Aktualności
Życie akademickie
19 Stycznia
Źródło: www.biol.umk.pl
Opublikowano: 2026-01-19

Zakazane słowa: konkurencja i ambicja

Cała kariera od doktoratu do emerytury przebiega zwykle w tej samej uczelni. Mobilności brak, konkursy są często fasadowe. Obsadzanie nowych etatów i sukcesja odbywa się w patriarchalny (a przy rosnącej feminizacji polskich uczelni coraz częściej matriarchalny) sposób, często bez uczciwej konkurencji, rywalizacji i mobilności.

Po 25 latach pracy na wydziale biologii polskiego uniwersytetu uznałem, że przyszedł czas na osobiste podsumowanie. Co zmieniło się od czasu transformacji i wejścia Polski do Unii Europejskiej? W jakim miejscu jest dziś polska nauka i jak uczelnie chcą przygotować się na przyszłość? Od razu zaznaczam – piszę o uniwersytetach, a nie o politechnikach czy uczelniach medycznych, które funkcjonują w nieco odmiennych realiach, chociaż niektóre z moich wniosków zapewne można uogólnić.

Polityka świętego spokoju

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to wciąż brak długofalowej strategii dla szkolnictwa wyższego. Polityka akademicka w Polsce zmienia się wraz z kolejnymi kadencjami parlamentu, przechylając się raz w jedną, raz w drugą stronę. Każdy nowy minister powtarza, że zmiany będą „ewolucyjne, a nie rewolucyjne”. W praktyce oznacza to: spokojnie, nic się nie zmieni. Niestety, w biologii ewolucja wcale nie przebiega tak łagodnie. Słyszeli Państwo o punctuated equilibrium?

Dziś głównym celem ministra wydaje się utrzymywanie spokoju w środowisku akademickim, by nie zrazić ostatnich wyborców. Wielu wykładowców to zresztą cieszy – akademicy, ale także studenci, zawsze byli konserwatywni w sprawach strukturalnych (choć niekoniecznie w kwestiach wartości). Każda zmiana statusu spotyka się z odrzuceniem. Gdy mówiłem moim studentom, że w czasach studiów w Getyndze co roku przynajmniej raz strajkowaliśmy o jakość kształcenia, patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Polscy studenci są tacy grzeczni.

Nauki przyrodnicze i ścisłe (Sciences, Technical Sciences i Life Sciences) z jednej strony, a humanistyka i nauki społeczne (Social Sciences i Humanities) z drugiej, mają zupełnie różne interesy. Nauka ścisła i przyrodnicza jest jedna i zawsze międzynarodowa, dlatego to właśnie biolodzy, fizycy czy chemicy byli w ostatnich 30 latach liderami internacjonalizacji, publikacji w topowych czasopismach i trzymania się światowych standardów. Niestety, ostatnio wahadło znów przechyla się ku prowincjonalizmowi, co wbrew pozorom humanistyce wcale nie pomaga.

W międzynarodowym świecie naukowym obowiązuje zasada Red Queen: kto się zatrzymuje, przegrywa w wyścigu ewolucyjnym. W Polsce humaniści i socjolodzy gremialnie nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Nauka najwyższej klasy (cutting-edge science) opiera się na dwóch filarach: konkurencji i ambicji. A to dziś na polskich uczelniach słowa niemal zakazane. Pojawiła się karykaturalnie rozumiana inkluzywność: „wszyscy mają się dobrze czuć”. Kto wymaga wyników, ten „zakłóca spokój”. Mają w tym swój udział związki zawodowe, ich celem jest ochrona etatów, a nie rozwój nauki. Dla działacza najważniejsze pytanie brzmi: jakie są minimalne wymagania? Dla naukowca: jakie są ambicje i jak silna jest wola konkurencji? Te światy są rozłączne. Rosnący wpływ związków zawodowych budzi niepokój, podobnie jak komisje sejmowe. Obecnie w sejmowej komisji edukacji i nauki z 36 członków tylko 6 (w szerokim pojęciu) ma cokolwiek wspólnego z naukami ścisłymi lub przyrodniczymi. Dominują pedagodzy i historycy, słabo osadzeni w międzynarodowej nauce.

Zgubny sojusz

Kolejna sprawa: w Polsce mamy za dużo uczelni, więcej niż w Niemczech, choć studentów jest o połowę mniej. I wszyscy są zadowoleni. Wykładowcy mają pracę, studenci łatwe dyplomy, a minister może się chwalić wysokim odsetkiem osób z wyższym wykształceniem. Idealna sytuacja „win-win-win”. Tylko jakość kształcenia schodzi na dalszy plan, a Polska Komisja Akredytacyjna często przymyka oko na różnego rodzaju niedomagania. Wbrew popularnej narracji, polscy studenci mają pieniądze, łatwiej więc „kupić” dyplom prywatnej lokalnej uczelni, niż trudzić się darmowymi studiami na uniwersytecie. Żaden minister nie odważył się tego procederu ukrócić (patrz: spokój musi być). I nie zrobi tego, dopóki w wielu instytucjach dyplom będzie ważniejszy od wiedzy i umiejętności.

Osobnym problemem, widocznym dla osób znających temat, jest wysoki poziom ukrytego bezrobocia w środowisku akademickim. Liczba studentów w ostatniej dekadzie znacznie spadła, liczba wykładowców wzrosła – piszę tu o liczbie nauczycieli, niekoniecznie naukowców. Uczelnie radzą sobie z tym, tworząc pomniejszone grupy, podwójnie licząc godziny dydaktyczne na zajęciach angielskojęzycznych, mnożąc komisje i raporty, przesuwanie etatów itd. Krótko mówiąc, administracja zajmuje się sama sobą. Na badania, a nawet na dydaktykę, zostaje coraz mniej środków, bo większość pieniędzy pochłania wypłata wynagrodzeń. A materiały dydaktyczne konieczne do prowadzenia zajęć często kupuje się ze środków naukowych, co nie zawsze jest legalne. Dla kierunków humanistycznych to nie problem, bo nie ma konieczności utrzymywania laboratoriów.

Polityka kadrowa polskich uczelni wciąż jest archaiczna. Do tej pory żaden minister nie odważył się tego zmienić. W końcu – ma być spokój. Pracownicy są praktycznie nieusuwalni. Cała kariera od doktoratu do emerytury przebiega zwykle w tej samej uczelni. Mobilności brak, konkursy są często fasadowe. Obsadzanie nowych etatów i sukcesja odbywa się w patriarchalny (a przy rosnącej feminizacji polskich uczelni coraz częściej matriarchalny) sposób, często bez uczciwej konkurencji, rywalizacji (patrz: słowo zakazane) i mobilności. Kto raz „wsiądzie na etat”, zostaje do końca, często nie jako naukowiec, lecz „urzędnik naukowy”. Coraz więcej stałych etatów zajmują osoby (patrz: ruch I’m Hanna), które nie należą do czołówki badawczej, ale skutecznie blokują młodych i ambitnych. Uniwersytety, które powinny być przestrzenią młodości, starzeją się.

Niestety, uczelnie prawie nie mają możliwości prowadzenia sensownej polityki kadrowej czy planowania rozwoju. Awans naukowy (habilitacja, profesura) odbywa się praktycznie poza uczelnią, czasem bez wiedzy władz wydziałów. Interesy instytucji i rynku pracy nie mają znaczenia. Rolą uczelni jest tylko wypłata wyższego wynagrodzenia. Ponieważ uzyskanie tytułu profesora jest dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek, wkrótce profesorów tytularnych będzie więcej niż adiunktów, o asystentach już nie wspominając. O racjonalnym planowaniu czy autonomii akademickiej w takich warunkach trudno mówić. W każdej innej branży gospodarki byłoby to nie do pomyślenia. Wolność nauki, prawo akademickie i prawo pracy tworzą tu zgubny sojusz. A przecież istnieją sprawdzone międzynarodowe sposoby, by dać uczelniom autonomię kadrową i bezpieczeństwo planowania.

Krępujący gorset

Nie będę narzekał na studentów, ci już wcześniej padli ofiarą akademickiej pedagogiki. Sam system boloński jest przykładem, jak utrzymuje się dysfunkcyjny mechanizm tylko dlatego, że jego likwidacja byłaby prawnie trudna. Prawo o szkolnictwie wyższym, ramy kwalifikacji i „Bolonia” zakładają gorset, który uniemożliwia szybkie reagowanie na zmieniające się potrzeby studentów, rynku pracy i technologii. Prywatne uczelnie radzą sobie lepiej, bo mogą elastycznie zmieniać kadry.

Studenci nie są w większości zainteresowani nauką: 90% chce dobrego przygotowania zawodowego, 10% ogólnej wiedzy. Tak było zawsze. Ale uniwersytety wciąż oferują głównie akademicką edukację w formie studiów magisterskich, które dziś są gatunkiem zagrożonym. Na bardziej praktyczne programy trudno przejść, trzeba by zmienić kadrę. A to niemożliwe. Dlatego w konkurencji edukacyjnej przegrywają.

O ramach kwalifikacji i numerologii w programach studiów dotyczących wiedzy, umiejętności i kompetencji powiedziano już wiele dowcipów, ale osiągnięto tu jedno: marginalizację wiedzy i socjologizację nauk ścisłych i przyrodniczych. Najważniejsze są teraz kompetencje społeczne, także dla fizyka czy matematyka. Może jestem staroświecki, ale celem studiów powinno być zdobywanie wiedzy.

Polska nie ma zbyt małego budżetu na naukę. Pieniędzy wystarczyłoby, by prowadzić badania na dobrym, międzynarodowym poziomie. Problem w tym, że zbyt dużo środków pochłaniają pensje i biurokracja. Także Narodowe Centrum Nauki powinno poważnie zrewidować swoją politykę grantową. W dodatku w Polsce nadal panuje obsesja open access, przez co regularne publikowanie w najlepszych czasopismach jest praktycznie niemożliwe. W mojej katedrze publikujemy rocznie ponad 30 prac, prawie wszystkie w Q1, wiele w top 10 rankingów JCR i SCOPUS. Koszty open access przekroczyłyby 300 tys. zł rocznie, a NCN w jednym grancie finansuje dwie publikacje w ciągu czterech lat. To absurd. Dlatego albo kombinujemy, albo nawet publikujemy niżej, niż moglibyśmy. Koniecznie jest potrzebny odpowiedni krajowy program finansowania publikacji w najlepszych czasopismach. Na szczęście coraz więcej uczonych z krajów zachodnich bojkotuje ten open access nonsense. Naukowcy z mniej rozwiniętych krajów (Global South) zawsze byli przeciw open access.

A biurokracja rośnie

Zbliża się moja szósta ewaluacja i coraz mniej rozumiem, po co ona właściwie jest. Biurokracja rośnie, a wyniki są te same: ci, co mieli dostać kategorię „A”, i tak ją dostaną. Polska teologia pozostaje absolutną światową potęgą, reszta jest „powyżej średniej”. QS i Times Higher muszą się mocno mylić, skoro uporczywie klasyfikują polskie uczelnie i poszczególne dyscypliny naukowe na poziomie 1000+.

Teraz ma dojść kolejne kryterium – aktywność popularyzatorska. Brzmi rozsądnie, ale w praktyce to następny krok ku „uspołecznianiu” nauk ścisłych i przyrodniczych. Jakość naukowa staje się tylko jednym z czterech kryteriów, w dodatku kryterium, które przy „spłaszczonej” ocenie traci swoje decydujące znaczenie. Komunikacja ważniejsza od badań. Więc powstanie kolejna biurokracja do liczenia, mierzenia i sterowania popularyzacją. Ale kto w Polsce odpowiada za popularyzację? Przecież od tego jest dziennikarstwo naukowe.

Polskie uniwersytety przetrwały 20 lat od wejścia do Unii Europejskiej i przetrwają drugie tyle, nawet bez reform. Ale ich znaczenie powoli maleje: w Polsce wobec innych instytucji szkolnictwa wyższego, a na arenie międzynarodowej w porównaniu z Azją, a nawet Afryką (patrz zasada Red Queen). Polskie uniwersytety dla zagranicznych studentów są w większości nieatrakcyjne, co w sumie nawet odpowiada politykom. Ale wkrótce też w Polsce może zabraknąć wysoko wykwalifikowanych ekspertów. Oby humaniści i ministrowie czytali rankingi międzynarodowe.

Każda zmiana musi się zacząć od polityki kadrowej, która stawia interesy uczelni na pierwszym miejscu. Wszystko inne to kosmetyka. Problem „kupowania dyplomów” da się łatwo rozwiązać. Parafrazując Willy’ego Brandta: trzeba odważyć się na więcej konkurencji i nierówności.

prof. Werner Ulrich

Autor pracuje w Katedrze Ekologii i Biogeografii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Studia skończył i doktorat uzyskał na Uniwersytecie Georga Augusta w Getyndze.

Dyskusja (18 komentarzy)
  • ~Agape 27.01.2026 10:43

    Około 10 lat temu ukończył*m studia doktoranckie i ku mojemu zdziwieniu musiał*m odejść z uczelni, gdyż nie było dla mnie etatu. Pomimo posiadania grantu NCN dla młodych badaczy, zrealizowaniu małego grantu uczelnianego, uczestniczeniu w kilku projektach na wydziale. Pomimo tego, że w dorobku było 19 publikacji o zasięgu międzynarodowym, a Indeks Hirsza (teraz już nielubiany) wynosił 9 (tuż przed obroną dr).
    Nie był*m wystarczająco konkurencyjną osobą dla innych na uczelni? A może przeciwnie, nazbyt konkurencyjną?

  • ~Lubelak 21.01.2026 08:56

    Autor powyższego tekstu ma w Scopusie 227 publikacji, 10 tysięcy cytowań i indeks h równy 45. Chyba większość czytelników się zgodzi z tym, że jest to dorobek bardzo w porządku - oby wszyscy taki mieli. Więc jest doskonałym dowodem na to, że 25 lat pracy na jednym wydziale może dać bez żadnej mobilności dobry dorobek. Jedyna "mobilność" to ukończenie studiów i obrona doktoratu gdzie indziej, więc nawet gdyby od początku było to na UMK, to nic by się nie zmieniło.

    Studenci polscy są grzeczni, ponieważ bez żadnego strajku i przysłowiowego rozlewu krwi udało im się doprowadzić do całkowitego dostosowania systemu szkolnictwa pod ich widzimisię. Jeśli od wyników ankiety studenckiej na niektórych uczelniach może zależeć awans albo przedłużenie zatrudnienia, to potem nie dziwmy się, że "Studentki medycyny przyznały, jak nazywają pacjentów i że oszukują w testach" (proszę wygooglać sobie ten artykuł). Co więcej, tylko ktoś kto ma własne studiujące dzieci (nie jest jasne, czy autor ma), zaczyna otwierać oczy, jak różne jest całe pokolenie Z od pokolenia autora artykułu. Ambicja i konkurencja nie istnieje, wiedzę się i tak zapomina, studia trzeba ukończyć i mieć z głowy, za badania naukowe nie ma sensu się brać (i mają rację, w obecnej sytuacji to przegranie życia), doktorat robi się do CV wizytówki i pieczątki, poza tym już dawno został zdegradowany do najwyższego stopnia wykształcenia w systemie bolońskim.

    Pytanie "jakie są minimalne wymagania" jest coraz częściej zadawane z prostego powodu - są one tak wyśrubowane, jakby od każdego księdza wymagać, aby w 8 lat został biskupem, a w 12 lat kardynałem. A kardynałów można jeszcze krytykować, że są miernotami, bo papieżami nie zostali.

    Potem mamy takie kwiatki, że do pozytywnej oceny okresowej na stanowisku profesora należy uzyskać "suma udziałów jednostkowych w publikacjach (sloty) nie mniejsza niż 3; przy czym średnia wartość slotu publikacyjnego powinna wynosić co najmniej 100 pkt.". Jeśli się tego nie spełni, leci negatywna ocena okresowa (przypomnę - za pierwszym razem rektor ma prawo zwolnić, za drugim musi).

    No to do dzieła, zróbmy ankietę wśród pracowników tej uczelni ile czasu poświęcają na faktyczną naukę, a ile na kombinowanie, aby nie podzielić slotu i nie opublikować broń Boże w siedemdziesiątce (co jeszcze 10 lat temu było sukcesem), bo się wyleci z pracy. Można też zrobić wywiad z takimi, którzy ze względu na brak jednego punktu zostali zdegradowani i zostali na lodzie z kredytem i rodziną na głowie. I takim ludziom jeszcze każmy jechać na Pacyfik bo mają być mobilni.

    To się wszystko wali. A my jeszcze narzekamy, że szklanka jest do połowy pełna.

    • ~Marcin Przewloka 21.01.2026 11:02

      @Lubelak

      I właśnie o taką mobilność chodzi, czy też w przypadku nauki polskiej, o jej brak:
      "Jedyna "mobilność" to ukończenie studiów i obrona doktoratu gdzie indziej"
      Dokładnie tego brakuje - robienia doktoratu i postdoków w miejscu innym, niż późniejsza stała pozycja.

      I o właśnie takiej mobilności mówi Autor, kiedy opisuje swoje obserwacje "po 25 latach pracy na wydziale biologii polskiego uniwersytetu":
      "Cała kariera od doktoratu do emerytury przebiega zwykle w tej samej uczelni. Mobilności brak, konkursy są często fasadowe"

      Tak więc stwierdzenie "nawet gdyby od początku było to na UMK, to nic by się nie zmieniło"
      może być prawdziwie, ale też wcale nie musi.

      • ~Hubert Wojtasek 21.01.2026 12:54

        "Tak więc stwierdzenie "nawet gdyby od początku było to na UMK, to nic by się nie zmieniło" może być prawdziwie, ale też wcale nie musi."
        Myślę, że prawie na pewno nie jest prawdziwe. Wiem to po sobie. Gdybym nie zrobił doktoratu za granicą, to najprawdopodobniej nie pojechałbym też na żadnego postdoca i "cała moja kariera od doktoratu do emerytury przebiegałaby w tej samej uczelni". Zostałbym takim "Naukowcem Powiatowym", jak ten z komentarza pod artykułem z raportem OPI o mobilności. Może nawet moja formalna kariera (stopnie, tytuł) przebiegałaby szybciej, bo "nie wypadłbym z lokalnych zależności i znajomości", ale byłbym zupełnie innym człowiekiem - z klapkami na oczach i łańcuchem na umyśle. No, ale pojechałem i mam z tego tylko problemy, bo widzę mankamenty polskiego systemu, do którego nie mogę (bo nie chcę) się przystosować.

        • ~naukowiec 22.01.2026 16:08

          Byłbym nawet skłonny zgodzić się ze stwierdzeniami zawartymi w komentarzu, jednak są one prawdziwe w odniesieniu do rzeczywistości jaka funkcjonowała 30 lat temu. W dzisiejszych czasach w znakomitej większości dyscyplin możliwa jest współpraca czy nawet pełnoetatowa praca w zagranicznych/międzynarodowych projektach bez konieczności FIZYCZNEJ przeprowadzki na drugą stronę globu. Sam pracuję przy jednych z najbardziej przełomowych badań w mojej dyscyplinie mieszkając cały czas w Polsce. I w myśl polskich przepisów i starszyzny profesorskiej ustalającej reguły nie jestem "mobilny". Bo przecież skoro ja wielki profesor 30 lat temu musiałem wyjechać żeby zetknąć się ze światową nauką (bo taka była rzeczywistość), to obecnie od młodych należy wymagać tego samego. Świat przecież w ogóle nie zmienił się od tego czasu, nie powstały wynalazki typu Internet, a dostęp do najnowszej literatury naukowej nadal możliwy jest tylko w zachodnich bibliotekach.

        • ~Tekla 22.01.2026 09:58

          Ja bym szybciej oszalała, niż bym się zgodziła nosić jakiekolwiek klapki i łańcuchy!
          Nigdy taka postawa mi nie odpowiadała, a tym którym to nie przeszkadzało są teraz "habilitowanymi" z klapkami. Niczego wartościowego nie czynią, bo jak wykonują bezrefleksyjnie polecenia szefa (też z klapkami), to co dobrego może się z tego urodzić?

          Potrzeba wyjazdów, poznawania świata, kontaktu z różnymi ludźmi to immanentna cecha naukowca.
          Nie każda dziedzina/dyscyplina/obszar badawczy wymaga wyjazdów, bo można współpracować koncepcyjnie "na odległość". Ale na pewno wyjście poza własny grajdołek to podstawa.

          • ~Lubelak 23.01.2026 11:11

            Jak to co dobrego może się z tego urodzić? "Suma udziałów jednostkowych w publikacjach (sloty) nie mniejsza niż 3; przy czym średnia wartość slotu publikacyjnego powinna wynosić co najmniej 100 pkt.". Przecież w tym grajdołku tylko o to chodzi i cała strategia i zap***l są robione pod takie wymogi. No i habilitacja w 8 lat, bo inaczej zwolnią i pracy się nie znajdzie. Czy to dobre, to już można sobie filozofować do rana przy dobrej wódce.

  • ~naukowiec 21.01.2026 03:17

    Mam wrażenie, że autor jest kolejną osobą która nie rozumie idei open access. Aby artykuł był "open access" wystarczy wrzucić jego preprint do publicznego repozytorium lub nawet w publicznie dostępne miejsce na serwerze uczelni (tak aby został zaindeksowany przez wyszukiwarki). Jest to tzw. zielony model open access, w pełni akceptowalny przez NCN oraz przez większość wydawnictw. Naprawdę nie trzeba płacić grubych tysięcy zagranicznym wydawcom za udostępnienie artykułu publicznie. Nie rozumiem dlaczego tak wiele osób dało tak sobie wmówić.

    • ~AAJ 23.01.2026 18:14

      Dokładnie to samo miałam napisać. Wśród dużej części polskich badaczy panuje dziwna i nieprawdziwa opinia, że Open Access = duża kasa do wydania. A to jest patologia stworzona przez wielkie wydawnictwa, które znalazły sobie dodatkowe źródło dochodu, oprócz horrendalnych pieniędzy, których sobie życzą za subskrypcję - czyli dostęp do naszych własnych tekstów, które im za darmo oddajemy. Dlaczego nikt nie kwestionuje właśnie tego patologicznego systemu? Oddajemy prywatnym firmom własność intelektualną sfinansowaną z publicznych pieniędzy. A one później mają profit margin w wysokości prawie 40%. Nawet Meta tyle nie ma. I nie, Panie Profesorze, globalne południe nie jest przeciwne Open Access. Wiem, bo uczestniczę w spotkaniach o OA organizowanych przez UNESCO, na których ludzie z całego świata dyskutują o tym co zrobić, by OA jak najbardziej wspierać.

  • ~Maciek 20.01.2026 11:44

    Polskie uczelnie wyższe nie są zbyt atrakcyjne dla studentów zagranicznych. W ub. 2025 r. było ich 107 tys. Dominują obywatele b. ZSRR głównie z Ukrainy 45-46%, a potem z Białorusi, w dalszej kolejności to Azerbejdżan, Kazachstan i Uzbekistan circa 17%. Później to już drobnica z Europy, Afryki, Bliskiego Wschodu i Azji.

  • ~Hubert Wojtasek 20.01.2026 10:23

    Brawo, Panie Profesorze, za znakomite podsumowanie istniejącej sytuacji. Szkoda tylko, że tyle już na ten temat powiedziano, a dalej nic się nie dzieje. Choć z jedną rzeczą się nie zgadzam - z tym Open Access. Mamy w Polsce całkiem niezły program finansowania tego typu publikacji - umowy krajowe z głównymi wydawcami finansowane przez MNiSW w ramach WBN. Nie chce mi się teraz sprawdzać danych za rok ubiegły (może nawet nie są jeszcze dostępne), więc podam za rok 2024, co zresztą robiłem już na tych łamach kilkukrotnie.
    Elsevier – pula 1013 artykułów na 2024 została wykorzystana 23.10.2024
    Springer - pula 1466 artykułów na 2024 została wykorzystana 06.12.2024
    ACS – pula 398 artykułów została wykorzystana 21.10.2024
    Taylor&Francis – pula 97 artykułów została wykorzystana 12.12.2024
    Jak widać, polscy naukowcy niespecjalnie garną się do publikowania w tych wydawnictwach, nawet, jeśli nie muszą za to płacić z własnych środków. Choć np. do MDPI pchają się drzwiami i oknami (11862 publikacje w roku 2024).

  • ~Sławomir Wacewicz 20.01.2026 09:40

    Dziękuję za ten tekst. Zgadzam się z p. Marcinem, że zebrano tu szereg cennych obserwacji i podzielam znaczną część opinii autora.
    Nie zgadzam się natomiast z dwoma tezami, które bazują nie na faktach, tylko stereotypach i są niestety często powtarzane bez należytej refleksji.

    Po pierwsze, nie jest tak, że "Nauki przyrodnicze i ścisłe z jednej strony, a humanistyka i nauki społeczne z drugiej, mają zupełnie różne interesy." Nauka w ogóle jest jedna, co wynika z jej definicji i sposobu funkcjonowania, a dobre badania SSH normalnie funkcjonują w globalnym obiegu na normalnych zasadach jak w każdej innej nauce. Stereotyp humanistyki jako dziewiętnastowiecznego skansenu nie odpowiada już rzeczywistości na świecie. Jeśli w dużej mierze odpowiada rzeczywistości w Polsce, to jest to problem humanistyki w Polsce, a nie humanistyki jako takiej.

    Po drugie, w kwestii Open Access, wcale nie jest tak, że trzeba płacić, żeby wykazać publikację dla NCN. Po pierwsze można skorzystać z centralnych subskrypcji OA, czyli puli artykułów kupowanej przez ministerstwo (np. w Elsevier i Springer). Po drugie są subskrypcje instytucjonalne poszczególnych uczelni. Po trzecie wiele dobrych projektów powstaje we współpracy międzynarodowej, w której współautorzy mają własne środki lub subskrypcje. Po czwarte są otwarte repozytoria, owszem nie wszyscy wydawcy pozwalają wstawić tam wersję AAM bez embarga, ale znaczna część tak.
    I wreszcie publikując bez Open Access oddajemy pismu (wydawcy) nasz artykuł na własność. Zamiast pieniędzy oddajemy wartość intelektualną, co jak się głębiej zastanowić wcale nie jest mniejszym marnowaniem środków publicznych.
    Problemem nie jest tu NCN, tylko bardzo niska świadomość środowiska w kwestii OA i możliwości, jakie istnieją (to jest tak samo, jak kiedyś była niska świadomość dot. komisji etycznych, a obecnie dot. danych naukowych) - to jest właśnie przykład tej opisywanej w artykule inercji i siły przyzwyczajenia.

  • ~prof. dr hab. ZS. 19.01.2026 22:27

    Postaram się zacytować naszego dowódcę kompanii:
    "wy podchorążowie róbcie nam na rękę to i my będziemy wam robić na rękę"

    Nie wiedzieć czemu pasuje jak ulał do sytuacji na polskich uczelniach

  • ~Ciżemka 19.01.2026 21:43

    Złoto. Diagnozy bardzo trafne. Pytanie czy w dającym się przewidzieć horyzoncie czasowym jest cień szansy na zmiany, które nie będą fasadowe?

  • ~Ireneusz 19.01.2026 21:13

    Według AI
    Konkurencja w badaniach naukowych ma sens i jest uważana za nieodłączny element nowoczesnej nauki, jednak jej wpływ jest oceniany jako dwuznaczny. Z jednej strony napędza ona postęp, z drugiej – może prowadzić do patologii zagrażających rzetelności badań.
    Argumenty za konkurencją (Korzyści)
    Motywacja i innowacyjność: Konkurencja o prestiż, pierwszeństwo odkrycia i środki finansowe zmusza naukowców do większego wysiłku i wydajności.
    Podejmowanie ryzyka: Rywalizacja o publikacje w elitarnych czasopismach skłania badaczy do zajmowania się trudniejszymi, wysokiego ryzyka projektami, co może prowadzić do przełomowych odkryć.
    Efektywna alokacja zasobów: System konkursowy (np. w Narodowym Centrum Nauki) ma na celu przyznawanie grantów najlepszym i najbardziej obiecującym projektom, eliminując nepotyzm.
    Szybkość rozwiązywania problemów: Wyścig o bycie pierwszym ("priority disputes") przyspiesza czas publikacji wyników i rozpowszechnianie nowych idei.

    Argumenty przeciwko konkurencji (Zagrożenia)
    Spadek rzetelności: Presja na bycie pierwszym może prowadzić do pośpiechu, pójścia na skróty ("cutting corners") i publikowania wyników o niższej jakości lub błędnych danych.
    Zahamowanie współpracy i otwartości: Badacze, obawiając się "podprowadzenia" tematu (scooping), stają się mniej skłonni do dzielenia się danymi i metodami na wczesnym etapie.
    Zjawisko "Publish or Perish": Nadmierna mierzalność sukcesu (liczba cytowań, punktów) prowadzi do "gry statystycznej" zamiast skupienia na realnej wartości nauki.
    Problemy etyczne: Skrajna rywalizacja bywa przyczyną zachowań nieetycznych, takich jak plagiaty, fałszowanie wyników czy utrudnianie pracy innym naukowcom.
    Podsumowanie: Konkurencja w 2026 roku jest niezbędnym motorem napędowym, ale nauka osiąga najlepsze rezultaty, gdy rywalizacja o jakość współistnieje z kulturą współpracy i otwartości (Open Science)

  • ~Marcin Przewloka 19.01.2026 15:40

    "Cała kariera od doktoratu do emerytury przebiega zwykle w tej samej uczelni. Mobilności brak, konkursy są często fasadowe. Obsadzanie nowych etatów i sukcesja odbywa się w patriarchalny (a przy rosnącej feminizacji polskich uczelni coraz częściej matriarchalny) sposób, często bez uczciwej konkurencji, rywalizacji i mobilności."

    Kto nie widzi problemu w tych wymienionych w tym fragmencie tekstu "symptomach choroby"?

    Myślę, że w tym artykule zebrano szereg cennych obserwacji.
    Ciekawe, jakby zmusić polityków odpowiedzialnych za naukę polska do odpowiedzi na zawarte w tym artykule spostrzeżenia i wnioski. Tylko tutaj mam na myśli solidne, konkretne odpowiedzi, odniesienie się do szczegółów.

  • ~prof. Roman S. 19.01.2026 15:14

    Ciekawe, ale może zamiast pisać, trzeba działać. Chyba był Pan Dziekanem nawet - i co? Pełna zgoda - odwagi!

    • ~Hubert Wojtasek 20.01.2026 10:35

      Dziekan ma dość ograniczone możliwości w sprawach kadrowych. Może składać wnioski o zatrudnienie lub zwolnienie, które zatwierdza rektor. Za czasów mojego dziekanowania udało mi się zwolnić jedną nieefektywną osobę (która zresztą miała drugi etat gdzie indziej) - po dwukrotnej negatywnej ocenie i długich bojach. Bo poza rektorem, który często broni i nie dopuszcza do zwolnienia takich osób, odezwą się zaraz związki zawodowe, tak jak to zostało opisane powyżej. Pozwolę sobie jeszcze raz powtórzyć komentarz, który umieściłem kilka dni temu pod innym artykułem:
      "Jak ponad 25 lat temu wróciłem do kraju po prawie 10 latach za granicą, to wydawało mi się, że moje doświadczenia komuś się przydadzą, bo wtedy nie było wiele takich przypadków. Ale szybko wyprowadzono mnie z błędu. Najpierw zostałem z-cą dyrektora instytutu ds. dydaktycznych i tu udało się jeszcze coś zmienić, bo akurat wchodził system kształcenia dwustopniowego i mogłem ustawić nowe programy studiów w dużej części wg swoich pomysłów. Potem zostałem dziekanem i tu już zaczęły się schody. Każda zmiana, która powodowałaby konieczność zwiększenia wysiłku i ograniczenia przywilejów kasty profesorskiej okazała się niemożliwa do wprowadzenia. Więc podobnie jak Tekla poniżej, po zakończeniu kadencji zdecydowałem, że nie ma sensu kopać się z koniem i zrezygnowałem z pełnienia wszelkich funkcji kierowniczych."