Proces przygotowania recenzji lub opinii jest niezwykle ważnym momentem każdej procedury awansowej – postępowania w sprawie nadania stopnia doktora, doktora habilitowanego oraz tytułu profesora. Coraz częściej w środowisku akademickim pojawia się jednak pytanie: co zrobić w przypadku opóźnienia w procesie przygotowywania recenzji lub opinii przez recenzentów? Warto również zastanowić się, czy recenzent, który nie dotrzymuje terminów, ponosi jakąkolwiek odpowiedzialność?
W pierwszej kolejności przypomnijmy o terminach ustanowionych przez polskiego ustawodawcę. W przypadku postępowania w sprawie nadania stopnia doktora recenzenci sporządzają recenzje rozprawy doktorskiej w terminie 2 miesięcy od dnia jej doręczenia. W zakresie postępowania habilitacyjnego termin został określony w tygodniach, a nie w miesiącach. Recenzenci mają 8 tygodni od dnia doręczenia im wniosku, aby przygotować recenzje i ocenić, czy osiągnięcia naukowe osoby ubiegającej się o stopień doktora habilitowanego odpowiadają wymaganiom określonym w przepisach ustawy. Najdłuższy termin określono dla postępowania w sprawie nadania tytułu profesora. Opinia w zakresie spełnienia wymagań do nadania tytułu profesora wydawana jest w terminie 3 miesięcy od dnia jej zlecenia.
Powyższe terminy bardzo często nie są jednak dotrzymywane, co niesie za sobą reperkusje dla kandydatów do stopni lub tytułu. Pamiętajmy bowiem, że w wielu przypadkach uniemożliwia to rozwój naukowy, otrzymanie awansu czy też starania o środki zewnętrzne.
Od wielu lat zajmuję się prawem o szkolnictwie wyższym i nauce, udzielam też porad prawnych. Wiele razy zdarzało mi się wspierać osoby, których czas oczekiwania na recenzje był zdecydowanie zbyt długi. W skrajnych przypadkach przekraczał on nawet rok. Pamiętajmy przy tym, że dla osoby ubiegającej się o nadanie stopnia doktora po ukończeniu szkoły doktorskiej może to być szczególnie dotkliwe. Zgodnie z obecnym stanem prawnym kształcenie doktoranta w szkole doktorskiej kończy się złożeniem rozprawy doktorskiej wraz z pozytywną opinią promotora lub promotorów. Osoba taka znajduje się więc w swoistej pułapce: nie posiada już statusu doktoranta, w związku z czym traci przysługujące mu świadczenia, a jednocześnie przez wiele miesięcy pozostaje bez stopnia doktora, oczekując na recenzje.
Czy ktoś tak naprawdę za to odpowiada? Czy państwo stworzyło odpowiednie mechanizmy ochrony, które skutecznie minimalizowałyby ryzyko nadmiernego oczekiwania na recenzje lub opinie? W przypadku postępowania w sprawie nadania stopnia doktora habilitowanego recenzentem nie może zostać osoba, która w okresie ostatnich 5 lat dwukrotnie nie dochowała terminu na sporządzenie recenzji. Podobnie jeśli chodzi o tytuł profesora. Ustawodawca nie zdecydował się jednak na przyjęcie podobnego rozwiązania w odniesieniu do procedur doktorskich. Paradoks polega na tym, że choć przepisy przewidują sankcje za niedotrzymywanie terminów, to nie ma narzędzia, które umożliwiałoby ich realne egzekwowanie. W praktyce są to więc martwe przepisy, gdyż problematyczne okazuje się dokonanie weryfikacji, czy ktoś dopuścił się opóźnienia.
Pokusić się więc można o stwierdzenie, że o ile opóźnienie w przygotowaniu recenzji lub opinii nie wiąże się z żadną karą dla recenzenta, o tyle kandydat do nadania stopnia lub tytułu ponosi z tego tytułu nieprzyjemne konsekwencje. Dodatkowo obawa przed otrzymaniem krytycznej recenzji może działać „mrożąco” – nie zwrócę uwagi, tylko cierpliwie poczekam, ile będzie trzeba.
Czy z punktu widzenia obecnie obowiązującego prawa możemy podjąć jakieś działania? Nauczyciel akademicki podlega odpowiedzialności dyscyplinarnej za przewinienie dyscyplinarne stanowiące czyn uchybiający obowiązkom lub godności zawodu. W praktyce nie spotkałem się z sytuacją takiego postępowania w stosunku do osoby, która zwlekałaby z przygotowaniem recenzji. Jednak w przypadku skrajnych, powtarzających się zachowań, należałoby rozważyć zasadność odpowiedzialności dyscyplinarnej takiej osoby. Wydawałoby się, że sposobem na rozwiązanie problemu może być wpisanie kar do umów zawieranych z recenzentami. To jednak kwestia sporna, gdyż zawieranie takich umów nie jest wymagane, a ustawodawca jasno zdefiniował przysługujące recenzentom wynagrodzenie.
Okazuje się więc, że obecne przepisy nie przewidują skutecznych form przeciwdziałania opóźnieniom w recenzjach. Konieczne jest zatem podjęcie działań ukierunkowanych na wsparcie kandydatów do nadania stopnia lub tytułu naukowego. W pierwszej kolejności warto byłoby rozważyć wprowadzenie wewnętrznego systemu, w ramach którego istniałaby możliwość weryfikacji terminowego sporządzenia recenzji. Jednym z możliwych rozwiązań byłoby wykorzystanie do tego celu systemu POL-on. Alternatywnie można rozważyć również wprowadzenie oficjalnych mechanizmów automatycznych przypomnień czy powiadomień dla recenzentów, które informowałyby o zbliżającym się terminie na przesłanie recenzji lub opinii. Z pewnością warto byłoby również, analogicznie do postępowania habilitacyjnego i profesorskiego, uregulować kwestie opóźnień w przypadku postępowania w sprawie nadania stopnia doktora, co jest szczególnie dotkliwe dla kandydatów.
Niezależnie od powyższego, konieczna jest zmiana nastawienia wszystkich uczestników procesu, a także decydentów. Dotrzymywanie terminów wynikających z przepisów prawa powinno być realnym obowiązkiem, zaś jego uporczywe niedotrzymywanie musi powodować określone konsekwencje.
r.pr. Wojciech Kiełbasiński
Artykuł powstał we współpracy z Kancelarią dla Nauki
W tej i poprzednich dyskusjach niektórzy komentatorzy proponują znieść habilitacje i profesury. Bo, prawdopodobnie są oni po doktoratach. Niektóry proponują zlikwidować nawet i doktoraty. Może mają już magisterki? W czasach słusznie minionych śpiewano w pieśni międzynarodówki, że należy z niszczyć cały stary świat i zbudować od podstaw nowy. Chyba ci komentujący nadają się do chóru międzynarodówki. A co w zamian? Na stanowiska będą mianować ci, o których oni piszą, że są skorumpowani.
Piszą niektórzy, jak dobrze było kiedyś i należy wrócić do starych zasad recenzowania. Za starych czasów znane mi są przypadki, gdy recenzje spływały po pół roku, a nawet po dziewięciu miesiącach.
Obecnie nie jest lepiej. Pod koniec terminu recenzent zrezygnował. Wyznaczają nowego. Nowy pod koniec terminu również rezygnuje. Wyznaczają trzeciego. I tak zamiast maksymalnie po 3 miesiącach recenzja wpływa po 8. Można? Można!
Proszę bardzo, niech habilitacja i profesura zostaną, ALE niech ich posiadacze NIE wyobrażają sobie, że ci, którym nie udało się uzyskać "dr hab.", czy "prof. dr hab.", są od nich znacząco gorsi. A niestety, PYCHA jest nierzadką cechą u dość dużego odsetka podpisujących się "dr hab.", czy "prof. dr hab." przed imieniem i nazwiskiem. Pycha kroczy przed upadkiem.
Nie jęcz.
Ojjj... czyżby zabolało to, co napisałem?
Można zlikwidować habilitację i profesurę. Problem się rozwiąże.
W ogóle wszystko zlikwidować
Ustawa wskazuje, że jedynym powodem odmówienia recenzji są względy zdrowotne, ale w pracy naukowej są też inne powody przedłużania sporządzenia recenzji. Co jeśli ktoś otrzyma 3-4 recenzje, znam takie osoby, nawet 6. Żeby solidnie wykonać zadanie trzeba by nic innego nie robić tylko pisać recenzje. Czy ustawodawca to uwzględnił, że mamy wiele innych obowiązków a doba tylko 24 godziny.
Większość recenzentów jest grzecznościowo poinformowana o recenzji, co jest równoznaczne praktyczne z jej propozycją, nie narzuceniem. Z iloma takimi przypadkami 4-6 recenzji jednocześnie miałaś/miałeś styczność? Dlaczego nie zadziałały te zwyczaje?
Nie. Przyjecie pracy do recenzji nie jest obowiazkiem lecz propozycja. Osoba, ktora akceptuje przopozycje zrezenziwania 4 lub 6 doktoratow czy habilitacji w tym samym czasie, nie jest zapracowana tylko jest nieodpowiedzialna.
Skrócenie w ustawie Gowina okresu na przygotowanie recenzji skutkuje opóźnieniami. Dwa miesiące na napisanie recenzji doktorskiej przy zazwyczaj dużym obciążeniu recenzenta innymi zobowiązaniami powoduje niezawinione przekraczanie terminu. Nie należy bic w recenzentow, lecz przywrócić dawniej obowiązujące terminy oraz przyznać słuchaczom studiów doktoranckich status doktoranta do dnia obrony.
Prawdę mówiąc, jak zerkam na dorobek tzw. habilitowanych - dwie ksiażki, w tym doktorska, kilka artykułów i totalne ZERO jakiejkolwiek aktywności, doświadczenia, kontaktu ze światem, to ja się zastanawiam, o co toczy się gra i po co te procedury. A dodajmy oportunizm w życiu publicznym. I taki prof. od prawa miedzynarodowego, co był za granicą może na wczasach w Egipcie (uporaszaczając)? No takich jest MASA.
Pisanie książek to nie nauka - to polska pseudonauka.
Podejrzewam, że patrzy Pan na przedstawicieli pewnego gatunku osób dość powszechnego w tzw. nauce polskiej. Mianowicie, te osoby uważają, że stopnie naukowe, tytuły i etaty akademickie należą się im za pisaninę o-siamtym-i-owamtym. No cóż, chyba każdy umie dodawać i mnożyć, może więc sobie łatwo policzyć, ile kosztuje polskie państwo utrzymanie takiego stanu rzeczy. Pamiętam, jak leciały gromy na Komisję Smoleńską, że to wydawanie publicznych pieniędzy itp., a czy ktoś się zapytał, ile kosztuje filozofowanie w naukach prawnych, czy pisanie o partiach politycznych itp. itp. itp. itp. ? NIKT się chyba o to nie zapytał, a ten stan rzeczy, jaki mamy, jak trwał, tak sobie trwa.
Może zerkasz nie na tych co trzeba. Jest sporo osób z dorobkiem i doświadczeniem zwłaszcza w naukach stosowanych.
Ten artykuł opisuję moją sytuację. Oddałam swoją pracę doktorską w czerwcu w Instytucie PAN. Od tego momentu przestałam być doktorantką. Zostałam zatrudniona ze środków dodatkowych na projekt NCN przez nowego szefa w sierpniu do końca października na Uniwersytecie. Moje plany były takie, żeby obronić się przed Radą Naukową w październiku. Niestety przez opóźnienie recenzentów nie obroniłam się przed Radą. Teraz muszę czekać na następną Radę w grudniu, bo NCN nie zgadza się mnie zatrudnić na stanowisko postdoca. I tak zostałam z niczym na 1,5 miesiąca... Wyobrażam sobie, co niektórzy muszą przechodzić, jeżeli recenzencji jeszcze bardziej olewają sprawę :(.
A skąd założenie, że obrona wypadłaby pomyślnie? Ach, no jasne, wszak w polskiej pseudonauce doskonałość jest na takim poziomie, że to niemożliwe. A w PAN to już w ogóle, zapomniałem.
I kolejny raz spytać należy: jak długo jeszcze ta korporacja, będąca w istocie towarzystwem adoracji wzajemnej, będzie drenować nasze kieszenie?
Po co ten przytyk? jeśli recenzje są pozytywne praktycznie niemożliwe jest nie obronić pracy....
Praktycznie niemożliwe (było), aby Jarosław był pod prysznicem z radzieckim agentem.
Ano właśnie. A tak być nie powinno. Recenzje pisane są zachowawczo, recenzenci nie widzą oczywistych wad, słabe doktoraty dostają pozytywne recenzje z powodów pozamerytorycznych. A na obronie nikt się nie odważy powiedzieć wprost, że recenzent się myli lub napisał bzdury...
Dla przykładu, na Politechnice Lubelskiej przeszły dwa doktoraty w dyscyplinie Elektrotechnika.... , a nie miały nic wspólnego z tą dyscypliną. Były to raczej z informatyki i sztucznej inteligencji, ale tak słabe (zakres eksperymentów bywa większy na zajęciach jednego przedmiotu na I stopniu studiów), że pewnie w poważnym ośrodku by nie przeszły w informatyce. I recenzenci gdzieś "widzieli" ten znaczący wkład w Elektrotechnikę....
Na czym konkretnie polega zastrzeżenie kolegi? Bo wydaje mi się niejasne.
@ MB,
I kolejny raz spytać należy: jak długo jeszcze ta korporacja, będąca w istocie towarzystwem adoracji wzajemnej, będzie drenować nasze kieszenie?
Tak długo, jak będzie istniała Rzeczpospolita Polska.
A dokładniej, tak długo, jak osoby należące do tej korporacji będą miały martwe sumienia. Normalnie bowiem, sumienie powinno uświadamiać swojemu posiadaczowi, że czyni źle, jeśli faktycznie źle coś robi.
@ komentator (poprzedni),
Naukowcy to zwyczajni ludzie, a nie święci pańscy.
Sęk w tym, że niestety, niemały odsetek z nich ma się właśnie za kogoś w rodzaju świętych.
W przypadku recenzji artykułów dostajesz najpierw pytanie, czy możesz artykuł zrecenzować. W przypadku habilitacji czy profesury dostajesz bez żadnego uprzedzenia paczuszkę (albo link) z dorobkiem kandydata i o ile nie jest to poza Twoimi kompetencjami musisz się z tego wywiązać. Niestety często wpada to w środek innych obowiązków - dydaktycznych, naukowych, recenzyjnych.... Równie często w środku urlopu.. A jeśli równocześnie dostaniesz kilka wniosków na przykład profesorskich czy habilitacyjnych... (Pewne) opóźnienia (nie mówię o roku) nie muszą wynikać z lenistwa ani złej woli.
Tak, oczywiście, zarówno w przypadku doktoratów jak i habilitacji dobrze jest przypomnieć recenzentowi o terminie.
A jeśli powołam się na konflikt interesów?
Cyt."W przypadku habilitacji czy profesury dostajesz bez żadnego uprzedzenia paczuszkę (albo link) z dorobkiem kandydata i o ile nie jest to poza Twoimi kompetencjami musisz się z tego wywiązać. "
Och, są i tacy, co nie wahają się wziąć tego na siebie nawet, jeśli "wpada to w środek innych obowiązków", ba! nawet, jeśli przekracza to ich kompetencje. A gdy nawet napiszą jawną bzdurę, w dodatku krzywdzącą habilitanta, to wcale nie czują się winni. Nie no, skądże. I innych jakoś to też nic nie obchodzi. Biorą za dobrą monetę farmazony opatrzone urzędową pieczęcią i tymi skrótami "dr hab." i "prof. dr hab.".
Odpowiadam na pytania zawarte w tytule: nikt za nic nie odpowie !!!
Nikt w nauce nie odpowiada za naukę, bo naukowcy to OPORTUNIŚCI - z tego powodu społeczeństwo ich nie szanuje i płaci marne grosze.
A co z radami naukowymi nadającymi stopień doktora? Człowiek się broni, a potem czeka na zebranie się Rady i nadanie stopnia: a co, jeśli notorycznie brakuje kworum do nadania stopnia? Albo przez 4 miesiące rada się nie spotyka (wakacje)?
I tak sobie człowiek czeka. Będąc nikim w świecie nikich: nauka w Polsce to zapchaj dziura, a środowisko nie ma jaj, żeby ogłosić strajk generalny. Jakoś lekarze umieją o siebie zadbać (podwyżki ponad 15% w tym roku, a jeszcze będą kolejne ;) ). A ponieważ chcącemu nie dzieje się krzywda, to taki system patologii sobie trwa i trwa mać.
dlatego dobrym zwyczajem jest nadawanie stopnia od razu po obronie.
Strajk w środowisku? Nie ma szans. Połowa się boi. Połowa z reszty nie ma na to czasu i siły. A reszta się już urządziła w tej dziurze i im wygodnie. Tak na prawdę do strajku gotowe jest może z 2% środowiska.