Musimy jako wspólnota akademicka zacząć poważnie rozmawiać o restrukturyzacji zatrudnienia na uczelniach, od władz i kadry zarządzającej wymagać zaś wdrażania konkretnych planów zmierzających do ograniczenia umów śmieciowych. Główną formą powinny być umowy etatowe, a w przypadku okresu próbnego – obligatoryjne określenie zasad oceny i potencjalnego awansu – pisze Jan Skarbek-Kazanecki z Międzyzakładowej Akademickiej Komisji „Inicjatywy Pracowniczej” Łódź.
W trakcie ceremonii przyznawania stopni doktorskich usłyszałem znamienne słowa: „Od dzisiaj jesteście elitą tego kraju”. W tamtym okresie wdrażałem się w obowiązki, które – choć dla wykładowców z mojej jednostki, teraz już koleżanek i kolegów z pracy, były być może rutyną i banałem – dla mnie każdorazowo stanowiły wyzwanie: tworzenie sylabusów zajęć; przekazywanie wiedzy w ich trakcie; przejrzysta i fachowa komunikacja z osobami studiującymi; uczestniczenie w spotkaniach pracowniczych; angażowanie się w życie wydziału; aplikowanie o granty i publikowanie artykułów; wcześniej realistyczne planowanie i korelowanie tych działań z badaniami… W końcu na ich realizowaniu, jak od zawsze sądziłem, polegać miała moja praca. Dodam, że byłem wtedy zatrudniony na stanowisku asystenta w wymiarze połowy etatu. Ukończenie doktoratu odcięło mnie od stypendiów, stawałem się więc członkiem „elit”, zarabiając niespełna dwa tysiące złotych, co nie wystarczało nawet na pokrycie podstawowych kosztów utrzymania. W konsekwencji kluczowy moment rozwoju mojej naukowej „kariery” rozpraszał się pomiędzy pracami dorywczymi a nieustanną kontrolą stanu konta bankowego.
Jako młody akademik miałem przy tym mnóstwo szczęścia: dzięki przychylności osób ze swojej katedry znalazłem zatrudnienie (w formie umowy o pracę!) jeszcze w trakcie studiów. I choć zasady gry i kultura pracy nie zawsze były dla mnie przejrzyste, wiedziałem na czym stoję i czego mogę oczekiwać. Tymczasem większość początkujących naukowczyń i naukowców w Polsce nie może liczyć na stabilne ścieżki zatrudnienia po doktoracie, tak jak i na jednoznaczne gwarancje dotyczące perspektyw pracy czy przejrzyste kryteria konkursowe. Zamiast tego, często zatrudniani są na tzw. umowach śmieciowych: formule, która zgodnie z retoryką neoliberalnego zarządzania miała zapewniać wolność i elastyczność, w rzeczywistości oznacza jednak niepewność i konieczność nieustannego dostosowywania się do zmiennych oczekiwań.
Paradoks wykładowcy-prekariusza
Nie dysponuję danymi ogólnokrajowymi, obawiam się jednak, że zjawisko prekaryzacji coraz silniej zakorzenia się w publicznych uczelniach. Tylko na moim wydziale (Wydział Filologiczny Uniwersytetu Łódzkiego – dop. RED) liczba umów cywilnoprawnych zawartych w celu prowadzenia zajęć dydaktycznych w roku 2022/23 wyniosła 185 (sic!), by w kolejnym wzrosnąć do 189. Paradoks polega na tym, że instytucja, która powinna być przestrzenią stabilności i wolności, zmusza młodych naukowców do funkcjonowania w warunkach chronicznej niepewności. Przy czym problem nie ogranicza się tylko do kwestii warunków pracy młodych naukowców – dotyka również jakości kształcenia i stabilności podmiotów akademickich jako całości.
Z rozmów prowadzonych z osobami, które rozpoczynają karierę akademicką, wynika, że umowy śmieciowe na prowadzenie zajęć często są dla nich korzystne: pozwalają łączyć pracę na kilku uczelniach, a przy braku perspektyw na stałe zatrudnienie umożliwiają mimo wszystko podtrzymanie kontaktu z własnym środowiskiem naukowym. Co ciekawe, niekiedy liczba godzin dydaktycznych realizowanych na takiej podstawie przekracza wręcz pensum zatrudnionej na etat wykładowczyni/wykładowcy – w takich sytuacjach umowa o dzieło staje się źródłem realnego dochodu, znaczącej, chroniącej od ubóstwa pensji. A jednak śmieciowe formy zatrudnienia znacznie osłabiają szanse młodych osób na karierę naukową: ograniczają możliwość prowadzenia długofalowych projektów, planowania kariery akademickiej, rozwijania kompetencji dydaktycznych etc. Ciągła niepewność zatrudnienia z roku na rok, a czasem nawet z semestru na semestr, sprawia, że wykładowcy nie mogą w pełni zaangażować się w życie uczelni. Niekiedy brakuje im również instytucjonalnego wsparcia w postaci chociażby stałej afiliacji.
Niepewność zatrudnienia pogłębia dodatkowo brak klarownych i sprawiedliwych zasad oceny pracowniczej. Decyzje o przedłużeniu umów są podejmowane na podstawie nieprzejrzystych kryteriów lub ocen studentów, które – jak pokazują badania – bywają stronnicze, niewiarygodne i nieadekwatne do rzeczywistej jakości nauczania. To zniechęca do podejmowania nowatorskich działań dydaktycznych, eksperymentowania czy poruszania trudnych tematów w obawie przed negatywnymi ocenami i nieprzedłużeniem umowy. Mówiąc nieco górnolotnie, prekaryzacja akademii może naruszać wolność akademicką, wartość, którą uważamy za fundament autonomii uczelni czy wręcz jakości edukacji wyższej. Raporty American Association of University Professors (zwł. Contingent Appointments and the Academic Profession, 2024) dowodzą, że „pracownicy pozbawieni ochrony stałego zatrudnienia obawiają się wyrażania kontrowersyjnych opinii, podejmowania ryzyka naukowego czy angażowania się w debatę publiczną”. Każde z tych działań może zostać uznane za „problemowe” i skutkować nieprzedłużeniem umowy.
Systemowe konsekwencje prekaryzacji uniwersytetów
W dłuższej perspektywie zatrudnianie kadry dydaktycznej na umowach śmieciowych będzie więc prowadzić do osłabienia misji edukacyjnej uczelni jako takich. Tymczasowość w akademii zawsze przekłada się na brak ciągłości w nauczaniu: nieznajomość programów, brak zaangażowania w rozwój naukowy, dezorientację na polu specyficznej kultury organizacyjnej danej jednostki. Model prekaryjnego zatrudnienia umacnia przy tym uczelnianą stratyfikację: pracownicy na „śmieciówkach” są często traktowani jak grupa „tymczasowa”, wypełniająca chwilowe luki kadrowe, w konsekwencji odmawia się im prawa do oddziaływania na rozwój zakładów, katedr czy wydziałów – to zaś ogranicza innowacyjność, marginalizuje całe segmenty spośród zhierarchizowanej kadry akademickiej, w konsekwencji obniża także jakość kształcenia.
Chcę przy tym zauważyć, że to właśnie tymczasowy charakter umów cywilnoprawnych oraz towarzysząca im obietnica „elastyczności” – centralna obsesja neoliberalnego dyskursu menedżerskiego – zdają się decydować o wzroście znaczenia tych form zatrudnienia na uczelniach. W końcu w świetle obowiązującego modelu ministerialnych subwencji realizowanie zadań dydaktycznych w oparciu o „śmieciówki” wydaje się rozwiązaniem ekonomicznie nieracjonalnym, obniżającym parametry uwzględniane w algorytmach finansowania. Niemniej, nawet jeśli publiczne uniwersytety dostają na utrzymanie pracowników etatowych realne środki z ministerstwa, zarządzanie stałymi, zakorzenionymi w strukturach kadrami w wielu wypadkach może okazać się trudniejsze od gospodarowania tymczasowym personelem „najemnym”. Dotyczy to zwłaszcza momentów kryzysowych – i dlatego widmo prekaryzacji zawodu nauczyciela akademickiego przybiera na sile w okresach oszczędności budżetowych.
Bądźmy przy tym świadomi, że w kolejnych latach publiczne uczelnie mogą zderzyć się z dyskursem nieprzychylnym wydatkom na naukę i edukację. Jeżeli chcemy przeciwdziałać tym procesom, musimy jako wspólnota akademicka zacząć poważnie rozmawiać o restrukturyzacji zatrudnienia na uczelniach, a od władz i kadry zarządzającej wymagać wdrażania konkretnych planów zmierzających do ograniczenia umów śmieciowych: główną formą zatrudnienia w instytucjach publicznych powinny być stałe etaty, w wypadku zatrudnienia na okres próbny umowy muszą natomiast wyraźnie określać zasady oceny i potencjalnego awansu.
Zapewnienie większej transparentności w procesach decyzyjnych pozwoliłoby uczelniom wzmocnić mechanizmy ochrony wolności akademickiej, a jednocześnie skuteczniej mierzyć się z problemem przerw w ciągłości instytucjonalnej oraz starzenia się kadry naukowo-dydaktycznej. W tym kontekście reformy nie mogą pomijać perspektywy osób doktoryzujących się – im także należą się jasne ścieżki awansu i przejrzyste kryteria determinujące szanse na zatrudnienie. I nawet jeśli ramy prawne i reguły konkursów w instytucjach publicznych ograniczają poszukiwanie takich rozwiązań, warto dążyć do tego, aby fikcyjne konkursy na stanowiska przekształcić w rzeczywiste, transparentne procedury, dające realną możliwość rozwoju kariery naukowej.
Rzecz jasna, podjęcie debaty na temat śmieciowego zatrudnienia w akademii musi poprzedzić staranna analiza i kontrola warunków zatrudnienia – w tej kwestii liczyć powinniśmy przede wszystkim na związki zawodowe, które oprócz podziału środków z zakładowych funduszy świadczeń socjalnych czy walki o benefity dla własnych członkiń i członków muszą także patrzeć na ręce władzy, walcząc o sprawiedliwe, godne warunki zatrudnienia dla wszystkich osób współtworzących daną uczelnię, także tych doktoryzujących się bądź absolwentów o akademickich aspiracjach; osób, którym z uwagi na formę zatrudnienia trudniej jest aktywnie zrzeszać się i negocjować warunki. Nade wszystko ważne jest, aby młoda kadra akademicka dostrzegała w związkach zawodowych narzędzie realnej zmiany i aktywnie organizowała się, wzmacniając w ten sposób zbiorową siłę negocjacyjną oraz reprezentację tych grup pracowniczych, które dotąd były pozbawione należytej widoczności. W przyszłości związki zawodowe mogą okazać się bowiem najważniejszym instrumentem obrony misji edukacyjnej i wiedzotwórczej publicznych uczelni wobec presji politycznej na cięcia budżetowe. Zarazem możemy być pewni, że polityka zaciskania pasa, jeśli nie napotka społecznego oporu, uderzy przede wszystkim w najsłabiej reprezentowane ogniwa akademii.
Jan Skarbek-Kazanecki
Międzyzakładowa Akademicka Komisja „Inicjatywy Pracowniczej” Łódź
Koordynacja Branżowa Nauki i Edukacji
W nadchodzącym roku akademickim Koordynacja Branżowa Nauki i Edukacji IP, czyli zrzeszenie akademickich komisji związkowych, planuje podjąć działania w związku z realizacją na uczelniach zadań dydaktycznych w oparciu o umowy cywilnoprawne.
Moim zdaniem antidotum na kłopoty Akademii jest wzięcie wszystkich w kamasze lub wcielenie do policji politycznej...Nie będzie lepiej ale będzie weselej....
Świetne pytanie — bo uczelnie publiczne w Polsce są ogromnym źródłem pieniędzy (budżet państwa, granty unijne, czesne, projekty badawcze, inwestycje w infrastrukturę). I tam też od lat funkcjonują „legalne” mechanizmy wyprowadzania kasy.
Rozbijmy to na najczęstsze schematy:
1. „Swoje” etaty i fikcyjne stanowiska
Tworzy się dodatkowe etaty administracyjne, „pełnomocników”, „koordynatorów” czy „asystentów projektu”.
Zatrudnia się osoby powiązane z rektorem, dziekanem, lokalną polityką.
Wynagrodzenia idą z budżetu uczelni lub projektów badawczych, a realna praca bywa minimalna.
2. Granty badawcze i projekty unijne
Pieniądze są wydawane na konferencje, szkolenia, wyjazdy służbowe, które często są w praktyce formą wyjazdów turystycznych.
Zakupy „niezbędnego sprzętu” z ogromnymi marżami.
Spora część środków idzie na pensje w projekcie (często dla tych samych osób, które mają już etaty na uczelni).
Raporty z projektów są często formalnością — mało kto sprawdza realny efekt badań.
3. Zamówienia i przetargi uczelniane
Zakupy sprzętu komputerowego, laboratoryjnego, budowlanego po zawyżonych cenach.
Kryteria przetargu pisane „pod konkretną firmę”.
Np. przetarg na budowę laboratorium czy modernizację kampusu idzie do zaprzyjaźnionej spółki.
4. Spółki uczelniane i fundacje
Uczelnia zakłada spółki-córki lub fundacje (np. „Centrum Transferu Technologii”).
Tam można wydawać pieniądze poza rygorami zamówień publicznych.
Zlecenia, konsultacje, wynagrodzenia trafiają do znajomych ludzi.
5. Konferencje i wydawnictwa
Organizuje się „konferencje naukowe” z wysokimi opłatami konferencyjnymi, a koszty realne są niewielkie.
Wydaje się książki i skrypty akademickie w zaprzyjaźnionych wydawnictwach — często z wysokimi honorariami dla autorów-recenzentów.
6. Uczelniane inwestycje
Budowa nowych gmachów, laboratoriów, akademików.
Budżety idą w setki milionów.
Typowy schemat: zawyżone kosztorysy, późniejsze aneksy do umów, „nieoczekiwane” dodatkowe prace.
Uczelnia formalnie dostaje nowy budynek, ale za cenę kilka razy większą niż powinna.
7. Stypendia i dodatki
Manipulowanie przy przyznawaniu stypendiów naukowych, socjalnych czy rektorskich – by szły do „swoich” osób.
Różnego rodzaju dodatki funkcyjne (np. dla rektora, dziekanów, kierowników katedr) bywają ustalane bardzo wysoko.
8. Umowy o dzieło i zlecenia
Masowe wystawianie umów o dzieło na różne analizy, ekspertyzy czy „recenzje”.
Często są to prace symboliczne, ale honoraria mogą sięgać tysięcy.
Uczelnia ma faktury i protokoły odbioru, więc formalnie wszystko gra.
9. Miękkie formy „prywatyzacji” uczelni
Profesorowie i doktorzy wykorzystują sprzęt, laboratoria i studentów uczelni do prywatnych badań albo działalności komercyjnej.
Uczelnia pokrywa koszty, a korzyści (patenty, ekspertyzy dla biznesu) trafiają prywatnie do kadry.
👉 Całość działa, bo:
uczelnie mają dużą autonomię,
kontrola finansów jest iluzoryczna (NIK czy ministerstwo wchodzą rzadko),
„efekt naukowy” jest trudno mierzalny, więc łatwo coś sprzedać jako sukces.
Chcesz, żebym rozpisał konkretny przykład krok po kroku – np. jak wygląda wyprowadzanie pieniędzy przez grant unijny na uczelni albo przez budowę laboratorium?
Zakupy „niezbędnego sprzętu” z ogromnymi marżami - jeśli producenci maja swojego przedstawiciela, czyt. 1 firmę w Polsce, która może sprzedawać konkretny sprzęt, to my jako naukowcy nic z tym nie zrobimy... no może zapytamy o rabat.
Kryteria przetargu pisane „pod konkretną firmę” - to dlaczego zakup komputerów potrafi trwać dłużej niz rok, bo nie udało się rozstrzygnąć przetargu?
Uczelnia zakłada spółki-córki lub fundacje (np. „Centrum Transferu Technologii”) - akurat CTT jest działem administracyjnym jak kazdy inny, np. zamówień czy projektów. I dlatego jego dzialanosc ograniczają te same bezsensowne zasady jak resztę.
Uczelnia pokrywa koszty, a korzyści (patenty, ekspertyzy dla biznesu) trafiają prywatnie do kadry - patent zawsze należy do uczelni, naukowcy są autorami. I jesli chcą sami komercjalizowac swoje rozwiązania, to najpierw muszą sie wykupić...
I moznaby tak odbijać piłeczkę na prawie kazdy z zarzutów.
Ale jakos kasa znika i to nie sa skormne tysiace tylko liczby liczone w milionach zlotych i nie ma nad tym zadnej kontroli.
To o to chodzilo mi przedstawic ogolny sposob mechanizmy korupcyjne ale tam gdzie to jest mozliwe ze moga wystapic.
oczywiscie z czescia zarzutow mozna dyskutowac lub je odbijac. wiekszosc uczciwych ludzi nie wie w jaki sposob mozna wyprowadzic kase bo nie znaja mechanizmow prawnych ani ksiegowych bo nigdy z takimi apsektami nie mieli do czynienia zawodowo ani prywatnie. Chemik i fizyk nie wiedza co to jest przetarg publiczny a od strony ksiegowej co jest bilans albo rachunek zyskow i strat i jak czytac te dane. To jest bardziej ogolnik napisany do celow edukacyjnych czytelnikow tego forum akademickiego bardziej. Wskazowki jesli chcieliby kopac gdzies u siebie w papierach na uczelni to wiedza gdzie szukac.
To, o co pytasz, to w zasadzie mechanizmy wyprowadzania pieniędzy z instytucji publicznych w Polsce w sposób „legalny” albo pół-legalny, czyli taki, który formalnie mieści się w ramach prawa, ale faktycznie służy do prywatnych korzyści. To nie jest jeden trik, tylko cały zestaw metod, które powtarzają się od lat w różnych układach polityczno-biznesowych. Oto kilka najczęstszych schematów:
1. Przetargi publiczne ustawiane pod „swoich”
Prawo zamówień publicznych pozwala na specyfikację wymagań. Jeśli ktoś napisze kryteria przetargu „pod konkretną firmę” (np. wymaga maszyn z parametrem, który ma tylko jedna firma), konkurencja jest wyeliminowana.
„Swoja” firma wygrywa, dostaje kontrakt z dużą marżą, a reszta formalnie jest zgodna z prawem.
2. Dotacje i granty
Tworzy się fundacje, stowarzyszenia czy „instytuty badawcze” podpięte pod ludzi z polityki.
Pisze się projekty pod unijne lub krajowe dofinansowania, które często są wydawane na pseudo-badania, szkolenia czy kampanie społeczne.
80% budżetu idzie na „koszty obsługi” (wynagrodzenia, konsultacje, wynajem sal), a efekt realny jest symboliczny.
3. Rady nadzorcze i stanowiska „dla swoich”
Spółki Skarbu Państwa, agencje rządowe, instytucje publiczne obsadza się „swoimi” ludźmi.
Wynagrodzenia w radach nadzorczych idą w dziesiątki tysięcy miesięcznie.
Formalnie – wszystko zgodnie z prawem, bo to organ statutowy. Faktycznie – synekury.
4. Zlecenia i umowy doradcze
Instytucja publiczna zleca raport, ekspertyzę, konsultacje – za setki tysięcy.
Raport jest często powieleniem tego, co już istnieje, albo dokumentem o wątpliwej wartości.
Prawo dopuszcza takie zamówienia, ale to wygodny kanał wyprowadzania środków.
5. Fundacje i spółki-córki
Instytucja zakłada fundację albo spółkę zależną.
Tam prawo zamówień publicznych często już nie obowiązuje.
Przepływy finansowe można robić dużo swobodniej – zlecenia, zakupy, umowy.
6. Podwykonawcy i podwyższanie kosztów
Instytucja zleca duży projekt dużej firmie, a ta podzleca wykonanie „swoim” podmiotom z zawyżonymi stawkami.
Publiczna instytucja płaci kwotę rynkową, ale „marża” zostaje w zaprzyjaźnionych spółkach.
7. Zamówienia na sprzęt, materiały, usługi
Kupowanie „złotych długopisów” – czyli rzeczy po cenach kilkukrotnie zawyżonych.
Argument: to sprzęt specjalistyczny, towar luksusowy, albo wymogi jakościowe.
Formalnie faktury są czyste, pieniądze wydane zgodnie z przeznaczeniem.
8. Inwestycje infrastrukturalne
Duże projekty (stadiony, drogi, kolej) mają ogromne budżety i trudną kontrolę.
Koszty rosną „nieoczekiwanie”, terminy się przesuwają, a aneksy do umów są zatwierdzane.
Ostatecznie państwo płaci więcej, a pieniądze krążą w układach.
9. „Polityczny marketing” za publiczne
Spółki Skarbu Państwa zlecają kampanie reklamowe, sponsorują eventy, media.
Pieniądze idą do „właściwych” agencji reklamowych czy zaprzyjaźnionych mediów.
Formalnie: promocja marki. Faktycznie: finansowanie środowiska politycznego.
👉 Wszystko to działa, bo:
dokumenty są zgodne z literą prawa,
jest powołanie się na procedury,
odpowiedzialność rozmywa się na wielu szczeblach,
a kontrola (NIK, CBA) często działa wybiórczo i z opóźnieniem.
W Polsce jest za dużo publicznych instytucji uczelni. Powinny być one skonsolidowane w jeden uniwersytet wojewódzki. Zredukować kadre akademicką i administrację. Kasa się znajdzie potem na podwyżki dla reszty. Ale to są marzenia. Nigdy w życiu w tym skorumpowanym kraju nie stanie. Dopóki minister lub polityk tego nie zrobi ustawowo. Za dużo kasy byłoby do stracenia. Nikt nie chce dzielić się władzą i kasa przede wszystkim.
Wypowiem się jako nauczyciel akademicki–prekariusz. Bez zleceń nie miałbym szans na jakąkolwiek pracę na uczelni, bo etaty są zarezerwowane dla „swoich”, a ja nigdzie do „swoich” nie należę. Pozostałaby mi więc jedynie praca fizyczna, ponieważ, niestety, doktorat z zakresu humanistyki w realiach rynkowych częściej okazuje się obciążeniem niż atutem przy rekrutacjach, zarówno w budżetówce, jak i w korporacjach.
W korporacji wola przeciętnych ludzi na enter level lub specjalistów którzy cos potrafią praktycznego zrobić. Nie mam na mysi ssc/bpo. Budżetówka to patologia w Polsce. Raczej bierze się mało kumatych naiwnych ludzi aby można było robic wałki i przekręty aby dorobić się szybko na państwowym przez kadre zarządzająca i ich rodzinki. Chyba aby zostać wołem roboczym który robi wszystko za wszystkich aby inni nic nie robili. Generalnie oni krzywo patrzą się na ludzi po kilku kierunkach studiach nawet. Nie wspominając o doktoracie. Moja koleżanka ukrywała doktorat bo z jednej szkoły nie przedłużyli umowy bo dyrektorka była zazdrosna.
Nie zapominajcie o Panstwowej Inspekcji Pracy. Politycy dążą wręcz aby decyzją urzędnika dało się przekształcić umowę śmieciową na o pracę. Pracodawca kilka razy zaplaci karę przy okazji i może oduczy się takich praktyk. Nie reagując nic nie zmienimy
Pip rzadko kiedy coś dobrze kontrolował lub sprawdzał. W przypadku mobbingu w Polsce ciężko to udowodnić w sądach i samemu trzeba walczyć o swoją godność. Ten dziki rynek pracy musi się bardziej zmienić
Wspolczuje to jest patologia ze panstwo pozwala siebie okradac z podatkow akceptujac umowy zlecenie. Tak umowy o prace moga byc dla swoich, trzeba nalezec do kliki uczelnianej. Ale jesli sa zawierane umowy o prace to czesto czasowe na uniwersytetach a nie na czas nieokreslony, wiec zawsze mozna wyleciec po zasymulowanej ocenie pracowniczej. Generalnie moim zdaniem umowy zlecenie moga byc oferowane do 26 roku zycia osobom ktore sie ucza a potem takie umowy powinny byc traktowane jak o prace po ukonczeniu 26 roku zycia. Umowa zlecenie powinna oferowana jesli dana osoba posiada umowe o prace na etat w innej jednostce/firmie. Osoba ktora pracuje tylko wylacznie na uczelni i nie ma innego zatrudnienia zamiast umowy zlecenie powinna dostac umowe o prace nawet na czas okreslony w jakiejs propocji pol etatu, jedna czawarta. Rozwiazaniem dla tymczasowych pracownikow uczelnianych na zlecenie jest podjecie pracy w szkolach publicznych z dziecmi na normalna umowe o prace. Jesli chca sie nadal bawic w nauke. Prywatnie uwazam ze kasa na uczelniach jest, tylko jest zle wydawana lub przepalana albo rozkradna w setkach milionow przez kolorowych misiow. Nikt z tym nic nie zrobi bo tak dziala budzetowka w polsce niestety, bezprawie i zadnych konsekwencji
Trudno wskazać powody, by zaczynać karierę na uczelni, gdy pensja asystenta jest bliska minimalnej, a adiunkt nie dobija do średniej (pozostaje poniżej). Przeciętne zarobki pojawiają się dopiero po latach na stanowisku profesora, nawet w dużych ośrodkach. Wcześniejsza decyzja o przejściu poza uczelnię zwykle ułatwia lepiej płatną pracę i zmianę kierunku kariery.
Na wydziale prawa praca nawet za miskę ryżu jest postrzegana jako atut aby się polansowac nawet. Lub gdzieś w sadzie się wybić. Albo załapać się jako pożyteczny idiota do pracy w publicznej instytucji z nadania politycznego. Praca za grosze nic nie warta bo uczą studentów bajek teoretycznych ale prestiż jest i uległość wobec polityków korupcji i machlojek jest. Dla kasy można sprzedać swoją godność . Prawnicy z tym problemów raczej nie mają. Wierni od PZPR każdej partii.
Studentów powinni uczyć ci, którzy pracują naukowo lub mają w swojej dziedzinie wartościowe doświadczenie, a zatrudnianie kogoś, kto tylko uczy ma sens tylko w szkołach podstawowych i średnich. Z drugiej strony pensum nie powinno istnieć, a Dziekani powinni mieć możliwość proponować dydaktykę za osobne wynagrodzenie tym, z których pracy dydaktycznej są zadowoleni.
Pracownicy naukowi, którzy prowadzą grupy badawcze powinni być równo traktowani i zatrudniani np. na pięcioletnie kontrakty.
Wynagrodzenia nie będą godziwe, kiedy rząd utrzymuje zbyt dużą liczbę uczelni, a subwencje wypłaca pogłównie, uciekając od rzeczowej oceny jakości kształcenia na poszczególnych uczelniach, i kiedy na uczelniach mamy przerost administracji.
Na opcję dużo i byle jak nigdy pieniędzy nie wystarczy, a na opcję mało lecz dobrze – wystarczy.
W szkole średniej można więcej zarobić na dwóch etatach i korepetycjach. Po co komu uczelnia potrzebna do szczęścia
Pieniądze są.. Tylko że decydenci szastają nimi na lewo i prawo. NIK powinien szybko sprawdzić uczelnie w zakresie dodatków dla administracji w formie "czy się stoi czy się leży"... . 20% to skromnie... - u nas niektórzy mają ponad 50%.... = tak ukrywane są gigantyczne czasami zarobki pracowników administracyjnych - czasami znacznie !!! wyższych od profesorów tytularnych....
" Przyjęto uregulowania, wedle których premia
regulaminowa przybierała postać stałego, a nie zmiennego, składnika
wynagrodzenia, co nie odpowiadało art. 136 ust. 1 i 2 pkt 5 upswn. Premia ta
przysługiwała bowiem co do zasady każdemu pracownikowi, w stałej wysokości,
regularnie, tj. comiesięcznie, za czynności charakterystyczne dla właściwego, tj. nie
ponadstandardowego, wykonywania obowiązków pracowniczych i była doliczana
przy wyliczaniu innych składników wynagrodzenia. Ponadto – przy uwzględnieniu
okoliczności, że stawki minimalne wynagrodzenia zasadniczego na większości
stanowisk zajmowanych przez pracowników UPWr były określane jako niższe niż
obowiązująca wysokość minimalnego wynagrodzenia za pracę – skutkowało to
dysfunkcjonalnością m.in. tego składnika wynagrodzenia, albowiem niwelowało to
jego realny wpływ na wynagrodzenie oraz jego funkcję motywacyjną71
.
W latach 2021-2024 rokrocznie wypłacano premię regulaminową od 1 115 do 1 159
osobom, w łącznej kwocie 38 477,0 tys. zł72. W tym czasie nie wpłynął nawet jeden
wniosek o obniżenie lub odebranie premii regulaminowej; premia ta nie została więc
odebrana lub choćby obniżona żadnemu pracownikowi. "
Kasa i stanowiska są dla samych swoich. Reszta robi wg wynagrodzeń z ustaw lub rozporządzenia. A najlepiej za miskę ryżu w imię misji i prestiżu pracy w publicznej instytucji. Właśnie na jednej uczelni miamiono karierami naukowymi młode dziewczyny. Doktorat to darmowy pracownik. Po obronie bawiły się w nauczycieli i potem znikaly nie wiadomo gdzie.
Ot, znów humanistyczne jęki.
1. Przyzwyczajenia towarzystwa humanistycznego do nicnierobienia, siedzenia na "konferencjach" i biadolenia o niczym jest jak widać ponadczasowe, i jako takie zdaje się przechodzić z pokolenia na pokolenie.
2. Rynek pracy - globalnie, tj. be znaczenia branży - charakteryzują takie same mechanizmy dostosowawcze, w których najważniejsze jest efektywność. Jeśli więc delikwent zatrudniony na uczelni nie potrafi publikować wartościowych artykułów (zaznaczam: nie monografii (w tym ich części), bo to nie nauka), to albo idzie na stanowisko dydaktyczne, albo gdziekolwiek. I zwracam uwagę na kierunek przyczynowości: najpierw efekty, potem zatrudnienie.
3. Wiara w zbawczą rolę związków zawodowych jest już w tym kraju wręcz karykaturalna. Otóż związki z definicji dbają tylko o własny interes (czyli kadry), a przykład: Solidarność i jej polityczne konszachty (przypominam, że tow. Śniadek to nawet partyjnym posłem został).
Reszta - nie warta komentarza, więc tylko z obowiązku przypomnę: humanistyka to nie nauka.
Zgodzę się humanistyka to nie nauka zbytnio. Programy przestarzałe niedostosowane do rynku pracy. Po co komu wiedzą z książek napisanych z czasów PRL lub transformacji ustrojowej. Rynek pracy jest bardziej wymagający.
@MB Cyt."Reszta - nie warta komentarza, więc tylko z obowiązku przypomnę: humanistyka to nie nauka."
Wie Pan, ja "pojechałem" trochę ostro humanistykę w moich poprzednich wypowiedziach, natomiast uważam, iż nie może zabraknąć humanistyki w zbiorze dziedzin naukowych. Sęk w tym: JAK to ma wyglądać? Bowiem, jeśli ma być tak, jak jest teraz, to faktycznie nie ma co myśleć o poprawie sytuacji. Polska nauka cierpi na shumaniszczenie, a właściwie na przehumaniszczenie: podobne jest to do przetłuszczenia organizmu. Wszyscy wiedzą, czym takie przetłuszczenie grozi. Owo przehumaniszczenie (wynikające m.in. z mentalności większości społeczeństwa) plus feudalność obecnego systemu nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce, powoduje, że mamy to, co mamy i ŻADNE zwiększone dofinansowanie nauki, czy szkolnictwa, NIE usunie tego problemu.
Ależ humanistyka musi zostać usunięta ze zbioru dziedzin naukowych, gdyż do nich nie należy: jest humanistyką właśnie. Oczywiście, jest to pokaźna (i czasem nawet użyteczna) wiedza, nie ma ona jednak walorów naukowości.
Patrząc zaś na liczbę absolwentów, chyba warto wziąć przykład z Japonii: https://www.newsweek.pl/zdrowie-i-nauka/nauka/prawdziwy-koniec-historii-japonia-zamyka-kierunki-humanistyczne/nfdmvzf
Mieliśmy być drugą Japonią, to bądźmy!!! I nie mam na myśli jedynie starzenia się społeczeństwa czy zbliżonego PKB na mieszkańca.
To jest prowokacja czy Pan tak myśli. Jeśli Pan tak myśli to strach się bać. Totalitarny umysł, zabijmy humanistów, a zwłaszcza filozofów. Biada rodzajowi ludzkiemu rzadzenemu przez technokratów..
Strach jest właściwy ludziom, którzy wierzą (czyli humanistom), a nie tym, którzy wiedzą (czyli naukowcom). Odwracanie kota ogonem oraz błędy logiczne to także domena humanistów.
Przypomniało mi się, jak to bodajże chyba Platon (sam będący przecież filozofem), uważał że poetów należałoby się pozbyć... Oczywiście, to OKROPNY pomysł.
Natomiast, wracając do sedna sprawy: w polskim systemie nauki i szkolnictwa wyższego brakuje W PEWNYM SENSIE zrównoważenia udziału humanistyki i dziedzin społecznych z jednej strony, a z drugiej: dziedzin ścisłych, przyrodniczych, medycznych i technicznych. Ten brak zrównoważenia odzwierciedla w pewnym stopniu właśnie mentalność większości społeczeństwa, której wystarczą zapewnienia, że w kraju pracują zastępy filozofów, historyków, politologów, socjologów etc., a więc z tego ta większość może wnioskować, iż uprawia się tutaj naukę "pełną gębą", po co więc się martwić o fizyków, matematyków, przedstawicieli nauk technicznych itp. ? Jak ci z tej drugiej grupy są, to OK, jak ich nie ma, to też OK, bo fizycy jeszcze wyprodukują coś, co może "pierdyknąć" (przepraszam za mało eleganckie słowo) lub zrobią jakiś Czarnobyl, matematycy zajmują się kompletnie niezrozumiałymi i nieprzydatnymi sprawami itd. itd. itd. itd. itd.
Co do Japonii, to zastanawiam się, czy nie mają oni braku odwagi do pisania np. o zbrodniach wojsk japońskich podczas II wojny światowej. Jeśli tak, to już raczej kłóci się z zajmowaniem się historią w sposób prawdziwie naukowy. Z drugiej strony, jak oceniane jest w USA, zrzucenie przez USA bomb nuklearnych (zwanych niezbyt poprawnie "atomowymi"), na Hiroszimę i Nagasaki 80 lat temu? Najczęściej słyszy się usprawiedliwianie, że to pozwoliło uniknąć jeszcze większej liczby ofiar, gdyby Amerykanie zdecydowali się na lądowanie na wyspach japońskich w 1946 r., a taki plan był przygotowywany. Japończycy mieli "przywitać" wojska alianckie na swój sposób tzn. rzucić przeciw nim nawet cywilów uzbrojonych w cokolwiek, co się mogło nadawać na broń.
Ma walory naukowości, tyle że trzeba nie lada odwagi i samozaparcia, żeby uprawiać np. historię w sposób naukowy. Przykładem jest sprawa Powstania Warszawskiego, o którym nieżyjący już historyk Prof. Paweł Wieczorkiewicz wypowiadał się bardzo krytycznie. Powiedział kiedyś m.in., iż w Polsce brakuje intelektualnej debaty o tym Powstaniu.
Właśnie dlatego, że humanistyka nie poddaje się falsyfikowalności, nie jest nauką. W rezultacie każdy może pisać cokolwiek, ba - być dumnym, że ma inne poglądy. Długofalowe skutki są zatrważające, bo to zrodziło przestrzeń do podważania wyników badań naukowych. Efekty? Widać na pierwszy rzut oka (antyszczepionkowcy, płaskoziemcy itd.).
Piszę jako matematyk. Jeszcze "naukowiec" wg Pana? W każdym razie, to że humanistyka nie jest nauką i nie jest falsyfikowalna to nie jest problem humanistyki. Człowiek jest niezwykłą kombinacją ducha i materii. Ten pierwszy proszę rozumieć kulturowo, nie religijnie. I dobra humanistyka zajmuje się właśnie tym pierwszym. A tu prawo wyłączonego środka nie działa.... Proste, żeby nie powiedzieć - prostackie jest myślenie, że nauka jest w stanie objąć każdy rodzaj ludzkiego doświadczenia. Tam, gdzie nie może, miejsce jest dla humanistów. Umysły, które tego nie rozumieją są wręcz niebezpieczne, bo nie widzą, że człowieka jako całości. I potem np konstruują bombę atomową, bo obliczenia się zgadają i tak później wyparowują setki tysięcy istnień ludzkich. To jest właśnie efekt niedostrzegania większej całości. Natomiast zupełnie inną sprawą jest, że humanistyka jako dziedzina wiedzy jest bardziej podatna na tworzenie chłamu, co jest trudniejsze w twardych dziedzinach, gdzie trzeba mieć konkret. I z tym się zgadzam. Ale chłam można robić też w naukach ścisłych, co pokazuje "kryzys publikacyjny" ostatnich lat. Bo kwestia uprawiania dobrej nauki to właściwie kwestia moralna. I tu, nomen omen, również pojawia się humanistyka. Pamiętajmy, że najpierw jesteśmy ludźmi, a dopiero później naukowcami.
Proszę nie mylić pojęć: postawy ludzkie (w tym moralność), przekonania (w tym wierzenia) to nie jest humanistyka. Być może pomylił Pan humanistykę z humanizmem, w takim razie proszę zajrzeć do słownika.
Jako matematykowi: 0 & 1 (operacja bitowa) -> 0.
BTW: znacznie więcej osób (i w większych męczarniach) ginęło wówczas w Tokio ze względu na burze ogniowe. Nie usprawiedliwia to oczywiście zabijania, obala jednak mit o skali mordu w Nagasaki czy Hiroszimie.
Cyt."BTW: znacznie więcej osób (i w większych męczarniach) ginęło wówczas w Tokio ze względu na burze ogniowe. Nie usprawiedliwia to oczywiście zabijania, obala jednak mit o skali mordu w Nagasaki czy Hiroszimie."
A jednak nie, jeśli wziąć pod uwagę to, że ofiary bombardowań nuklearnych umierały przez całe dziesięciolecia, zwłaszcza wskutek choroby popromiennej.
Co do humanistyki, to jestem dość krytyczny wobec jej odmiany, jaką mamy w Polsce. Dopuszcza ona bowiem sytuację, gdy dana osoba pisze różnorakie dywagacje na temat jakiś-tam, przykładowo o sensie życia, czy o różnych problemach społecznych, czy o światopoglądzie itp. itp., albo o różnych kwestiach historycznych, politycznych itp. itp., a może przez to posługiwać się w odniesieniu do siebie samej, terminem "naukowiec" lub "uczony", i starać się o zatrudnienie na uczelni lub w PAN. Równocześnie, duży odsetek ludzi uzdolnionych w np. dziedzinach ścisłych lub technicznych, marnuje swoje talenty. A potem płyną te krokodyle łzy i słychać lament o sytuacji w nauce polskiej. Można to obserwować czasem w październiku, gdy są inauguracje roku akademickiego, czy też wtedy, gdy ogłaszane są wyniki kolejnej edycji rangkingu uczelni np. szanghajskiego. Tyle, że ci, co te łzy leją lub lamentują, na tym z reguły kończą, "nie wychylą się", żeby coś NAPRAWDĘ zdziałać.
Co to jest kryzys publikacyjny? Czy miał pan na myśli kryzys replikacyjny? To nie to samo.
Ale o czym rozmawiamy? Najlepsi młodzi zatrudniani na asystenturach, tak? Umowa o pracę, możliwość poznania wydziału, obowiązki „pracownicze” itd.
Zarobki u mnie na wydziale: NIŻSZE niż początkującego nauczyciela. Z tym że ten zaczyna pracę 4 lata wcześniej bo doktoratu nie robi.
Więc na uczelni zostają uprzywilejowani finansowo a nie faktycznie najlepsi.
Patrzac na polski system niejako z zewnatrz, widze sporo niespojnosci i rozgardiaszu w temacie rodzaju zatrudnienia w instytucjach nauki i wyzszej edukacji. Wyglada mi to troche na takie miotanie sie pomiedzy systemem anglosaskim a mieszanka systemow europejskich.
Dla zilustrowania, prosze spojrzec na ta strone
https://royalsociety.org/news-resources/publications/2010/scientific-century/
i scignac "Full report", link o prawej stronie.
W tymze raporcie na stronie 14 jest pewien rysunek, ktory ilustruje, jak w latach przed 2010 ksztalowal sie odsetek doktorow (PhDs) zatrudnionych w roznych dzialach gospodarki. Wynika z niego, ze w Wielkiej Brytanii sposord 100% doktorow, 3.5% zostaje zatrudnionych na uczelniach jako "permanent research staff" a 0.45% zostaje na koncu profesorami. To sa bardzo male liczby, ale one odzwierciedlaja system anglosaski, gdzie aby doczekac sie zatrudnienia, ktore moze byc okreslone jako "stale" (permanent) trzeba naprawde dobrze sie napracowac i przejsc przez faze zatrudnienia czasowego, mam tutaj na mysli glownie postdokow. W UK czy w USA jest bardzo malo osob zatrudnionych na uczelniach jako tzw. "staff scientists", czyli osoby ze stalym zatrudnieniem, ale nie kierownicy grup badawczych, albo nie nauczyciele akademiccy.
Pytanie wiec, czy Polska chcialaby zastosowac wlasnie taki system? Jesli tak, to zdecydowanie byloby to przeciw propozycjom zaprezentowanym w artykule powyzej. Czy to dobry system? Nie wiem. Ale jest to system na pewno sprawdzony i wiemy, ze dziala, miedzy innymi w kraju, z ktorego pochodzi raport cytowany przez Autpra (czyli w USA).
Jesli nie, to jaki system chcialaby miec Polska? Francuski, czy moze bardziej niemiecki? Trzeba jeszcze pamietac, ze inne podejscie jest w tych krajach co do zatrudniania na uczelni a nieco inne w instytutach badawczych.
To wszystko sa skomplikowane sprawy, ale obawiam sie, ze w tych dywagacjach na pewno trzeba uwzglednic czynnik finansowy. Finansowy oraz demograficzny, czyli, jakie sa przewidywania co do liczby studentow w Polsce w ciagu najblizszych 20 lat.
Zastanawiamy się jaki chcemy system, a zapominamy o polskim prawie, które akurat w tym kontekscie jest korzystne dla pracownika. Jesli praca na umowie zleceniu ma charakter pracy na etacie to wcale nie jest trudno zadbać o to, aby przekształcić ją w umowę o pracę. Po trzech latach pracy - umowa na czas nieokreślony. Czy jednak akurat naukowcom odmawiamy prawa do tego typu stabilizacji? Błagam, przy tych pieniądzach jakie proponuje polska nauka nie idźmy jeszcze w kierunku robienia z uczelnia typowych januszexów
@Mlody naukowiec
W systemie anglosaskim liczba pracownikow zatrudnionych rzeczywiscie na czas nieokreslony jest bardzo mala. Stad na przyklad w Stanach otrzymanie tego "tenure" to tak wielka sprawa, jesli chodzi o sciezke kariery zawodowej.
Czesciowo wynika to z tego, ze jest bardzo trudno poprawnie ocenic prace naukowa danej osoby i uczelnie chca w tym temacie ograniczyc margines bledu. Czyli zanim ktos to "tenure" dostanie, musi przejsc przez bardzo wymagajacy proces rekrutacji i jeszcze sie wykazac.
Jednak to stwierdzenie " Błagam, przy tych pieniądzach jakie proponuje polska nauka nie idźmy jeszcze w kierunku robienia z uczelnia typowych januszexów" jest troche niebezpieczne, bo niejako utrwala ono patologie dramatycznie niskich pensji. Jesli mowimy o jakims hipotetycznym systemie, ktory mialby zaczac w przyszlosci dzialac, to nalezy probowac wyeliminowac z niego takie wlasnie patologie.
Osobiście uważam, że system anglosaski może się sprawdzać tylko wtedy, gdy kraj go stosujący ma potencjał do drenażu mózgów z krajów rozwijających się. Na tym zbudowany jest system anglosaski. My nie mamy takiego potencjału.
@sdf
W tym systemie chyba takiego zalozenia ma, a priori, ale wysoka konkurencyjnosc rzeczywiscie w pewnym stopniu do tego prowadzi.
Nie jestem przekonany do jakiejs specjalnej wyzszosci tego systemu nad innymi, ale wydaje mi sie, ze uporzadkowanie tego tematu w Polsce mogloby pomoc.
Umowy cywilno-prawne to skazanie uczelni na nijakość naukową. Jeśli uczelnia ma status badawczej, to pracownicy na etacie mogą starać się o finansowanie mniejszych projektów, wyjazdów, konsultacji, a przede wszystkim szkoleń metodologicznych. Jako doktor na śmieciówce prowadzisz zajęcia (często po angielsku, bo młodzi potrafią), ale nie dostajesz benefitów kluczowych dla budowania twojej przyszłości w nauce. Talent się marnuje. Tracisz najważniejsze lata po doktoracie. Tak, te lata są najważniejsze, potwierdza to wiele badań nad karierami naukowców. Najgorsze są sugestie, że masz się kręcić wokół uczelni, żeby kiedyś dostać etat. Nie dostaniesz. Wejdźcie sobie na RADON-a i zobaczcie rozkład wieku i stanowisk w swojej dyscyplinie. Z obecną polityką kadrową za dekadę to wszystko runie nawet w TOP5.
Szanowny Panie Doktorze, uczelnia oprócz ważnej roli społecznej jest też podmiotem zobowiązanym do działania w oparciu o rachunek ekonomiczny. Struktura i liczba pracowników musi być dostosowana do aktualnej liczby studentów. Mamy niż demograficzny. Jak Pan wyobraża sobie stabilizację zatrudnienia przy spadającej liczbie studentów. Umowa cywilno-prawne dają możliwość w miarę elastycznego reagowania na to co dzieje się w otoczeniu. Poza tym to też możliwość zatrudniania praktyków. Powiedzmy szczerze uczelni jest w Polsce za dużo i część z nich po prostu nie przetrwa. Trzeba liczyć się z konsolidacją i zwłaszcza w przypadku niektórych kierunków z ich wygaszaniem.
Liczba uczniów w szkołach też spada, a jednak nauczyciele mają umowy o prace zamiast śmieciowej. Czemu szkoły wyższe sobie miałyby nie poradzić z takim wyzwaniem. Czyżby wielcy profesorowie rektorzy/dyrektorzy nie umieli rozwiązać problemu, którym dyrektorzy szkół (zwykle magistrowie) sobie radzą? Moze trzeba dopuścić do konkursów na najwyższe stanowiska na uczelniach ludzi bez dr/hab/prof?
Czyżby kasa była najważniejsza ? Smutno i przykro że taka wizja przyświeca "naukowcom" !
Jakbym słyszał mojego dziekana...
Kocham swoją pracę. Pracuje często po 13 godzin dziennie, nic tak nie cieszy jak uzyskanie super wyniku. Nic tak nie cieszy, jak optymalizacja procesu i zdobycie wiedzy jak poszczególne, niby nieistotne, jego etapy, wpływają na końcowy wynik.
Ale zdradzę Ci sekret. Gdyby mi za to nie płacili, to bym tam nie pracował.
To nie tak, jak mówi mój dziekan, że naukowiec powinien zarabiać tyle, aby wystarczyło mu na opłaty i jedzenie i nic ponad, bo wtedy ma motywację do pisania projektów. Nie. To właśnie godna pensja, która pozwala mi na spokojną pracę bez martwienia się czy mi wystarczy do pierwszego sprawia, że chętnie przychodzę do pracy a projekt pisze z myślą o badaniach a nie o dodatku do pensji.
Gdyby kasa dla nas była najważniejsza, to byśmy już dawno poszli do przemysłu.
No w sumie tak, to bardzo piękne. Zadzwonię więc do Spółdzielni Mieszkaniowej i powiem, że jestem naukowcem, więc niech będą uprzejmi się odczepić ode mnie w kwestii płacenia czynszu, bo ja badam prawa rządzące tym światem, ale nie za pieniądze. Podobne telefony otrzymają dostawcy energii elektrycznej, Internetu, gazu...
A za co mam pracować jak nie za pieniądze? Dla idei? Dla idei mam się poświęcać, kształcić, sprawować opiekę nad magistrantami i doktorantami (pamiętajmy, że to właśnie pracownicy uniwersytetów kształcą prawników i lekarzy)? Potem dla tej samej idei mam czytać skomplikowane opracowania obcojęzyczne, i publikować w najlepszych czasopismach naukowych? Po to, żeby na końcu zarabiać mniej niż policjant (wiem, ważny i trudny zawód, ale wymagania są jakie są) czy też ktoś, kogo jedynym zadaniem jest umawiać rozmowy w korpo? To może niech analogicznie, inne zawody też popracują sobie dla idei, czemu tylko naukowcy?
Najważniejsze jest jedzenie, bez tego człowiek umiera. A kupuje się je za kasę.
Co to takiego osoba studiująca? Za moich czasów byli tzw. studenci, czy to to samo? A jeśli tak, to po co tworzyć potworka językowego?
Osoba która studiuje, to osoba studiująca
A jak ktoś studiuje rozkład jazdy MPK lub PKP, to też jest studentem? ;=) Fajnie, bo już wiem, jak się poczuć młodziej. :=)))
Nie bądź trollem, człowieku, niektórzy mówią, że uczeni powinni demostrować pewien poziom, a to jest złośliwość gówniarza. W artykule nie było mowy o studiowaniu rozkładów jazdy.
Panie Profesorze
Tylko sobie zażartowałem na zasadzie gry słów. Nie wiedziałem, że tak to Pan odbierze. Przepraszam zatem.
W zasadzie to ja powinienem przeprosić.
Panie Profesorze
W sumie, to chyba nic się nie stało. Może też powinienem był przystopować z żartami.
Serdecznie pozdrawiam.
Nie, proszę pani/pana/pano. Osoba która studiuje, to student. Język ma swoje prawa a my jesteśmy za krótcy, by ot tak je z kaprysu zmieniać.
Pełna zgoda. Do czego to doszło żeby tłumaczyć "osobie naukowej" że jest w języku polskim rzeczownik student.