Konieczne są realne zmiany w organizacji pracy na uczelniach. Trzeba dopuścić większą specjalizację ścieżek badawczej, dydaktycznej i organizacyjnej oraz oceniać jakość, nie tylko ilość pracy. Należy także uwzględniać dobrostan pracowników jako istotny element funkcjonowania uczelni – pisze prof. Agnieszka Zimmermann, prorektorka ds. kształcenia Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Pracownik badawczo-dydaktyczny funkcjonuje w wielu rolach jednocześnie, często rozpiętych między różnymi, niekiedy nawet sprzecznymi, oczekiwaniami. Jest badaczem, od którego społeczeństwo spodziewa się przede wszystkim publikowania, pracodawca liczy na jak największą liczbę artykułów. Powinien być skuteczny w pozyskiwaniu grantów i prowadzeniu projektów. To również ktoś, kto wprowadza młodszych stażem w świat nauki.
Równocześnie pozostaje dydaktykiem. Prowadzi zajęcia, pożądane jest, by odbywało się to w sposób nowoczesny i angażujący. Przygotowuje materiały, opracowuje egzaminy i zaliczenia. Jest promotorem prac dyplomowych, uczestniczy w ich obronach, bierze udział w pracach rad dydaktycznych, wydziałowych oraz zespołów zajmujących się jakością kształcenia.
Na tym nie koniec. W tej samej osobie mieści się także administrator zobowiązany do sprawnego raportowania swoich osiągnięć, uczestnictwa w procedurach akredytacyjnych, obecności na posiedzeniach komisji zajmujących się zarówno sprawami strategicznymi, jak i bieżącym funkcjonowaniem uczelni. To praca często niewidoczna, lecz czasochłonna i wymagająca. Nierzadko pracownik akademicki staje się również menedżerem: prowadzi zespoły badawcze i projektowe, koordynuje współpracę, opiekuje się kołami naukowymi, wspiera rozwój studentów i współpracowników. Bywa też popularyzatorem nauki i organizatorem wydarzeń, łącząc świat akademii z otoczeniem społecznym. W efekcie jedna rola rozszczepia się na wiele, a każda z nich domaga się pełnego zaangażowania.
Nakładanie się licznych, często sprzecznych zadań (badacza, dydaktyka, administratora i menedżera), przy ograniczonych zasobach, braku czasu i wsparcia systemowego, prowadzi do chronicznego konfliktu priorytetów. W konsekwencji spada jakość pracy naukowej i dydaktycznej, która wymaga przecież skupienia, czasu i intelektualnej przestrzeni. Równolegle erozji ulega dobrostan, czyli coś, co przez długi czas traktowane jest jako kwestia prywatna, choć w istocie jest bezpośrednio kształtowane przez warunki pracy. Na ścieżce zawodowej pojawia się poczucie chaosu i przeciążenia. Następnie doświadczamy frustracji, by na koniec ulec wypaleniu i braku poczucia sensu. Ale źródłem tego napięcia nie jest człowiek.
To nie indywidualna słabość, brak kompetencji czy niewystarczająca „odporność” prowadzą do spadku efektywności i wyczerpania. Te zjawiska są raczej symptomem. Cichym, ale uporczywym symptomem głębiej zakorzenionego problemu. Tym problemem jest konstrukcja samego systemu, w którym pracujemy. Funkcjonujemy w rzeczywistości, która stawia przed nami wysokie wymagania, czasem nawet wzajemnie się wykluczające, nie oferując jednocześnie adekwatnych narzędzi do ich realizacji ani należytego wsparcia. Oczekuje się od nas doskonałości w wielu rolach jednocześnie, jakby czas i uwaga nie miały swoich granic. W tej logice przeciążenie przestaje być wyjątkiem i staje się normą.
Uniwersytet opiera się na zaangażowaniu i wewnętrznej motywacji pracowników i właśnie ta pasja sprawia, że łatwiej akceptujemy nadmiar obowiązków i brak równowagi. Praca akademicka przenika nasz czas prywatny. To nie człowiek zawodzi. To środowisko, w którym przyszło nam działać, staje się nie do wytrzymania.
Dlatego potrzebne są realne zmiany w organizacji pracy na uczelniach, by obowiązki były rozłożone racjonalnie. Trzeba dopuścić większą specjalizację ścieżek badawczej, dydaktycznej i organizacyjnej oraz oceniać jakość, nie tylko ilość pracy. Należy uwzględniać dobrostan pracowników jako istotny element funkcjonowania uczelni, a w procesie oceny uczelni należy uwzględniać to, jaką kulturę pracy tworzy i promuje.
Agnieszka Zimmermann
Piękny i mądry tekst. Czuję się starym dziadem, przegrywem. Na szczęście mam tych drogich Studentów, pewien pomysł na badania z nimi i samemu, i z moim Instytutem. Wielowymiarowa (nauka, dydaktyka, organizacja) praca daje znać o sobie w prawie wieku lat 50. Jestem nauczony nienarzekania. Ale jednak, coś się burzy, wzmaga w sercu i umyśle.
Witam. Dziękuję za to, że ktoś to w końcu powiedział! Pracuję na uczelni od czterech lat i jestem jednocześnie: dydaktykiem przeciążonym zajęciami (prowadzę ich tyle co dwa etaty), bo nikt niektórych nie chce wziąć, a z racji krótkiego stażu i wciąż braku zatrudnienia na umowę na czas nieokreślony nie mam możliwości odmówić, bo będzie to źle widziane i umowa nie zostanie przedłużona. Oczywiście co roku dostaję nowe zajęcia do prowadzenia, o innej specyfice, które trzeba przygotować. Prowadzę dwa seminaria i koło naukowe. Prowadzę 8 kursów w semestrze (jako adiunkt powinienem połowę tego), połowa to nadgodziny za grosze. Oprócz tego jestem kierownikiem dwóch kierunków (pisanie sylabusów, wprowadzanie ich, zmiany programu, przydziały, zwoływanie zebrań, działania promocyjne, kontakty z innymi uczelniami i szkołami średnimi, wizyty w liceach, tworzenie planu, udział w radach, rozliczenia, branie na siebie PKA) oraz członkiem rady innego (tam de facto pełnię zadania koordynatora) oraz jednocześnie pracownikiem naukowym, od którego wymaga się jak najszybszej habilitacji. Co gorsza co roku z uwagi na spadek liczby studentów muszą martwić się za cały kierunek i innych pracowników czy będą grupy, czy będzie stopień magisterski i walczyć o studentów. Po czterech latach czuję się już wypalony. Pracuję codziennie nawet w weekendy. Inni mają życie rodzinne i prywatne, ja niestety nie mam na to czasu. Naprawdę ten system jest nie do zniesienia i myślę o rezygncji.
A propos 🙂
https://wojciechzielinski.blogspot.com/2019/11/uniwersytet-wasciwie.html
Pozwolę sobie dodać do listy oczekiwań i zadań pracownika naukowego jeszcze jedno: zdolność do powtarzania tego zestawu zadań, a przynajmniej jego znacznej części, na dodatkowych etatach czy innych ubocznych fuchach. Wymaga tego bowiem - aż nazbyt często - utrzymanie znośnego dobrostanu rodziny naukowca.
Na pamięć zasługuje też postawa niektórych decydentów wydziałowych i uczelnianych, owładniętych wciąż amokiem ewaluacyjnym, którzy nie wyobrażają sobie świata bez kategorii naukowych, punktów, slotów etc. Z rewolucyjnym, żeby nie powiedzieć bolszewickim, zacięciem dążą oni do realizacji swoich ambicji niemających wiele wspólnego z misją Akademii, wydatnie przyczyniając się do tego wszystkiego, co opisuje ten ważny głos. Szkoda, że tak rzadko mówi się publicznie o społecznych skutkach patologicznego stanu naszej nauki i szkolnictwa wyższego.
Na przykład kanclerz Umed lodz
Może warto by było uprościć system oceny uczelni i instytutów?
Rektor lub dyrektor zatrudnia ileś tam osób. Te osoby mają wykonać oczekiwaną przez podatnika pracę:
1. dobrze wykształcić pewną liczbę studentów.
2. wykonać rzetelnie ileś tam projektów badawczych, a wyniki opatentować albo dobrze opublikować.
Po co się bawić w jakieś liczby n i kombinować? Czy nie szkoda czasu na administracyjno - ewaluacyjną kreatywność punktową?
Kogo obchodzi czy projekt wykona 10 profesorów i jeden technik czy jeden profesor i 10 techników?
Oni naprawdę uważają, że tak trzeba, nawet jak czasem powiedzą inaczej ale po czynach ich poznacie a nie po słowach bez pokrycia. Chyba na większości uczelni ocena pracowników jest po punktach (plus inne rzeczy) choćby nie wiem ile mówiło się, że ewaluacja nie służy do oceny pracowników. Faktycznie za mało się o tym mówi. System systemem ale na końcu i tak wszystko psują ludzie.
Drogie Forum Akademickie dziękuje za ten artykuł.
Nikt nie pyta o ludzi... którzy są już na skraju wytrzymałości, nie chodzi o pieniądze, choć też są ważne.
Najbardziej pracowników badawczo-dydaktycznych dobija przeciążenie i nadmiar wszelakich obowiązków.
Dziękujemy, za to że ktoś w końcu zwrócił uwagę na badawczo-dydaktycznych...
Stan psychiczny pracowników badawczo-dydaktycznych jest opłakany. Wielu mi znanych cierpi na depresję i intensywnie się leczy. Przeciążenie - prace dyplomowe, seminaria dla dyplomantów, komisje, zajęcia, konferencje i artykuły jak najwięcej publikacji najlepiej z wysokim IF (proszę o poradę kiedy samemu robić te wybitne analizy i badania?)
...
pozostają zawiedzione ambicje, praktyczne 0 szanse na granty....
smutna rzeczywistość a w wieku 50 sił coraz mniej :(
Doskonale rozumiem co masz na myśli, ja mam dopiero 42, ale ostatnio tak myślałem… najstarsza córka zaraz do szkoły średniej potem na studia, z czego my jej opłacimy mieszkanie jak oboje zarabiamy z żoną podobne pieniądze. Granty to absurd dziś dostałem pismo z komisji odwoławczej ncn powołany nowy ekspert zaopiniował grant, ale okazało się że opinia wadliwa nie odnosi się do tematyki projektu, i znowu przedłużenie o kolejny miesiąc z racji kolejnego nowego eksperta. Dobrze że chociaż ta komisja odwoławcza ma bardziej rzetelne podejście. No ale co tu gadać z pustego to i Salomon nie naleje
Może nie diagnozujmy już lecz zastanówmy się jak powinno być.
Może subwencja nie za przyjętego studenta, tylko za absolwenta i wyższa za ukończone studia magisterskie niż za licencjackie?
Może kontrolą jakości nauczania zajęłaby się Komisja Akredytacyjna? Na razie chodzą i sprawdzają czy mamy czysto i czy etanol w salach ćwiczeń nie jest przeterminowany. Członkowie tych komisji to zdolni ludzie i nie powinno się marnować ich czasu na rzeczy, które sprawdza Państwowa Inspekcja Sanitarna oraz Państwowa Inspekcja Pracy.
Może nauczyciel akademicki nie powinien uczyć więcej niż jednego przedmiotu, a ten, którego uczy powinien być tożsamy z obszarem jego badań naukowych?
Na jednego nauczyciela akademickiego nie powinno przypadać więcej studentów niż przypada uczniów na jednego nauczyciela w szkole średniej.
Nie powinno się marnować czasu pracowników naukowo - dydaktycznych na prowadzenie zajęć z małymi grupami studentów. Jeśli tak się dzieje, to znaczy, że program nauczania na kierunku studiów jest niedopracowany, albo o tym, że kierunków jest za dużo w stosunku do liczby studentów.
Może warto oddzielić wynagrodzenie za dydaktykę od wynagrodzenia za prowadzenie badań i pracę administracyjną i uczciwie ją wycenić albo przyznawać uczciwą punktację za dydaktykę: jeśli prowadzisz obszerny przedmiot, jak np. fizjologia zwierząt, botanika, biochemia, chemia organiczna itp., powinno to wystarczać do uzyskania dobrej oceny bez udziału w badaniach naukowych. Nauczanie tych i innych obszernych przedmiotów na dobrym poziomie, z przeglądem aktualnych odkryć wymaga bardzo dużo czasu, doświadczenia i zaangażowania. Oceny studentów nie będą zachwycały, ponieważ pojawią się wyższe wymagania.
Może należy odrzucić prostacką, ustawową ocenę: negatywna / pozytywna? Uczelnie powinny dysponować rzetelnym rankingiem pracowników, prowadzonym wielowymiarowo.
Uczelnie mają taki wstydliwy problem: nie chcą lub nie potrafią zmusić pracowników do pracy, której wykonanie jest im potrzebne, a zdaje się jedynym skutecznym rozwiązaniem tego problemu jest podpisywanie umów, zobowiązujących do niepodejmowania pracy poza uczelnią i możliwość rzetelnego płacenia przez uczelnię za dobrze wykonaną pracę. Płacenie zależnie od stanowiska to archaiczny system, który nie działa, a na domiar złego jest stosowany w sposób coraz bardziej karykaturalny. Jak to mówią: historia powtarza się jako farsa. Myśleć warto.
Każdy system będzie ulegał wypaczeniu przy nieuczciwości ludzi. Obecnie nieuczciwe jest często traktowanie studentów, np. tworzenie zbyt dużych, a nie zbyt małych, grup dydaktycznych, "olewanie" dydaktyki itp. Zgadzam się w 100%, że zajęcia powinny mieć związek z obszarem działalności naukowej. Jednak najbardziej uciążliwa jest biurokracja: wnioski, sprawozdania, plany itp. Na świecie niektóre uczelnie zatrudniają specjalnego fachowca do pisania wniosków o granty, zgłoszeń na konferencje itp., żeby pracownik naukowy nie marnował czasu na bzdety.
P.S. Studenci na drugich zajęciach z matematyki poprosili o wyjaśnienie jakiejś kwestii. Usłyszeli: " Ja nie jestem od wyjaśniania tylko od sprawdzania wiadomości!"
Co jest złego w małych grupach studentów? Na wielu znakomitych uczelniach istnieje tutoring czyli zajęcia 1:1 (serio, istnieją studia inne niż z nauk przyrodniczych!). Subwencja do przyjętego studenta zła - czy trudno sobie wyobrazić do jakich patologii będzie prowadzić subwencja do absolwenta?
Otwieranie i prowadzenie kierunku studiów dla kilku osób jest nieekonomiczne. Nie mam tu nic przeciw tutoringowi.
Najlepsza by była subwencja, której wysokość zależałaby od jakości kształcenia.
Cyt."Może nauczyciel akademicki nie powinien uczyć więcej niż jednego przedmiotu, a ten, którego uczy powinien być tożsamy z obszarem jego badań naukowych? "
Nie "może", ale "na pewno". Ameryki Pan nie odkrył. Od ponad 20 lat prowadzę zajęcia, z których pewna część ma się NIJAK do mojej działalności naukowej. Kiedyś ten odsetek tych zajęć, co się mają do moich badań, jak "piernik do wiatraka", to było 100%. Skutek jest taki, że wielu przedsięwzięć naukowych nie zrealizowałem wcale lub zrealizowałem je z opóźnieniem, a to rzecz jasna, nie wpływa dobrze np. na liczbę cytowań. Poza tym, po tych latach widzę wyraźnie, że mój entuzjazm do pracy naukowej, po prostu spadł o kilkadziesiąt procent. Podejrzewam, że podobnie mają ludzie z mojej niegdysiejszej grupy badawczej, z których już chyba żaden nie zajmuje się działalnością naukową. Tak można ZMARNOWAĆ dużą część potencjału ludzkiego. A w międzyczasie są pomysły na ściąganie naukowców z zagranicy... Bez komentarza.
z tym "może" to pytanie, być może retoryczne, czy oczekuje się od nas kształcenia ludzi, którzy będą potrafili pracować dla państwa i jego gospodarki, czy tylko ludzi z dyplomami? Jeśli to drugie, to zastanawiam się dlaczego i komu przeszkadzało Collegium Humanum? Robili robotę z dyplomami skutecznie i taniej niż inne uczelnie.
A dlaczego to akurat my się mamy zastanawiać, jak powinno być? My jesteśmy wynajętymi ludźmi: pan minister przedstawia nam zadania i oferuje za nie zapłatę. Na dziś te zadania są dosyć proste: mamy publikować w pismach, którym pan minister nadał pewną ilość punktów według sobie znanego kryterium. Im więcej tych punktów się zbierze tym lepiej. Za to oferowano pewną zapłatę, kwota nie jest oszałamiająca ale jako dodatek do pensji jest nie do pogardzenia. Komu się podoba, ten weźmie, komu się nie podoba, ten nie weźmie. Ja biorę i tyle. Lubię absurdalne gry, Monty Pythona i Petera Sellersa potrafię oglądać godzinami.
Dziadku pora odpocząć na emeryturze, nie siać zamieszania po forach, to są inne czasy, których nie zrozumiesz.
Młodzieńcze, to nie na pański poziom.
Swoją drogą, administracja mogłaby czasem schwytać za miotłę.
Kiedy się pracuje za granicą, takie podejście jest w porządku.
Jesteśmy obywatelami i możemy głosować, agitować i prowadzić wszelką działalność polityczną. Ale jako naukowcy jesteśmy tylko i wyłącznie najmitami - i to niższego rzędu niż konserwatorzy powierzchni płaskich, tak przynajmniej nas władza traktuje. Za komuny była jeszcze szczątkowa autonomia uczelni, od dawna jej nie ma, w PANie autonomii nauki nie było nigdy.
To prawda.
Jak człowiek gdzieś nie może wytrzymać, to idzie gdzie indziej. A jeśli jednak nie idzie, to chyba może wytrzymać.
W zasadzie prawie wszedzie ta sie wytrzymac bo nie zawsze ma sie gdzie pojsc. Tylko na najnizszym poziomie motywacji, minimum absolutne a to wiadomo sprawie nie sluzy
Zaryzykuję tezę, warunki w obozach koncetracyjnych były gorsze niż na polskich uniwersytetach. Tak samo rygor detencji.
Co do obozów koncentracyjnych, to warunki nie "były" gorsze, tylko są.
To się dzieje dzisiaj, pozwolę sobie wspomnieć, gdyby ktoś w Polsce nadal tego nie zauważał.
Nie ma w zasadzie organizacji polskiej nauki.
Tak na prawdę to nie nauka, ale publikacje są generowane dla prywatnych karier naukowych, choć tak na prawdę profesor nie znaczy, że zasłużony nauce. Mamy towarzystwa wzajemnej adoracji. Jak ktoś ma długa listę publikacji to wybitny naukowiec, choć de facto z tych publikacji nie ma nic konkretnego.
Polska nauka polega na tym, że każdy sobie rzepkę skrobie. To samo jest z dydaktyką na uczelniach. Programy studiów składają się z przedmiotów, ale po studiach radź sobie młody człowieku sam. Nie są przygotowani do pracy, a właściwie to absolwenci-buble są wypuszczani.
Wciąż marzy mi się, aby w Polsce były programy naukowe związane z obronnością jak na przykład teleportować cały oddział wojska w określone miejsce.
Niektórzy poddają w wątpliwość czy matematyka jest potrzebna na maturze, aby sobie dobrze radzić w życiu. Oczywiście, że nie jest potrzebna, tak jak sama matura do tego nie jest potrzebna. Tylko dziś mamy debilowatych profesorów, choć wygadanych. Aby w życiu sobie radzić wystarczy spryt organizacyjny i nie potrzeba do tego być zbyt inteligentnym.
"Polska nauka polega na tym, że każdy sobie rzepkę skrobie."
Tak miałem właśnie przez wiele lat, z jakąś tam niezbyt wielką pomocą nieżyjącego już opiekuna mojej pracy doktorskiej, który pracował na innej uczelni. Na mojej uczelni byłem sam, poza zespołem. Działałem też w innej dziedzinie naukowej, współpracując z pewną Osobą, która aktualnie jest już obłożnie chora, i (jak sama stwierdziła), do żadnej współpracy już się nie nadaje.
Jeśli jesteś "poza klanem naukowym", to cóż... musisz się pogodzić z myślą, że uznanie za twoje dokonania naukowe (jeśli w ogóle jakieś będzie), może być za wiele, wiele lat, czy nawet dekad. Kiedyś NAIWNIE wierzyłem, że wystarczy pracować, uzyskiwać dobre wyniki i je publikować, a zostanie się docenionym. Obecnie widzę, jak bardzo to było naiwne. Jeśli nie ma się naukowego "ojca chrzestnego", to raczej nie należy oczekiwać (szybko) jakiegoś uznania.
Dodam tylko, że to nie kto inny jak wy, wybitna kasto prof./hab. kreujecie politykę naukową i to środowisko w którym pracujemy i to wy zgotowaliście naukowcom ten los.
Przekonanie, że istnieje polityka naukowa, i to w dodatku taka, którą ktoś kieruje, wydaje mi się przejawem pewnej naiwności.
"Nie mam Pańskiego płaszcza i co mi Pan zrobi ?"
Jest gorzej, bo oni udają, że nigdy nie mieli mojego płaszcza.
Tylko bardzo bardzo nieliczni mają wpływ na to co się dzieje
Nieprawda. To struktura głęboko osadzona w PRL, działająca poza realną kontrolą i oparta na strachu oraz zastraszaniu. Tam, gdzie rządzi strach, nie ma miejsca na krytykę ani merytoryczne działanie.
Trwanie tego tworu nie przyniesie niczego dobrego, bo system zbudowany na lęku zawsze będzie blokował jakąkolwiek zmianę.
Miałem na myśli konstrukcję systemu nauki.
Kolesiostwo, nepotyzm, walka o stołki i pradziwą lub wyimaginowaną pozycję to inna historia - wynika z natury ludzkiej a nie z systemu.
System jest przestarzały i niedostosowany do naszych czasów. Jeżeli chodzi o struktury uczelni, to jeszcze niezbyt wiele zmieniło się od czasów naszego wyjścia z PRL. Na wielu wydziałach istnieją rozrośnięte katedry, które przejadają publiczne pieniądze – tak duże grupy są zazwyczaj nieefektywne i blokują powierzchnie laboratoryjne małym, bardziej prężnym zespołom – lub często są udostępniane na zasadzie “franczyzy”. Moim zdaniem dużo dobrego zrobił NCN - dał możliwości młodym badaczom na pozyskanie funduszy, niezależnie od ich lokalnych uwarunkowań na uczelni.
*Jest jeszcze jeden ważny aspekt: ponad 95% kadr to kariera naukowa mgr-> dr -> hab. -> prof. na tej samej uczelni !!!! Taka struktura generuje systemowy problem tworzenia koterii, układów, nepotyzmu.
**240h pensum w naukach ścisłych to nieporozumienie.
***Aparatura zakupiona z funduszy zewnętrznych powinna być przypisana do naukowca. Jesteś prężnie działającym naukowcem, zbudowałeś zaplecze aparaturowe, musisz mieć możliwość przeniesienia zespołu. Uczelnie powinny konkurować ze sobą w pozyskaniu tych najlepszych naukowców.
Potrzebne są zmiany systemowe.
Trudno nie zgodzić się z diagnozą, że środowisko akademickie staje się coraz bardziej obciążające, ale jednocześnie widać wyraźnie także w komentarzach pod artykułem, że problem jest znacznie głębszy i wielowymiarowy. Wielu pracowników nauki zwraca uwagę, że nie chodzi wyłącznie o „przeciążenie obowiązkami”, lecz o kompletny brak spójnej polityki kadrowej, niejasne kryteria awansu, chroniczne niedofinansowanie i kulturę organizacyjną, która od lat premiuje pozory efektywności zamiast realnej jakości.
To, co w artykule opisano jako „nakładanie się ról”, komentujący często interpretują jako efekt źle zaprojektowanego systemu, w którym obowiązki administracyjne i dydaktyczne są przerzucane na pracowników bez refleksji, czy mają oni do tego warunki. Wielu z nich podkreśla, że problemem nie jest sama praca, lecz chaos, brak wsparcia i rosnąca biurokracja, która wypiera sensowną działalność naukową.
Warto też zauważyć, że część komentujących zwraca uwagę na rozbieżność między deklaracjami władz uczelni a realnymi działaniami. Mówią wprost: jeśli kierownictwo dostrzega przeciążenie, to dlaczego nie wprowadza zmian tam, gdzie ma na to wpływ? Dlaczego struktury uczelniane wciąż działają według logiki sprzed dekad, a ocena pracownika opiera się głównie na liczbach, domniemaniach nie na jakości?
Artykuł trafnie opisuje objawy, ale komentarze pokazują, że środowisko oczekuje czegoś więcej niż diagnozy, domaga się realnej odpowiedzialności i odwagi wprowadzania zmian. Bez tego każda kolejna dyskusja o „dobrostanie” pozostanie tylko dobrze brzmiącym hasłem.
Podsumowując i parafrazując "Dobrostan grupy trzymającej władzę ma się dobrze", pomimo że członkowie tej grupy otrzymują najniższe oceny studenckie w ankietach.
Tak, jesteśmy przemęczeni ale nie jest rozwiązaniem rozdzielenie etatów naukowych, dydaktycznych czy czysto organizacyjnych (co by to zresztą było?). Dobrym dydaktykiem powinny być osoby, które prowadzą badania w dziedzinie, której uczą, bo takie osoby są w stanie naprawdę zaangażować studentów i wciągnąć do prac badawczych. Podział na etaty czysto naukowe i badawczo-dydaktyczne budzi (podkreślam: uzasadnione) poczucie niesprawiedliwości wśród tych drugich - dlaczego ktoś ma być zwolniony z obowiązków dydaktycznych, a inni nie? Dydaktyka nie jest piątym kołem u wozu na uczelni tylko równoprawną aktywnością naukowca - wystarczy sięgnąć do historycznych polskich wzorów - wspominamy po latach swoich nauczycieli i ich wpływ na nasze życie dlatego, że byli NAUCZYCIELAMI a nie po prostu badaczami.
Jedynym rozwiązaniem jest moim zdaniem elastyczny podział obowiązków - w jednym roku ty masz więcej dydaktyki, w innym ty masz więcej czasu na pracę badawczą i pisanie a ja z kolei wracam do większego obciążenia dydaktycznego. Prawo do urlopu naukowego dla każdego po określonym czasie. pracy. Duże obciążenie organizacyjne umożliwia wystąpienie o zniżkę godzin dydaktycznych. Ale każdy powinien mieć jakiś kawałek dydaktyki, inaczej nie bardzo wiadomo dlaczego chce pracować na uniwersytecie właśnie.
A sprawy organizacyjne - dużo może sprawna i kompetentna administracja.
Cyt."Dobrym dydaktykiem powinny być osoby, które prowadzą badania w dziedzinie, której uczą, bo takie osoby są w stanie naprawdę zaangażować studentów i wciągnąć do prac badawczych. "
Tak POWINNO być, ale nie jest, gdyż żyjemy w Polsce, gdzie WIELE RZECZY jest "na opak". Chyba wciąż niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, jakie obciążenia dydaktyczne mają fizycy i matematycy pracujący na uczelniach, a zwłaszcza ci pierwsi. Ktoś się zajmuje np. fizyką teoretyczną, powinien mieć zatem zajęcia z mechaniki teoretycznej, kwantowej, czy też teorii pola bądź z algebry itp. Z kolei ktoś, kto zajmuje się np. doświadczalną fizyką ciała stałego, na pewno powinien uczyć mechaniki kwantowej, czy mieć zajęcia na Pracowni Fizycznej itp.
Ciekawe, czy w skali kraju znalazłoby się więcej, niż PIĘCIU doktorów, którzy są farciarzami, bo dostali takie zajęcia, tak że pokrywają one ich pensum. Szczerze WĄTPIĘ w to. Większość musi po prostu, przekwalifikować się na informatyków, ale nie po to, żeby prowadzić zajęcia z obsługi komputera, ale z programowania równoległego, inżynierii oprogramowania, baz danych, systemów operacyjnych, programowania obiektowego itp. Nie wiem, jaką dziedziną się Pan(i) zajmuje, natomiast czy zdaje sobie Pan(i) sprawę z tego, ILE ZAJMUJE CZASU i wysiłku przygotowanie się do takich zajęć, gdzie student może zadać pytanie odnośnie np. zaawansowanego programowania sieciowego w Javie, czy wzorców projektowych, a prowadzący musi wiedzieć, jak z tego wybrnąć? Doba ma 24 godziny...
Dziękuję za ten głos - myślałem, że takie rzeczy dzieją się tylko u mnie. Przygotowanie, ale takie rzetelne, do zajęć z tematyki, o której mam tylko mgliste pojęcie pochłania mi tak ogromne ilości czasu, że zastanawiałem sie co ze mna jest nie tak
u mnie w katedrze jest to niewykonalne. Mamy 2 tys nagodzin, za mało pracowników i brak chętnych do pracy.
Średnie obciążenie 400-500 h/ na rok. Cieżko wykroić czas na naukę, a eksperymenty mamy chroniczne i wymagają codziennego zaangażowania. Proszę strzelac, ktora działka na tym cierpi
U mnie w Instytucie też :-) Dlatego odejście kogokolwiek na etat naukowy rozwala nam całą dydaktykę. A ja tylko chciałam powiedzieć, że (dobra) dydaktyka jest ważna jeżeli chcemy mieć mądrych następców. Po prostu musi być więcej pracowników - i odpowiednia symulacja liczby studento-godzin na pracownika, żeby to wszystko miało sens.
Dobra dydaktyka jest kluczowa. Z moich studiów pamiętam teraz głównie dobrych wykładowców, tych, którzy byli dla nas przykładem. I tak się składa, że byli to jednocześnie aktywni uczeni, że wspomnę choćby profesora Karola Taylora.
Dziękuję! Właśnie o to mi chodziło!
Pełna zgoda. Trzeba to, trzeba tamto. Tyle teoria. Wszyscy wiedzą co trzeba.
Jak w tej piosence: "wszyscy zgadzają się że sobą a będzie dalej tak jak jest"
Oczywiście, że tak. Tak, jak napisałem, system jest już "uświęcony". Zadowoleni z jego struktury i działania, to pewien odsetek tych, którym udało się wywindować na szczyt drabiny akademickiej (dr Józef Wieczorek nazywa to "dr(hab)iną akademicką"), i sobie tam siedzą bardzo ukontentowani, a jednocześnie są bardzo wpływowi.
Oczywiście, że tak. Tak, jak napisałem, system jest już "uświęcony". Zadowoleni z jego struktury i działania, to pewien odsetek tych, którym udało się wywindować na szczyt drabiny akademickiej (dr Józef Wieczorek nazywa to "dr(hab)iną akademicką"), i sobie tam siedzą bardzo ukontentowani, a jednocześnie są bardzo wpływowi.
W pełni zgadzam się z Autorką tej opinii. Obawiam się jednak, że utrwalony już system nie odpowie na potrzeby i dobrostan pracowników uczelni. Coraz więcej osób będzie szukało psychologicznego wsparcia zamiast skupiać się na satysfakcjonującej zawodowej samorealizacji.
No pewnie, że tak. System jest już "uświęcony". Zbyt duża tych, od których zależałyby jakieś zmiany, czuje się w tym systemie zbyt dobrze, żeby chcieli to zmieniać.
Dzień dobry,
Zapraszamy do komercyjnych firm. To dopiero zobaczycie co to presja. Będziecie mogli produkować innowacje na akord. W komercji nikt nie płaci za odbycie godzin, wlepianie na sztukę pracy, czy "wyjazd dydaktyczny". A też trzeba odgarniać swoje rzeczy, szkolić siebie i innych, uczestniczyć w projektach rozwojowych i tam musi być efekt w dochodzie, a nie tabelka z rozliczeniem kosztów.
Jakoś moi znajomi dydaktycy bez problemu wymieniają dlaczego wolą zostać na Uczelni. W życie żadnego nie widziałam zestresowanego pracą.
Wiele wydziałów produkuje od lat ten sam niepotrzebny program nauczania, nic produktywnego nie robi. Nie ma tam iskry ani chęci zmiany. Nie bez powodu coraz więcej zdolnej młodzieży ucieka na studia za granicę.
Chcecie mieć warunki sprzyjające rozwojowi innowacji i pracy naukowej? To przestańcie marnować publiczna kasę na puste przebiegi. Przestańcie udawać że wydziały humanistyczne mają jakiś pierwiastek naukowy. Ograniczajcie je do dydaktyki i niech przestaną udawać że mają inną rolę. A inwestujcie w te obszary gdzie innowacje są realne. Bronić trzeba fizyki, biologii, chemii, informatyki itp. A kierunki "hobbystyczne"niech sobie uprawiają dydaktycy.
"Przestańcie udawać że wydziały humanistyczne mają jakiś pierwiastek naukowy". To jest prymitywna wypowiedź, świadcząca o potężnych ograniczeniach poznawczych. Mam nadzieję, że autor/ka nie jest i nigdy nie będzie niczyim przełożonym, niczyim recenzentem lub promotorem.
Cyt,"Przestańcie udawać że wydziały humanistyczne mają jakiś pierwiastek naukowy. Ograniczajcie je do dydaktyki i niech przestaną udawać że mają inną rolę. A inwestujcie w te obszary gdzie innowacje są realne. Bronić trzeba fizyki, biologii, chemii, informatyki itp. A kierunki "hobbystyczne"niech sobie uprawiają dydaktycy. "
No, tutaj to ja bym nie był aż tak radykalny co do dziedzin humanistycznych i społecznych. Mają one jednak pierwiastek naukowy, tyle że został on w niemałej mierze przykryty czczą pisaniną o-siamtym-i-owamtym, tak jak rośliny uprawne są przykrywane przez chwasty.
Co do fizyki itd., to NAJPIERW trzeba zacząć od SZKOŁY PODSTAWOWEJ. Ale to już jest w gestii MEN, a z tym, to cóż... nawet profesura nauk chemicznych nie była w stanie pomóc prof. Handkemu, żeby mógł pojąć swoim umysłem ministra, że czymś NIEDOPUSZCZALNYM jest doprowadzenie do tego, że fizyka zaczęła być OŚMIESZANA w szkole, a co za tym idzie, również w społeczeństwie. Jego następca, prof. (nauk technicznych) Wittbrodt też tego jakoś nie rozumiał, czy nie chciał zrozumieć, i jego następczyni dr nauk matematycznych (też już nieżyjąca) dr Łybacka.
U mnie z kolei problemem jest samo zatrudnienie na uczelni po doktoracie. Osobiście poszłam na studia doktoranckie właśnie po to żeby zostać na uczelni a teraz okazuje się że to nie jest takie proste, ze względu na dużą konkurencję. I to mnie bardzo boli. Nawet pracę laboranta straciłam, a bardzo mi na tym zależało. Złożyłam setki cv i nadal nic. Na myśl o pracy w firmie tracę cały zapał bo to nigdy nie było moim celem, tylko desperackim krokiem ze strachu przed byciem bezrobotnym. Nie widzę siebie poza uczelnią a przeprowadzka nie wchodzi w grę. Z różnych przyczyn jestem ograniczona do Poznania. Zastanawiam się czy ja naprawdę nie zasługuję na pracę na uczelni?
Czy próbowała Pani startować w konkursach na postdoca? Bowiem, sama wysyłka CV nie wystarczy. Pisze Pani, że złożyła setki CV i nic, ale w Poznaniu jest kilka uczelni, więc skoro jest Pani ograniczona do Poznania, a w firmie się Pani nie widzi, to dokąd te CV Pani wysyłała?
A co na to wszystko promotor Pani pracy doktorskiej? Obawiam się, że bez poparcia prof. dr hab.-a niewiele Pani tutaj zdziała.
Zero o pomysłach, projektach, ambicjach naukowych, kierunkach zainteresowań i wartości dodanej.
Wiec ja bym Cie nie zatrudnił, bo mam raczej problem ze zwalnianiem nicniewnoszacych jeczybul tkwiących w moim instytucie od dekad.
Czy oczekuje kolega, że ktoś tu panu prima vista napisze Księgi Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego?
Ilość potrzebnych nauczycieli akademickich w Polsce zmniejsza się. Często nie zatrudnia się nikogo na miejsce emerytów, a wręcz zwalnia się ludzi w sile wieku w sytuacji, kiedy nie ma godzin. Jeśli w takiej rzeczywistości Pani uważa, że każdy kto zrobi doktorat i "widzi się tylko na uczelni" powinien być na niej zatrudniony (i jeszcze w wybranym przez siebie mieście), to chyba jest to zbyt idealistyczna wizja.
Konkurencja, żeby zostać na uczelni, nie jest aż tak duża, ale mało jest miejsc. Praca na uczelni jest dożywotnia, a rotacja niewielka.
Obecny system promuje mobilność, więc zmianę jednostki po doktoracie.
Ktoś pisze o konkurencji i na forum szuka odpowiedzi dlaczego nie został wybrany. .. i to jest osobą z wyższym wykształceniem, która aspiruje do uczenia kolejnych pokoleń ?
To pomogę:
Pracodawca powinien wybrać najlepszego kandydata
Pracodawca nie ma obowiązku zatrudniać wszystkich.
Uczelnia to nie jest organizacją non-profit.
Skoro nie wiem dlaczego mnie nie zatrudniono to odważnie należy zapytać u źródła i być może znajdą się obszary do poprawy a być może to obiektywne powody i wówczas trzeba zmienić swoje plany.
Gdy ponad 20 lat temu sam miałem problem ze znalezieniem zatrudnienia po doktoracie, wiedziałem AŻ ZA DOBRZE, skąd te problemy wynikają:
1. moi opiekunowie pracy doktorskiej zostawili mnie "na lodzie", w dodatku jeden z nich nierzadko mówił to, co myślał, a nie myślał tego, co mówi, wskutek czego był "lubiany" przez część środowiska naukowego
2. okazało się, że ludzie z mojej branży naukowej nie są de facto aż bardzo potrzebni na uczelniach, za to najpotrzebniejsi okazali się informatycy; tak więc, nagle trzeba było się "przesiąść" na takie sprawy, jak: bazy danych, programowanie, systemy operacyjne, inżynierię oprogramowania itp. itp. itp., a wszystko po to, żeby móc prowadzić zajęcia dydaktyczne.
Czy obchodziło to któregoś z tych Państwa rektorów odzianych w te ich gronostaje i birety, wygłaszających te swoje kwieciste przemowy na inauguracjach roku akademickiego? Skądże, marnowanie zasobów ludzkich nie obchodzi chyba ani ich, ani kolejnych ministrów.
Prawda.....tylko współczuć obecnej kadrze naukowej
Bardzo dziękuję za ten jakże trafny komentarz rzeczywistości akademików w naszym kraju!!!
Dziękuję za tę trafną opinię. Narastające poczucie wyczerpania zawodowego w środowisku akademickim jest faktem. Coraz więcej biurokracji i procedur, coraz więcej pracy za to samo wynagrodzenie, ograniczanie możliwości dodatkowych umów-zleceń w ramach uczelni i próba zastępowania ich formą oddelegowania czy dodatków zadaniowych sprawiają, że uczelnia staje się miejscem „nie do wytrzymania”. Takie głosy pojawiają się coraz częściej wśród osób, którym naprawdę zależy na rozwoju nauki. Do tego dochodzą niezliczone komisje, zespoły, rady, popularyzacja, zakładanie spin-offów :) , dydaktyka, składanie grantów, pisanie publikacji, referaty, recenzje, raporty i niekończące się tabelki itp. Same wewnętrzne procedury, żeby złożyć grant – wymagają szeregu akceptacji, weryfikacji, podpisów, rejestracji w wewnętrznych systemach (kilku równoległych!) itp. Coraz bardziej rozbudowane formularze konkursowe! (a i tak <10 % sukcesu, i grantów jest coraz mniej). Po prostu nie da się robić wszystkiego, bo brakuje doby! Zmiany są konieczne!
Zmiany w tym zakresie są konieczne. Obarczanie nauczyciela akademickiego, szczególnie adiunkta staje się normą. Wszystko co robi i tak w sumarycznej ocenie nauczyciela niewiele daje bo liczą się tylko punkty. Nauczyciel może być świetnym dydaktykiem, menadżerem , popularyzatorem ale jak nie publikuje to i tak ocena negatywna. Dwie takie i dziękujemy panu/pani. Dobrze, że ktoś to zauważył.
Cyt."Nauczyciel może być świetnym dydaktykiem, menadżerem , popularyzatorem ale jak nie publikuje to i tak ocena negatywna. Dwie takie i dziękujemy panu/pani."
Może być też i aktywny naukowo, organizacyjnie, a przy okazji mogą go "polubić" studenci w ankietach, i to tak, że ma negatywną ocenę z działalności dydaktycznej. Ponieważ istnieje przynajmniej jedna uczelnia, na której wystarczy mieć ocenę negatywną z jednego obszaru działalności, żeby mieć negatywną ocenę z całości, więc szanse na znalezienie się "na wylocie" rosną bardzo mocno.
Ten, kto pracuje dla takiej uczelni ma pecha. Takiej uczelni nie powinno być.
wszystkie znane mi uczelnie mają takie wymagania, tak jest chyba wszedzie
W ustawie o szkolnictwie wyższym i nauce jest taki wymóg, że należy umożliwić studentom i doktorantom ocenienie nauczycieli raz do roku. To wszystko.
Niestety gorliwi rektorzy i dziekani chcą być bardziej święci od Papieża, a najbardziej gorliwi i całkowicie bezrefleksyjni są gotowi pozostawić ocenę i kształtowanie dydaktyki studentom.
Zauważmy, że większość studentów przyjmuje się na studia bez żadnej selekcji żeby utrzymać subwencję na poziomie pozwalającym na utrzymanie i jakiś tam rozwój uczelni. Jakiego rodzaju większości w takiej sytuacji pozostawia się decydowanie o programie i poziomie nauczania? Ma być lekko, łatwo i przyjemnie! UE nam tego nie naprawi, ponieważ potrzebuje taniej siły roboczej, a siła robocza w Azji właśnie się kończy jako tania.
Jak powinno być?
Ocena studentów jest cenną, ale tylko pomocniczą informacją dla uczelni.
Kadrę i jakość nauczania ocenia Rektor i tylko Rektor, a nie dzieciaki.
w praktyce wszedzie oceniaja dzieciaki
Tak, i wobec tego, że ankiety są brane potem pod uwagę przy ocenie działalności dydaktycznej pracownika, a ta ma duży wpływ na ocenę ogólną pracownika, studenci są swego rodzaju "piątą władzą" na uczelniach. NIE jest ważne w takim razie, czy i jak aktywna była dana osoba na polu naukowym, czy organizacyjnym, nieważne, jakie wyniki naukowe osiągnęła. Nie, to się już nie liczy. Kogo to będzie obchodzić? Tych studentów, co się poskarżyli? Dyrektora Instytutu, rektora? Dostojnego Senatu to też nie będzie interesować. NIKOGO nie będzie. Ani oni, ani pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje.
Taką sytuację miał właśnie jeden z moich Kolegów, bardzo dobry w jednej z dziedzin ścisłych, któremu miano za złe, że... przed omawianiem całek ośmielił się mówić o pochodnych funkcji. Stanowiło to swoistą profanację sylabusa przedmiotu, a że facet był wymagający, więc zaprotestowała "przyszłość narodu", która usiłuje studiować, no i gościa zwolnili. Powiedział, że nie ma już ochoty pracować na polskiej uczelni i wyjechał za granicę.
Hehe... a potem robią larum, "co z nauką polską". Uruchamiają program NAWA, ściągają naukowców z zagranicy, hahahhaha... A niech sobie ściągają...
Taki zwykły stalinizm - kanibalizm. Trudno się zatem dziwić, że polska nauka i gospodarka wyglądają tak, jak wyglądają.
Złe systemy selekcjonują i promują złych ludzi.
Mówię o tym od lat. Cieszę się, że coraz więcej osób to zauważa.
Dydaktycy na uczelniach to wielkie nieporozumienie, zresztą tak samo jak wyłącznie na stanowiskach naukowych (ci są nieobecni na uczelni).
Od początku lat 90-tych problem jest dostrzegany lecz pozostaje nierozwiązany.
Dydaktykę należy sprawiedliwie punktować i uczciwie wynagradzać. Pieniądze i punkty, a nie pensum, ponieważ niewolnik zwykle nie pracuje bardziej niż musi. Uczelnia powinna kupować dobrą dydaktykę, a za słabą dziękować, a studenckie ankiety należy wyrzucić do kosza, ze względów na tyle oczywistych, że chyba szkoda o tym pisać.
Standardowy etat badawczo-dydaktyczny na stanowisku adiunkta: 240h rocznie
Standardowy etat dydaktyczny na stanowisku adiunkta: 360h rocznie
Tu już się pojawia pierwszy problem czy nierówność, gdzie na etacie dydaktycznym, wcale nie trzeba robić 2x więcej dydaktyki. Ale nie to jest problemem. Ten tkwi w braku studentów i nadmiernej ilości tak zwanych dydaktyków na uczelniach.
Załóżmy małą katedrę, 10 osób, taka katedra 'robi' 2400h dydaktki. Moim zdaniem, żeby było 'normalnie' pracownik badawczo-dydaktyczny, czy nieco bardziej badawczy powinien robić 60h rocznie, żeby utrzymać kontakt ze studentami i dzielił się najnowszą wiedzą naukową. Przy tym założeniu, w takiej katedrze można przesunąć 6 osób na etaty dydaktyczne (360*6=2160h) i 4 na etaty badawcze/badawczo-dydaktyczne (60*4=240h). Zatem w tabelce wszystko się zgadza.
Czemu tego nie robimy?
Powód 1: Mamy znaczenie więcej dydaktyków na uczelniach. Oczywiście jest to tylko obserwacja, ale ten stosunek jest bliżej 80/20 niż 60/40.
Powód 2: W tym modelu, dydaktycy prowadzą 6x więcej zajęć, a nie tylko 1.5x więcej, więc oczywiście nikt nie chciałby być dydaktykiem, bo uważałby, że Ci naukowi nic nie robią. Tutaj też jest nieco prawdy, ponieważ wspomniane 80/20 działa w dwie strony. Nie mamy aż tylu aktywnych naukowo badaczy, żeby obsadzić te 40%.
"Załóżmy małą katedrę, 10 osób, taka katedra 'robi' 2400h dydaktyki" - prawie zaplułem monitor poranną kawą ze śmiechu. 10 osób to mała katedra? Gdzie tak się uważa? Przy obecnych trendach gdzie zakład to jeden samodzielny, jeden adiunkt/asystent i dwóch-trzech doktorantów, a katedra to absolutne minimum formalne? To by trzeba było siedem takich w "małą katedrę" połączyć.
Jeśli dobrze pamiętam, to u nas wymogiem istnienia katedry jest 3 pracowników 'samodzielnych' (czyt. z habilitacją). W naszej strukturze raczej nie ma zakładów, poniżej katedry są tylko grupy badawcze. Zatem, tak, 10 osób to jest mała katedra na południu Polski :)
Na polskich uczelniach dydaktycy robią godziny pensum z 3-osobowymi grupami studentów, a wykładowcy często mówią do nie więcej niż 20 osób.
Do tego, na jednego nauczyciela akademickiego przypada więcej studentów niż na licealistów na jednego nauczyciela w liceum.
Czy można sobie wyobrazić jeszcze większy bałagan i jeszcze gorszą organizację pracy?
Moim zdaniem nie, ale od dawna tak mi się wydaje, a sytuacja wciąż się pogarsza.
Generalizowanie to zło. Na naszym wydziale na 130 pracowników jest 6 dydaktyków.
Szanowni Państwo! Mam plan z 6 kroków. Pisałem o tym do Ministerstwa.
Walery ja też mam plan 10 kroków i pisałem do świętych Wincentych. No i co, a oni nic, ale planem się nie podzielę bo mi zaraz pod... i nie będą mógł się chwalić, że mam plan, no nie?
Należy jeszcze dodać, że pracownicy administracji zaczynają zarabiać więcej niż sami naukowcy (no w każdym razie adiunkci).
Pani Profesor, dziękuje za ten ważny głos. Dodałbym od siebie jeszcze naciski na działania komercjalizujące, a więc dodatkowe wymagania związane z patentowaniem i aktywnościami typowo biznesowymi. W połączeniu z niskim wynagrodzeniem i brakami kadrowymi wszystko to rzeczywiście sprawia, ze sytuacja staje się "nieznośna". Nawet bardzo zaangażowany, dobrze wykształcony człowiek, pełen pasji i z poczuciem misji akademickiej nie wytrzyma długo takiej sytuacji.
Tak. Ustawa przeszkadza, ale dużo można zrobić i z poziomu uczelni
Bardzo trafna obserwacja,dziękuję za ten głos.
Dodam do tego , że na pracownikach naukowych prowadzących projekty finansowane ze źródeł zewnętrznych spoczywa dodatkowa odpowiedzialność - za ciągłość zatrudnienia swojego zespołu. Taki badacz czy badaczka, ogrom swojego czasu i energii poświęca na zdobywanie środków na dalsze lata funkcjonowania zespołu. Wsparcie administracyjne jest, najdelikatniej mówiąc, niewystarczające a procedury uczelniane poukładane tak, by nikt nie ponosił odpowiedzialności. Z moich doświadczeń osoby kierującej kilkunastoma projektami, z zakresu badań podstawowych i aplikacyjnych, stwierdzam , że źródłem największych problemów , napięć i frustracji jest obsługa formalno - administracyjna projektów. Nakłada to oczywiście ogrom dodatkowych obowiązków na kierownika projektu, który wiele rzeczy musi zrobić sam. Koncentracja nad merytoryczną stroną projektów- badaniach, publikacjach staje się luksusem.
Też uważam, że każdy projekt badawczy łatwiej by było realizować samodzielnie, w wynajętym garażu niż "pod opieką" polskiej uczelni i jej administracji. Niedawno usłyszałem: "nie jesteśmy po to, żeby wam pomagać, tylko po to, żeby was kontrolować". To efekt dziesiątek lat przytakiwania naszych tchórzliwych starszych kolegów i koleżanek.
Pani Rektor, tak zwana ścieżka dydaktyczna jest jedną z największych niesprawiedliwości polskiej nauki. Ludzie, którzy przez lata na etacie adiunkta siedzieli przy kawie i nie byli w stanie wydusić z siebie habilitacji, nagle stali się wielkimi dydaktykami, a w nagrodę za pełną uległość władzy awansowano ich na "dr, prof. ucz." i zarabiają więcej niż adiunkci po habilitacji, którzy nierzadko na habilitowaniu zniszczyli sobie zdrowie psychiczne, a awans na profesora uczelni jest czasem trudniejszy, niż dobicie się do belwederu.
Może Gdańsk to taka dość normalna część Polski i może u Was tego nie ma, ale proszę mi uwierzyć, że w niektórych miejscach hierarchia naukowa odwróciła się całkowicie i ludzie ledwo z doktoratem krzyczą na profesorów o międzynarodowym uznaniu, bo przydziela się im decyzyjne funkcje w ramach tej ścieżki dydaktycznej.
I mówimy tutaj o dostosowaniu do przepisów unijnych - czy ktoś gdzieś może zrobić porównanie, jak sytuacja wygląda w innych krajach odnośnie punktozy, slotozy, list czasopism, ewaluacji... Oj wszyscy by się zdziwili.
Zgadzam się z opinią, że mechanizm, zgodnie z którym nieudany naukowiec zostaje (w nagrodę?) dydaktykiem, jest tylko krzywdą studentów.
W Polsce bez grantu można tylko posiedzieć przy kawie. Taką mamy organizację pracy.
Oczywiście można zwolnić wszystkich tych co siedzą przy kawie, ale kto wtedy będzie uczył te 1,3 miliona studentów? Swoją drogą można by zmniejszyć liczbę studentów, przynajmniej o połowę i podnieść nieco poziom nauczania na uczelniach.
poziom nauczania jest nierzadko bardzo dobry, problemem sa ankiety studencki, od których zależy ocena pracownika. A oceny negatywne pisza niezadowoleni, od których się za dużo wymaga i jest klops
poziom nauczania jest nierzadko bardzo dobry, problemem sa ankiety studencki, od których zależy ocena pracownika. A oceny negatywne pisza niezadowoleni, od których się za dużo wymaga i jest klops
Oceny zawsze piszą ci, którym zależy na daniu oceny. Zawsze będą to częściej ci, którym coś się nie podoba, bo mają silniejszą motywację. To jest silny bias wpisany w system i jest sprawą kluczową, czy pracodawca ten fakt uwzględnia.
Taki system to kompletny idiotyzm czy gruby sabotaż?
Cyt."[...] proszę mi uwierzyć, że w niektórych miejscach hierarchia naukowa odwróciła się całkowicie i ludzie ledwo z doktoratem krzyczą na profesorów o międzynarodowym uznaniu, bo przydziela się im decyzyjne funkcje w ramach tej ścieżki dydaktycznej. "
A znam uczelnie, na których z kolei po ludziach z doktoratem (doktorat obroniony wiele lat wcześniej), nierzadko "jadą" studenci w ankietach, bo stali się swego rodzaju "piątą władzą" na uczelni. I TEGO niestety, Pani Prof. jakoś nie raczy zauważyć... I to TEŻ JEST nie do wytrzymania.
A ja uważam, że często te głosy krytyki ze strony studentów są słuszne. Sam pamiętam, że od kilkunastu moich prowadzących "na kilometr pachniało", że totalnie nie wiedzą o czym mówią a rzeczywistego przemysłu nawet nie powąchali. Uczyli projektowania/myślenia inżynierskiego bez jakiegokolwiek zaplecza merytorycznego.
A prowadzący, u których było najciężej (i reprezentowali "stare pokolenie profesorów") byli jednocześnie najlepiej przez tych samych studentów oceniani.
Pozostaje zatem pytanie: skoro studenci są w stanie oceniać kompetencje prowadzącego, i nie jest to traktowane, jako opinia pomocnicza, ale jako coś, co bezpośrednio wpływa na ocenę działalności dydaktycznej prowadzącego, to PO CO ci ludzie studiują? Przecież poprzez wyrażanie takich opinii, stawiają się w roli hospitującego zajęcia.
Pan chyba nie zakłada, że student to ciemna masa bez wykształcenia, która nie może posiadać własnej opinii i prawa do oceny, prawda?
Bardzo przepraszam, ale jeśli miałem "przyjemność" być uczony przez ludzi, który nie potrafili odpowiedzieć na żadne pytanie z sali wykraczające poza prezentację ale nadal związane z tematyką, mylili się w rozwiązywanych zadaniach lub cały czas musieli "lecieć z kartki", mieli problem z uruchomieniem stanowisk laboratoryjnych i musieli dzwonić po kolegów z sąsiednich sal oraz - moje ulubione - nie potrafili poprawnie posługiwać się wykresami do odczytywania danych - to jako student nie miałem prawa negatywnie ocenić takich zajęć? Już nie wspomnę o zgodności przedmiotu z sylabusem. A pracując na tej uczelni dowiedziałem się, że hospitacje podpisywane są zbiorczo w sekretariacie Instytutu bo nikt nikogo rzeczywiście nie kontrolował.
Wszystkie wyżej wymienione przypadki (i wiele innych) wydarzyły się na uczelni publicznej z grupy badawczych :)
Cyt."Bardzo przepraszam, ale jeśli miałem "przyjemność" być uczony przez ludzi, który nie potrafili odpowiedzieć na żadne pytanie z sali wykraczające poza prezentację ale nadal związane z tematyką, mylili się w rozwiązywanych zadaniach lub cały czas musieli "lecieć z kartki", mieli problem z uruchomieniem stanowisk laboratoryjnych i musieli dzwonić po kolegów z sąsiednich sal oraz - moje ulubione - nie potrafili poprawnie posługiwać się wykresami do odczytywania danych - to jako student nie miałem prawa negatywnie ocenić takich zajęć?"
Ależ tak, sęk w tym, że to, co jest pisane w ankietach, jest brane od razu za "dobrą monetę" przez dyrekcję Instytutu. Nie potrzeba jakichkolwiek dowodów na to, co jest tam napisane - student/studentka może sobie napisać, co tylko jemu/jej "leży na wątrobie". Delikwent nie ma prawa się bronić, a dokładniej ma, tyle że jego wyjaśnienia nie mają większego znaczenia.
A gdyby np. napisano w ankiecie, że prowadzący zajęcia np. kogoś zamordował, to też powinno być brane od razu, jako stwierdzenie prawdziwe?
Widzę to tak: 1) Ograniczenie wpływu opinii studentów na ocenę wykładowcy - od razu pytanie: która uczelnia odważy się na to przy obecnym poziomie dropoutu? trwa walka o każdego kandydata. Studenci współdecydują o wszystkim. 2) Oceną jakqości dydaktyki (porządne hispitacje z feedbackiem rozwojowym) zajmą się tylko dydaktycy z pełnym przygotowaniem metodycznym i dużym doświadczeniem akademickim - wyzwanie: kadra podniesie larum, bo przecież wyróżniająca się należy czy się siedzi czy leży (nawyk z przeszłości). Podjęłam takq próbę zmiany praktyki hospitacyjnej i poddałam się, taki był opór. 3) Podnoszeniem jakości dydaktyki zajmą się odpowiednio wykwalifikowane i wyszkolone zespoły trenersko-mentorskie - problem: skąd na to fundusze? ludzie są, ale trzeba ich docenić i zmotywować (czyli piszemy projekty i liczymy na zdobycie finansowania). 4) Na bolączki naukowców nie mam recepty.
Właściwie wszystko to, co Pani napisała, pokrywa się z rzeczywistością. Niestety, tak właśnie jest.
DLATEGO TEŻ, gdy będzie padać po raz kolejny pytanie: "Co z nauką polską?", odpowiem ironicznie, że "Jak to co? Mamy STUDENTÓW, oni biorą się do nauki, i TO JEST tak przynajmniej kilkadziesiąt procent nauki polskiej"...
No, no to skoro tak, to PO CO te wszystkie płacze i lamenty? Przecież jest to, co powinno być. Są studenci, biorą się do nauki, gdzieś tam, hen, pracuje elita prof. dr hab.-ów, od czasu do czasu słychać o ich kolejnych osiągnięciach naukowych i... tyle. A "parobcy od zajęć" mają tyrać, w strachu, żeby ich tylko studenci nie "polubili". Działalność naukowa "parobków" już się specjalnie nie liczy. Uznanie za wyniki naukowe jest zarezerwowane dla elity.