Page Not Found - Forum Akademickie

Błąd 404 - Strona o podanym adresie nie istnieje



Badania naukowe

Nauka ci±gle mnie bawi

Szczególn± satysfakcjê przynios³y mi rozwi±zania metodyczne, weryfikowane w o¶rodkach i czasopismach specjalistycznych. Na ile nasze metody s± stosowane przez poszczególne firmy badaj±ce potencjalne leki, trudno dok³adnie powiedzieæ. Cytowania ¶wiadcz±, ¿e jest nie¼le.
Rozmowa z prof. Romanem Kaliszanem, specjalist± w zakresie nauk farmaceutycznych, laureatem nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej
Fot. Arch.
Prof. dr hab. Roman Kaliszan (ur. 1945) - nauki farmaceutyczne, chemia analityczna, chemia leków, farmakodynamika. Studia w gdañskiej AM - 1968 oraz w UG - 1973. Doktorat - 1975, habilitacja - 1982, profesura - 1994. Sta¿e i stypendia zagraniczne, wyk³ady w uniwersytetach w Edynburgu, New Jersey, Montrealu i Binghamton (USA). Od 1984 kierownik Katedry i Zak³adu Biofarmacji i Farmakodynamiki AMG, od 1999 prorektor ds. nauki AMG. Od 1998 cz³onek korespondent PAN. W l. 1989-95 przewodnicz±cy Oddzia³u Gdañskiego Polskiego Towarzystwa Farmakologicznego, 1992-95 cz³onek Rady Naukowej Ministra Zdrowia i Opieki Spo³ecznej, 1998-2001 sekretarz generalny Gdañskiego Towarzystwa Naukowego. Od 2001 Konsultant Krajowy ds. Analityki Farmaceutycznej. Od 2003 wiceprezes Oddzia³u Gdañskiego PAN. Laureat wielu nagród za osi±gniêcia naukowe, m.in.: indywidualnych i zespo³owych nagród ministra zdrowia, nagrody zespo³owej ministra edukacji narodowej, Nagrody Naukowej Wydzia³u Nauk Medycznych PAN (1996), Nagrody Prezesa Rady Ministrów RP za wybitne osi±gniêcie naukowe (1997), Nagrody Naukowej im. Jana Heweliusza (2000), Nagrody FNP w dziedzinie nauk przyrodniczych i medycznych (2003). W 2002 odznaczony Krzy¿em Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Przyby³ Pan do Gdañska z tzw. terenu. Wiele dyskusji dotycz±cych edukacji toczy siê wokó³ mniejszych jakoby szans na karierê naukow± m³odzie¿y z ma³ych o¶rodków...

- To prawda, ¿e miejsce, z którego cz³owiek siê wywodzi, wp³ywa na wybór i pocz±tek kariery. Pochodzê z ma³ej miejscowo¶ci w Wielkopolsce. W rodzinie by³ silny kult nauki, ale bez wielkich tradycji akademickich. Szczerze mówi±c, nawet id±c na Akademiê Medyczn± wybiera³em bardziej Gdañsk ni¿ konkretny kierunek. Z perspektywy wielkopolskiej wsi Gdañsk wydawa³ siê po prostu innym ¶wiatem. By³em nim oczarowany. Co prawda, szybko doszed³em do wniosku, ¿e farmacja jest raczej Kopciuszkiem nauki i moje wyobra¿enia, ¿e bêdê odkrywc± nowych leków, jak Pasteur czy Ehrlich, w zetkniêciu z szar± rzeczywisto¶ci± zmieni³y siê. Rozpatrywa³em nawet zmianê kierunku studiów na chemiê w Politechnice £ódzkiej. Nie mia³em nigdy fizjologicznej predyspozycji do medycyny, nie bra³em zatem pod uwagê tego kierunku, w czym jestem zreszt± rodzinnym wyj±tkiem, bo z trójki mojego rodzeñstwa wszyscy s± lekarzami. Kariera medyczna mnie nie poci±ga³a, ba³em siê leczenia. Jednak nie przenios³em siê na chemiê, poniewa¿ dosta³em bardzo dobre oceny. Najbardziej obligowa³a pi±tka z fizyki u prof. Adamczewskiego. Pomy¶la³em wtedy, ¿e dobrze mi tu pójdzie i rzeczywi¶cie - od drugiego roku mia³em ju¿ stypendium naukowe. Wtedy to by³a znacz±ca suma, na poziomie ówczesnej ¶redniej krajowej - bodaj¿e 1000 z³ - rodzice nie musieli mnie ju¿ wiêc utrzymywaæ.

- Rozumiem, ¿e o wyborze farmacji nie zdecydowa³a chêæ bycia „aptekarzem”? Czy jednak od razu widzia³ siê Pan w pracy naukowej?

- Aptekarstwo nigdy mnie nie poci±ga³o, nie bra³em go pod uwagê. Potem, przyznajê, okaza³o siê to b³êdem, bo obra³em analityczny kierunek studiów, który przygotowywa³ do pracy laboratoryjnej. Jego absolwenci szukali pracy w placówkach typu Sanepid. Apteka w tych czasach by³a nisko notowana jako miejsce pracy. W sumie moje do¶wiadczenia z klasyczn± farmacj± stosowan± to miesi±c sta¿u w Gdañsku i miesi±c w Belgradzie, który wspominam z przyjemno¶ci±, ale by³ on zwi±zany z dzia³alno¶ci± w Zrzeszeniu Studentów Polskich.

- Kiedy i pod wp³ywem jakich bod¼ców przysz³o postanowienie studiowania drugiego fakultetu, w Pana przypadku fizyki?

- Po pierwsze, odczuwa³em potrzebê pog³êbienia warsztatu matematycznego. Wówczas w nauce przewa¿a³o podej¶cie ¶cis³e, matematyczne, pierwsze komputery dopiero siê pojawia³y. S±dzono, ¿e nale¿y d±¿yæ do opisywania ¶wiata w kategoriach termodynamicznych, ¿e je¶li dobrze opanuje siê rachunek ró¿niczkowy i ca³kowy, to wydobêdzie siê co¶ wiêcej z obserwacji naukowych. Mia³em te¿ poczucie, ¿e nie robiê nic wa¿nego. Oczywi¶cie, jako asystent prowadzi³em zajêcia ze studentami, robi³em jakie¶ eksperymenty, ale nie zaspokaja³o to moich ambicji. Zak³ad, w którym pracowa³em, nie mia³ do¶wiadczenia w prowadzeniu badañ naukowych. Zazdro¶ci³em kolegom pracuj±cym na biochemii, na przyk³ad prof. Jerzemu Klimkowi, bo tam robi³o siê wielk± naukê. Publikacje po angielsku, miêdzynarodowe kontakty, to mnie poci±ga³o. Doszed³em do wniosku, ¿e muszê spróbowaæ samodzielnie siê przebiæ. St±d decyzja studiowania fizyki w ówczesnej Wy¿szej Szkole Pedagogicznej, a pó¼niej w Uniwersytecie Gdañskim.

- Przypuszczalnie dopiero ten fakt otworzy³ drogê do badañ, za które jest Pan tak wysoko oceniany?

- W du¿ym stopniu tak. My¶lê jednak, ¿e przede wszystkim mia³em odwagê podj±æ tematykê, która wymaga³a podbudowy teoretycznej, a nie bazowa³a wy³±cznie na aparaturze, której zreszt± praktycznie nie by³o. Zaj±³em siê krystalografi± w odniesieniu do leków. Po¶wiêci³em jej pracê magistersk±. Analiza rentgenograficzna kryszta³ów by³a wtedy nowoczesnym zagadnieniem, a jej przeniesienie na badanie postaci krystalicznej leków by³o posuniêciem nowatorskim. Zacz±³em publikowaæ prace w czasopismach miêdzynarodowych. Dzisiaj dziwiê siê, ¿e redakcje tych czasopism przyjmowa³y niektóre z pierwszych moich prac, napisanych w „pogañskim” jêzyku. Nie zna³em wówczas za dobrze angielskiego. Ale w¶ród redaktorów zdarzali siê ludzie, którzy potrafili pomóc. Pamiêtam, ¿e gdy jedn± z prac z dziedziny chromatografii otrzyma³em po korekcie, niemal nie by³o w niej s³owa czy przecinka z wersji pierwotnej. Wszystko by³o poprawione. Edytor zada³ sobie wiele trudu, ale dziêki temu praca by³a przyjêta.

Zagadnienia krystalograficzne przynios³y mi po pewnym czasie sporo publikacji. W pewnym sensie sta³y siê rutyn±. Mog³em braæ kolejne substancje, robiæ „matrycê” i publikowaæ wyniki. W koñcu mnie to znudzi³o. Mia³em poczucie, ¿e krêcê siê w kó³ko. Dlatego po doktoracie w zasadzie skoñczy³em z polimorfizmem i krystalografi±, zaj±³em siê natomiast badaniami zwi±zanymi z zastosowaniem komputerów. Wtedy w³a¶nie zaczê³y siê one pojawiaæ. W Instytucie Maszyn Przep³ywowych i w Instytucie Matematyki Uniwersytetu Gdañskiego zaczê³y byæ dostêpne. Maj±c przygotowanie matematyczne, zaj±³em siê ilo¶ciowym opisem aktywno¶ci biologicznej i farmakologicznej zwi±zków chemicznych. Wspó³praca z komputerowcami z Instytutu Maszyn Przep³ywowych, ze ¶p. mgr. Tadeuszem Jankowskim, by³a bardzo owocna. Weszli¶my w problematykê ilo¶ciowej, matematycznej oceny relacji miêdzy struktur± chemiczn± i aktywno¶ci± biologiczn± zwi±zków chemicznych, a to wymaga³o zastosowania komputerów. Chodzi³o o równoczesne uwzglêdnienie wp³ywu kilku czy kilkunastu czynników na aktywno¶æ zwiazków. Przy okazji chromatografia sta³a siê moj± specjalno¶ci±. Okaza³o siê bowiem, ¿e dostarcza bogatych informacji o w³a¶ciwo¶ciach leków. Je¶li dane chromatograficzne poddamy wielostronnej „obróbce” komputerowej, to mo¿na wyekstrahowaæ cenn± informacjê na temat zwi±zków chromatografowanych. Wprowadzi³em chromatografiê do badañ zale¿no¶ci struktura-aktywno¶æ.

- Wiem, ¿e swój warsztat naukowy „szlifowa³” Pan w placówkach naukowych za granic±. Który z nich da³ Panu najwiêcej z punktu widzenia przysz³ych badañ?

- Prace z zakresu chromatografii i fizykochemii pozwoli³y mi zaistnieæ w miêdzynarodowym ¶rodowisku analitycznym. Wystartowa³em w konkursie miêdzynarodowym i uzyska³em w Uniwersytecie Edynburskim stanowisko odpowiadaj±ce pozycji adiunkta. Tam mia³em okazjê pracowaæ pod kierunkiem prof. Johna Knoxa. Potem, w 1987 roku, pracowa³em w stanowym Uniwersytecie Rutgersa w New Jersey. Wcze¶niej, w 1984 roku, by³em na stypendium w Instytucie Biologii Do¶wiadczalnej i Medycyny w Borstel ko³o Hamburga. Du¿± rolê przypisujê te¿ pobytowi w Uniwersytecie McGill w Montrealu. My¶lê jednak, ¿e najwiêcej wynios³em z pobytu w Edynburgu, gdzie zreszt± go¶ci³em potem drugi raz, ju¿ jako visiting professor.

- Czy móg³by Pan w kilku zdaniach stre¶ciæ osi±gniêcia, za które przyznano Panu „polskiego Nobla”?

- Kiedy nast±pi³o w moich badaniach przesuniêcie akcentów w stronê chromatografii, która, jako fizykochemiczna metodyka analityczna, jest teoretycznie do¶æ z³o¿ona, coraz bardziej mnie to fascynowa³o. Przy do¶æ szczegó³owej znajomo¶ci chromatografii, orientacji w problematyce biologicznej oraz dobrym warsztacie obliczeniowym stara³em siê te trzy dziedziny po³±czyæ. Koncentrowa³em siê na opracowywaniu podstaw teoretycznych i metodycznych do szybkiej selekcji zwi±zków pod k±tem ich leczniczego rokowania: czy s± warte rozpatrywania jako przysz³e leki, czy te¿ nie? Zamiast braæ poszczególne zwi±zki, oznaczaæ ich toksyczno¶æ, zdolno¶æ przechodzenia przez b³ony biologiczne itd., by po paru miesi±cach, a czasami i latach, po zmarnowaniu znacznych sum pieniêdzy przekonaæ siê, ¿e nie by³y warte badañ, mo¿na zredukowaæ czynnik próby i b³êdu poprzez analizê fizykochemiczn± z wykorzystaniem chromatografii i analizy strukturalnej oraz przez odpowiednie przetworzenie uzyskanych danych. Mo¿na ograniczyæ niepotrzebne badania.

Waga naszych propozycji zosta³a uznana, gdy¿ publikacje i doniesienia metodyczne by³y zamieszczane w wiod±cych czasopismach. Proponowane procedury pozwala³y na wczesn± eliminacjê s³abo rokuj±cych zwi±zków i przyspieszenie tzw. wysokosprawnego przesiewowego badania kandydatów na leki (HTS - High Throughput Screening). Z medycznego punktu widzenia jest to g³ówny aspekt naszych badañ. Natomiast szczególn± satysfakcjê przynios³y mi rozwi±zania metodyczne, weryfikowane w o¶rodkach i czasopismach specjalistycznych. Na ile nasze metody s± stosowane przez poszczególne firmy badaj±ce potencjalne leki, trudno dok³adnie powiedzieæ. Cytowania ¶wiadcz±, ¿e jest nie¼le.

Robimy te¿ trochê rzeczy czysto farmakologicznych, by nie rzec - klinicznych. W ostatnim okresie za du¿e osi±gniêcie uwa¿am wykazanie antyagregacyjnego, hamuj±cego dzia³ania doustnych leków przeciwcukrzycowych z grupy sulfonylomocznika na agregacjê p³ytek krwi. Jak wiemy, w przypadku cukrzycy komplikacje kr±¿eniowe s± szczególnie niebezpieczne. Je¶li wiêc lek przeciwcukrzycowy ma zarazem antyagregacyjny komponent, jest to cenne. Ta praca trafi³a do praktyki leczniczej. Opublikowali¶my j± z doktorantk± Danut± Silk w czasopi¶mie „Diabetologia”. Potem, z pewnym zaskoczeniem, zobaczy³em wykresy z tej pracy w materia³ach promocyjnych firmy farmaceutycznej sprzedaj±cej jeden z badanych przez nas leków. Wprawdzie, zamiast nazw miêdzynarodowych, nasze wykresy podpisano nazwami handlowymi, chocia¿ badali¶my substancje, a nie konkretne lekarstwa w postaci tabletek, ale by³em zadowolony, bo w ten sposób lekarze dowiedzieli siê, ¿e w swojej praktyce mog± wykorzystaæ konkretne zalecenia wynikaj±ce z moich badañ naukowych. Jestem wiêc nie tylko fizykochemikiem teoretykiem, chocia¿ to czujê g³êbiej.

- Wiem, ¿e poza prac± ¶ci¶le naukow± interesuje siê Pan zagadnieniem lotów czarownic?

- Nie jestem, co prawda, historykiem ani socjologiem, ale w koñcu nie w ka¿dej dziedzinie trzeba byæ autorytetem. Tu mogê sobie pozwoliæ na amatorszczyznê. Fascynuje mnie, ¿e w pewnym okresie naszych dziejów istnia³o powszechne przekonanie - dzielili je tacy tytani intelektu, jak Newton czy Leibniz - ¿e kto¶ perfidnie czyni³ malefitia (szkody). T³umaczono ten fakt wp³ywem szatana. O czary oskar¿ano g³ównie kobiety, chocia¿ nie wy³±cznie - 10 proc. stanowili czarownicy. Niektóre z tych osób z pe³nym przekonaniem, bez tortur, ¶wiadczy³y, ¿e udawa³y siê na sabaty itp. Oczywi¶cie, ideologicznie wszystko mo¿na wyt³umaczyæ: tortury, ówczesny Ko¶ció³. Ale nie jest to takie proste. To nie znaczy, ¿e wierzê w loty czarownic. One jednak sadzi³y, ¿e lataj±. Pytanie brzmi: dlaczego tak my¶la³y? Najprawdopodobniej bra³y ¶rodki halucynogenne, bo przepisy na „ma¶ci na latanie” - jak zeznawa³y dobrowolnie przed ¶wieckimi s±dami - zawieraj± wyci±gi z ro¶lin z grupy psiankowatych, w których znajduj± siê alkaloidy, jak atropina czy skopolamina. Ta ostatnia zw³aszcza mo¿e wywo³ywaæ omamy. Zatem, wszystko to wydawa³o siê logiczne. W XIX wieku robiono eksperymenty, sporz±dzaj±c, wed³ug zachowanych przepisów, ma¶ci z wyci±gami z rozmaitych pokrzyków, lulków czarnych i okaza³o siê, ¿e nie dochodzi³o do wch³aniania halucynogenów przez skórê. Nie udawa³o siê wywo³aæ odczuwalnych halucynacji, aczkolwiek przy przyjmowaniu inn± drog± ni¿ przez skórê mo¿na je wywo³aæ. Jak uczy nowoczesna farmacja, oprócz substancji aktywnej trzeba stworzyæ formê leku, która zapewnia³aby wch³anianie przezskórne, z natury szczególnie utrudnione. Normalne ma¶ci dzia³aj± raczej lokalnie, w miejscu smarowania. Teraz próbuje siê dopiero opracowaæ nowe postacie leków, które powodowa³yby wch³anianie zwi±zku przez skórê, bez potrzeby stosowania iniekcji. Czarownice smarowa³y ma¶ci± ca³e cia³o, a zw³aszcza okolice narz±dów rodnych. Stosowa³y jeden specjalny sk³adnik ma¶ci, którego w naukowych eksperymentach w XIX w. oczywi¶cie nie u¿yto i mam nadziejê, ¿e nikt go nie u¿yje. Tym sk³adnikiem by³ t³uszcz z noworodków i niemowl±t. Zawiera on brunatn± tkankê t³uszczow±, która ma specjalne w³a¶ciwo¶ci biochemiczne. I mo¿e tu tkwi tajemnica. W eksperymencie naukowym u¿ywano smalcu albo wazeliny jako pod³o¿a ma¶ci. To, ¿e czarownice pozyskiwa³y t³uszcz noworodków, jest udokumentowane w wyrokach. Zdarza³o siê, ¿e przy³apywano podejrzane na rozkopywaniu grobów zmar³ych dzieci. S± to relacje do¶æ makabryczne, ale nie mo¿na ich przekre¶liæ, nie s± to wy³±cznie zmy¶lenia.

- A co z Pañskim sportowym hobby?

- Czasem siê zastanawiam, czy moje ambicje naukowe nie s± rodzajem rekompensaty za brak realizacji w sporcie. Sport pasjonowa³ mnie od dzieciñstwa. W pierwszych klasach szko³y podstawowej zna³em wszystkie rekordy ¶wiata i Polski w lekkoatletyce. Naprawdê siê tym pasjonowa³em. Grywa³em w pi³kê no¿n±, nawet do¶æ d³ugo wystêpowa³em w dru¿ynie Akademii. Jednak wiêkszych sukcesów nie odnosi³em. Najlepiej wiod³o mi siê w szachach. W wieku 16 lat zosta³em mistrzem powiatu gostyñskiego. Ale to strasznie czasoch³onny sport.

- Na koniec wypada zapytaæ o plany naukowe. W jakim kierunku id± zamierzone przez Pana badania?

- Ca³y czas nauka mnie bawi. Jestem za to wdziêczny Opatrzno¶ci. Odczuwam satysfakcjê z rozwi±zywania problemów naukowych. My¶lê, ¿e gdybym nie mia³ sukcesów, te¿ bym j± czu³, aczkolwiek powodzenie na pewno stymuluje. Znam i szanujê osoby, które nie osi±gnê³y spektakularnych sukcesów naukowych, a mimo to uprawiaj± naukê z pasj±. Rozumiem je lepiej ni¿ tych, którzy d±¿±c do sukcesu nie s± emocjonalnie zwi±zani z sam± ide± badañ naukowych.

W tej chwili mam bardzo dobry zespó³ naukowy. Budowa³em go d³ugo. Jeszcze dziesiêæ lat temu niektóre eksperymenty robi³em w³asnymi rêkami i publikowa³em prace autorskie. Pewno nie jestem dobrym mened¿erem, ale nie dobiera³em pracowników pod k±tem sukcesu. Mo¿e to wynika ze s³abo¶ci mojego charakteru, ale nigdy nikogo nie zwolni³em z pracy. Stara³em siê wykorzystaæ mo¿liwo¶ci ka¿dego wspó³pracownika. S± dwie szko³y budowania zespo³u naukowego. Jedna, przewa¿aj±ca, jest dosyæ bezwzglêdna. Przyjmuje siê kogo¶ i po jakim¶ czasie ocenia. Je¶li nie dostarcza sukcesów, zwalnia siê go i przyjmuje nastêpnego. Wbrew opinii, ¿e w polskiej nauce panuje feudalizm, nie ma u nas takiej zale¿no¶ci od szefa, jak w USA, gdzie dobry naukowiec dostaje pieni±dze i zdobywa granty, ale jednocze¶nie dysponuje pracownikami. Asystenci, wspó³pracownicy s± do wykonywania jego zadañ. Znam profesorów w Ameryce, którzy maj± po dwudziestu doktorantów, d±¿± do wielkich odkryæ, ale je¶li badania nie rokuj± rewelacji, nawet ich nie koñcz±. To jest rodzaj przemys³u. Nie imponuje mi to, nie odpowiada mojemu temperamentowi. Mo¿e po prostu tak nie umiem? Moich wspó³pracowników zachêcam do aktywno¶ci i oni, w miarê swoich mo¿liwo¶ci, reaguj± na zachêtê. Maj± dobry dorobek publikacyjny i dosyæ szybkie ¶cie¿ki awansu. Je¶li kto¶ sam dochodzi do wniosku, ¿e powy¿ej doktoratu nie ma o co rywalizowaæ, znajduje inn±, lepiej p³atn± pracê. Teraz mam jednak zespó³ wyj±tkowy, przygotowany teoretycznie i wyszkolony - tak¿e w Ameryce i Japonii. Ostatnie wyniki s± bardzo dobre. Ju¿ po nagrodzie FNP „Analytical Chemistry” przyjê³a nam dwie publikacje. Badania, które teraz prowadzimy, s± naprawdê fascynuj±ce. S±dzê, ¿e warto je rozwijaæ.

Natomiast trochê czasu zajmuje aktywno¶æ organizacyjna. Jednak akceptujê wzorzec uniwersytecki obowi±zuj±cy w Europie od ¶redniowiecza. Wed³ug niego, pracownik naukowy nie powinien siê uchylaæ od obowi±zków zwi±zanych z funkcjonowaniem uczelni. Ró¿ne s± predyspozycje, temperamenty, ale nie powinno siê funkcjonowania w spo³eczno¶ci akademickiej traktowaæ egoistycznie. Mam nadziejê, ¿e demokratyczna uniwersytecka tradycja bêdzie dalej w Europie przestrzegana.

Rozmawia³ prof. Brunon L. Imieliñski

Page Not Found - Forum Akademickie

Błąd 404 - Strona o podanym adresie nie istnieje