Aktualności
Sprawy nauki
09 Czerwca
Źródło: archiwum prywatne
Opublikowano: 2026-06-09

Prof. Joanna Tyrowicz: Albo otworzymy się na prywatne finansowanie, albo zostaniemy na obrzeżach nauki

W nauce nie chodzi o to, żeby być najlepszym w danym ośrodku akademickim, lecz by stanąć do konkurencji w globalnym wymiarze. Bez pieniędzy, w tym prywatnych, nauka w Polsce będzie się dalej wykrwawiać w wojnach na śmierć i atrament o ostatni zszywacz. Dlatego potrzebujemy fundamentalnie zmienić miks źródeł finansowania badań podstawowych – mówi w rozmowie z FA prof. Joanna Tyrowicz z Uniwersytetu Warszawskiego, współzałożycielka ośrodka badawczego GRAPE. 

Prof. Joanna Tyrowicz jest ekonomistką. Jej badania dotyczą rynku pracy ze szczególnym uwzględnieniem zmian strukturalnych w gospodarce, w tym demograficznych i sektorowych. Jest współzałożycielką ośrodka badawczego GRAPE (którym obecnie kieruje), gdzie rozwijane są badania dotyczące nierówności, systemów emerytalnych, efektywnej alokacji zasobów, stosowanej makroekonomii oraz ekonomii kultury. Zasiada w Radzie Polityki Pieniężnej. O prywatnym finansowaniu nauki rozmawia z nią Aneta Zawadzka.

Uczelnie są atrakcyjne dla biznesu?

Z pewnością naukowcy są magnesem. Nie mam pewności co do uczelni jako instytucji.

Dlaczego?

Jednym z powodów, dla których nasz ośrodek badawczy GRAPE nie działa w ramach uczelni było podejście: nie palimy komitetów, tylko zakładamy własne. Skupiamy się na nauce i ograniczamy procedury, komplikacje i formalności do niezbędnego minimum wymaganego przez agencje grantowe i prawo. Większość spraw załatwiamy sami, ale dzięki temu bilety lotnicze kupujemy w 10 minut, a nie 10 dni, nie wymagamy faktur proforma od zagranicznych organizatorów konferencji, obca jest nam też postawa „nie da się”. Dziesięć lat temu zaczęliśmy tworzyć to miejsce – tak fizyczne, jak i intelektualne – i dziś GRAPE ma już ugruntowaną pozycję w naszej dyscyplinie.

Często współpracuje pani z biznesem?

W GRAPE mamy kilka współprac, na przykład z właścicielem jednej z sieci handlowych. Dostaliśmy od nich bezcenne dane i wsparcie dla rozwoju młodych naukowców.

Czy w takim przypadku da się zachować bezinteresowność?

Jako naukowiec zawsze muszę się liczyć z oceną. Poważne naukowe badania dopiero zaczynamy, ale ze wstępnych analiz statystycznych wynika, że sieć ta ma naprawdę najniższe ceny. I co teraz? Nie publikować wyników? Nikomu nie zabronię mówić, że wyniki są takie, bo ktoś za nie zapłacił. Ale odwróćmy sytuację: co by się stało, gdybyśmy dostali te same dane i na ich podstawie realizowali badania ze środków Narodowego Centrum Nauki? Czy wtedy już można powiedzieć, że ta sieć jest najtańsza? Czy pieniądze podatnika niwelują zarzut stronniczości?

W jakiej zatem roli widzi pani naukowców pracujących dla biznesu? Staną się ludźmi do wynajęcia?

Podkreślam, że my nie pracujemy dla biznesu, a z biznesem. A ściślej z pozyskanymi z tego źródła danymi. Czasami zdarza się, że biznes próbuje sprowadzić naukowców do roli takiego tańszego konsultingu. Tego w GRAPE nie szukamy. Nasza nauka – ekonomia – ma wbudowaną daleko idącą stosowalność. Nie da się opublikować artykułu z ekonomii bez wytłumaczenia, dlaczego taka wiedza przydaje się światu. Podobne uzasadnienia naukowcy muszą zawrzeć we wnioskach do agencji grantowych. Naukowcy patrzą na dane, firmy i problemy szerzej niż konsulting, zadajemy inne pytania i dostarczamy wnioski, na które biznes nie wpadnie sam.

Dla biznesu liczy się jednak przede wszystkim wynik finansowy. Czy nie obawia się pani, że współpraca z uczonymi może mieć czysto koniunkturalne podłoże?

Chodzi pani o science washing, czyli firma postępuje nieetycznie, ale poprawia wizerunek finansowaniem nauki? Tyle że jeżeli wyłożą pieniądze na, przykładowo, dom dziecka, to też zyskają wizerunkowo.

W tym duecie więcej do stracenia, wydaje się, mają jednak naukowcy.

Dlatego mam świadomość, że będą tacy, którzy powiedzą, że nie chcą pieniędzy od danej firmy. To jest ich wybór. Pamiętajmy, że prawo do oceny podejmowanych decyzji ma każdy z nas. Dla mnie najważniejsze, abyśmy przez cały czas zachowali transparentność w pokazywaniu źródeł finansowania.

Jak to wygląda w pani zespole?

Ośrodek badawczy GRAPE działa jako fundacja i nie prowadzi działalności gospodarczej. Nasze sprawozdania finansowe znajdują się na stronie internetowej i każdy może się z nimi zapoznać. Zamieszczamy tam ponadto informacje o darowiznach, które otrzymaliśmy, chociaż formalnie trzeba informować tylko Urząd Skarbowy i od kwot przekraczających 50 tys. zł. My przyjęliśmy zasadę, że podajemy wszystko, już od 1 zł.

Czy nie uważa pani, że otwierając się na prywatny kapitał powinniśmy ustalić jakieś reguły, zabezpieczyć się przed niepożądanymi działaniami?

Biznes w Polsce, w odróżnieniu od zachodniego, na razie rzadko czuje powołanie, żeby nieśmiertelność osiągać za pośrednictwem finansowania nauki. Sztuka, sport, dobroczynność – tam to się już dzieje, ale do sponsorowania badań podstawowych nie garnie się wielu. Zatem, tak, piszmy, nagłaśniajmy wszystkie przypadki nieprzejrzystości, ale nie zaczynajmy dyskusji o prywatnym finansowaniu od zamartwiania się o zjawiska, które jeszcze się nie wydarzyły. Bo, oczywiście, możemy zrobić jeszcze więcej, żeby biznesowi było „pod górkę”, ale wydaje się, że na razie wyzwaniem jest samo przekonanie go, żeby chciał na badania podstawowe przekazywać środki, czyli je sponsorować. Nie raporty czy badania ankietowe, ale par excellence badania podstawowe. Kiedy to stanie się normą, przyjdzie czas na standaryzowanie sponsoringu.

W świecie sztuki właśnie się z tym zmagają – w muzeach trzeba demontować tabliczki ze sponsorami. Wyniki badań naukowych mają jednak daleko bardziej idące konsekwencje.

Tyle że pojawia się więcej nowych tabliczek niż jest demontowanych. Należy tworzyć takie mechanizmy, dzięki którym nikomu nie będzie się opłacało oszukiwać. W GRAPE umawiamy się zawsze, że to my publikujemy wyniki i to w takim kształcie i formacie, o jakim decydują autorzy badania. Kiedy sponsor jest zainteresowany poszukiwaniem wybiórczej wersji prawdy, to taka umowa go nie usatysfakcjonuje, jeszcze przed zawarciem zabierze swój biznes do konsultingu. Drugie kryterium to niezależność badawcza. Gdyby przyszli do mnie producenci tytoniu i powiedzieli, że mam zrobić badania, które pokażą korzyści dla zdrowia z nałogowego palenia, to nie mielibyśmy o czym rozmawiać. Podobnie byłoby, gdyby z tą samą tezą zwrócili się do mnie producenci warzyw i owoców. Bo w obu przypadkach pytanie badawcze jest źle postawione. W podanym przeze mnie przykładzie danych z sieci handlowej, dla badań naukowych naprawdę to bez znaczenia, czy i kto jest najtańszy, bo przecież kluczowe pytania badawcze są zupełnie inne. Jeżeli ktoś oferuje pieniądze i dane, ale zostawia swobodę w ich analizie i publikacji, to zmniejsza się zasadniczo przestrzeń do nadużyć.

Źródło pochodzenia pieniędzy nie ma zatem znaczenia?

Cały czas poruszamy się w przestrzeni wyborów, których dokonują poszczególni naukowcy. Każdy ma prawo oceniać. Nie bardzo widzę sens powoływania agencji do certyfikacji, czy dany sponsor jest akceptowalny do badań podstawowych. Trzeba się też dobrze zastanowić, kto w relacji biznes–badacz ma zobowiązanie etyczne. Moim zdaniem, ono leży zawsze po stronie naukowców. To my musimy pilnować, żeby nasze badania nie były manipulacją. Zresztą, powinno to działać niezależnie od rodzaju finansowania.

I publiczne finanse trafiają np. do „fabryk artykułów”. Skoro więc dochodzi do takich nieprawidłowości, to czy nie warto uchronić się zawczasu, przed wpuszczeniem na większą skalę biznesu do nauki? Może warto byłoby stworzyć na przykład kodeks zachowań etycznych w odniesieniu do prywatnego wsparcia naukowców?

Nie sądzę, żeby naukowcy zaangażowani w tzw. papiernie mieli jakiekolwiek wątpliwości etyczne co do swoich działań. Oni doskonale wiedzą, że łamią elementarną zasadę, jaką jest nieprzypisywanie sobie autorstwa czyjejś pracy. Robią to w poczuciu bezkarności i najczęściej w swoich środowiskach pozostają bezkarni. Każdy z nas odpowiada za siebie. Nie uważam kwestii prywatnego finansowania nauki za „wolną amerykankę”. Poza tym kto i w jaki sposób miałby wyegzekwować jakiekolwiek kodeksy? Te same uczelnie, na których już dziś działają papiernie? A kto w przypadku naukowców działających poza uczelniami? Śmiem wątpić w skuteczność takich kodeksów. Natomiast mam pewność co do tego, że tym, którzy szukają prawdy, jak w ślubowaniu doktorskim, żaden kodeks nie będzie potrzebny.

Zastanówmy się, jakiego rodzaju proces chcemy uregulować i gdzie chcemy postawić granice. Jeżeli ktoś zarzuca, że coś źle policzyłam i nie jestem w tym transparentna, to mamy miejsce do merytorycznej dyskusji. Na mnie wówczas spoczywa odpowiedzialność za udowodnienie, że to, co zrobiłam, zostało wykonane rzetelnie. Ale nie wiem, jak merytorycznie dyskutować o motywacjach przed podjęciem badania. Nie da się zabronić naukowcom robienia badań, które będą chcieli wykonać.

Nie postuluję takiego zakazu, opowiadam się jednak za tym, by zawsze mieć pewność, że są one rzetelnie przeprowadzone.

W nauce sposobem sprawdzania rzetelności i wiarygodności wyniku jest peer review. Oczywiście nie jest to metoda w pełni doskonała, ale lepszej ludzkość nie wymyśliła. Jeśli badania będą replikowalne, to jaka jest różnica, czy środki na nie pochodzą z podatków zebranych przez państwo, czy z samoopodatkowania przez biznes na rzecz nauki. Nie widzę bezpośredniego wpływu źródła finansowania na jakość badań. Dostrzegam za to deficyt wiedzy z powodu braku pieniędzy.

Jakiej wiedzy nam brakuje?

Jest mnóstwo pytań dotyczących polskiej gospodarki, na które nikt nie odpowiada, bo dla naukowca, który celuje w doskonałość badawczą na światowym poziomie, to nie są kwestie obiecujące wysoki rezultat. Nasza polityka gospodarcza i nasz biznes bardzo ich potrzebuje, mają charakter podstawowy, bo odpowiadają na pytania o ogólne procesy. Są nam niezbędne społecznie, żebyśmy mogli zrozumieć stojące przed nami wyzwania.

Proszę o przykład.

Choćby koszty i korzyści z przystąpienia do strefy euro. Kiedyś takie analizy przeprowadzał zespół naukowców pracujący z Narodowym Bankiem Polskim, lecz dziś jest to zakazane w tej instytucji, było nie było – publicznej, a nawet państwowej. W związku z ideologizacją sfery publicznej jako społeczeństwo jesteśmy pozbawieni wiedzy na temat tego, czy przystąpienie do strefy euro jest dla nas korzystne, czy nie. Gdyby na takie badania udało się pozyskać prywatne środki, moglibyśmy otrzymać informacje, których dziś po prostu brakuje.

Dopływ prywatnych pieniędzy jest jedynym wyjściem z tej sytuacji?

Mamy w Polsce fundamentalnie dysfunkcyjny sposób finansowania badań o charakterze podstawowym. Nie tylko tych najbardziej przełomowych, ale też tych, które są ważne i potrzebne z perspektywy naszej sytuacji społecznej, a które bez środków prywatnych po prostu nigdy nie zostaną zrealizowane. Czy lepsze jest więc nicnierobienie, czy jednak warto podjąć ryzyko, nawet gdyby miało się okazać, że kiedyś ktoś może chcieć wywrzeć wpływ na któregoś naukowca?

Ma pani jeszcze nadzieję na 3% PKB dla nauki?

We wszystkich krajach na naszym poziomie rozwoju funkcjonuje ugruntowane prywatne finansowanie nauki. Zazwyczaj sektor prywatny dokłada ze swoich zysków praktycznie drugie tyle, co publiczny z podatków. Tymczasem w Polsce prywatne wsparcie jest znikome. Nie będziemy mieć dobrej nauki, jeśli nie zdywersyfikujemy źródeł finansowania. Brak funduszy prywatnych oznacza, że nie jesteśmy w stanie konkurować z kolegami z zagranicy o pozyskiwanie danych czy mocy obliczeniowych, bo nas po prostu na to nie stać. Jak mamy się stać krajem stwarzającym szanse młodym naukowcom, skoro nie ma im jak zapewnić warunków pracy? Albo otwieramy się na prywatne finansowanie, albo zostajemy na obrzeżach nauki.

Ta pierwsza opcja nie jest aż tak nieprawdopodobna. Mówi się przecież o „nauce równoległej”.

Na łamach „Forum Akademickiego” pojawia się wiele tekstów o tym, jak ciasne środowisko krajowe prowadzi czasami do wynaturzeń, które nie powinny mieć miejsca. Bez wpuszczenia świeżego powietrza nie uda nam się wyjść z tego impasu, podobnie jak bez pieniędzy nie osiągniemy doskonałości naukowej, która powinna być celem każdego z badaczy. W nauce bowiem nie chodzi o to, żeby być najlepszym w danym ośrodku akademickim, lecz by stanąć do konkurencji w globalnym wymiarze. Bez pieniędzy, w tym prywatnych, nauka w Polsce będzie się dalej wykrwawiać w wojnach na śmierć i atrament o ostatni zszywacz. Potrzebujemy fundamentalnie zmienić miks źródeł finansowania badań podstawowych i pozwolić talentom, które w Polsce jeszcze nadal są, realizować swój potencjał. Środki publiczne są tak rozdrapane przez interesy i interesiki, że trzeba zmienić paradygmat, by dać skrzydła tym, którym nadal chce się jeszcze latać. Nie mówię tak dlatego, że jestem naiwna i uważam, że pieniądze nie kuszą. Oczywiście, że kuszą, ale ich brak jest jeszcze bardziej dramatyczny. Za najniższą krajową nie da się być doskonałym w nauce.

Doskonałość ma zatem swoją cenę?

Bez pieniędzy nie da się robić jakościowej nauki. Po pierwsze, mało które badanie na początku jest dobre. Takim staje się dopiero w procesie pracy nad nim. Im więcej istotnych kwestii jestem w stanie przedyskutować z wybitnymi badaczami, tym lepsze zrobię badanie. Pieniądze są więc niezbędne, żeby utrzymywać relacje z naukowcami z zagranicy, bo wybitność w Polsce występuje w ograniczonych ilościach.

Po drugie, prezentacja na seminariach, oprócz tego, że daje informację zwrotną pozwalającą poprawić artykuł, popularyzuje te badania w środowisku naukowym. Rozpoznawalność zespołów, metod, danych wzrośnie, pozwalając na dalsze pogłębianie relacji. To samo z konferencjami. Aby w nich uczestniczyć trzeba mieć 400–500 euro na opłatę i minimum drugie tyle na lot oraz zakwaterowanie, więcej jeśli konferencja odbywa się w USA, to na ile takich wydarzeń może pojechać adiunkt, który zarabia 4800 zł?

Poza tym, w mojej dyscyplinie jest trochę jak w sportach wyczynowych: więcej razy przegrasz, niż wygrasz, a każda przegrana kosztuje submission fee. Dopóki nie staniemy się centrum świata, to składanie artykułów z polską afiliacją nie zwiększa szans, że trafią do recenzji. Dlatego należy uczestniczyć w obiegu międzynarodowym i brać udział w toczących się na świecie dyskusjach.

Peleton nam już odjechał?

Pracuję także na uczelni w Niemczech. Standardowy niemiecki profesor ma dość duży budżet na tak zwanych HiWis (Hilfswissenschaflter), czyli studentów, którzy wykonują rozmaite czynności, np. uporządkowanie literatury albo przejrzenie i pogrupowanie danych, oraz dwa lub więcej stanowiska doktorskie lub post-doca. Do tego środki na podróże, dane, itp. Dla kolegów ze świata opłaty rejestracyjne czy kupno danych za kilka tysięcy euro to nie problem. Profesor w Polsce ma zerowy budżet, zero współpracowników, a w międzynarodowych czasopismach nasze publikacje podlegają tej samej ocenie. Czy mamy równe szanse?

Może pani do tych prostych zadań wykorzystać AI.

Rozumiem, że sztuczna inteligencja zmienia nasz świat i być może zamiast płacić studentom, do niektórych zastosowań można użyć rozmaite jej modele. Ale AI nie zastąpi danych ani udziałów w seminariach. Poza tym ta rzeczywistość jest częściowo jeszcze przed nami. Zwracam też uwagę, że AI nie jest bezkosztowa. Ilu adiunktów pozwoli sobie na wydanie 480 zł miesięcznie na niezbędny naukowo poziom dostępu do modeli typu Claude czy Codex? Nie zapominajmy także, że część studentów wybierze ścieżkę akademicką, pójdzie na doktorat, być może zostaną naukowcami, a niektórzy analitykami w sektorze prywatnym lub pracownikami sektora publicznego i w pracy wykorzystają to, czego się nauczą wczasach bycia HiWi. Korzysta na tym społeczeństwo.

Co ma skłonić biznes do inwestowania, skoro do tej pory właściwie tego nie robił?

Za relatywnie niewielkie pieniądze każdy biznes w Polsce jest dziś w stanie mieć w kilka lat przełom naukowy. I to przy właściwie zerowym ryzyku! W tej chwili mnóstwo naprawdę dobrych projektów składanych w różnych konkursach w Narodowym Centrum Nauki, European Research Council czy Fundacji na rzecz Nauki Polskiej znajduje się tuż pod kreską. Ich autorzy włożyli sporo wysiłku przy przygotowaniu wniosku, mają dorobek publikacyjny, a na finansowanie nie załapali się wyłącznie z powodu ograniczeń budżetowych. Dla biznesu to gotowe przepisy na sukces w dowolnie wybranej dyscyplinie. Jesteśmy w idealnym momencie, żeby przez te półotwarte naukowe drzwi weszły prywatne pieniądze. Naprawdę nie brakuje zespołów z przełomowymi pomysłami, o bardzo wysokiej jakości badawczej, gwarantujących sukces naukowy. Za to z pewnością nie cierpimy na nadmiar publicznych pieniędzy. Sposobem, by nie zaprzepaścić talentu tych naukowców, są środki z sektora prywatnego.

Rozmawiała Aneta Zawadzka

Dyskusja (28 komentarzy)
  • ~Paweł Matula 30.08.2026 21:48

    Kobiety mają zbyt wiele naduprawnień. Czas wyrównać wiek emerytalny kobiet do 65 lat.

  • ~Zenek 15.06.2026 23:47

    Ta pani straciła jakąkolwiek wiarygodność forsując z uporem maniaka podwyżki stóp procentowych w RPP.

  • ~Profesor PAN 12.06.2026 09:02

    Dość absurdalnie wygląda ten tekst. Chyba nie ma na Ziemi człowieka, który odmówiłby pieniędzy. Problem nie polega na tym, że przemysł daje naukowcom pliki banknotów a ci nie chcą, tylko na tym, że biznes z różnych powodów nie jest zainteresowany finansowaniem nauki. W jakimś stopniu słusznie, w jakimś niesłusznie.

    • ~~Profesor PAN 12.06.2026 13:55

      O co chodzi w nauce? W nauce chodzi o to, aby się „ustawić”, nie trudząc się. Cel uświęca środki.

  • ~Oikonomikos 10.06.2026 17:39

    Mała uwaga: te 3% to suma finansowania publicznego i prywatnego. Lubię, jak rozmówcy operują faktami.... Druga sprawa: badania podstawowe dla większości przedsiębiorstw średnich i małych są nieprzydatne, a te dominują w Polskiej gospodarce. Firmy duże i wielkie, z własnymi laboratoriami, zostały wyprzedane firmom zagranicznym. To oczywiście nie neguje finansowania prywatnego, ale inny jest adresat oczekiwań pani Profesor. Dobrze zatem jest znać rynek, na którym się działa.

  • ~Fyhhu 10.06.2026 10:36

    Tutaj widać jak na dłoni ograniczone myślenie życzeniowe Pani Profesorki żyjącej w swojej bańce na państwowym etacie na uczelni. Brak szerszych zainteresowań niż to co sama uprawia. Ona jednak zapomniała gdzie mieszka, w jakim kraju. Takie rzeczy jedynie w krajach zachodnich. Po pierwsze Polska bananowa republika postradziecka nie posiada swojej własnej gospodarki i przemysłu. Wszystkie firmy zachodnie w tym kraju to montownie i kartonowe firmy które wybeda z tego kraju jeśli znajda tańsza lokalizację. Nie po to politycy biorą łapówki za zmiany w prawie od zachodnich firm aby dawać im preferencyjne warunki niż tym rodzinnym. Polscy politycy wszystko zrobią dla szybkiej kasy i zarobku, im nie śmierdzą ruskie ani amerykańskie pieniądze. Dlatego wyprzedali po 1989 panstwowe rentowe firmy. Jedyny kapitał jakikolwiek w Polsce posiada jedynie państwo, kościół katolicki oraz oligarchowie komunistyczni. Typu Kulczyk czy solorz. To nie były osoby z przypadku. Musieli należeć do służb PZPR być tajnymi współpracownikami. Pani profesor powinna wiedzieć to z pracy na uczelni. Inna kwestia zacofanie cywilizacyjne spoleczne i gospodarcze tej części kontynentu . U nas nie było przemysłu poza łodzią. Nas ominęła rewolucja przemysłowa. Społeczeństwo było zacofane niepismienne. Powiedzmy sobie że komuniści wydrukowali nowe społeczeństwo. Fakt Polska była grabiona przez duże imperia i nigdy nie było spokojnie aby móc rozwijać przemysł czy gospodarkę. Na koniec wymordowanie inteligencji oraz wieczna emigracja ludzi w świat. Drenaż mózgu. Polak drobny przedsiębiorca to Janusz biznesów który nie jest zainteresowany jakąkolwiek nauką. Jemu zależy na szybkim dorobieniu się. Wygodnym życiu, najlepiej wyzyskując swoich pracowników. To istny pan i władca i chłop feudalny. Inwestycje w ludzi w Polsce to zbedny koszt dla niego. On chce mieć super samochód i super wille. Jeśli nawet rozkręci biznes to prędzej czy później sprzeda się zachodniej firmie za miliony. Inna kwestia kto ma pieniądze patenty i know how aby rozwijać technologie? Pani profesor odleciała w kosmos z tym tekstem. Nie wie czy zna historię tego kraju. Tutaj nigdy coś takiego nie wyjdzie. Zachód musi zarabiać na swoim przemyśle. Dla nich east europeans countries to bananowe republiki postradzieckie gdzie każdego da się skorumpować, gdzie przestrzeganie prawa odbywa się na papierze jedynie. Tania siła robocza i rynki zbytu. Nic wielkiego. Konkluzja jest taka Polak ma być w swoim kraju traktowany jako second kategory, niewolnik żyjący w biedzie. Potrafiący liczyć do czterech potrafiący się podpisać i odmówić różaniec w kościele.

    • ~Aska 11.06.2026 18:58

      Przed "aby" warto stawiać przecinki.

    • ~krzych 10.06.2026 11:27

      A co ty tam prawisz. W fabrykach za niedługo będą zatrudniani emigranci, bo polscy absolwenci polskich uczelni nie będą się do tego nadawać. Niech trzymają maturę z matematyki na niskim podstawowym poziomie, to nastąpi to szybciej. Socjalizm europejski zamorduje nas tak jak radziecki tylko trochę dłużej to potrwa.

      • ~Gdghh 10.06.2026 11:36

        Żeby w tym kraju coś się zmieniło trzeba mieć inteligentnych polityków oraz zmienić ordynację wyborcza. Ich interesuje aby wygrać wybory na kolejne pięć lat i na kraść ile wlezie lub dorobić się bardzo szybko na szemranych biznesach lub panstwowym. W Polsce wszystko funkcjonuje w taki sposób że wszystko jest robione na odwrót. Żeby uczyć matematyki na wysokim poziomie trzeba mieć świetnych nauczycieli matematyków w szkołach podstawowych i średnich. Muszą więcej zarabiać i mieć więcej godzin lekcyjnych. To muszą być osoby z pasją a nie negatywnej selekcji. Znajoma koleżanka która bardzo długi czas utrzymywała się z korepetycji matematyki nawet na początku lat 2000 mówiła że na studia nawet na matematyce i po nich do szkoły lądowały osoby które nie do końca się do tego nadawały. Taki matematyk będzie wolał pracować jako data engineer a nie matematyk w szkole za marną pensję.

  • ~Maciek 10.06.2026 00:11

    Nakłady na B+R w 1/3 finansuje sektor rządowy, a w 2/3 sektor przedsiębiorstw. W przypadku sektora rządowego nakłady na B+R, % PKB wynoszą 0,55 w PL, O,92 Niemcy, 0,85 USA. W sektorze przedsiębiorstw wygląda to następująco 0,95 w PL, Niemcy 2,1, Chiny 2, USA 2,7. W PL udział firm zagranicznych w produkcji przemysłowej stanowi 55%, w produkcji high-tech 95%, a w eksporcie 68%. Niech każdy zapamięta, iż rdzeniem gospodarki nad Wisłą są firmy zagraniczne. I teraz, kto ma finansować naukę polską?

    • ~Oikonomicollkos 10.06.2026 17:53

      Super komentarz. I chociaż podpisuję się pod nim, to jednak przepracowałem czas jakiś w zagranicznej korporacji, a potem we własnej firmie i na uczelniach. Wniosek: kapitał dość chętnie otwiera się na nowe możliwości, problemem są ludzie bez doświadczenia, dorobku, nie znający realiów. Artykuł ujawnia, że także w słowach pani profesor tę skazę widzę, pomimo sporego dorobku. Doświadczenie można zdobyć, można także poznać potrzeby zagranicznego kapitału, można łączyć się w partnerstwa krajowe i międzynarodowe... Ale trzeba to zrobić samemu/ samej. Można zacząć od prostszych badań... Na wszystko jest jedna recepta: trzeba to zrobić

  • ~Przemo 09.06.2026 18:55

    Czy to nie jest czasem tak, że najszybszy rozwój wykazują państwa z najwyższym poziomem edukacji?
    Za to podatnik płaci uczelniom, a nie za wydumane badania udające podstawowe.
    Mapa świata wg. IQ i PISA:
    https://www.reddit.com/r/China_irl/comments/1jpotg1/
    2025%E5%B9%B4%E5%85%A8%E7%90%83iq%E6%8E%92%E5%90%8D_average_iq_by_country_2025/?tl=en&rdt=44480

    • ~krzych 10.06.2026 11:39

      Dobrze wskazujesz: Chiny postawiły na matematykę.

  • ~Sobie PAN ek 09.06.2026 16:38

    Wreszcie głos w dyskusji na jaki czekałem. Nie ma innej szybszej ścieżki wdrożenia wyników naukowych badań. Budżet państwa się wykrwawia w walce o płynność a oczekiwania społeczne są dalekie od zaspokojenia.. Jeśli chcemy trochę zaoszczędzić to zmieńmy metodę ewakuacji placówek naukowych i oceny samych naukowców. Miliony złotych pakujemy wydawnictwom za publikowanie mało znaczących artykułów naukowych. Cnota sama się obroni.

    • ~Marcin Przewloka 09.06.2026 18:26

      @Sobie PAN ek

      Wyniki badań, które są generowane w czasie prac wdrożeniowych rzeczywiście zwykle nie są publikowane. W większości nie są również publikowane wyniki badań prowadzonych w firmach, na przykład biotechnologicznych czy też farmaceutycznych. Te wszystkie prace są bezpośrednio nakierowane na wprowadzenie produktu na rynek.
      Jednak to nie takie badania są prowadzone na większości uniwersytetów czy też instytutów PAN. Wyniki tych badań jak najbardziej powinny być publikowane. I wydaje mi się, że właśnie o tego typu badaniach mówi pani Tyrowicz w tym wywiadzie.

  • ~Fidelio 09.06.2026 16:34

    Myślę o kwestii prywatnego finansowania trojako:
    a) Aktualnie, doraźnie wyskakiwanie z prywatnym finansowaniem może być "nietaktyczne" wobec faktu, że państwo nie realizuje swojego obowiązku finasowania; nie należy go więc zbyt łatwo z tej roli zwalniać.
    b) W zasadzie, zwłaszcza przy rozproszonym i zróżnicowanym modelu finansowania, na który przychylnie patrzę, finasowanie prywatne jest naturalne, tak jak mamy w Stanach.
    c) Wobec nieuchronnego kolapsu nauki (którego przyczyny tu już wielokrotnie analizowano, a wkrótce nauka to będzie wyścig cwaniaków/pozorantów/przyczynkarzy z AI, w którym AI będzie też sędziować), przemysł może być tą arką, która przechowa prawdziwą naukę. Pytania o rzetelność i korupcjogenność tego procesu zbledną przy tym prostym fakcie, że jednak za uczciwą naukową opinię, której ktoś będzie potrzebował, wyłoży on własne pieniądze.

    Pewien problem, w zależności od gustu, może stanowić zakres przedmiotowy prywatnego finasowania. Odnoszę wrażenie, że w Stanach za pełnoprawną naukę uznaje się wiele rzeczy, na które starzy polscy naukowcy kręciliby nosem i nazwali "pseudonauką w stylu amerykańskim", ale rzeczy te znajdują zastosowanie, można je spieniężyć, takie mogą oczekiwać dużych prywatnych donacji. Tak jest np. z wieloma gałęziami informatyki, telekomunikacji.

  • ~Marcin Przewloka 09.06.2026 14:32

    Jest sporo różnych wersji prowadzenia badan naukowych za pieniądze prywatne. Chyba najprostsza jest ta wersja, kiedy pracujemy w prywatnym instytucie naukowym. Wtedy wszystko, włącznie z pensją, jest opłacane ze środków prywatnych. Kiedy zaczyna się mieszać pieniądze sprawy stają się nieco bardziej skomplikowane. Wtedy trzeba uważać na konflikty interesów, jak również na to, czy przypadkiem prywatna instytucja (lub osoba) nie wykorzystuje pracowników i środowiska publicznej uczelni tylko i wyłącznie do zarabiania pieniędzy oraz czy nie narzuca kierunków badań.

    Ale generalnie zwykle udaje się znaleźć satysfakcjonujące rozwiązania tych trudności, często te rozwiązania są gotowe, nie trzeba ich szukać i wymyślać od nowa, wystarczy je po prostu zastosować.

    Przypomnę tylko, że w USA 20 do 40 procent badań podstawowych jest finansowanych przez filantropów, w Europie jest to znacząco mniej, zwykle w okolicach kilku procent.

  • ~Stanisław Krawczyk 09.06.2026 13:36

    Udział prywatnych wydatków na badania i rozwój już jest w Polsce podobny do średniej w UE (o ile pamiętam, około 55-57%). Modele na świecie są różne, myślę jednak, że w naszej sytuacji zdrowym podejściem jest dbanie o rozwój jednocześnie finansowania publicznego i prywatnego.

    • ~sqro 09.06.2026 14:50

      Gdzie można znaleźć takie dane? Obecnie to "badania" po firmach polegają na dojeniu dotacji z NCBR, jest lepiej niż za ancien regime, niemniej mental byznesmenów pozostał ten sam

    • ~Marcin Przewloka 09.06.2026 14:37

      @Stanisław Krawczyk

      Te liczby bardzo zalezą od tego, o jakich konkretnie badaniach mówimy. Jeśli mowa o badaniach podstawowych, to na pewno nie jest to 50%, tylko o rząd wielkości mniej.

      • ~Stanisław Krawczyk 09.06.2026 16:33

        @sqro
        Eurostat, można wyszukać po skrócie GERD i R&D, teraz z telefonu nie zalinkuję dokładnie.

        @Marcin Przewłoka
        Tak, przy badaniach podstawowych to na pewno będzie dużo mniej. W wywiadzie chyba nie zawsze wiadomo, o jaki rodzaj badań chodzi (co nie jest grzechem w zapisie rozmowy na żywo).

  • ~Ireneusz 09.06.2026 12:00

    Utajniony raport Uniwersytetu Warszawskiego (2021)Zarzuty o autorytaryzm: Jak ujawnił portal Wirtualna Polska, rzeczniczka akademicka UW wraz z zespołem sporządziła wewnętrzne opracowanie oparte na skargach pracowników jej katedry. Zarzucano jej autorytarny styl zarządzania, lekceważenie opinii podwładnych, a nawet kpienie z ich niedyspozycji.Nieprawidłowości rekrutacyjne: Dokument opisywał również podejrzenia o dopasowywanie kryteriów rekrutacji pod konkretne osoby oraz naruszanie praw autorskich i pracowniczych.Obrona profesorki: Sama prof. Tyrowicz zdecydowanie odrzuca te oskarżenia, nazywając raport nierzetelnym i argumentując, że jej działania wynikały z prób podniesienia jakości naukowej oraz reformowania skostniałych struktur uniwersyteckich.3. Jastrzębie poglądy ekonomiczneRadykalne podejście do inflacji: W debatach ekonomicznych prof. Tyrowicz reprezentuje twarde stanowisko opowiadające się za utrzymywaniem wysokich stóp procentowych w celu szybkiego zduszenia inflacji.Konflikt z rynkiem: Jej bezkompromisowe i często odosobnione wnioski o podwyżki stóp bywały krytykowane przez część publicystów i analityków rynkowych, którzy zarzucali jej zbytnią dogmatyczność i ignorowanie potencjalnych kosztów społeczno-gospodarczych takich działań.
    Szybki research wg AI.
    Natomiast wg mnie nauka ma tworzyć, odkrywać nowe prawdziwe zdania, PRAWDĘ, o naszym świecie. I przekazywać tę prawdę następnym pokoleniom.

  • ~Przemo 09.06.2026 10:25

    To ALBO jest jednym z około stu ALBO.

  • ~kk 09.06.2026 09:36

    Albo postawimy na matematykę ( a maturze obowiązkowa dla wszystkich i tylko poziom wyższy) i technologie, albo zostaniemy w dżungli. Nie ma tu żadnej dyskryminacji, a wręcz przeciwnie dbanie o to by każdy miał równe szanse. Obecny system prowadzi do równania w dół, a cierpi na tym nauka polska, społeczeństwo i gospodarka.

    Są bardzo proste rozwiązania podnoszące poziom naukowy. Tylko trzeba mądrze działać, a nie na zasadzie wydaje mi się bezmózgowych o wykształceniu humanistycznym czy społecznym, więc niech rząd zmieni filozofie, a jak nie niech się odsunie, bo tak jak oni rządza, to przedszkolaki lepiej by rządziły.

    • ~Albert 09.06.2026 17:09

      Większość populacji albo nie ma zdolności matematycznych, albo nie trafia na właściwych nauczycieli matematyki. Obowiązkowa matura rozszerzona "dla wszystkich" nie rozwiąże żadnego problemu społecznego, za to zwiększy do niewiarygodnych rozmiarów rynek korepetycji i psychiatrii młodzieżowej.

      • ~kk 09.06.2026 17:34

        Chiny nie przejmują się zdolnościami matematycznymi w społeczeństwie i postawiły na matematykę i technologie i jak się wydaje brednie Pan opowiada razem za tym rządem lewicowych lewusów. Polska jest za Chinami. Co do rynku korepetycji i psychiatrii młodzieżowej, to bym się nie przejmował, bo jak tak dłużej będzie jak jest to 99 procent społeczeństwa będzie miało psychiatrów ustalone daty wizyt, gdyż nic co polskie nie będzie wartościowe. Polskę w najbliższych latach czeka pod względem naukowym lot koszący.

        • ~dr-On 09.06.2026 19:38

          Wie Pan, Chiny, to niemal 1.5 mld ludzi. Tak więc, zgodnie z Prawem Wielkich Liczb, prawdopodobieństwo znalezienia w takiej populacji ludzi uzdolnionych matematycznie jest dość duże. A co do lewusów, to w Chinach rządzi partia komunistyczna, która owszem, postawiła na kapitalizm, ale zgodnie z zasadą "jeden kraj, dwa systemy". Nasze polskie "lewusy" chyba tamtym nie dorównują...
          Poza tym, jest tam inna mentalność, której w Polsce chyba próżno by szukać. W Polsce, gdzie jak już pisałem, dzieło o filozofii kultury, o korespondencji poety X z poetą Y., czy o prawie, o dyplomacie sprzed 150 lat itp. itp., jest dla przeciętnego Iksińskiego, JUŻ szczytem intelektualnego osiągnięcia. Zaś byle publikacja, nawet przyczynkarska, o sumowaniu szeregów liczbowych, czy o równi pochyłej, to dla niego "ponad-szczyt", a przeciętna publikacja zawierająca oryginalne wyniki z np. fizyki materii skondensowanej, czy fizyki statystycznej, to już wg niego, fanaberia, raczej do niczego niepotrzebna.
          Kol. Albert słusznie napisał, że "Obowiązkowa matura rozszerzona "dla wszystkich" nie rozwiąże żadnego problemu społecznego, za to zwiększy do niewiarygodnych rozmiarów rynek korepetycji i psychiatrii młodzieżowej. " No tak, byle dzieciak przystępujący do matury, na której będzie miał "krzesło tortur", gdy będzie musiał zmierzyć się np. z badaniem funkcji, do czego czuje awersję, dozna załamania psychicznego. Po prostu, polska edukacja jest do TOTALNEJ PRZEBUDOWY. Właśnie OD TEGO trzeba zacząć, oczywiście, zmiany powinny iść dalej, system polskiej nauki, MUSI TEŻ być MOCNO zmieniony.

          • ~kk 09.06.2026 20:05

            W każdej populacji jest około 7% uzdolnionych technicznie czy w Chinach czy w Polsce.
            To, że ktoś nie jest uzdolniony to nie znaczy, że nie może w danym kierunku ćwiczyć i tak ma być z matematyką.
            Jak Pan popatrzy 90% roczników kończy studia, a więc będą mieć większe aspiracje życiowe i nie będą pracować na nieodpowiadających im stanowiskach. Oczywiście takie im trzeba stworzyć w budżetówce, bo do pracy w zakładach też nie będą nadawali. Jacyś w przyszłości rządzący zaserwowali nam to zgnite jabłko, której efektem będzie zgoda na wpuszczanie imigrantów, bo ktoś musi zamiatać ulice i pracować w fabrykach i brać socjalne. Oni specjalnie nie będą walczyć na froncie.
            Nasze polskie lewusy mają tytuły doktorskie i profesorskie jak widzę.
            Idąc dalej za kol. Albert, to należałoby w ogóle maturę znieść, no bo bardzo stresująca i po co ona skoro i tak wszyscy się dostają na studia, a i po co stygmatyzować i dołować psychicznie tych, którzy jej nie zdali