Rektorzy akademickich uczelni medycznych apelują do rodziców, aby zapisywali dzieci na lekcje edukacji zdrowotnej, choć nie będą one obowiązkowe. Jednocześnie uważają, że należy jak najszybciej wprowadzić regulacje pozwalające wykorzystać potencjał tysięcy absolwentów zdrowia publicznego, którzy mogliby wspomóc system w obszarze edukacji i profilaktyki zdrowotnej.
Trzydniowe spotkanie Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych (KRAUM) pt. „Edukacja zdrowotna, medyczna i humanizacja we współczesnym kształceniu kadr medycznych” zorganizowano na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu. O tym, że jest w tych obszarach wiele do nadrobienia, świadczą twarde dane.
– Długość życia oraz liczba zgonów możliwych do uniknięcia przez działania profilaktyczne to wskaźniki, w których Polska odbiega na niekorzyść od średniej w Unii Europejskiej – podkreśliła dr Beata Małecka-Libera, przewodnicząca senackiej komisji zdrowia. – Wiele mówi się o tym, że brakuje u nas kadry medycznej, ale jednocześnie kształcimy całą grupę ludzi, których dotychczasowa ścieżka kariery nie była w pełni wykorzystana. Są to absolwenci zdrowia publicznego, którzy mają wszelkie kompetencje do tego, by pełnić rolę koordynatorów i edukatorów w systemie.
Senator poinformowała, że w Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad regulacją zawodu profilaktyka. Dr hab. Łukasz Rypicz, dziekan Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, dodał, że w obecnym stanie prawnym gruntownie wykształcony i kompetentny absolwent zdrowia publicznego nie mógłby po studiach prowadzić w szkołach zajęć z edukacji zdrowotnej. Musi dodatkowo zdobyć uprawnienia pedagogiczne.
– Edukacja zdrowotna to wiedza, a wiedza to bezpieczeństwo – zaznaczył. – Żałujemy, że ten ważny przedmiot wchodzi do szkół w formie fakultatywnej. Jako społeczność akademicka apelujemy do rodziców, aby pozwolili dzieciom uczestniczyć w tych zajęciach. Wiemy, że przyniesie to prawdziwe korzyści. Jednym z przykładów jest Szwecja, gdzie wprowadzono edukację zdrowotną do programu nauczania wiele lat temu i są tego efekty, czyli znacznie zdrowsze społeczeństwo.
Nie czekając na nowe regulacje prawne, Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu chce wesprzeć merytorycznie obszar edukacji zdrowotnej. Pracownicy uczelni opracowują podręcznik dla nauczycieli tego przedmiotu. Publikacja będzie zawierała zagadnienia zgodne z podstawą programową, omówione w przystępny sposób i dostosowane do percepcji uczniów, ale oparte wyłącznie na rzetelnej wiedzy naukowej.
Język komunikacji, zróżnicowany ze względu na odbiorców, jest niezmiernie istotny nie tylko w szkołach. Jak skutecznie docierać do pacjentów z informacjami, które często są dla nich trudne emocjonalnie? To jeden z kolejnych tematów, o których w stolicy Dolnego Śląska dyskutowali rektorzy akademickich uczelni medycznych.
– Jako uczelnie medyczne mamy do spełnienia misję wykształcenia kadry medycznej i wyposażenia jej w różnorodne kompetencje – wyjaśniała prof. Agnieszka Piwowar, prorektor ds. studentów i dydaktyki Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – Chodzi także o kompetencje społeczne, dlatego podczas posiedzenia KRAUM podkreślamy wagę humanizacji medycyny i empatii w kontaktach z pacjentem. Dotyczy to nie tylko lekarzy, ale wszystkich zawodów medycznych, bo w procesie leczenia uczestniczą wielodyscyplinarne zespoły złożone z lekarzy, pielęgniarek i położnych, farmaceutów, fizjoterapeutów i dietetyków. Ważna jest umiejętność wzajemnej współpracy, której także musimy uczyć już na studiach.
Trudne rozmowy w praktyce lekarskiej, godność pacjenta geriatrycznego i holistyczne podejście do pacjenta – to główne tematy panelu dotyczącego humanizacji medycyny.
– Jest coś smutnego w tym, że musimy wracać do dyskusji o humanizacji i empatii. Przez wiele lat żyłem w przeświadczeniu, że są one wartością domyślną w zawodzie lekarza – zauważył prowadzący panel dr hab. Robert Zymliński, dziekan Wydziału Lekarskiego UMW. – Jednak czasy się zmieniają, nie tylko dlatego, że zmienia się wrażliwość społeczna, ale także z powodu języka obowiązującego w systemie. Nie mówimy o człowieku, chorobie i cierpieniu, ale o „świadczeniobiorcach” i „świadczeniodawcach” oraz o „procedurach”, bo taki język wymusza płatnik. Dlatego wielu z nas „udziela świadczeń medycznych”, a nie leczy. Chcemy to zmienić i wyposażyć przedstawicieli zawodów medycznych w odpowiednie kompetencje do tego, by potrafili przekazać pacjentowi i jego bliskim rzetelne i prawdziwe informacje, nawet gdy dotyczą sytuacji krytycznych, a jednocześnie nie odbierali chorym nadziei i szanowali godność człowieka – podkreślił.
Anna Szejda, źródło: UMW
z Archiwum X ...
A jak, nic nie robić i dobrze zarobić, i mamy "wielu z nas „udziela świadczeń medycznych”, a nie leczy" Czyli trutu tutu, daj byle co i kasę weź, a najlepiej powiedz żeś zdrowy i do roboty, a nie na zwolnienie. Wielu z nas to konowały, ale mamy papier na kasę branie. Stąd i takie apele by ogłupić dzieci.
Może lepiej J.W. państwo rektorzy uczelni medycznych zatroszczyliby się PRZEDE WSZYSTKIM, o EDUKACJĘ przyszłych LEKARZY na studiach medycznych, bowiem poziom pewnego odsetka absolwentów studiów medycznych, gdy już są lekarzami, to... LEPIEJ NIE MÓWIĆ. Bowiem, państwo lekarze niestety, NIE ZAWSZE mają ochotę na DOINFORMOWANIE pacjenta odnośnie jego choroby, czy sposobu leczenia LUB (nie albo) po prostu, mylą się przepisując niewłaściwe leki. Niestety, ale nawet stopień "dr hab." nauk medycznych i tytuł profesora NIE CHRONI takiego lekarza przed tego rodzaju pomyłkami.
Pacjent musi niejednokrotnie SAM dowiadywać się lub domyślać się, co i jak. Ma tutaj wkurzające doświadczenia jedna z osób z mojej rodziny, która płaciła krocie na wizyty prywatne, ale niestety, przekonała się, że pewien odsetek lekarzy ma "w poważaniu" potrzeby pacjenta LUB popełniają BŁĘDY w rozumowaniu logicznym.