że Słońce krąży wokół Ziemi, sprzeciwił się tylko Kopernik. Metody demokratyczne w nauce nie bardzo się sprawdzają.
Zgoda. W tym przypadku mogę się domyślić, że powstałaby koalicja np. UW-UJ-UAM, która przegłosowałaby, że nalepsiejsze wydawnictwa pod słońcem zlokalizowane są na UW, UJ i UAM. Dokładnie tak, jak niegdyś w wyborach do CK.
I we wszystkich pozostałych wyborach bez jednego wyjątku ;)