Po reformach ostatnich lat widać, że naukowcy potrafią odnaleźć się w każdym systemie. Po co jednak gotować tę żabę? Może czas postawić na system stworzony przez naukowców, którzy czują ducha nauki, a nie ministrów. Przez naukowców, dla naukowców i dla nauki – pisze dr hab. Piotr Pawlak, kierownik Katedry Genetyki i Podstaw Hodowli Zwierząt Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.
Tytuł tego tekstu mógłby wybrzmieć na kilka sposobów: „jak zabić wolność nauki”, „jak ustawą zabić wolność naukowca”, „kiedy nauka była wolna” itd. Nigdy jednak nie powinien (i oby tak się nie stało) brzmieć :„jak nauka zabija wolność”. Zawód naukowca nieodłącznie kojarzy się z wolnością, bo tylko otwarte umysły, a więc wolne, będą sięgały znacznie szerzej, dalej, głębiej i wyżej. Ale zdaje się, że zaczynamy żyć w takiej rzeczywistości, gdy codzienność naukowca coraz częściej kojarzy się z pracą na akord niż wolnym (nie mylić z powolnym), koncepcyjnym, twórczym procesem odkrywania, tworzenia, poznania. I to jest ważny, państwowy problem, a nie odgrzewany kotlet.
Potrzeba było parę lat, by głośno mówić o tym, jak zapisy ustaw sprowadzą pracę naukowca do szybkiej produkcji wyników w miejsce kompleksowego przedstawiania osiągnięć. W codziennej dyskusji najczęściej wybrzmiewa wątek finansowy, który będzie ważny dla „A+” rektorów, „A” dziekanów, „B+” przewodniczących rad dyscyplin, „B” kierowników i „C” dyrektorów. Przy dramatycznym niedofinansowaniu nauki, w silnie rozwijającym się państwie, ostatecznie wątek finansowania badań naukowych będzie jednak równie ważny dla każdego uczonego chcącego pracować na najnowszym sprzęcie, najnowszych odczynnikach, dużych danych czy w dużych grupach badawczych. Spada zatem na nich olbrzymi stres. Wynika on przede wszystkim z naturalnej chęci starania się o granty, które pozyskać jest trudno ze względu na zamrożony budżet i przez to niski wskaźnik sukcesu w najważniejszej krajowej agencji grantowej. Kilkanaście lat temu, wrażenie robił projekt za pół miliona złotych, dziś nikogo nie dziwi grant w tej samej dyscyplinie za dwa miliony. Gdy projektu nie ma, cały czas nie znika konieczność publikowania, jak nie prac oryginalnych, to przeglądowych, jak nie przeglądowych, to jakichkolwiek: popularnonaukowych, branżowych, udowadniających pomost nauki i badań z biznesem, społeczeństwem itp., itd. Za 200, 140, 100 pkt, o innych lepiej nie myśleć, mimo że nad listą czasopism punktowanych chyba tylko płakać można, bo śmieszna ona niestety nie jest.
Istotą istnienia uniwersytetu jest aktywny badacz, który kształci studentów w oparciu o swoje doświadczenie. Dziś środowisko naukowe strzela gola do własnej bramki, gdy zmuszone ustawami i koniecznością udowodnienia władzom publicznym (Ministerstwu Nauki) jak dobrą jest jednostką, uniwersytetem, instytutem, publikuje szybko i niestety często byle gdzie. Ale system jest przecież nieubłagany, a instytucje naukowe potrzebują napełnić sakiewkę. Bo potrzeba punktów, bo doktoraty trzeba skończyć, bo szybkie recenzje, bo tanio. Przy skali publikowania artykułów w drapieżnych czasopismach martwi mnie, jak kolejne pokolenia naukowców rozpoznają, który artykuł wnosi cokolwiek merytorycznego. Coraz trudniej przekopać się przez bazy danych, aby nie filtrując wyszukiwania, uniknąć setek niepotrzebnych tytułów, na które wydano, ze zniżką czy bez, setki tysięcy lub milionów złotych. Podczas jednego z seminariów magisterskich studenci chyba sami zauważyli zaskoczenie na mojej twarzy, gdy przypadkowo wpisane jedno z haseł genetycznych w bazie PubMed wskazało wśród pierwszych 100 rekordów blisko 50% artykułów opublikowanych w czasopismach z tzw. listy drapieżników.
Pomimo wszystko, żeby nie było aż tak pesymistycznie, widać po wielu reformach w ciągu ostatnich lat, że nauka ma się nieźle, a naukowcy potrafią odnaleźć się w każdym systemie. Po co jednak gotować tę żabę? Może czas postawić na system stworzony przez naukowców, którzy czują ducha nauki, a nie ministrów. Przez naukowców, dla naukowców i dla nauki. Ten zawód przeważnie wiąże się z olbrzymią samoświadomością, motywacją, wewnętrzną chęcią eksploracji. Ale to właśnie wolność naukowca, poczucie komfortu i spełnienia napędzi kolejne osiągnięcia. Truizmem jest twierdzenie, że praca naukowa wiąże się z chęcią i gotowością publikowania wyników, które możemy tracić, jeśli ktoś trzyma nad nami stoper. Mobilizacja i motywacja, by ktoś nas z publikacją nie uprzedził, to zupełnie co innego niż rozczłonkowanie wyników i publikowanie bez odpowiedzi na piętrzące się pytania. Kto kupi przepis na szarlotkę bez jabłek?
Może nie bez powodu, acz podświadomie, kuchnia zakradła się do tego artykułu. Dajmy naukowcom robić ich robotę, nie odciągajmy od niej ich uwagi zadaniami administracyjnymi i ewaluacyjnymi słupkami. Zamiast tego poszukajmy rozwiązań umożliwiających współistnienie świetnej nauki i inspirującego uniwersytetu, a więc tworzenia dobrych warunków pracy dla naukowców i dydaktyków. Szefom kuchni oddajemy chętnie zawartość lodówki. Gwiazdki Michelina już są. Niekoniecznie w restauracjach, gdzie trzeba wydać 400 dań dziennie.
Piotr Pawlak
Jestem zwolenniczką uwolnienia nauki od państwa i od państwowych pieniędzy. Instytuty badawcze powinny być oddzielone od uczelni dydaktycznych. Uczelnie powinny być prywatne, finansowane przez studentów. Uczelnia powinna zapewnić wolny wybór osób prowadzących zajęcia. Część zajęć obowiązkowych, część do wyboru przez studenta. Obecnie więcej pieniędzy z naszych podatków powinno się przeznaczyć na wojsko i uzbrojenie, a nie na finansowanie pseudonaukowych wypocin, które niewiele wnoszą do dorobku naukowego, a tylko nabijają punkty.
Pani Anno,
W krajach poważnych, które zarazem są potęgami naukowymi globu istnieje i polityka naukowa, i finansowanie sektora nauki z budżetu państwa. Mamy różne formy organizacji nauki na świecie np. w krajach anglosaskich, jak USA i GB dominują uczelnie badawcze, w których obowiązuje model dydaktyczno-badawczy, a w innych krajach funkcjonują i uczelnie badawcze i pozauniwersyteckie instytucje naukowe. Każdy kraj ma swój sprawdzony i udoskonalany cyklicznie typ organizacji sektora nauki. Natomiast nie podzielam pani opinii, aby przeznaczać wielkie fundusze na wojsko i uzbrojenie kosztem polskiej nauki, to prosta droga na peryferie cywilizowanego, rozwiniętego świata.
Nawet HARVARD otrzymuje dotację od rządu USA, 2 mld dolarów - obecnie dofinansowanie wstrzymane za lewacką i woke ideologię
Mówiąc ściśle, wstrzymane z powodu fochów jakichś doradców Trumpa. Bo sądząc z wypowiedzi samego Trumpa na ten temat, on nawet nie bardzo wie, co to ten Uniwersytet Harvarda jest.
@Anna
Polska, jako kraj, moglaby oczywiscie psrobowac stworzyc cos absolutnie nowego. Cos, czego nie ma gdzie na indziej na swiecie; ja osobiscie nie widze przeszkod w takim podejsciu.
Wydaje mi sie jednak, ze sa dosyc dobre, mocne powody, dla ktorych nikt na swiecie nie rozdziela calkowicie dydaktyki o prowadzenia badan naukowych oraz dlaczego nie ma kraju, w ktorym badania bylyby prowadzone calkwicie z pieniadzy pochodzacych spoza budzetu panstwa.
Zarowno ideologicznie, jak i praktycznie to bylyby sprawy bardzo trudne do wprowadzenia w zycie. Juz nie mowiac o tym, ze podejscie "Uczelnie powinny być prywatne, finansowane przez studentów" mogloby bardzo znaczaco wplynac na dostepnosc studiow wyzszych dla ludzi mniej zamoznych.
Sowieci w latach 20-tych rozdzielili calkowicie dydaktykę od prowadzenia badań naukowych i do dziś badania w Rosji są prowadzone głównie w instytutach bez dydaktyki. To nie jest złe podejście, jeśli oczywiście zupełnie nie liczyć się z kosztami. To jest zresztą sowiecki styl: coś wymyślić i od razu wprowadzić w życie a jak kto znalazł się na drodze - zdeptać.
Panie Profesorze,
Ten model bardzo dobrze sprawdził się w ZSRR, a kiedy Moskwa w pełni korzystała z potencjału intelektualnego i finansowego wszystkich republik radzieckich. Dziś w Federacji Rosyjskiej nakłady na naukę stanowią 1,5% ichniego PKB, choć sama forma organizacji nauki została utrzymana. Nie zmienia to faktu, że Rosyjska Akademia Nauk to wciąż jedna z czołowych instytucji naukowych globu.
@Profesor PAN
W tym temacie sa rozne szkoly.
Jedna z nich mowi, ze edukacji i badan nie powinno sie rozdzielac.
Sa uczelnie bardzo dumne z tego, ze prowadza "research-led education".
Moje osobiste zdanie na ten temat jest takie, ze niski poziom dydaktyki pomaga.
Problem taki, ze na uniwersytetach w Europie ten poziom juz chyba dawno przestal byc "niski".
Ciekawe jest to, że cicho ostatnio o Akademii Kopernikańskiej. Ani nikt jej nie chwali, ani nawet nie krytykuje, choć swego czasu było o niej głośno w polskim świecie akademickim...
@komentator (poprzedni),
Akademia Kopernikańska w tej chwili znajduje się w hibernacji. To instytucja mikroskopijna na mapie polskiej nauki, gdzie życie naukowe praktycznie ma tam symboliczny wymiar. Osobiście uważam, że AK powinna ulec reorganizacji, gdzie precyzyjnie określona zostanie misja, a także zadania i cele postawione tej instytucji przez polskie państwo. Obecnie AK próbuje na miarę sił i możliwości realizować to, co robią krajowe instytucje naukowe od dekad. Dlatego trzeba dokładnie przemyśleć, jak ma funkcjonować AK w nieodległej przyszłości. Chyba, że ewaluuje z państwowej instytucji naukowej w kierunku klasycznego towarzystwa naukowego ogólnego z siedzibą w Toruniu, to byłoby rozsądnym rozwiązaniem.
Powinna zostać natychmiast zlikwidowana. Pozornych instytucji naukowych w Polsce jest dosyć i kolejna była całkowicie zbędna.
@ Alek Rachwald,
Projekt ustawy likwidującej Akademię Kopernikańską i Szkołę Główną Mikołaja Kopernika jest teraz opiniowany w ramach procesu legislacyjnego. Prawdopodobnie w przyszłym miesiącu trafi do Rady Ministrów. Ponieważ AK i SGMK formalnie podlegają Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a które nie dostrzega sensu istnienia obydwu podmiotów, to sprawa wydaje się oczywista. Faktem też jest, że Ministerstwo przeprowadziło audyt w AK, a zanim powstał projekt ustawy likwidacyjnej. Wnioski z audytu były krytyczne. Dlatego ewaluacja AK z państwowej instytucji naukowej w kierunku klasycznego towarzystwa naukowego ogólnego z siedzibą w Toruniu wydaje się rozsądnym rozwiązaniem.
De mortuis nihil nisi bene
Nauka polska nie istnieje.
Nie jest widoczna przez przemysł krajowy, firmy, korporacje, rządy, polityków czy normalnego "Kowalskiego ".
Powodów są setki. Wymienię tylko kilka (chaotycznie):
1. Finansowanie uczelni prywatnych ( niebezpośrednio)
2. Utrzymywanie jednostek badawczych i uczelni w małych miasteczkach o kiepskiej jakości nauki i edukacji
3. Zbyt duza liczba jednostek naukowych i uczelni w kraju
4. Fatalny system oceny jednostek (zamiast piramidy mamy jakiś twór gdzie liczba jednostek z kat. A czy B+ jest znacznie wiecej niz B czy C. Brak realnej elitarnosci.
5. Doktoraty wdrożeniowe- czyli system gdzie ktoś niezajmujacy się nauka dostaje tytuł za pracę na poziome dawnej inżynierki ale i tak większość pracy wykonał promotor lub jego Asystenci. Bo promotor za wszelką cenę chce utrzymać kontakt z przedsiębiorstwem (licząc na zlecenia)
6. Z marnego budżetu nauki finansowanie programów które w 0% przyczyniają się do rozwoju nauki np. Program społeczna odpowiedzialność nauki
7. Finansowanie firm z funduszu NCBIR gdzie w najlepszym przypadku uczelnie są wspolkonsorcantem (a w większości przypadków stoją za pomysłem, napisaniem wniosku itp)
8. Nadawanie stopni i tytułów osobom które wypełniły wnioski jak ankietę (a ich rozpoznawalność jest znikoma)
9. Przy awansach naukowych - syndrom pozytywnych recenzji. Osoby mające negatywna opiniie o dorobku kandydata/ki wola zrezygnować z funk. Rec. Niż napisać negatywna recenzje.
10. Uzależnienie finansowania uczelni od ilości studentów.
11. Studenci oceniający wykładowców na etapie studiowania (a powinni oceniać absolwenci).
12. Prawo do nadawania stopni i tytułów uzależnione od kat od B+ a nie od liczby samodzielnych pracowników. Są jednostki nieposiadające 3 dr hab a mają prawo nadawcy.
Punktów mógłbym tworzyć jeszcze wiele ale jako pracownik nauki z 20 letnim stażem już dawno zrezygnowałem i wiem że będzie tylko gorzej.
Cyt."8. Nadawanie stopni i tytułów osobom które wypełniły wnioski jak ankietę (a ich rozpoznawalność jest znikoma)
9. Przy awansach naukowych - syndrom pozytywnych recenzji. Osoby mające negatywna opiniie o dorobku kandydata/ki wola zrezygnować z funk. Rec. Niż napisać negatywna recenzje."
Oj, nie zawsze, znam dobrze fizyków i wiem, że aż tak hojni w pisaniu pozytywnych recenzji nie są... I WBREW pozorom, nie zawsze ci, którzy zasługują na pozytywne recenzje, je dostają.
Cyt."10. Uzależnienie finansowania uczelni od ilości studentów. "
A to tak. A ponieważ studenci, to (parafrazując tytułowego bohatera "Obywatela Kane'a", reż. Orson Welles) "polskie społeczeństwo w przekroju", zaś większość tego społeczeństwa czuje panikę na widok zagadnień związanych z fizyką, czy matematyką, a w sytuacji, gdy nie ma zajęć dla naukowca X. na danej uczelni, to nie ma tam czego szukać, jeśli chodzi o etat, więc skutki są łatwe do przewidzenia. Ta hybryda PATOLOGICZNYCH systemów: edukacji oraz nauki i szkolnictwa wyższego istnieje sobie od wielu lat. Nawet Min. Handke mimo swojej profesury belwederskiej z chemii, nie potrafił tego jakoś zrozumieć, więc się cieszył z gimnazjów niemal, jak 15-latek na wieść, że jest właścicielem quada...
Podobnie zadowoleni z tego status-quo byli: jego następca na stanowisku szefa MEN Prof. Dr Hab. Inż. Wittbrodt i jego następczyni, Dr Łybacka. NIC im te stopnie z dziedzin ścisłych, czy technicznych nie pomogły, żeby zrozumieć, jak OŚMIESZANIE fizyki w szkole przełoży się na szarą codzienność fizyka, który chce pracować na polskiej uczelni. Nikt się nad tym nie zastanawiał. Nikomu to jakoś nie przeszkadzało... i nadal chyba nie przeszkadza... no to jest to, co jest...
Dokładnie tak. Pozostaje pytanie czy jest coś poza naiwnym optymizmem studentów, czego nie udało się jeszcze zepsuć.
Jak zabić wolność naukowca? Danielem Przastkiem i jemu podobnymi!
Głównym problemem jest finansowanie uniwersytetów powiązane z liczbą studentów. Taki proceder sprawia, że studentów jest za dużo, faworyzuje oszustwa w stylu przepuszczania osób, które nie powinny zdać danego przedmiotu i ostatecznie generuje słabszych studentów za bardzo wysoką cenę czasu naukowców, którzy uczą zamiast prowadzić badania.
Według ostatnich danych statystycznych około 30% naukowców nie opublikowało pracy w ciągu ostatnich 5 lat. Moim zdaniem większość z tych ludzi (bo rozumiem, że ktoś mógł budować aparaturę przez kilka lat) powinno być albo zwolniona albo uratowana przez przeniesienie na etat wykładowcy ze 100% nauczania. To odciążyłoby ludzi, którym naprawdę brakuje czasu na badania (a nie tylko tak wmawiają innym) i zmniejszyło koszty uniwersytetów.
Inną sprawą jest Publish or Perish, którzy jest niestety standardem na całym świecie. Ustawowe oddzielenie polskich naukowców od tego procederu może pozytywnie wpłynąć na ich zdrowie psychiczne ale z drugiej strony negatywnie na ich rozpoznawalność za granicą kraju.
Oczywiście należy też odejść od listy ministerialnej i zastąpić ją ogólnoświatowym Impact Factorem. Przy obecnym podziale na dyscypliny nie ma problemu, że ktoś kto współpracuje z CERNem zabierze grant biotechnologowi. Lista ministerialna to relikt przeszłości który trzeba jak najszybciej obalić (szczególnie, że każdy tutaj wie jakie skandaliczne rzeczy działy się w ostatnich latach przez tę listę).
Ewaluacja jest potrzebna bo wyłapuje czarne owce które więcej energii poświęcają na kombinowanie niż prowadzenie badań.
Parafrazując klasyka - Nauka to jak striptiz tranwestyty, na pierwszy rzut oka pięknie i atrakcyjnie, a przy głębszym spojrzeniu, ch...., lub raczej syf, malaria i kolesiostwo, oraz oczywiście opłacony przez Państwo ZUS i inne składki.
Zwiększona autonomia uczelni - OK, ale najpierw uczciwa ocena naszej pracy i pozbycie się ok. 30-50 % kadry nierobów i cwaniaczków. Oni przychodzą do pracy tylko na dydaktykę (o ile nie robią jej on-line), ewentualnie w celu realizacji prywatnych prac zleconych, żebrząc później o dopisanie do publikacji, żeby spełnić minima kryterialne oceny okresowej. Puki jest coś takiego jak minimum do spełnienia, nauka nie będzie się na uczelniach rozwijać, bo po co robić więcej za te same pieniądze, nie ponosząc żadnych konsekwencji. Jak powiedziała jedna z moich koleżanek "naukowców" - ona się szanuje i nie będzie robić więcej niż minimum. Co więcej, uważa się za mobingowaną każdą uwagą o jej nieobecności w pracy (bez wypisania urlopu, żeby było jasne). Skutecznym sposobem byłoby obniżanie pensji dla minimalistów i przekazywanie różnicy tym co pracują na rzecz wydziału. Nieroby same by odeszły. Problem jednak w tym, że nieroby zawsze pragną być blisko władzy lub ją dzierżyć, bo zapracowany naukowiec nie ma za bardzo czasu na administrowanie katedrą czy wydziałem. Druga sprawa to fakt, iż np. u mnie to pracownicy de facto decydują, kto będzie szefem Katedry (chociaż to tylko głosowanie akceptujące). Nikt, kto będzie chciał pogonić ich do roboty nie zyska takiej akceptacji i koło się zamyka.
Drugi przypadek, który rozkłada mnie na łopatki, to jeden z kolegów informatyków, który uważa, że uczelnia nie powinna od niego wymagać zbyt dużo, bo on jest po to pracownikiem wydziału, aby rozwijać swoje pasje i nie należy mu w tym przeszkadzać. Paranoja. Jesteśmy pracownikami i naukowcami równocześnie, a naszą rolą jest pracować na rzecz pracodawcy (Państwa), bo żyjemy ze środków publicznych.
Chcemy rozwijać nasze pasje – proszę bardzo – ale za własne pieniądze i we własnej firmie.
Co do autonomii naukowca i jego wolności naukowej – w pewnym zakresie tak, ale w kontekście profilu jednostki naukowej i w zakresie potrzebnym dla jej rozwoju. Szeroka autonomia – owszem, ale jak przynosi wymierne korzyści jednostce, a nie tylko poprawia dobre samopoczucie naukowca. W innym przypadku jw. – własna firma i własne pieniądze.
Co do innowacji - w Polsce było kilka programów dodtyczących innowacyjnych rozwiązań np. błękitny laser, grafen, nanomateriały itp. - gdze są wyniki tych "wolnych" i przełomowych badań ?
Ostatnie zdanie w kwestii punktozy - oczywiście IF wystarczy, ale źródłem punktozy jesteśmy my sami. Zaczęło się od reglamentowania dostępu do doktoratów, habilitacji i profesur. Dawniejszymi czasy, trzeba było być w odpowiednim układzie towarzyskim, żeby awansować naukowo. Są dziesiątki jeżeli nie setki przykładów negatywnych recenzji, gdzie podstawą negacji były stwierdzenia typu "praca niedojrzała, zbyt rozproszona naukowo, za bardzo skanalizowana w jednym temacie, zbyt młody wiek" itp., żadnych konkretów, tylko bełkot wybitnych recenzentów, pisany na zamówienie. Gdybyśmy uczciwie recenzowali, nie byłoby punktozy, opracowanej z założenia m.in. jako remedium na naszą nieuczciwość recenzencką, utrudniającą odrzucanie czyjejś pracy naukowej tylko na podstawie widzimisię – ba jak dać natywną ocenę jak wnioskodawca ma 10 publikacji za 100-200 punktów. Ale i ten system zdegenerowaliśmy koncertowo. Jak ktoś wcześniej już napisał: system jest taki jak naukowcy.
Więc proponuję zacząć od siebie i przed lustrem powiedzieć, że jestem elementarnie uczciwy wobec pracodawcy i etyki naukowej – nie spuszczając wzroku oczywiście. Dopiero później zajmijmy się przepisami i ustawą.
Mam uzasadnione wątpliwości czy w poznawaniu prawdy chodzi o punkty. Punktoza zabija naukę
W punkt. Brawo.
Póki*
Racja, mój błąd
Wszystko reguleje rynek, rzeczy niematerialne również.
Środowisko akademickie, w tym instytuty badawcze za późno zorientowały się, że PRL się już skończył.
Uczelnie są takie mocne jak ludzie tam pracujący.
Fakt jest taki, że przez ostatnie dziesięciolecia informacja dla studentów była jasna i prosta: NA UCZELNI NIE ZAROBISZ ALE SIĘ NIE NAROBISZ (chyba, że chcesz robić to możesz, czasem nawet ktoś poklepie Cię za to po plecach).
Obecnie cała akademickość nie jest zabetonowana tylko ograniczona do ludzi bez wizji i ambicji.
Osoby, które mogłyby poprzez swoją ciężką pracę i liczne poświęcenia niedopuścić do obecnej sytuacji po prostu są nieobecne. Są w sektorze prywatnym, za granicą lub są kierowcami autobusu.
I nie zgadzam się z autorem, że trzeba przywrócić/zwiększyć autonomię.
Co można zrobić?
Trzeba zwrócić się do ludzi, którzy powinni/mogliby być na uczelni ale nie mogli pozwolić sobie np. na życie za minimalną krajową albo z powodów pozaekonomicznych nie chcieli.
Bardzo ciekawy artykuł, tym niemniej nie oszukujemy się, że za systemem stoi tylko ministerstwo... Te wszystkie pomysły powstały przede wszystkim przy udziale rad i komisji złożonych z naukowców... Sami sobie to zgotowaliśmy. Trzeba też pamiętać, że dla sporej części (większości?) naukowców i uczelni obecny system jest bardzo wygodny...
I dla mnie najważniejsze - obecny system promuje "sukces" - ale innowacyjne badania naukowe to kwestia twórczych porażek (w końcu badamy nieznane)... Kluczowe miejsce w systemie powinny mieć rozwiązania akceptujące efekty projektów z negatywną weryfikacja hipotez - i danie narzędzi do dalszej pracy ich autorom, a nie praktyczne wykluczenie, negatywny wyniki ewaluacji może być podstawą do zwolnienia... Brak publikacji obniżenia kategorię wydziału, to wszystko stwarza bardzo silną presję na odtwórcze badania gdzie zawsze odniesiemy relatywnie drogi bezwartościowy "sukces"....
Cyt."Sami sobie to zgotowaliśmy."
Nie, to zgotowali ci, którzy nas (podobno) reprezentują w tych radach, czy komisjach itp. Nikt z nich nie pytał się np. mnie, co myślę na temat ich pomysłów. Może się pytał, ale nie przypominam sobie.
Uprośćmy pewne rzeczy
Czego podatnik (rząd) oczekuje od uczelni?
1. Tego, żeby w ciągu roku dostarczyły na rynek pracy 5-6 tysięcy dobrze wykształconych lekarzy. Można też dokładnie policzyć ilu potrzebujemy co roku nauczycieli j. polskiego, historii, matematyki itd.
2. Tego, żeby państwo i jego infrastruktura działały sprawnie, żeby leki były prawdziwe, żywność zdrowa i bezpieczna, rzeki i jeziora czyste, prawo pisane dobrze, zrozumiale i jednoznacznie, itp., itd. Jest mnóstwo rzeczy niezrobionych, które uczelnie mogą zrobić budując swój warsztat naukowy.
3. W nagrodę za powyższe otrzymają dodatkowe pieniądze na badania podstawowe, które mogą przynieść korzyści, ale nie muszą.
To wszystko.
Kto i po co wymyślił obowiązek częstego publikowania? Pewnie wydawcy. Drapieżni? Wszyscy wydawcy są drapieżni, jeśli się temu dobrze przyjrzeć. Komu i do czego to potrzebne?
Kto wymyślił, że pieniądze, które dostają uczelnie muszą być przeznaczane na określone cele, tyle na sprzęt, tyle na wynagrodzenia, tyle n remonty, tyle na prace budowlane?
Lobby sprzedawców sprzętu? Lobby budowlane? Czy to nie jest drapieżne?
O tym na co uczelnie wydają dotacje powinny decydować same uczelnie, po to, żeby spełnić jak najlepiej wymagania rządu (powyżej).
Pojawia się wciąż takie modne słowo: innowacyjność. Miałaby sens ta innowacyjność, gdyby korzystały z niej firmy płacące w Polsce podatek. Kiedy tak nie jest, jak przekonać podatnika, że nauka potrzebuje więcej pieniędzy? Myślę, ze warto się zastanowić nad tym, jak ten problem rozwiązać. Ludzie widzą co się dzieje. Gdyby widzieli, że inwestycje w naukę zwiększają PKB, naukowcy zarabialiby więcej.
Cyt."Kto i po co wymyślił obowiązek częstego publikowania? Pewnie wydawcy. Drapieżni? Wszyscy wydawcy są drapieżni, jeśli się temu dobrze przyjrzeć. Komu i do czego to potrzebne?"
Wydawcy? To wydawcy pisali Ustawę o Nauce i Szkolnictwie wyższym, czy też podsuwali do podpisu Rektorom uczelni rozporządzenia o ankiecie okresowej pracownika naukowo-dydaktycznego (teraz: badawczo-dydaktycznego)? Co mają np. Elsevier, IOP, APS, czy osławione MDPI do tej ankiety?
Pracownik badawczo-dydaktyczny lub badawczy, zwany potocznie "naukowcem", ma obowiązek wykazywania się swoimi osiągnięciami naukowymi. I SŁUSZNIE. Tyle, że SĘK W TYM, JAK to ma wyglądać, jeśli głupawy polski system nauki i szkolnictwa wyższego działa, jak rower z kołami, które cały czas poddaje się swego rodzaju próbom kwadratury koła...
Proszę się przyjrzeć zyskom tych wydawnictw. Google przy nich wymięka.
Jesteśmy przez te konsorcja opodatkowani od dziesiątek lat. To potężny pasożyt uniwersytetów na całym świecie.
Po co podatnikowi i rządowi nasze publikacje, do których nie mają dostępu? Układ win-win?
Nikt się nie dowie o ogólnie niskim poziomie badań? O to chodzi? Słabe, prawda? To ma ciąg dalszy - ukryjemy waszą słabość, ale wydacie na "infrastrukturę" znacznie więcej niż chcecie. Tak to mniej więcej działa.
Ma pan trochę anachroniczne wyobrażenie gospodarki. Dziś wartość dodana tworzy się nie w wyniku machania łopatą tylko w wyniku innowacyjności. A gospodarka innowacyjna ma jeszcze taką paskudą cechę, że zwycięzca bierze wszystko: nie wystarczy umieć oprogramować listę dyskusyjną, trzeba być jeszcze Markiem Zuckerbergiem. Poczciwi chłopi, którzy chcą zapewnić sobie byt machaniem łopatą a głowę zostawić do prywatych celów, tego bytu sobie nie zapewnią. A zwycięzców wyprodukować umieją tylko najlepsze uniwersytety z najlepszą nauką, tak jaoś się porobiło, choć rozumiem, że może się panu to nie podobać.
Daje pan przepis na katastrofę.
Do ~Profesor PAN
"Daje pan przepis na katastrofę."
Jeśli w Polsce dzisiaj wszystko dobrze pańskim zdaniem działa, to gdzie są te świetne uniwersytety?
Nawet jeśli damy im więcej pieniędzy i jak dotychczas powiemy: "róbta co chceta" tylko wymyślcie mi tu zaraz coś "innowacyjnego" i wymyślą, i skomercjalizują, to skomercjalizują albo w Chinach, albo w USA.
To nie podniesie naszego PKB, tylko PKB USA lub Cesarstwa Chin = relatywnie stracimy.
Czy to przepis na sukces?
Profesjonalne sprawdzanie jakości leków, które podałem jako jeden z przykładów, zapewniam, że nie jest "machaniem łopatą". Jeśli ktoś tego nie potrafi, nowego leku nie zrobi. Widuje się podobne sytuacje, niestety.
Proszę pana, zadawanie pytania w stylu "jeśli w Polsce dzisiaj wszystko dobrze pańskim zdaniem działa..." jest bardzo niedobrym obyczajem polemicznym, Adam Michnik nazwał to kiedyś obrazowo wmawianiem dziecka w brzuch. Proszę w moich wpisach znaleźć choć śladową podstawę do twierdzenia, że moim zdaniem "w Polsce dzisiaj wszystko dobrze działa." Albo przeprosić.
Zgubiłam się w tych wszystkich wywodach. To wypełnianie slotów jest innowacyjne czy jest jak machanie łopatą...🤔
Wypełnia pani jakieś sloty? To współczuję, ja piszę tylko artykuły, tak samo od 45 lat choć z różną intensywnością i ich jakość też bywa niestety różna. Że jacyś biurokraci umieszczają te artykuły w tzw. slotach dowiedziałem się dopiero niedawno.
A to ja Panu szczerze zazdroszczę, bo o umieszczaniu publikacji w slotach dowiedziałam już dobrych parę lat temu i od tych paru lat żyję w smutnej, skwantyfikowanej rzeczywistości. W tej mojej rzeczywistości młodsi koledzy i koleżanki leczą się z pasji naukowej. Bo napisali tylko 2 publikacje eksperymentalne w ciągu roku, w małym 3-4 osobowym zespole i zostali pouczeni, że jak tak dalej marnie będzie to do widzenia. Bo ni ma slota. Nikogo nie interesuje CO oni tam napisali. Za to nagrody spływają na mistrzów naukowego bełkotu, sypiących przeglądówkami na każdy temat jak z rękawa. Trochę mi żal tych młodych, ale oczywiście z drugiej strony...Może pójdą pracować do urzędu - np. patentowego - i tam wreszcie będą mieli czas coś wymyśleć.
Zdaje się, że to pachnie mobbingiem. Okres ewaluacji trwa 4 lata, a tutaj wydziwianie, że 2 publikacje w ciągu jednego roku? W takim tempie wypełnią sloty w połowie czasu przeznaczonego na ewaluację. Chyba macie tam jakąś straszną sz..., wróć, niemiłą osobę na stanowisku. O tym, że naukowców nie rozlicza się ze "slotów", nawet nie wspomnę (z formalnego punktu widzenia kryteria oceny instytucji oficjalnie nie są kryteriami oceny indywidualnej).
Cyt." Nikogo nie interesuje CO oni tam napisali. Za to nagrody spływają na mistrzów naukowego bełkotu, sypiących przeglądówkami na każdy temat jak z rękawa. "
Oczywiście, że tak jest. Co do tych nagród tylko, to się nie do końca zgodzę, bo jednak nagrody dostają też ci, którzy mają poważne osiągnięcia naukowe. Sęk w tym, że są oni TYLKO PEWNYM ODSETKIEM ogółu tych, którzy starają się działać i uzyskują ważne rezultaty.
@Nika
Musze przyznac, ze ta opowiesc brzmi naprawde przygnebiajaco.
Zamysl i filozofia dzialania sa bardzo dalekie od tego, co moznaby nazwac "robieniem nauki" w znaczeniu, jakie znam, i w jaki pracowalem przez wiele lat, ktore do tej pory spedzilem w nauce.
Dodatkowo, prace przegladowe powinny byc absolutnie wyjete z wszelakich ocen i ewalaucji, poniewaz one w zadnym stopniu nie odzwierciedlaja progresu naukowego danej osoby czy labu oraz nie opisuja odkryc, jakich dana grupa dokonala.
Miejmy nadzieje, ze nowa ewaluacja zniesie przynajmniej czesc najwazniejszych absurdow obecnego systemu.
A jest jakaś obiektywna metoda odróżniania prac przeglądowych od nieprzeglądowych? O ile mi wiadomo, to przegląd dotychczasowych osiągnięć jest obowiązkowy w każdej pracy badawczej.
Przegląd dotychczasowych osiągnięć umieszcza się zwyczajowo we wstępie do pracy badawczej. Dalej idzie już własna robota.
Natomiast jeśli praca składa się tylko z przeglądu dotychczasowych osiągnięć, plus własne wnioski i ewentualnie jeszcze dodatkowa analiza, to wtedy jest to praca przeglądowa. Mam jedną typową przeglądówkę w dorobku, to wiem.
@Profesor PAN
Mam tutaj oczywiscie na mysli publikacje naukowe.
Dla ulatwienia, prosze spojrzec w ostatnie wydanie "Cell" (3 April 2025):
https://www.cell.com/cell/current
Na samej gorze ma Pan "Review"; jest tutaj akurat tylko jedna przegladowka.
Pod tym ma Pan "Articles", i to sa wlasnie publikacje oryginalne, czyli te, ktore powinny podlegac ewaluacji, w odroznieniu od tego artykulu przegladowego.
To, co nazywa Pan "przeglądem dotychczasowych osiągnięć, ktory jest obowiązkowy w każdej pracy badawczej" to zapewne czesc artykulu oryginalnego, ktory przedstawia w wielkim skrocie obecny stan wiedzy na dany temat. Prosze kliknac na dowolny artykul w tym wydaniu "Cell", w tym artykule bedzie cos, co sie nazywa "Introduction" i to jest wlasnie ta czesc, o ktorej Pan mowi. Kilka akapitow tekstu, ktore podaja kontekst i mowia czytelnikowi, dlaczego ten konkretny artykul jest wazny w sensie dostarczania nowych informacji na dany temat. Potem nastepuja "Results", gdzie przedstawiane sa wyniki danej pracy.
Przegladowka (review) nie ma czesci "Results", poniewaz przegladowka podsumowuje wiedze na dany temat, ktora juz jest opublikowana. Zbiera "do kupy" juz znane informacje, nie przynosi nic nowego. Jakkolwiek bardzo pomocny jest ten rodzaj publikacji, w zaden sposob nie odzwierciedla on tego, jak autorzy tej pracy przyczyniaja sie do wzrostu wiedzy. Tak wiec przegladowki nie licza sie zupelnie w brytyjskim REF, chocby byly cytowane tysiace razy. I moim zdaniem tak wlasnie powinno byc.
Napisałem kilka artykułów głównie przeglądowych, choć istotnie w każdym był element nowości, choćby w spojrzeniu na zagadnienie. Wszystkim Scopus nadał nagłówek 'Article', żadnemu 'Review.'
@Profesor PAN
Nie wiem, skad Scopus bierze te informacje. Moje sa zaklasyfikowane prawidlowo, ale moge sobie wyobrazic, ze te scopusowe kategorie nie zgadzaja sie z prawda.
W STEM prace przegladowe sa dosyc wyraznie inne, niz oryginalne. Tak, moze przepchnac element interpretacji i ewentualnie zaproponowanie nowej teorii czy hipotezy, ale ogolnie zwykle jednak jest to cos, co angielsku nazywa sie "literature review".
Artykuly publikowane w pismach, ktore sa tylko dla przegladowek (np. serie 'Nature Reviews' czy 'Annual Review') sa oczywiscie latwe dla zaklasyfikowania. Przegladowki tam publikowane sa zwykle wysoko cytowane, co zreszta jest pozniej odzwierciedlone w wysokich IFs dla tych tytulow.
Na przyklad, Nature Reviews Molecular Cell Biology ma obecnie IF 81.4, czyli gigantyczny.
Może zniesie, może nie zniesie. Proste, policzalne sposoby oceny są na rękę urzędnikom i politykom. Siedem lat obowiązywania obecnych reguł sprawiło, że na polskich uczelniach wyrosło pokolenie ludzi uważających za osiągnięcie naukowe stworzenie spółdzielni publikacyjnej. Wpisują to explicite w swoje wnioski awansowe. I kto to teraz ma wszystko naprawiać? Zdaje się, że oni. Dobrzy są "w sieciowanie" to na pewno dojdą do głosu.
@Nika
Musze przyznac, ze tego wlasnie chyba balbym sie najbardziej. Nie zatwardzialego starego betonu w togach, tylko raczej mlodych ludzi, ktorzy zostali przepchnieci przez system na "ciemna strone mocy". Sygnalem, ze tak moze sie dziac jest wielka niechec mlodych do spedzania dluzszego czasu w laboratoriach zagranicznych. Wielu z nich usprawiedliwia ta niechec wyjazdu zobowiazaniami, jakie maja w kraju, ale obawiam sie, ze jest czesto jest to jednak tylko wymowka, ktora pozwala pozostac i lepiej zagniezdzic sie w lokalnych ukladach.
Problem jest taki, ze w tej grupie, zupelnie jak w grupie starego betonu, nie ma co szukac zwolennikow i sympatykow zmian idacych w dobrym kierunku. Jesli mam racje, to byloby to bardzo niebezpieczne zjawisko. Wolalbym sie mylic.
Cóż, do niedawna, tj. do ery Gowina, spędzenie dłuższego czasu (3 miesiące lub więcej) w zagranicznym laboratorium było wymaganiem awansowym dla stopnia powyżej doktora. Z niejasnych dla mnie powodów wymóg złagodzono do tego stopnia, że obecnie recenzenci habilitacji zmuszeni są zastanawiać się, czy dwa tygodnie, spędzone przez uczonego w Wyższej Szkole Mydła i Powidła w miejscowości Bębło wypełniają warunek ustawowy odbycia stażu w innej jednostce naukowej, zaś kandydaci do stopni i tytułów potrafią podać za staż naukowy udział w konferencji połączony z trzydniową wycieczką.
A podobno tę całą "Konstytucję dla Nauki" obmyślali dla ministra Gowina wybitni uczeni przy wsparciu młodych ambitnych, plus inne tego typu osoby, którym nawet w głowie nie postałaby myśl, aby poziom nauki obniżać. Kto w takim razie wpadł na pomysł, że premiować stopniem czy tytułem naukowy urlop spędzony w niekrępującej atmosferze?
Choć zza Kanału może nie wszystko widać, to, niestety, się Pan nie myli. Myli się natomiast Nika (częściowo). Bo to pokolenie uważające, że wybitnymi osiągnięciami są publikacje za 140 punktów w śmieciowym wydawnictwie z 10 współautorami z Azji nie wyrosło w ciągu ostatnich 7 lat. Lista czasopism punktowanych funkcjonuje od 20 lat, choć oczywiście "konstytucja dla nauki" spotęgowała problem. Wiele osób, które wyrosło w tym systemie punktozy, szczególnie jeśli nie miało okazji spędzić dłuższego czasu w innych systemach, nie wie nawet, że takie istnieją. To właśnie to pokolenie, które od magistra do profesora uwinęło się w 15 albo mniej lat publikując kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt takich artykułów rocznie stanowi największy problem. Podawać przykłady opisane w Forum Akademickim w ciągu ostatnich kilku miesięcy? Oni będą bronić tego systemu za wszelką cenę, bo wszystko mu zawdzięczają (tytuły, stanowiska, granty).
@Alek Rachwald
@Hubert Wojtasek
Z tego, co Panowie pisza, nie wyglada to za dobrze...
Czyli co, wlasnie tacy profesorzy obecnie wchodza w sklad gremiow doradzajacych ministerstwu, na przyklad co do zmian w zasadach ewaluacji?
Tekst "wypełnianie slotów jest innowacyjne jak machanie łopatą" przypomina "nie mam czasu dbać o zdrowie, bo ciągle biegam po lekarzach." Sloty są wypełniane publikacjami a jak kto pisze prace mało innowacyjne to jest jego problem a nie systemu.
Co to, to nie. To jest właśnie ISTOTNY problem i wada systemu, który łyka te nieinnowacyjne prace jak gęś kluski, byle odpowiednie punkty na liście ministerialnej były!
Do tej pory uważałem, że warunek jednej pracy rocznie na osobę, jest bardzo niewymagający, zwłaszcza, że osoby z innych ośrodków nie są wliczane do puli, w wyniku czego groteskowe prace z CERNu z tysiącami autorów każdy sobie dopisuje jako kolejną całą publikację.
Profesorze, ależ zgoda. Jednak 3-osobowa grupa badawcza powinna wyprodukować 3 takie prace w ciągu roku, aby wszystkim współautorom policzono jedną. Tak ten system działa. Przy pracach eksperymentalnych, które trzeba optymalizować może to być rok do roku nie lada wyzwanie. Może to też skutkować tym - obserwuję - młodzi prą żeby było byle jak byle szybko. Tym bardziej, że na uczelni trzeba się również troszczyć o wyniki ankiet, które wchodzą do oceny pracownika. Czyli trzeba przygotowywać się do zajęć. Zabawne, że nikt nie proponuje, żeby wreszcie odpowiadali za wyniki przełożeni wszystkich szczebli, a nie jakiś odgórny system... Ja i bez Ustawy wiem czym powinnam się zajmować. Przekazywać wiedzę najlepiej jak się da i ją zdobywać na ile mi mój umysł pozwala. I do tego tworzyć wokół siebie odpowiednie środowisko. I tyle. I też staram się tak funkcjonować. Ale zauważam jednakowoż, że wyrównanie wymagań dla początkujących asystentów i szefów grup badawczych jest chyba trochę dziwne...
I od tego momentu narasta problem. Moja obecna grupa badawcza rzeczywiście liczy trzy osoby i przeciętnie publikujemy 3-5 prac rocznie. Ale grupa planuje się powiększyć i jeśli będzie nas już pięcioro, gdyż obiecujący studenci zaczną i obronią doktoraty, to będzie już jak w indyjskim filmie: czasem słońce, czasem deszcz. Raz jest grant, raz go nie ma. Raz się wypuszcza seryjnie efekty pracy z grantem, a raz się dopiero pracuje przy następnym. A co jeszcze, jak będziemy współpracować z ludźmi z innych grup badawczych? Wtedy już byśmy się nie pozbierali. Jeden Szwed czy Francuz za dużo i nagle okazuje się, że jesteśmy mierni, oj jak bardzo mierni...
Jest, co do tego nie ma wątpliwości. Jest wiele szkodliwych i absurdalnych elementów obecnej ewaluacji a co mnie najbardziej szokuje, że nikt z ważnych tych oczywistych bzdur nie chce naprawiać. Czasem w polskiej nauce czuję się jak Tony Curtis w tej scence https://www.youtube.com/watch?v=SDJQ7zn3-2g
@Przemo
Dla porzadku i bez wchodzenia w szczegoly dodam tutaj tylko, ze sa tacy, ktorzy maja calkowicie odmienne zdanie na temat tego, "czego podatnik (rząd) oczekuje od uczelni".
Ja, na przyklad, rozumiem to zupelnie inaczej.
Sądy Sue same zreformują, zostawcie sądownictwo w spokoju, powiedział prof. Strzembosz. I efekt widzimy po ponad 30 latach.
Gorąco popieram opinie zawarte w artykule. Jednak, gdy czytam zdanie "Może czas postawić na system stworzony przez naukowców, którzy czują ducha nauki, a nie ministrów", nachodzi mnie podstawowa wątpliwość, czy aby beneficjentów systemu, którzy żadnego ducha nauki nie czują, nic nie umiejąc porobili błyskotliwe kariery, nie jest już przypadkiem na tyle dużo a ich pozycja - na tyle silna, żeby środowisko nie zdołało się już samo odbetonować.
Obawiam się, że to prawda. Coś takiego wprowadziłoby więcej złego niż dobrego. Jest wiele tzw. gwiazd w nauce, dla których liczy się tylko nabijanie punktów w liczniku, szybkie publikowanie byle czego, byle szybko. W pewnym momencie zdobywają pozycję i nazwisko samo nabija kolejne papiery i granty, pomimo ich miernej wartości. To widać na seminariach i konferencjach, gdzie taka osoba zachowuje się jak polityk, klucząc i unikając dyskusji. Jeżeli takie osoby wzięłyby się za reformowanie nauki, to byłby koniec wolności myśli. Bo przecież nie ma wątpliwości, że za te reformy nie byliby odpowiedzialni tacy profesorowie jak Stampor, Szaciłowski czy Matyjaszewski, bo oni są zajęci nauką. Za te reformy wzięliby się karierowicze z napompowanym dorobkiem.
Ehhh. Kiedyś mi mówiono, że lepiej wypuścić jedną dobrą pracę niż 5 miernych. Teraz ten profesor, który mi to powiedział, byłby pierwszym do zwolnienia za kiepski dorobek.
Niestety może tak być, że jest już za późno na zmiany. Faktem jest, że błyskawiczne kariery od studenta do profesora, które niekoniecznie dotyczą wybitnych jednostek, zbyt wiele złego już wyrządziły nam wszystkim prowadząc do dewalluacji stopni i tytułów.
Zrobić petycję do ministerstwa i znieść wreszcie ta przeklęta listę czasopism punktowanych! W większości krajow jej nie ma, a są w stanie przeprowadzać ewaluację, bazując na IF. W mojej ocenie ta lista jest niepotrzebna, jest elementem szalejącej punktozy i na prawdę wiąże wolność nauki, ograniczając liczbę tytułów które mogę rozważyć przy wyborze gdzie mam publikować. W niektórych dyscyplinach czasopism za 200 i 140 ptk. jest po prostu mało.
Kolejny jej fenomen to czasopisma za 100 ptk. i mniej z wysokimi IF, jak chociażby Biochar od Sprintera: 20 ptk za IF 13,1. Na zachodzie tytuł uważany za dobry, normalnie by tam publikowali ale u nas nie można, bo tylko 20 ptk.
Istnienie listy jest też problemem przy publikacjach w składach międzynarodowych gdzie na prawdę czasem ciężko jest z kolegami zza granicy uzgodnić taki tytuł żeby wszystkim pasowało. Zwykle to my jesteśmy problemem bo znacznie zawężamy zakres wyboru tytułów. Podobnie jak wytłumaczyć im potrzebę istnienia naszej cudownej listy ministerialnej.
Lista do kosza!
W pełni się zgadzam zarówno z tym, że nauka aby miała jakikolwiek sens, musi być wolna. Naukowiec nie powinien pracować na akord bo to nie kopalnia ani fabryka, a nieustający bat nad głową mający za zadanie wyciśnięcie z nas ostatnich potów ewalyacyjnych, to słaba zachęta do czegokolwiek. Zgadzam się również z tym, że ta nasza wewnętrzna lista czasopism z punktami MNiSW, to jakieś kuriozum na skalę światową, w zupełności do ewaluacji wszelakich wystarczyłby IF i wskaźnik Q danego czasopisma. Kolejny absurd to sloty, które osłabiają, lub wręcz 'zabijają', współpracę w zespołach, które skladaja się z naukowców reprezentujących tą samą dyscyplinę. Jeśli chodzi o czasopisma, które publikują bardzo szybko, to nie zgadzam się z tym, że wszystkie idą na łatwiznę i publikują byle co. Druga strona medalu wygada tak, że w obecnych czasach, gdy istnieje wiele technicznych udogodnień związanych z szeroko pojętym procesem redakcyjnym, czekanie na opublikowanie artykułu 1,5 roku, to absolutny absurd, co nadal niestety się zdarza, zwłaszcza w opcji subskrypcji. Po 1,5 roku to świetny temat badań, które pozwoliły na otrzymanie rewelacyjnych wyników, mogą stać się już mało atrakcyjne, bo ktoś opublikował coś podobnego o wiele szybciej. Podobnie sytuacja się ma z pomysłami na badania, na które nie ma pieniędzy tu i teraz - stają się nieaktualne gdy o finansowanie trzeba się starać zbyt długo :(
Sloty. To szczególnie zabija naukę. Przecież pracując w zespole 8 osób aby mieć slot na rok, trzeba wypuścić 8 prac! W cyklu czteroletnim, to już 32. Nierealne. A przecież oczywistym jest, że publikacje powstają w zespołach a nie indywidualnie.
Sloty powinny być ograniczone do kierowników grup badawczych, czy osób zatrudnionych na stanowiskach profesora, a nie dla adiunkta czy postdoca.
Dla profesorów minimum 50 slotów, 1 tygodniowo do wypełnienia publikacją za 200 punktów . Adiunkt w ogóle to nie powinien nic badać bo obronił doktorat na podstawie 5 publikacji w MDPI.
Adiunktów powinni oceniać szefowie grup badawczych i kierownictwo wydziału. Bo adiunkt powinien pracować wspólnie z profesorem, bo nie jest wszak samodzielny. Oczywistym jest, że adiunkt nie prowadzi badań samodzielnie, tylko wykonuje je pod kierownictwem szefa grupy badawczej a zabiera mu sloty.
Jeżeli doktor pracuje samodzielne, powinien być zatrudniony na stanowisku profesora uczelni.
W chwili obecnej nie ma w zasadzie różnicy pomiędzy adiunktem a profesorem. Wymagania ewaluacyjne są jednakowe. Stanowisko profesora uczelni jest obecnie jedynie prestiżowe.
Zarządzanie i struktura organizacyjna na uczelniach jest zawalona. Ze struktury hieratycznej zeszliśmy do struktury poziomej. A powinno być zupełnie inaczej. Adiunkci pracują pod kierownictwem profesora aż osiągną samodzielność i sami obejmą grupę badawczą.
Przecież to w obecnym systemie pełnym samodzielnych jest nierealistyczne. W mojej katedrze jest siedmioro samodzielnych pracowników naukowych. Jakie niby grupy badawcze mają oni objąć i gdzie? Pomijam już, że praktycznie przez całą karierę byłem naukowo samodzielny. Nie pracowałem pod kierownictwem kogokolwiek.
Tak zgadzam się z Panem/Panią. Problem w tym że wg aktualnej sytuacji ma uczeniach i PAN pracowników się nie zwalnia. Czyli przypisany adiunkt / Asystent może mieć w nosie szefa a i tak ktoś za niego robić musi. Jak jeszcze zapisze się do związków to już jest niezatapialny.
Swego czasu popularny prof. Śliwerski stwierdził na swoim blogu, że doktor jest pracownikiem naukowym pomocniczym (z kontekstu wynikało, ze w stosunku do profesora). Otóż nie zgadzam się z tym głęboko, taki pogląd uważam za przejaw profesorskiej patologii. Właśnie na podstawie takich pomysłów inny potem stwierdzają, że habilitacja i profesura powinny być zniesione (skoro dają taki efekt).
Cyt."Jeżeli doktor pracuje samodzielne, powinien być zatrudniony na stanowisku profesora uczelni. "
Brawo! To znaczy, że mam szansę na profesurę. Bowiem dużo rzeczy naukowych zrobiłem sam. :)
Ach, przepraszam, to tylko sen tzn. o tych szansach ? ;=)))))))))))
Jak pan te dużo rzeczy jeszcze opublikował, to proszę wsadzić w kopertę i złożyć wniosek habilitacyjny, wypełnia się to pięć minut. Muszą rozpatrzyć i nadać stopień albo odmówić ale z mocnym uzasadnieniem, bo przed sądem mogą przegrać. Łaski nie robią.
Żadne pięć minut. Autoreferat pisałem prawie miesiąc, okropnie marudne zajęcie, zwłaszcza jeśli ma się poza tym coś konkretnego do roboty.
Autoreferatów się nie pisze tylko wycina fragmenty wstępów prac i tłumaczy ma polski za pomocą DeepL, potem tylko odrobina redakcji. Góra pięć minut.
Wypróbuję przy najbliższej okazji.
Habilitacja to potwierdzenie samodzielności w pracy badawczej, nie naukowej bo na uczelniach nie ma naukowców wg USTAWY
W życiu jak adiunkt nie pracowałem pod żadnym kierownictwem. Nikt mi nie mówił co mam robić. Co to za bzdury?
Całe życie pracowałem samodzielnie, jako adiunkt też i przed doktoratem też, choć wtedy to tylko dwa lata.