Aktualności
Życie akademickie
21 Lipca
Opublikowano: 2026-07-21

Ku doskonałości uniwersytetu: rozwój czy eksploatacja?

Model, który zakłada, że dobry pracownik akademicki powinien być jednocześnie wybitnym naukowcem, inspirującym nauczycielem, skutecznym menedżerem projektów, sprawnym administratorem, organizatorem wydarzeń, promotorem, ekspertem medialnym i popularyzatorem nauki, przestał działać. Nie dlatego, że pracownicy akademiccy utracili kompetencje czy motywację. Przeciwnie, współczesna nauka, dydaktyka i zarządzanie uczelnią stały się tak złożone, że każda z tych sfer wymaga głębokiej wiedzy, doświadczenia i pełnego zaangażowania.

Nie da się jednocześnie być liderem badań, doskonałym dydaktykiem i skutecznym administratorem bez kosztów przeciążenia. W efekcie coraz więcej osób funkcjonuje w permanentnym niedoczasie i frustracji. Każde zadanie wydaje się ważne, każde wymaga pracy, ale doba nie staje się dłuższa. Nowoczesna uczelnia nie powinna oczekiwać, że wszyscy będą robić wszystko. Powinna tworzyć warunki, w których ludzie rozwijają swoje najmocniejsze kompetencje. Wybraliśmy pracę na uczelni, bo chcemy się rozwijać, a nie być eksploatowani. O sile współczesnej organizacji nie decyduje liczba obowiązków przypisanych jednej osobie, lecz zdolność dostrzeżenia talentów, predyspozycji i kompetencji oraz stworzenie warunków, w których mogą one przynosić najlepsze rezultaty.

Nie każdy wybitny naukowiec będzie dobrym menedżerem. Nie każdy znakomity dydaktyk musi być liderem grantów międzynarodowych. Nie każdy sprawny organizator powinien być oceniany przez pryzmat liczby publikacji. Wtłaczanie wszystkich w jeden model kariery prowadzi do marnowania potencjału ludzi i osłabiania instytucji. Potrzebujemy zespołów opartych na komplementarnych kompetencjach, w których różne talenty są równie potrzebne i równie cenione.

Najwyższy czas odejść od modelu „akademika od wszystkiego” i dopuścić większą specjalizację ścieżek rozwoju zawodowego, przy jednoczesnym uelastycznieniu modelu kariery. Obecnie możliwy jest wybór pomiędzy etatem badawczym, dydaktycznym i badawczo-dydaktycznym, jednak w praktyce zdecydowana większość kadry pozostaje w modelu hybrydowym. Wynika to zarówno z tradycji funkcjonowania uniwersytetu, jak i z systemu finansowania oraz oceny działalności naukowej, który przez lata temu sprzyjał.

Ścieżka badawcza powinna być przeznaczona dla osób, których główną aktywnością jest prowadzenie badań, publikowanie wyników oraz pozyskiwanie środków zewnętrznych. W praktyce jednak wybiera ją niewielka grupa pracowników, między innymi z powodu bardzo wysokich wymagań, konieczności stałego wykazywania aktywności naukowej i niepewności zatrudnienia po zakończeniu projektów grantowych.

Niestety, pracownicy zatrudnieni na stanowiskach badawczych często znaczną część czasu poświęcają na obowiązki administracyjne: sprawozdawczość, rozliczanie grantów, dokumentację zakupową, procedury kadrowe czy wymogi instytucji finansujących. Czas przeznaczony na badania jest konsumowany przez biurokrację. Problem pogłębia brak wystarczającego wsparcia instytucjonalnego. Badacze zbyt często samodzielnie odpowiadają za wnioski grantowe, obsługę formalną projektów, kwestie prawne, zamówienia publiczne i zarządzanie zespołem.

Aktualny system ewaluacyjny premiuje przede wszystkim publikacje, punkty, cytowania i pozyskane granty. Znacznie słabiej docenia kierowanie zespołami, tworzenie konsorcjów, koordynację projektów, wdrożenia organizacyjne i społeczne, patenty wykorzystane gospodarczo, spółki typu spin-off czy wdrożenia kliniczne i medyczne. W efekcie wielu naukowców racjonalnie wybiera aktywności najbardziej opłacalne w ocenach, awansach i ewaluacji. Uniwersytet nie istnieje po to, aby produkować wyłącznie publikacje. Jego misją jest również tworzenie wiedzy, która zmienia rzeczywistość. Publikacja wyników badań nie może być jedynym celem. Prawdziwa wartość badań ujawnia się wtedy, gdy prowadzą do nowych terapii, technologii, rozwiązań organizacyjnych, zmian społecznych lub innowacji gospodarczych. Sukcesem naukowym nie jest wyłącznie opublikowany artykuł, lecz także wiedza, która znajduje zastosowanie i przynosi realne korzyści ludziom.

Etat badawczy nie powinien jednak oznaczać izolacji od kształcenia. Udział w przygotowaniu doktorantów, prowadzenie seminariów czy wykładów inspiracyjnych powinny pozostać elementem tej ścieżki. Nauka i dydaktyka muszą być ze sobą powiązane, ponieważ to sprzyja transferowi wiedzy, rozwojowi nowych kadr i budowaniu zespołów zdolnych do realizacji ambitnych programów badawczych.

Drugą ścieżką kariery akademickiej jest ścieżka dydaktyczna. Powinna przyciągać osoby posiadające szczególne predyspozycje do pracy ze studentami, projektowania programów studiów, tworzenia nowoczesnych metod nauczania i budowania kultury uczenia się. W praktyce dydaktyka nadal bywa postrzegana jako mniej prestiżowa od działalności naukowej. Publikacje, granty i sukcesy badawcze pozostają podstawą uznania oraz awansu, podczas gdy wysoka jakość kształcenia często nie jest dostatecznie doceniana. To paradoks, ponieważ właśnie dydaktyka w największym stopniu wpływa na codzienne doświadczenia studentów, ich rozwój kompetencji i ocenę uczelni. Współczesny uniwersytet potrzebuje nie tylko wybitnych badaczy, lecz także ekspertów potrafiących tworzyć angażujące środowisko edukacyjne, wykorzystywać nowe technologie, wdrażać metody aktywizujące i odpowiadać na zmieniające się potrzeby rynku pracy oraz społeczeństwa.

Szczególnie ważne jest właściwe wykorzystanie potencjału osób osiągających najwyższe stanowiska w ścieżce dydaktycznej. Profesor uczelni zatrudniony na etacie dydaktycznym powinien mieć realną możliwość wpływania na rozwój jakości kształcenia: wspierania młodszej kadry, projektowania programów, prowadzenia mentoringu, hospitacji koleżeńskich czy ewaluacji dydaktyki. Tymczasem obecny model zbyt często sprowadza pracę dydaktyczną do liczby zrealizowanych godzin, czyli do skostniałego pensum. Niewidoczne pozostają działania kluczowe: mentoring, rozwój programów, doskonalenie metod nauczania i udział w systemie jakości.

Jeśli ścieżka dydaktyczna ma być rzeczywiście równorzędną drogą rozwoju, trzeba odejść od patrzenia na nią wyłącznie przez pryzmat pensum. Należy stworzyć system, który docenia jakość kształcenia, innowacje dydaktyczne, mentoring i budowanie kultury edukacyjnej uczelni. Dopiero wtedy dydaktyka stanie się faktycznym, a nie tylko formalnym filarem doskonałości akademickiej.

Ścieżka badawczo-dydaktyczna również wymaga uelastycznienia. Pracownik powinien harmonijnie łączyć badania i dydaktykę, bez konieczności nieustannego godzenia sprzecznych oczekiwań. Jego ocena powinna uwzględniać zrównoważony wkład w obie sfery, ale z możliwością okresowego różnicowania akcentów. Pracownik mógłby co cztery lata wybierać profil aktywności, na przykład 60% nauka i 40% dydaktyka, a ocena okresowa powinna być dokonywana zgodnie z zadeklarowanym profilem, nie według jednakowych kryteriów dla wszystkich. Warunkiem efektywności tej ścieżki jest ograniczenie obciążeń administracyjnych i zapewnienie realnego wsparcia instytucjonalnego.

Potrzebna jest także nowa ścieżka organizacyjno-przywódcza, której nie należy utożsamiać z wykonywaniem zadań administracyjnych. Jej istotą powinno być tworzenie warunków umożliwiających rozwój innych: budowanie zespołów badawczych i dydaktycznych, wspieranie współpracy między jednostkami, rozwijanie partnerstw krajowych i międzynarodowych, inicjowanie projektów strategicznych oraz kształtowanie kultury organizacyjnej opartej na zaufaniu, odpowiedzialności i współpracy.

Ocena osób realizujących tę ścieżkę powinna opierać się na efektach rozwojowych osiąganych przez zespoły i jednostki, jakości zarządzania, skuteczności pozyskiwania partnerów, wdrażaniu innowacji organizacyjnych, poprawie procesów i tworzeniu warunków dla osiągnięć naukowych oraz dydaktycznych innych pracowników. Naturalnie wpisywałyby się w nią także funkcje dziekanów, prodziekanów, prorektorów czy dyrektorów szkół doktorskich. Obecnie mamy do czynienia z fikcją systemową: osoby te formalnie pozostają pracownikami badawczo-dydaktycznymi, choć przez kilka lat ich główną aktywnością jest zarządzanie ludźmi, budżetem, strategią, jakością kształcenia, współpracą międzynarodową i infrastrukturą. Ich ocena nie powinna opierać się przede wszystkim na liczbie publikacji czy godzin dydaktycznych, lecz na rozwoju jednostki, jakości zarządzania, sukcesji kadrowej i realizacji celów strategicznych. punkty i godziny dydaktyczne. Znacznie trudniej zmierzyć wpływ nauczyciela na rozwój studenta, zdolność lidera do budowania zespołu czy znaczenie badań, które po latach zmieniają praktykę kliniczną, społeczną lub gospodarczą. To jednak właśnie te efekty decydują o wartości uniwersytetu.

W dyskusji o rozwoju uczelni trzeba również uczciwie spojrzeć na administrację. Jej rolą powinno być wspieranie misji naukowej i dydaktycznej poprzez przejmowanie zadań organizacyjnych oraz upraszczanie procesów. Zbyt często jednak administracja koncentruje się na kontroli formalnej, gromadzeniu dokumentacji i egzekwowaniu procedur, podczas gdy odpowiedzialność za przygotowanie danych i rozwiązywanie problemów pozostaje po stronie naukowców i dydaktyków. Profesjonalna administracja nie powinna generować procedur dla samych procedur, lecz wspierać realizację projektów i budować sprawne usługi dla całej wspólnoty akademickiej.

Kluczowe jest, aby wszystkie ścieżki były równie szanowane i równie wysoko oceniane. Nie chodzi o tworzenie hierarchii ważności, lecz o uznanie różnorodności kompetencji potrzebnych uczelni. Powinniśmy częściej pytać nie o to, ile ktoś zrobił, ale jaki był rzeczywisty efekt jego pracy. Jeżeli chcemy budować silne uczelnie, musimy traktować dobrostan pracowników nie jako indywidualny problem jednostki, lecz jako element jakości funkcjonowania instytucji. Przeciążony pracownik nie będzie prowadził przełomowych badań, tworzył innowacyjnych programów ani budował dobrej kultury organizacyjnej.

Warto też zapytać, czy obecny system oceny akademickiej naprawdę mierzy to, co najważniejsze. Łatwo policzyć publikacje, punkty i godziny dydaktyczne. Znacznie trudniej zmierzyć wpływ nauczyciela na rozwój studenta, zdolność lidera do budowania zespołu czy znaczenie badań, które po latach zmieniają praktykę kliniczną, społeczną lub gospodarczą. To jednak właśnie te efekty decydują o wartości uniwersytetu.

Równie istotne jest odejście od myślenia o ścieżkach kariery jako wyborach dokonywanych raz na całe życie zawodowe. Potrzeby uczelni, doświadczenie pracowników, ich kompetencje, zainteresowania i predyspozycje zmieniają się wraz z kolejnymi etapami kariery. Młody naukowiec może koncentrować się przede wszystkim na budowaniu dorobku badawczego, by po latach większą część swojej aktywności poświęcić dydaktyce, mentoringowi lub przywództwu akademickiemu. Inni mogą rozpoczynać karierę jako dydaktycy, a następnie rozwijać działalność naukową lub organizacyjną. Dlatego nowoczesny system powinien umożliwiać nie tylko wybór ścieżki rozwoju, ale również płynne przechodzenie pomiędzy nimi w zależności od etapu kariery, osiągniętego doświadczenia oraz potrzeb uczelni. Wraz z doświadczeniem powinny rosnąć możliwości wpływania na rozwój ludzi, zespołów i całej instytucji.

Rozwój uczelni nie może być oparty na wymaganiu od pracowników coraz większego wysiłku. Nie możemy być organizacją opartą na heroizmie jednostek. Nowoczesna uczelnia potrafi zamieniać indywidualny potencjał pracowników we wspólny sukces całej wspólnoty akademickiej.

Budujmy przewagę nie na pracowaniu więcej, lecz na pracowaniu mądrzej, w warunkach, które pozwalają wykorzystać nasze najmocniejsze strony. Nie potrzebujemy akademików od wszystkiego. Potrzebujemy uczelni, która pozwala ludziom być naprawdę dobrymi w tym, co robią najlepiej.

prof. Agnieszka Zimmermann

Gdański Uniwersytet Medyczny

Dyskusja (26 komentarzy)
  • ~M.A 23.07.2026 00:12

    Odeszłam z nauki właśnie przez procesy i problemy tak trafnie rozpoznane. Jednak z olbrzymią przyjemnością przeczytałam ten klarowny logiczny i prawdziwy wywód. Oby rzeczywiście miało to przełożenie na decyzje...
    Tak zgadzam się, każda funkcja jest potrzebna i tak samo ważna, aby można było efektywnie i konkurencyjnie realizować zadania uniwersytetu/ nauki.
    Dodam na koniec o moim doświadczeniu z pracy za granicą - w instytucji badawczo rozwojowej. Gdy bylam tam na stażu, promotor nie pozwalał mi myć kubków po kawie ani szukać przyczyny problemu z komputerem czy robić badania rynku bo potrzebowałam laptop, nie mówiąc o wyszukiwaniu i rezerwowaniu lotów i hoteli na konferencję. Uważał to za absurd. Od tego są inni pracownicy, którzy mają to w zakresie obowiązków i jest to nieprofesjonalne abym traciła czas na zajęcia inne niż te dla których zostałam zatrudniona.
    Pracowaliśmy bardzo intensywnie od pierwszej do ostatniej minuty dnia pracy. Ale była 45 minutowa przerwa obiadowa i piękna stołówka, można było się zregenerować podyskutować z pracownikami z innych dzialow. Przez miesiąc tam zrobiłam więcej jeśli chodzi o badania i rozwój projektu niż w ciągu 8 miesięcy w Polsce. Po prostu skupienie na celu i profesjonalizm wszystkich pracowników. A i płace były motywujące. Dla mnie to wciąż wzor.



    .

  • ~Stasia Płaczka 22.07.2026 21:31

    Zgadzam się z P. Profesor. Naprawdę nie możemy być od wszystkiego, gdyż nawet gdy zaczynamy z pasją to kończymy z depresją, po latach robienia wszystkiego i za wszystkich. Na uniwersytetach płaca tylko za dydaktykę. To samo w sobie jest śmieszne - płacić za dydaktykę, wymagać wszystkiego...

  • ~malkontent 22.07.2026 08:00

    Z potoku słów wyłowiłem jakże rewolucyjną myśl: „Potrzebna jest także nowa ścieżka organizacyjno-przywódcza”. Czy to nie jest domena zarządzania? Proszę rozwinąć twórczo ramy i kryteria, bo dziś tłumy akademików gubią się szukając tej wymarzonej ścieżki.
    Wiele ścieżek, wiele celów, niekoniecznie wspólnych; wiele ścieżek wiedzie donikąd.
    Dydaktyk nie równa się pedagog; to tylko nazwa stanowiska. Tak jak nauczanie nie równa się nauka. Ot, gra słów, brzmień i znaczeń.
    Sylabus to kajdany i zmora nauczania uniwersyteckiego w duchu nauki. Na większości kierunków do realizacji współczesnego sylabusa wystarczy dydaktyk nawet bez doświadczenia naukowego.
    A student? Student po niezdanym egzaminie i tak odwoła się, że tych pytań nie było w sylabusie. On zapewne nie trafił ... na właściwą ścieżkę.

    • ~Z.K. 22.07.2026 12:22

      "Sylabus to kajdany i zmora nauczania uniwersyteckiego w duchu nauki. "
      Powaznie? Sylabus to tylko uściślenie, co się chce osiągnąć w ramach danego przedmiotu. Nikt nie broni naukowcowi napisanie autorskiego sylabusa. Natomiast jesli ktos ma problem ze zdefiniowaniem tego, czego chce nauczyć na swoich zajęcia, to nie powinien brać sie za nauczanie.

      • ~kk 22.07.2026 14:01

        Mam wrażenie że jest pan młodą osobą lub romantykiem.

        Sylabusy są pisane na podstawie rozdziałów z książek.
        I tu mamy umiędzynarodowienia szkolnictwa wyższego.
        Na wszystkich uczelniach świata uczą tego samego w oparciu o prawie te same podręczniki w języku angielskim.

        W Polsce umiędzynarodowienia rozumiane jest poprzez osoby różnej narodowości, które przekazują tą samą wiedzę co Polacy z tych samych książek co Polacy.

        • ~malkontent 23.07.2026 13:03

          książki wydawane są nawet z kilkuletnim opóźnieniem, siłą rzeczy taki sylabus jest lekko nieświeży
          problem nie w sylabusie, lecz w tym, że sylabus jest traktowany przez studentów i różne PAKI jak niemalże "święte pismo"
          zrealizowanie rozbudowanego sylabusa na zajęciach, które są notorycznie okrawane w czasie (oszczędności) to sztuka, a przecież wiedzy przybywa - czasu na jej przekazanie ubywa; to analogia do nożyc cenowych znanych z ekonomii
          podanie nowych treści spoza sylabusa, a co gorzej wymaganie tej wiedzy, jest natychmiast oprotestowane w dziekanatach i trzeba się tłumaczyć na piśmie
          czy to jeszcze uniwersytety i studia?
          gdzie miejsce dla mentora?
          mam 40 lat pracy naukowo-dydaktycznej na wszystkich stanowiskach uniwersyteckich
          szkoda, że nikt nie chce wysłuchać "zrzędzenia" doświadczeńszych i jakże chętnie eliminuje starszych z życia uniwersyteckiego

          • ~komentator 2 23.07.2026 17:19

            Cyt."książki wydawane są nawet z kilkuletnim opóźnieniem, siłą rzeczy taki sylabus jest lekko nieświeży "

            O ile w przypadku matematyki lub fizyki tego się tak chyba mocno nie odczuwa, o tyle w przypadku informatyki jest to BARDZO MOCNO odczuwalne. Właśnie jestem zmuszony przeznaczyć niemal CAŁE WAKACJE na przygotowanie się do zajęć z programowania, których sylabus został napisany z powołaniem się na książki sprzed ładnych kilku lat. Gdy zacząłem "się wgryzać" w temat, okazało się, że twórcy oprogramowania, które ma być wykorzystywane na zajęciach, zmienili je tak bardzo, że książki te są praktycznie niemal nieprzydatne.
            Ciekawe tylko, kiedy w tym wszystkim znaleźć czas na pracę naukową...

      • ~malkontent 22.07.2026 13:11

        już uściślam: szczegółowy sylabus to zmora...
        + roszczeniowe postawy studentów
        + prawie bezgraniczne sprzyjanie studentom przez administrację dydaktyczną
        problem właśnie w tym, że chciałbym studentom przekazać nie tylko wiedzę książkową


        • ~komentator 2 23.07.2026 17:50

          W ogóle, to trzeba uważać na studentów. Bo się jak im podpadnie, to tak, jakby ktoś będąc pracownikiem jakiejś firmy, podpadł klientom. Ci zaś, gotowi są w ankietach, "obsmarować" nielubianego przez nich pracownika firmy. Ten dawny etos magistra, doktora, czy profesora pracującego na uczelni, to obawiam się, już chyba nie jest tak obecny, jak dawniej, i zdaje się przechodzić do lamusa.
          Dzisiejsze uczelnie, to właśnie takie firmy, które walczą o klientelę i przymilają się do niej, żeby tylko złapać jak najwięcej chętnych do nabycia towaru o nazwie "studiowanie". Ten towar ma tam wprawdzie coś wspólnego ze studiowaniem w PEŁNYM tego słowa znaczeniu, ale wszyscy wiedzą, że to jednak to nie to samo...

  • ~kk 21.07.2026 13:44

    Jeśli każdy ma być oceniany wedle różnych kryteriów to nie będzie żadnego oceniania.
    Ogólnie wniosek jest taki z tego artykułu, że wszyscy my zatrudnieni na uczelniach i jednostkach badawczych jesteśmy wspaniali tylko każdy w innym aspekcie, co prowadzi do totalnej bzdury i totalnego bałaganu.

    Nie może istnieć ścieżka tylko i wyłącznie dydaktyczna, gdyż taki pracownik jest tylko i wyłącznie oceniany wewnętrznie i ocena nie jest miarodajna. Nie sądzę aby pracownik bez doświadczenia naukowego mógł przygotowywać do twórczej pracy swoich studentów, gdyż sam tego nie potrafi, a więc skoro nie jest mistrzem twórczości naukowej, to jak może jej uczyć studentów ?

    Nie może być wyłącznie ścieżka naukowa, bo instytucje naukowe winny mieć wpisane również kształcenie, po to ktoś ma wiedzę, aby ją przekazywał i aby była dalej rozwijana w szczególności tam gdzie jest tworzona i wtedy można się autora wiedzy dopytać o to czy tamto. Wbrew pozorom jego praca dydaktyczna jest bardzo cenna, gdyż nie jest celem wyłożenie kawy na ławę i w prosty sposób studentom wiedzy (tak ocenia się kogoś, ze jest dobrym dydaktykiem i co widać w ocenach studentów, że tego oczekują, że będą mieli wszystko wyłożone w prosty sposób i taki, by nie musieli się wysilać, a w szczególności intelektualnie, aby zrozumieć).

    Tylko i wyłącznie ścieżka naukowo-dydaktyczna i wynika to z powyższego. Jest on oceniany zewnętrznie poprzez recenzentów publikacji, a i pewne wymogi publikacyjne mogą być stosowane i to jest celem utrzymania należytego poziomu badań.

    Co do popularyzacji nauki, to jest poroniony pomysł, aby było to kolejnym obowiązkiem zatrudnianych na stanowiskach naukowo-dydaktycznych. Popularyzować naukę mogą absolwenci o tytułach mgr lub dr i nie musza być na dydaktycznych, badawczo-dydaktycznych czy naukowych stanowiskach. Jeśli uczelnia chce popularyzować co się u niej dzieje pod względem naukowym ( a nie całej nauki), to winna stworzyć do tego osobny zespół ludzi, którzy będą czytać publikacje naukowe pracowników naukowo-dydaktycznych (pozbyć się naukowych i dydaktycznych z powodów powyżej opisanych) i popularyzować wyniki tak osiągane. To jest cała i bardzo skomplikowana działalność i totalną głupotą jest obciążanie tym obowiązkiem pracowników naukowo-dydaktycznych.


    • ~STO 22.07.2026 07:02

      Pracowałem przez jakąś chwilę za Oceanem i tam:
      a) dało się oceniać ludzi na różnych stanowiskach według różnych kryteriów
      b) większość zajęć dydaktycznych prowadzili tzw. "recytatorzy" (tak jak nasi nauczycieli akademiccy na etatach dydaktycznych)
      c) w większości grantów określona część budżetu miała być przeznaczona na coś co my byśmy nazwali popularyzacją nauki, tak aby podatnik, który na te granty się składa mógł się dowiedzieć na co te pieniądze idą i czemu to służy.

      Przekonanie, że istnieje jedyna słuszna droga "Tylko i wyłącznie ścieżka naukowo-dydaktyczna ....." to trochę sposób myślenia niepasujący dla naukowca :).

      • ~kk 22.07.2026 12:14

        Nie ma żadnego dowodu na to, że dydaktyk lepiej przygotuje do zawodu niż dydaktyczno-badawczy.

        Rozumiem, że celem większości uczelni za oceanem jest przygotowanie do pracy zawodowej, a nie badawczej.

        Recytatorzy to obniżenie kosztów szkolnictwa wyższego za oceanem i przygotowanie do pracy zawodowej, a nie badawczej.

        Wyższe szkolnictwo zawodowe w Polsce się nie przyjęło, a z takim celem tworzono stanowiska dydaktyczne, bo nie po to by podnieść uczelnie polskie w rankingach.

        W związku z powyższym należałoby posprzątać te elementy, które zostały odrzucone (odrzucone wyższe szkoły zawodowe).

        Argument, że coś istnieje za oceanem wobec tego jest pozbawiony sensu w polskich realiach, a pozostawianie dydaktyków na uczelniach jest wręcz szkodliwe i nijak to się ma z pragmatyzmem amerykańskim i specjalizacją. W Polsce wszystko wrzuca się do jednego worka, bo w Polsce nie rozumieją jaką rolę coś spełnia za oceanem i bezmyślnie przenosi się na grunt polski.

      • ~kk 22.07.2026 10:19

        Naprawdę? Myślałem, że sprzątaczkę i naukowca ocenia się według tych samych kryteriów.

        Sęk w tym, że jak pan podaje wyraźnie jest specjalizacja za oceanem. Budżet przeznaczony na coś co byśmy nazwali popularyzacją nauki pewnie faktycznie służy tej popularyzacji, ale nie jest to pisanie artykułów bez recenzji, bo tak to by wynikało z polskiego modelu skoro recenzowane są oceniane w innym miejscu. Będąc za oceanem pisał pan artykuły bez recenzji i wykazywał je pan w swojej pracy naukowca ?

        Recytatorzy pewnie zarabiają mniej, a w Polsce według ustawy jest tak samo, a za oceanem żadnej ustawy nie ma, która by regulowała płace. Co więcej szkolnictwo wyższe za oceanem jest nastawione na przygotowanie do pracy, czyli w polskich warunkach są to wyższe szkoły zawodowe, a nie szkoły przygotowujące do pracy naukowej jak jest w Polsce, choć faktycznie przygotowują one do pracy zawodowej i pewnie, że są w Polsce studia mocno przepełnione teorią, to mamy duży dropout, bo młodzi nie chcą być naukowcami, tylko normalnie pracować, w obecny model szkół badawczych i aspirujących do badawczych wyraźnie ich wyrzuca z systemu edukacji wyższej.

        Jak się ma zabałaganiony system nauki i szkolnictwa wyższego jaki jest w Polsce to cokolwiek jak się w niego wrzuca, to zawsze wyjdą śmieci. Ciekawe jest tylko kto chce z profesorów z PAN korzystać na artykułach bez recenzji ?

        Jak się bezmyślnie kopiuje to co za oceanem to nie dziwota, że jest jak jest.
        Skoro liczba artykułów naukowych publikowanych przez polskich naukowców ma spaść w następnych latach, to nie dziwmy się, że polska nauka i polskie uniwersytety się będą powoli osuwać w rankingach w dół i to już wiadomo dziś i nie trzeba do tego żadnych naukowych analiz robić. Trening czyni mistrza.

        Możemy mieć w Polsce więcej naukowców niż w pozostałej części Unii Europejskiej czy USA, a i tak polska nauka będzie stała nisko jak i polska innowacyjność. Ciekawe dlaczego ?

    • ~Olek 21.07.2026 18:26

      Byłoby idealnie, gdyby pracownik naukowo-dydaktyczny mógł równie dobrze wykonywac swoje obowiązki naukowe i dydaktyczne, ale tak, niestety, nie jest na ogół. Poza tym nie ma praktycznie pracowników dydaktycznych, którzy nie mieliby doświadczenia naukowego. Za to ktoś musi robić to, na co pracownicy naukowo-dydaktyczni nie mają czasu i co wykracza poza przygotowanie kursu będącego przedmiotem specjalizacji tychże pracowników naukowo-dydaktycznych, tzn. np. przygotowanie całych programów studiów, czy nawet korekta głupich sylabusów, co przekracza na ogół możliwości większości pracowników naukowo-dydaktycznych, a czego administracja robić nie będzie, bo nie musi. Osobiście wolę zajęcia na poziomie s1 z dobrym dydaktykiem-rzemieślnikiem niż z beznadziejnym "mistrzem twórczości naukowej", który wyzywa studentów od de*ili, bo nie pojmują podstaw. Jest wielką sztuką przedstawić wiedzę, zwłaszcza na początku studiów tak, żeby student to zrozumiał. Nie trzeba do tego maestrii naukowej. Jeśli doktor może być promotorem pracy magisterskiej lub promotorem pomocniczym doktoratu, to doktor z grupy dydaktycznej poradzi sobie z nauczaniem, nie potrzeba do większości zajęć profesorów, którzy na zajęciach laboratoryjnych raczej przeszkadzają niż uczą. Tym bardziej, że - zupełnie szczerze - żaden ze znanych mi pracowników naukowo-dydaktycznych z tytułami dowodzącymi owej "maestrii naukowej" nie jest Feynmanem na swoich wykładach, choć wielu tak o sobie myśli.

      • ~kk 21.07.2026 20:21

        Z tego co pan pisze należy wyciągnąć wniosek, że w Polsce potrzebne są tylko uczelnie zawodowe i instytuty PAN.
        Jedno i drugie fatalne.

        Co do dydaktycznych z doświadczeniem naukowym to gruba przesada. Po zdobyciu doktoratu nikt nie ma doświadczenia twórczości tworzenia nowego.

        Dobry dydaktyk czyli co proste rzeczy można w bardzo przystępny sposób uczyć, ale do tego wystarczą samouczki w internecie i nie potrzeba uczelni. Wystarczą nagranie wideo lub rozmowa ze sztuczną inteligencją, więc tak na prawdę dydaktyk jest do wykopania z uczelni. Po co ich w ogóle trzymać przy tak niskim bezrobociu. Socjalne dla tego typu ludzi jest zbędne.

        • ~Tomasz 22.07.2026 14:00

          Posprzątanie, wykopanie to słowa cokolwiek odstreczające, a co do stwierdzenia, że "po zdobyciu doktoratu nikt nie ma doświadczenia twórczości tworzenia nowego" zakłada chyba takie podejście do promotorstwa, że prowadzi do rozpraw doktorskich takich jakby magisterskich bardziej. W tej sytuacji zapewne twórcze jest dopiero działanie po uznaniu habilitacji na podstawie kilku publikacji, wystarczająco wysoko punktowanych, opłacanych sowicie przez budżet. Nauka zaczyna się po habilitacji w tej sytuacji, powstaje nagle i znienacka. Uczenia uczy ale umie dopiero habilitowany nieomalże, choć wypadałoby wrócić do podstaw I wtedy okazałoby się, że u nas jest zbyt dużo profesorów, gdyż kiedyś wg Szczepańskiego profesor to był ktoś kto stworzył własną "szkołę", teraz mamy tylko tytułomanię a Uczelnie są jakie są właśnie przez utytułowanych wysoce.

          • ~kk 22.07.2026 14:18

            Twórcze działanie to jest takie, gdy kilku profesorów się zastanawia co tu zrobić aby ciężarówka przejechała pod wiaduktem, a mały chłopczyk podpowiada, że trzeba spuścić powietrze z opon.

        • ~Z.K. 22.07.2026 12:04

          Widze chyba tu niezrozumienie tego, na czym polega w chwili obecnej edukacja akademicka. Np. na kierunkach ścisłych pierwszy rok polega w dużej mierze na powtarzaniu tresci licealnych, tak niski mamy poziom kandydatów przy tak dużym rozproszeniu między uczelnie i nikłej liczbie kandydatów. W praktyce progów kwalifikacyjnych na kierunki ścisłe nie ma, nawet na topowych uniwersytach (zapewne politechniki stoją tu lepiej). Mówienie, że na I roku fizyki czy chemii potrzebny jest mistrz-profesor jest trochę naiwne - poza nielicznymi jednotkami nikt na tym etapie nie myśli o karierze naukowej, a przebrnięciu przez podstawy, które powinni znac na wejsciu, a nie znają. Co innego na przedmiotach specjalistycznych - nie da się tam powielać treści sprzed 50 lat i tu oczywiście powinien uczyć naukowiec. Ja osobiście nie widzę różnicy czy podstaw fizyki czy analizy matematycznej uczy doświadczony (w dydaktyce) doktor-dydaktyk czy naukowiec, który nie ma czasu. Zdarzyło mi się natomiast widzieć zajęcia, na których dydaktyk obskakiwał studentów pana prof. uczelni, bo ten był zajęty w czasie zajęć laboratoryjnych pisaniem publikacji. Lub takie, które się nie odbyły, bo pan naukowiec miał w tym czasie pilne pomiary.
          Za to widzę tu głęboką Pana pogardę dla dydaktyków. Nie każdy z nich jest słabym naukowcem, zważywszy na to, jak łatwo w Polsce wypaść z kręgu finansowania swoich badań - wystarczy po doktoracie nie dostać raz, drugi grantu, szczególnie w dziedzinach eksperymentalnych, żeby stracić warunki do pracy badawczej. Brak grantu na poczatku sprawia, że nie dostanie się grantu w przyszłości itd. Nie dotyczy to mnie, ale widziałem odejście co najmniej kilku świetnie zapowiadających sie osób ztego własnie powodu, stąd może moja większa rezerwa w serwowaniu podobnych opinii.

          • ~kk 22.07.2026 12:57

            Pisze Pan że jest niski poziom kandydatów na studia, a czym praca dydaktyka na uczelni różni się wobec tego od pracy nauczyciela szkoły średniej, bo w mojej ocenie niczym - czyli co ? dalej niski poziom przygotowania do dalszych lat studiów. Po co więc zatrudniać na pierwszych latach z tytułem doktora ? Wedle pana sugestii wystarczy, aby byli to magistrzy. Dydaktycy obecnie uczą również na 5 roku studiów, więc o czym jest mowa.

            Problem wynika stąd, że polskie uczelnie są naukowo-badawcze, a nie zawodowe. Wyższe szkoły zawodowe zostały w Polsce odrzucone, a tam dydaktycy mogliby i na 5 roku nauczać.

            Jeśli więc przyjąć, że dydaktycy to też dobrzy naukowcy, którym się noga podwinęła, to po co w takim razie to rozróżnienie stanowisk: dydaktyk i naukowo-dydaktyczny, niech wszyscy będą dydaktykami, ale nie widzę, aby z tego coś dobrego było.

            • ~Z.K. 22.07.2026 13:32

              "Wedle pana sugestii wystarczy, aby byli to magistrzy." No nie. Magister nie ma pojęcia o samodzielnej pracy badawczej. Doktor w pewnym, jesli nie dużym stopniu ma (chyba że ktoś jest słabym doktorantem, ale taki nie ma szans na zatrudnienie nawet na etacie asystenta). Rolą nauczyciela na pierwszym roku jest doprowadzić studenta do poziomu uniwersyteckiego pomimo jego braków z liceum. To nie jest takie łatwe, jak się wydaje i nie, to nie jest tożsame z rolą nauczyciela szkoły średniej. Czy doktor - dydaktyk może prowadzić zajęcia na 4-5 roku? Może. Nie mówię tu o wykłądach monograficznych, przedmiotach specjalizacyjnych czy seminariach, ale dlaczego ma nie prowadzić zajęć z, dajmy na to, zaawansowanych metod obliczeniowych czy spektroskopii jakiejś tam? Dlaczego zakłada Pan, że dydaktyk nie przygotowuje się do zajęć na tym poziomie nie przeglądając np. aktualnej literatury? Poza tym to, że ktoś jest na etacie dydaktycznym, nie znaczy, że nie uczestniczy w badaniach jakiejś grupy, wykonując np. część badan eksperymentalnych - mimo że nie ma własnego projektu badawczego. To nie jest takie rzadkie.

              • ~kk 22.07.2026 13:48

                Bo z natury ludzkiej wynika, że optymalizuje swoje zachowania. Jak nie może zwiększyć dochodu, to zmniejsza koszty, a więc ponoszony wysiłek. Pan pisze o wyjątkach i tylko na początku, a w dłuższym horyzoncie czasowym, nastąpi minimalizacja wysiłku i dla nauki polskiej ani uczelni nie jest to dobre. Wszystko należy postrzegać w stanach dynamicznych. Jak na pierwszym roku pokaże się studentom jakiś problem naukowy, to nie wykluczone, że któryś z nich jeszcze przed ukończeniem studiów go rozwiąże, ale jak się takiego problemu nie pokazuje to jak można oczekiwać, że takie rozwiązanie się pojawi.

                Co do czytanie literatury i nowych tematów wykładanych, to wątpię, aby ktoś śledził naukową literaturę. Nie spotkałem się nigdy z tym, aby ktoś np. w 2010 roku mówił o algorytmie, który ujrzał światło w 2008. Student z reguły kończy studia mając świadomość, taką, że jest tam jakaś wiedza, której się uczą i mało kto z nich wie, że ona dopiero co powstała i to na przykład dzięki pracy ich rówieśnikom.

                Z drugiej strony to po co ktoś (dydaktyk) miałby śledzić literaturę fachową skoro nie ma to żadnego przełożenia na jego pensję, po co ten wysiłek ?

                • ~Olek 23.07.2026 21:09

                  “Student z reguły kończy studia mając świadomość, taką, że jest tam jakaś wiedza, której się uczą i mało kto z nich wie, że ona dopiero co powstała i to na przykład dzięki pracy ich rówieśnikom” Ale jak to, przecież w większości uczą ich naukowo-dydaktyczni? Oni nie czytają literatury? A Pana ostatnie zdanie jest tak kuriozalne, że nie skomentuję. Widać, że ocenia Pan wszystkich po sobie. Nie ma kasy, nie ma wysiłku. Współczuję Pans studentom.

                  • ~kk 24.07.2026 07:06

                    To ze studenci są w błogiej nieświadomości tego co się dzieje dotyczy też naukowo-dydaktycznych, to chyba oczywiste i jak oczywiste jest to, że większość na uczelniach jest na dydaktyczno-naukowych stanowiskach.

                    Natomiast dydaktyczni, to oszuści przeważnie, bo przyjmują się czy przyjmowali na naukowo-dydaktycznych, a potem szybciutko przechodzą na dydaktycznych. Taka fajna fucha do obijania się w życiu, co prawda to obijanie się w życiu dotyczy także wszystkich stanowisk, wszystkich dyscyplin humanistycznych i społecznych. Tam tak zmiany naukowe postępują wolno, że żółw by się w tym wszystkim połapał.

                    a to co dla pana jest kuriozalne, to pana kompromituje, bo nie zna pan podstawowej wiedzy o naturze ludzkiej, ale właśnie takich ignorantów mamy nawet w ich własnych dyscyplinach naukowych, więc trudno się dziwić, że polska nauka i wyższe szkolnictwo tak nisko stoi

  • ~komentator 2 21.07.2026 11:41

    Cyt."Model, który zakłada, że dobry pracownik akademicki powinien być jednocześnie wybitnym naukowcem, inspirującym nauczycielem, skutecznym menedżerem projektów, sprawnym administratorem, organizatorem wydarzeń, promotorem, ekspertem medialnym i popularyzatorem nauki, przestał działać. "

    Dobrze, że wreszcie jedna z Osób z tytułem "prof. dr hab." to raczyła zauważyć, i to publicznie. Ale to nadal ZA MAŁO.
    Jako fizyk i matematyk, nie będę ukrywał, że przekwalifikowanie się na informatyka (a właściwie dewelopera oprogramowania), które było niezbędne do uzyskania etatu na uczelni, poskutkowało taką klasyczną emulacją mieszanego "stanu kwantowego". Tzn. używając żartobliwie języka fizyki, mogę napisać, że obecnie mój stan zawodowy, to: a*|fizyk i matematyk> + b*|deweloper oprogramowania> (warunek unormowania pomijam :) , i to nie tylko, że TU NIEWIELE jest normalności :) ).
    Dotyczy to NIEMAŁEGO ODSETKA fizyków w Polsce.
    Szkoda tylko, że nadal nie chcą tego zauważyć rozmaite komisje, rady, zespoły i ministrowie. No, ale nic w tym dziwnego. Przecież te gremia są w dużej mierze złożone z dr hab.-ów i prof. dr hab.-ów. A jak mawia znane przysłowie: "Syty głodnego nie zrozumie.".
    A potem się dziwią i ubolewają, że Nobla nie ma, że najlepsze polskie uczelnie są w którejś setce w światowych rankingach itp. itp. Żadna pani profesor, ani żaden pan profesor, zadowolony ze swojej kariery, nie raczył dostrzec, jak na razie, CAŁOŚCI problemu. Ww. refleksje Pani Prof. Zimmermann, to takie tlące się "światełko w tunelu" nieświadomości.

    • ~KP 21.07.2026 17:19

      Ja bym ten tekst skomentował inaczej: od tytułu profesorskiego sie nie mądrzeje....
      Pracownik naukowo-dydaktyczny, aby dobrze uczyć musi prowadzić badania naukowe, inaczej nie przekaże młodszym warsztatu naukowego. No i musi umieć zarządzać projektami badawczymi, bo bez tego nie da się skutecznie prowadzić badań...

      • ~komentator 2 21.07.2026 19:27

        No cóż, ma Pan dużo racji. Generalnie, to polski system nauki i szkolnictwa wyższego kojarzy mi się z DŻUNGLĄ, w której płynie rzeka. Jak ktoś wylosował od życia wygodne miejsce na drzewie w tej dżungli (mówiąc obrazowo), skąd może sobie skakać na następne drzewa i na wyższe konary, no to ma dobry start, a jak ktoś miał pecha, to albo płynie tą rzeką bez łodzi, musząc się stale pilnować, żeby go jakiś krokodyl nie dopadł (o wskoczeniu na drzewo raczej nie ma co marzyć), albo jest w lepszej, czy gorszej łódce, wypatruje więc drzewa, na które mógłby wskoczyć...

        Cyt."Pracownik naukowo-dydaktyczny, aby dobrze uczyć musi prowadzić badania naukowe, inaczej nie przekaże młodszym warsztatu naukowego."

        OWSZEM, tyle że to, co Pan pisze, to odnosi się do takiej normalnej sytuacji, że dany pracownik naukowo-dydaktyczny ma jakieś tam warunki, jest w jakimś zespole itd. Ja takich warunków nie miałem, byłem przez ileś lat pozostawiony sam sobie w dziedzinie, w której robiłem doktorat, więc nie wiem, czy mogę myśleć o przekazaniu komuś tego warsztatu. Po prostu, z punktu widzenia systemu, okazałem się właściwie NIE BARDZO POTRZEBNY. I wcale nie jestem odosobnionym przypadkiem...