Doświadczenie pokazuje, że w wielu przypadkach reakcja uczelni jest postrzegana przez środowisko jako spóźniona. Postępowania dyscyplinarne, zwłaszcza wobec nauczycieli akademickich, potrafią trwać długo, a problem pojawia się, gdy czas trwania procedury zaczyna dominować nad jej sensem. Z perspektywy władz wydziałowych oznacza to funkcjonowanie w stanie zawieszenia: konflikt nie jest rozwiązany, relacje pozostają napięte, a odpowiedzialność, choć formalnie „w toku”, nie spełnia swojej funkcji porządkującej – pisze prof. Maciej Serowaniec, dziekan Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Z perspektywy władz uczelni czy władz wydziałowych procedury odpowiedzialności dyscyplinarnej zajmują szczególne miejsce. Nie są one tylko jednym z wielu mechanizmów administracyjnych, lecz stanowią punkt, w którym krzyżują się fundamentalne wartości uniwersytetu: autonomia, legalizm, odpowiedzialność oraz zaufanie wspólnotowe. Każde postępowanie dyscyplinarne, niezależnie od tego, kogo dotyczy, uruchamia bowiem nie tylko aparat normatywny, lecz także pytania o sposób sprawowania władzy akademickiej, granice ingerencji instytucji w sferę praw jednostki oraz realną zdolność uczelni do egzekwowania własnych standardów.
Dla władz uczelni procedury dyscyplinarne mają wymiar podwójny. Z jednej strony są instrumentem ochrony porządku prawnego i etosu akademickiego, z drugiej – testem dojrzałości instytucjonalnej. Uniwersytet jako podmiot prawa publicznego nie może pozwolić sobie ani na dowolność decyzyjną, ani na bierność maskowaną formalizmem. Każda decyzja, a także każde zaniechanie w obszarze odpowiedzialności dyscyplinarnej, jest czytelne dla wspólnoty akademickiej i szybko podlega ocenie, zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Z perspektywy władz wydziału dochodzi do tego jeszcze jeden wymiar: bezpośrednia bliskość problemów i osób. To na poziomie wydziału pojawiają się pierwsze sygnały konfliktów, nieprawidłowości czy naruszeń norm. To tutaj koncentrują się oczekiwania szybkiej reakcji, wyjaśnienia sprawy „tu i teraz”, często jeszcze zanim formalne mechanizmy zostaną uruchomione. Władze wydziałowe funkcjonują więc w permanentnym napięciu między rolą administratora procedur a rolą lidera wspólnoty akademickiej, odpowiedzialnego za klimat pracy i studiowania.
W tym kontekście legalizm procedur dyscyplinarnych jawi się jako wartość konieczna, ale zarazem niewystarczająca. Zapewnia on bezpieczeństwo prawne, przewidywalność i ochronę przed arbitralnością, lecz nie rozwiązuje wszystkich problemów, z jakimi mierzą się władze uczelni. Zbyt często bowiem poprawność formalna staje się jedynym kryterium oceny działań instytucji, podczas gdy pytanie o ich efektywność, rozumianą jako realną zdolność do szybkiego, proporcjonalnego i sprawiedliwego reagowania, schodzi na dalszy plan.
Dopiero na tym tle w pełni ujawnia się znaczenie procedur odpowiedzialności dyscyplinarnej jako elementu szerszego systemu zarządzania uczelnią. Nie chodzi wyłącznie o to, czy procedury są zgodne z ustawą, lecz o to, czy wspólnota akademicka postrzega je jako sensowne, uczciwe i symetryczne. A symetria ta obejmuje nie tylko studentów i nauczycieli akademickich, lecz również, co szczególnie istotne, same władze uniwersyteckie i wydziałowe.
Szczególnego znaczenia nabiera tu pytanie o efektywność procedur odpowiedzialności, rozumianą nie jako skracanie postępowań za wszelką cenę, lecz jako zdolność instytucji do realnego działania. Z perspektywy władz uczelni i wydziałów efektywność nie jest kategorią techniczną, lecz praktyczną i społeczną. Procedura może być bez zarzutu z punktu widzenia legalności, a jednocześnie nieskuteczna jako narzędzie zarządzania wspólnotą akademicką. Doświadczenie pokazuje, że w wielu przypadkach reakcja uczelni jest postrzegana przez środowisko jako spóźniona. Postępowania dyscyplinarne, zwłaszcza wobec nauczycieli akademickich, obudowane są licznymi gwarancjami procesowymi, co samo w sobie jest wartością niepodważalną. Problem pojawia się jednak wówczas, gdy czas trwania procedury zaczyna dominować nad jej sensem. Z perspektywy władz wydziałowych oznacza to długotrwałe funkcjonowanie w stanie zawieszenia: konflikt nie jest rozwiązany, relacje pozostają napięte, a odpowiedzialność, choć formalnie „w toku”, nie spełnia swojej funkcji porządkującej.
W tym miejscu wyraźnie ujawnia się różnica pomiędzy skutecznością a efektywnością. Ta pierwsza polega na tym, że procedura prowadzi do formalnego rozstrzygnięcia, które można obronić prawnie. Druga – na tym, że rozstrzygnięcie to następuje w czasie i formie, które mają znaczenie dla życia uczelni. Władze uczelni bardzo często mierzą się z zarzutem, że „nic się nie dzieje”, mimo że z perspektywy formalnej dzieje się bardzo dużo, tyle że w rytmie narzuconym przez procedurę, a nie przez potrzeby wspólnoty. Na tym etapie refleksji naturalnie pojawia się także pytanie o możliwość szerszego wykorzystania tzw. miękkich instrumentów zarządzania odpowiedzialnością. Nie dlatego, że formalne procedury dyscyplinarne są wadliwe, lecz dlatego, że nie każda sytuacja konfliktowa wymaga uruchomienia pełnego aparatu represyjnego. Doświadczenie zarządcze pokazuje, że znaczna część spraw, które trafiają na biurka władz uczelni, ma swoje źródło nie w złej woli, lecz w eskalacji napięć, niejasności kompetencyjnych, deficytach komunikacyjnych lub przeciążeniu systemowym.
Mediacja, wprowadzona do postępowań dyscyplinarnych jako instytucja formalnie umocowana, daje uczelni szansę na odzyskanie podmiotowości w rozwiązywaniu konfliktów. Z perspektywy władz wydziału jej wartość polega przede wszystkim na tym, że pozwala zatrzymać spór na wczesnym etapie, zanim przybierze on postać trwałego konfliktu prawnego. Jest to szczególnie istotne w środowisku akademickim, w którym relacje mają charakter długofalowy, a formalne rozstrzygnięcie nie zawsze jest tożsame z faktycznym zakończeniem sporu. Nie oznacza to jednak, że mediacja i miękkie instrumenty mogą zastąpić procedury dyscyplinarne. Ich rola polega raczej na racjonalizacji sięgania po formalne środki odpowiedzialności. Władze uczelni, wyposażone w odpowiednie kompetencje i wsparcie organizacyjne, powinny mieć realną możliwość wyboru ścieżki adekwatnej do charakteru sprawy. Bez tej elastyczności procedura dyscyplinarna pozostaje jedynym dostępnym narzędziem, co sprzyja jej nadmiernemu użyciu i osłabia jej autorytet.
Reasumując, należy podkreślić, że z perspektywy władz uczelni czy wydziałów procedury odpowiedzialności dyscyplinarnej nie są celem samym w sobie. To narzędzie utrzymania zaufania, porządku i wiarygodności uniwersytetu jako instytucji publicznej. Legalizm pozostaje ich niepodważalnym fundamentem, lecz bez efektywności staje się wartością wyłącznie deklaratywną. Efektywność ta nie polega na skracaniu procedur za wszelką cenę ani na osłabianiu gwarancji prawnych. Polega na zdolności uczelni do realnego reagowania: we właściwym czasie, adekwatnymi środkami i wobec wszystkich. Miękkie instrumenty, w tym mediacja, nie są oznaką słabości instytucji. Przeciwnie, świadczą o jej dojrzałości i zrozumieniu, że nie każdy problem jest deliktem, a nie każdy konflikt musi kończyć się sankcją. Tam jednak, gdzie naruszenie norm jest poważne, procedura dyscyplinarna musi działać sprawnie, konsekwentnie i w sposób zrozumiały dla wspólnoty akademickiej. Ostatecznie bowiem efektywność procedur odpowiedzialności mierzy się nie liczbą wydanych orzeczeń, lecz poziomem zaufania do instytucji. Uniwersytet, który potrafi łączyć legalizm z rozsądkiem, formalne mechanizmy z dialogiem oraz odpowiedzialność z transparentnością, zachowuje swój najcenniejszy kapitał, którym jest autorytet.
Maciej Serowaniec
Tekst powstał w ramach współpracy z Kancelarią dla Nauki
Ależ te "narzędzia" administracyjnych tortur nie są potrzebne w cywilizowanym świecie nauki i nie trzeba ich stosować, a Polska nauka powinna do cywilizowanego świata kiedyś dołączyć.
Załatwia to autonomia jednostek badawczych i kontrakty czasowe (np. pięcioletnie), przedłużane lub nie :-)
@Przemo
Ja osobiście również jestem za tym, żeby "do cywilizowanego świata kiedyś dołączyć".
Tylko teraz "kontrakty czasowe (np. pięcioletnie), przedłużane lub nie" - to gdzie dokładnie w "cywilizowanym świecie" tak jest?
Jak rozumiem chodzi o uczelnie, bo o tym jest artykuł powyżej.
Tam, gdzie nauka rozwija się dynamicznie :-)
Nie lubię niedasizmu.
@Przemo
Jaki kraj ma Pan myśli, konkretnie?
Jako przykład państwa, w którym na uczelniach "kontrakty czasowe (np. pięcioletnie) są przedłużane lub nie".
Jeśli czegoś, co źle działa nie chcemy zmienić, na nic przykłady. U nas problemem jest prawo dotyczące umów czasowych. To w przypadku nauki należy zmienić.
Trenerzy klubów piłkarskich, piłkarze - nie maja umów dożywotnich i nie przeszkadza im to wydajnie pracować.
@Przemo
Zauważyłem taką tendencję w Pańskich komentarzach, gdzie często odwołuje się Pan do jakiejś "istniejącej" gdzieś sytuacji jako przykład wspierający Pańskie zdanie lub pogląd na jakiś temat. Tylko bardzo często te sytuacje nie mają miejsca.
W tekście powyżej, bardzo wyraźnie Pan sugeruje, że "kontrakty czasowe (np. pięcioletnie), przedłużane lub nie" to droga dla nauki polskiej do "cywilizowanego świata". Zapytałem wiec, gdzie w tym cywilizowanym świecie panują zasady, o których Pan pisze. I jak wyżej widać, nie jest w stanie Pan podać, gdzie to ma miejsce.
Apeluje o nie wprowadzanie czytelników w błąd. Szereg osób będzie wiedział, że Pańskie przykłady są chybione, ale nie wszyscy. A przecież nie problemu z wyrażeniem swoich poglądów bez popierania ich takimi przykładami, prawda?
Ja zakładam, że większość z nas tutaj jest w jakiś sposób związana z edukacja i badaniami naukowymi. Trzymajmy się wiec pewnych zasad, które to odzwierciedlają.
Zapewniam Pana, że w błąd nie wprowadzam. Wolę dyskusje konstruktywne.