Koniec starego i pocz±tek nowego tysi±clecia to czas wyzwalaj±cy w gronie uczonych, mê¿ów stanu, prawników czy ekonomistów refleksje dotycz±ce statusu jednostki oraz spo³eczeñstw we wspó³czesnym ¶wiecie. Zw³aszcza stosunek cz³owieka do bie¿±cych spraw polityczno-spo³ecznych czy kultury, zdefiniowanie pojêcia „wspó³czesnej” kultury, to zagadnienia godne podjêcia. Trzeba jednak zrobiæ zastrze¿enie, i¿ tre¶æ i przekaz refleksji zale¿ny jest od s³uchacza. Warto siê zatem przyjrzeæ my¶lom, które skierowane zosta³y ku elicie spo³eczeñstwa, jak± ma stanowiæ ¶rodowisko uniwersyteckie. W tym konkretnym przypadku rzecz dzia³a siê w ramach tzw. wyk³adów ogólnouniwersyteckich, zorganizowanych w Uniwersytecie Warszawskim w latach 2000-04. Nazwiska prelegentów s± znane i powa¿ane. Nie sposób wymieniæ wszystkich 14 autorów, niech zatem bêdzie reprezentatywne przywo³anie takich postaci, jak: L. Ko³akowski, B. Geremek, A. Zoll czy J. Axer. Tematyka wyk³adów jest urozmaicona i bardzo bogata: od stricte ekonomicznych zagadnieñ, mówi±cych o transformacji pokomunistycznej (L. Balcerowicz), a¿ po siêgaj±ce kosmosu i marzeñ o poznaniu wszech¶wiata (A. Wolszczan).
Pierwsza refleksja, jaka budzi siê po lekturze, to my¶l, i¿ nast±pi³a zmiana miejsc w relacji rzeczywisto¶æ - nauka. Dawniej badania mia³y wp³yw na kszta³towanie siê ¶wiata, o¶rodki akademickie stanowi³y centrum rozwoju my¶li ludzkiej. Dzi¶ to rzeczywisto¶æ decyduje o statusie nauki, zmusza badaczy do podjêcia nowych wyzwañ. Niby nihil novi, a jednak... Nie o sam± zmianê relacji tu chodzi, a o jej natê¿enie. Pojêcie globalizacji nie dotyczy ju¿ tylko sfer polityki czy gospodarki. Globalny sta³ siê ¶wiat kultury i nauki. A to zagadnienie wzbudza u jednych przera¿enie, u innych zaciekawienie i optymizm. To odczytanie niepewno¶ci, a nawet zatrwo¿enia, budzi drug± refleksjê. Cz³owiek mo¿e byæ dumny ze swojego dorobku technicznego i kulturowego. A skoro tak, to dlaczego siê boi?
Gdy siê przyjrzymy dok³adniej wyk³adom, oka¿e siê, i¿ wiêkszo¶æ z nich powraca do my¶li antycznych filozofów. Przypomina siê o znaczeniu i potrzebie s³owa „solidarno¶æ” w relacjach miêdzyludzkich (L. Ko³akowski), przywo³uje siê ¶wiat staro¿ytnych my¶licieli (J. Axer, K. Modzelewski). Powraca siê do rozwa¿añ dotycz±cych stworzenia ¶wiata (A.K. Wróblewski) czy cz³owieka (P. Wêgleñski). Problemy znane od staro¿ytno¶ci podejmowane s± na nowo. Nowe jest szukanie odpowiedzi na terroryzm, który, kieruj±c siê prostot± i fanatyzmem, przera¿a pe³ne dumnych warto¶ci spo³eczeñstwa (J. Ho³ówka). Z czym zatem wchodzimy w nowy XXI wiek? Z dr¿eniem i obaw±... przed samymi sob±, a powinno¶ci± naukowca XXI w. jest zwrócenie siê ku warto¶ciom uniwersalnym, wypracowanym i przestrzeganym przez pokolenia. Jednak, by nie koñczyæ w tonie przygnêbiaj±cym, warto wspomnieæ, i¿ pojawi³y siê te¿ g³osy optymistyczne, mówi±ce o zwi±zkach polskiej nauki ze ¶wiatowymi badaniami. Przyk³adem jest wyk³ad K. My¶liwca, prezentuj±cy dorobek polskich egiptologów czy wyk³ad B. Geremka o europejskiej my¶li politycznej.
My¶lê, ¿e inicjatywa rektora UW Piotra Wêgleñskiego, aby rozproszone w czasie wyk³ady zebraæ w ca³o¶æ i zaprezentowaæ na forum ogólnopolskiego ¶rodowiska uniwersyteckiego, stwarza dobr± mo¿liwo¶æ do podjêcia dyskusji na temat zaproponowanych przez wyk³adowców zagadnieñ.
Monika Szab³owska
Jerzy Axer i in., Uniwersyteckie wyk³ady na koniec starego i pocz±tek nowego tysi±clecia, wstêp Piotr Wêgleñski, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2004.
Na ulicy za oknem wierni ¶pieszyli do ko¶cio³a. Doro¿ki turkota³y po paryskim bruku. Sp³oszone szczekaniem psa stado ptaków przemknê³o po zachmurzonym niebie... Czy to mo¿e byæ pocz±tek fascynuj±cej opowie¶ci z pogranicza fizyki i kosmologii, w dodatku wyja¶niaj±cej procesy odpowiedzialne za obecno¶æ pierwiastków we wszech¶wiecie? Dlaczego nie, je¶li w³a¶nie w takich „okoliczno¶ciach przyrody” dosz³o do odkrycia zjawiska promieniotwórczo¶ci i wielu innych, bêd±cych nieocenionym ¼ród³em wiedzy o pochodzeniu atomów? Dlaczego nie, skoro tak, jak banalna by³a rzeczywisto¶æ, w której ¶wiat siê zmienia³, tak i zwykli ludzie tego dokonywali? W szkole zazwyczaj wagarowali, jako doro¶li nie stronili od kobiet, nie wylewali za ko³nierz, w ogóle brali z ¿ycia pe³nymi gar¶ciami. A jednak to im wspó³czesna nauka zawdziêcza najwiêcej. Ernest Rutherford, Piotr i Maria Curie, Fred Hoyle, George Gamow - co ich ró¿ni³o od zwyk³ych ¶miertelników? Wielu b³±dzi³o niczym lunatycy, dokonywali odkryæ, które by³y jedynie zbiegiem okoliczno¶ci, przekraczaj±cym wszelkie granice wiarygodno¶ci. Mieli jednak dostatecznie du¿o cierpliwo¶ci, a do tego nieprzeciêtn± intuicjê, inwencjê i nadzwyczajn± wrêcz wyobra¼niê. Bez tego ani rusz.
Niekiedy science fiction staje siê prawd± - twierdzi Chown. Niczym rasowy detektyw odkrywa tajemnice, jakie skrywaj± przed nami atomy pierwiastków. ¦ledz±c ich genezê, wyja¶nia jednocze¶nie pocz±tki naszego ¿ycia. Bo jest ono z nimi nierozerwalnie zwi±zane. Nie tylko drzewo za oknem czy kubek z gor±c± herbat±, ale równie¿ nasze cia³a zbudowane s± z atomów. A ka¿dy z nich ma swoj± historiê. Równie fascynuj±c±, co dzieje wszech¶wiata. Nasze zwi±zki z kosmosem s± znacznie bardziej intymne ni¿ ktokolwiek próbowa³ sobie wyobra¿aæ - przekonuje autor.
I pomy¶leæ, ¿e dochodzenie do tego fundamentalnego wniosku zajê³o badaczom wieki. My¶lano najpierw, ¿e atomy by³y we wszech¶wiecie od zawsze. Zrewidowano ten pogl±d, bo przecie¿ kilkana¶cie minut Wielkiego Wybuchu to stanowczo za ma³o, by pojawi³y siê wszystkie pierwiastki. Powsta³a wiêc koncepcja spalania wodoru, czyli przemiany najl¿ejszego pierwiastka w drugi z kolei - hel. Okaza³o siê, ¿e ten proces rzeczywi¶cie jest w g³ównej mierze odpowiedzialny za ¿ycie na Ziemi. Zaczêto siê jednak zastanawiaæ, czy aby mog± z niego powstawaæ nieco ciê¿sze pierwiastki, np. magnez, krzem czy wapñ? Wydedukowano, ¿e raczej nie, a odpowiedzialno¶æ przerzucono na proces alfa, który polega na stopniowym dodawaniu j±der helu do j±der wêgla. Poczynione obserwacje przynios³y jednak rozczarowanie - proces ten jest wybiórczy, gdy¿ pomija wiele j±der, g³ównie za spraw± ich ³adunku elektrycznego. Znaleziono wiêc nieczu³e neutrony. W wyniku powolnego ich dodawania (proces S), powstaje m.in. technet i cyrkon, a szybszego (proces R) - tor, uran i kaliforn. Jest jeszcze proces P, zachodz±cy w niewyobra¿alnej temperaturze ponad miliarda stopni. W odró¿nieniu od wcze¶niejszych, tu do j±dra dodawane s± protony. I dopiero to w konsekwencji przynosi powstanie cyny, platyny i rtêci.
Przebyli¶my d³ug± drogê, konstatuje na koniec Chown, ale warto by³o. Po d³ugiej i ¿mudnej pracy dochodzimy do wniosku, ¿e rzeczy s± takie, jakie s±, bo gdyby nie by³y takie, jakie s±, nie by³oby nas tutaj, aby¶my mogli stwierdziæ, ¿e rzeczy s± takie, jakie s±! Genialne, nieprawda¿? A magiczny tygiel? Gdzie on w³a¶ciwie siê znajduje? Przyjemno¶æ odkrycia tej zagadki pozostawiam Czytelnikom.
(karma)
Marcus Chown, Magiczny tygiel. O pochodzeniu atomów, t³um. Jacek Bieroñ, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznañ 2004.
Nasza wiedza o Egipcie jest do¶æ skromna. Owszem, potrafimy wymieniæ dwie lub trzy piramidy, wskazaæ Dolinê Królów, mówiæ o Dolnym lub Górnym Nilu, szczególnie za¶ o romansach Kleopatry z cesarzami rzymskimi. Ale czy to wynika z naszej niechêci docierania do wiedzy? Paradoksalnie mo¿na powiedzieæ - i tak, i nie. Polscy egiptolodzy znani s± na ca³ym ¶wiecie, ich osi±gniêcia naukowe s± wysoko cenione, w polskich muzeach znajduje siê sporo zabytków archeologicznych. A jednak, gdy popatrzy siê na publikacje mniej lub bardziej naukowe, nagle odkrywamy jak ma³o jest ksi±¿ek umo¿liwiaj±cych nam poznanie historii dawnego Egiptu, mówi±c jêzykiem Grimala, historii w³a¶ciwej, bo przedhellenistycznej.
Dzieje staro¿ytnego Egiptu to ksi±¿ka niezwyk³a pod wieloma wzglêdami. Jest to chyba pierwsze na rynku polskim tak obszerne kompendium wiedzy na ten temat. Grimal nale¿y do grona francuskich archeologów, znawców, wrêcz pasjonuj±cych siê histori± dawnego Egiptu. Grimal przez kilka lat by³ dyrektorem Francuskiego Instytutu Archeologii Wschodu w Kairze. Podj±³ siê bardzo trudnego zadania, by w sposób syntetyczny ukazaæ dzieje potê¿nego pañstwa, bêd±cego kolebk± wielu kultur, a zapomnianego a¿ do pocz±tków XIX w. W swojej ksi±¿ce postawi³ dwie g³ówne tezy. Po pierwsze, historia Egiptu zamyka siê w chwili podbicia go przez Aleksandra Wielkiego. To, co nast±pi³o pó¼niej, jest degradacj± kultury egipskiej, jej hellenizacj±, a zatem zniszczeniem odwiecznej kultury i religii (faraoni nie znali nawet jêzyka egipskiego). Po drugie, uznany trójpodzia³ historii Egiptu nie mo¿e byæ podstaw± do twierdzenia o jej ci±g³o¶ci. Dla Grimala ¶wiat kultury egipskiej, istnienie poszczególnych dynastii, jest ¶wiatem fascynuj±cym, rozgrywaj±cym siê wci±¿ w ¶cis³ym zwi±zku pomiêdzy rzeczywisto¶ci± ludzk± a bosk±. Autor operuje wspania³ymi materia³ami archeologicznymi. Swoj± opowie¶æ o nieistniej±cym ¶wiecie wyposa¿y³ w wiele planów, rycin, map i szkiców. Dziêki temu czytelnik poznaje nie tylko dok³adny rytua³ pogrzebowy, dowiaduje siê o zmianach w budowie mastab czy piramid, lecz mo¿e równie¿ je obserwowaæ, ¶ledz±c kolejne szkice przekrojowe, obejrzeæ zdjêcia motywów dekoracyjnych najstarszych grobowców. W ksi±¿ce zamieszczono sporo kolorowych fotografii, prezentuj±cych zabytki archeologiczne, architektoniczne, jak i rze¼by. Wzbudzaj± one zachwyt, choæ i smutn± refleksjê, ¿e s± w³a¶ciwie we wszystkich zbiorach s³awnych muzeów, z rzadka za¶ mo¿na je obejrzeæ w samym Egipcie.
Grimal siêga równie¿ do tekstów ¼ród³owych, zw³aszcza gdy pragnie przybli¿yæ relacje zachodz±ce pomiêdzy lud¼mi sprawuj±cymi w³adzê lub, co dziwniejsze, opisaæ miejsca, które przetrwa³y do XIX czy XX w., lecz uleg³y zniszczeniu w wyniku rabunkowych ekspedycji zachodnich arystokratów. Dokumenty z czasów XVIII dynastii s±, niestety, jedynym ¶ladem ich istnienia.
Ujmuje sposób budowania opowie¶ci. Dla Grimala ¶wiat staro¿ytnego Egiptu jest tak bliski, ¿e budzi emocje. Autor nie ukrywa swojego stosunku do poszczególnych faraonów, ich poczynañ i decyzji. Odleg³y ¶wiat Egiptu nagle odkrywa wiele swoich tajemnic.
Ksi±¿ka Grimala to nie tylko podrêcznik dla studentów archeologii czy historii. Warto j± poleciæ wszystkim tym, którzy interesuj± siê staro¿ytnymi cywilizacjami. To wspania³a wêdrówka po krainie pe³nej bogactw kultury materialnej i duchowej.
Monika Szab³owska
Nicolas Grimal, Dzieje staro¿ytnego Egiptu, t³um. Adam £ukaszewicz, Pañstwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2004, seria: Rodowody Cywilizacji.
Mówi siê czêsto, ¿e Leibniz by³ ostatnim cz³owiekiem, który opanowa³ ca³okszta³t wiedzy ludzkiej. Jego dokonania daleko wykraczaj± poza filozofiê. Obejmuj± nie tylko sferê teoretyczn± (matematyka, fizyka, logika, teologia), ale i praktyczn± (pracowa³ m.in. nad planem ugody miêdzy katolikami i protestantami, reform± prawa niemieckiego, reform± górnictwa, organizacj± towarzystw naukowych etc.). Dlatego trudno w jednej ksi±¿ce obj±æ choæby czê¶ciowo jego dorobek i ka¿da praca jemu po¶wiêcona pozostawia niedosyt. Tak jest te¿ z t± ksi±¿k±. Obejmuje ona tylko pewne zagadnienia z zakresu metafizyki i jest prób± analitycznego przedstawienia argumentacji Leibniza na rzecz pluralizmu... czyli stanowiska, w my¶l którego obecna w do¶wiadczeniu rzeczywisto¶ci ró¿norodno¶æ i mnogo¶æ bytów zak³ada istnienie wielu liczbowo odrêbnych substancji. Ksi±¿ka Guta jest solidn± prac± analityczn±, zawieraj±c± nie tylko obfit± wiedzê, ale i porz±dn± argumentacjê na rzecz stawianych tez.
Ksi±¿ka sk³ada siê z trzech rozdzia³ów po¶wiêconych podstawowym problemom (substancji, modalnego statusu ¶wiata i to¿samo¶ci), których rozstrzygniêcie determinuje opowiedzenie siê za pluralizmem metafizycznym. Poniewa¿ rozwi±zania proponowane przez Leibniza by³y niejako zwieñczeniem toczonych w XVII wieku dyskusji, analizê pogl±dów lipskiego filozofa poprzedza w ka¿dym przypadku prezentacja tez jego poprzedników. Dlatego ksi±¿ka mo¿e byæ traktowana jako synteza podstawowych problemów filozofii XVII wieku.
Rozdzia³ I dotyczy problemu substancji. To pochodz±ce od Arystotelesa pojêcie doczeka³o siê w XVII wieku, wobec fali sceptycyzmu, nieoczekiwanego podej¶cia. Dla Kartezjusza niew±tpliwe jest nie istnienie pozapodmiotowej rzeczywisto¶ci, ale jedynie istnienie „ja”. Analogiczne pojêcie substancji zostaje u Kartezjusza (i Spinozy) ujednoznacznione, a substancja uto¿samiona z jej atrybutem (u Kartezjusza: res extensa, res cogitans, u Spinozy substancj± jest jedynie to, co istnieje i jest pojmowane samo w sobie, czyli jedyn± substancj± jest Bóg). Leibniz sprzeciwia siê temu, wykazuj±c, i¿ przy tak rozumianej substancji nie da siê uzasadniæ pierwotnie danej w do¶wiadczeniu indywidualno¶ci nie tylko w³asnego „ja”, ale tak¿e innych rzeczy. Owocuje to w koncepcji tzw. Leibniziañskiej monady, tj. substancji bêd±cej sta³ym centrum zmian, podmiotem w³asno¶ci, bytem zupe³nym i prostym. Takie rozwi±zanie rzutuje na rozwi±zania dalszych kwestii.
Rozdzia³ II prezentuje dyskusjê dotycz±c± konieczno¶ci i przygodno¶ci. Znów tezy Leibniza stoj± w opozycji wzglêdem stanowiska Spinozy, który ca³± przyczynowo¶æ uto¿sami³ z przyczyn± sprawcz± (przys³uguj±c± tylko Bogu), a istnienie bytu uto¿sami³ z jego konieczno¶ci± (substancja = Bóg). Wed³ug Leibniza, tak nie jest, a wszystko, co faktycznie zachodzi, jest przygodne, czyli mo¿liwe, ¿e nie istnieje.
Z kolei w rozdziale III mamy prezentacjê dyskusji Leibniza nie tylko z Kartezjuszem i Spinoz±, ale i z Lockiem. W XVII wieku to¿samo¶æ bytu (np. ludzkiego) jest atakowana z ró¿nych stron. Wed³ug Kartezjusza na przyk³ad, poszczególne cia³a nie s± samodzielnymi bytami, lecz kwantytatywnymi czê¶ciami tej samej materii. Z kolei Locke odró¿nia³ bycie tym samym cia³em, tym samym organizmem i t± sam± osob±. Miast rozwa¿aæ to, co ustanawia to¿samo¶æ rzeczy, nale¿y pytaæ o kryteria rozpoznawania tej to¿samo¶ci (pytanie epistemologiczne). Wed³ug Leibniza, to¿samo¶æ bytu jednostkowego opiera siê na jego substancjalno¶ci, a ta, choæ nie bezpo¶rednio dana, jest niezbêdnym warunkiem wielo¶ci bytów.
Marek Lechniak
Przemys³aw Gut, Leibniz. My¶l filozoficzna XVII wieku, fundacja NA RZECZ NAUKI POLSKIEJ, Wydawnictwo uniwersytetu wroc£awskiego, Wroc³aw 2004, seria: Monografie FNP. Seria Humanistyczna.
Przyznajmy - temat podjêty w ksi±¿ce jest dzi¶ na czasie. Choæ feminizm wyp³yn±³ na fali jaki¶ czas temu i dzi¶ wydaje siê materi± nieco zmechacon± i wys³u¿on±, media nadal s± pe³ne rozwa¿añ na temat p³ci, przekraczania jej granic czy stosunków miêdzy przedstawicielami dwu (choæ i to ju¿ nie zawsze) p³ci. To, ¿e krytyka feministyczna zago¶ci³a w uniwersyteckich salach, jest naturalne - wszak literatura funkcjonuje w rzeczywisto¶ci, powinna zatem na ni± reagowaæ. Czasem jednak odnoszê wra¿enie, ¿e naukowcy gubi± siê w dwóch przestrzeniach: wirtualnej, opisywanej w ksi±¿kach, które maj± czytaæ i analizowaæ, oraz realnej - wpisanej w konteksty spo³eczne, a nawet polityczne. W moim odczuciu, w tym momencie pojawia siê zagro¿enie zaanga¿owania, od którego autorytety naukowe raczej powinny stroniæ.
Ksi±¿ka w intencjach autorki ma byæ podrêcznikiem akademickim. Teksty g³oszonych wyk³adów uzupe³nione zosta³y dygresjami oraz wypowiedziami studentek, które dziêki zajêciom zaczê³y czytaæ lektury „genderowo”. Si³± rzeczy tekst zbli¿ony jest do jêzyka mówionego, p³ynie wartko, choæ czasem gubi siê w meandrach d³ugich i ma³o przejrzystych dywagacji lub osiada na mieliznach dygresji i osobistych wynurzeñ. Pod wzglêdem merytorycznym jego najwa¿niejsz± cech± jest interdyscyplinarno¶æ. Celem - chêæ przeprofilowania historii literatury tak, by jasny sta³ siê jej konstruktywistyczny, historyczny wymiar, zwrócenie uwagi na retoryczno¶æ teorii literaturoznawczych; poszukiwanie sojuszników w naukach spo³ecznych i praktyce dyskursów, nowa, pluralistyczna i otwarta etyka - jak deklaruje autorka.
Na pocz±tku Iwasiów kre¶li zasiêg swego wywodu: t³umaczy tytu³owe pojêcie, konfrontuje je z histori± literatury dot±d uprawianej. Przy okazji ciêgi zbiera dotychczasowy sposób pisania i czytania, zw³aszcza literatury polskiej, w której kobiety jawi± siê sporadycznie. Mowa jest o literaturze, która u nas nie powsta³a, a powinna by³a, a tak¿e o literaturze, która powsta³a ca³kiem niedawno i - co autorka konstatuje z ulg± - nosi wreszcie znamiona feminizmu.
Recenzuj±c podrêcznik akademicki chcia³abym z ³atwo¶ci± punktowaæ pewne kategorie, wyró¿niaæ poszczególne tezy, wypisywaæ konstruktywne wnioski. Teraz mam z tym problem. Kolejne strony roj± siê od tematów zagadkowo tytu³owanych, w których zbyt wiele jest miejsca na os±dy, subiektywizm, propozycje, dywagacje, zbyt ma³o za¶ na konkrety. Dobrze, i¿ literaturoznawcy szukaj± o¿ywczych nurtów przy lekturze. Dobrze, ¿e nie odcinaj± siê od rzeczywisto¶ci, ¿e mog± przy okazji erudycyjnie siê wyszumieæ, zamieszaæ w g³owach studentów, zmusiæ do my¶lenia i weryfikacji u¿ywanych dot±d narzêdzi. Ale mierzi mnie przebijaj±ca z kart ksi±¿ki awersja do wszystkiego, co by³o wcze¶niej i przypisywanie tworz±cym mê¿czyznom szowinistycznych zakusów. I mierzi mnie patrzenie na opisywan± rzeczywisto¶æ z punktu widzenia ¶ledczego, który podejrzliwie nicuje ksi±¿kê, widz±c w niej wy³±cznie aspekt p³ci. Nie chcê siê pastwiæ nad autork±, jej my¶li s± wszak owocem innych lektur, wydaje mi siê jednak, ¿e krytyka genderowa mo¿e byæ jedynie fragmentem analizy tekstu. Bo choæ z jednej strony chce go czytaæ bardzo dok³adnie, to pomija wiele wa¿nych aspektów. A w efekcie zuba¿a go niezwykle i okalecza. Oto przyk³ad: kobieta mog³aby byæ o wiele lepszym znacz±cym porz±dku symbolicznego ni¿ mê¿czyzna, odczuwaj±cy przede wszystkim fallusem, czy raczej tym, co fallus funduje. Wagina, zakamarki macicy, niezmierzone terytorium nie maj±ce nawet dobrej nazwy w polszczy¼nie, da³oby nam obraz ¶wiata, przyznajmy, ciekawszy od tego, który wype³niaj± fabryczne kominy. Afirmacja pluralizmu? Raczej zwyk³e zacietrzewienie.
Beata Maj
Knga Iwasiów, Gender dla ¶rednio zaawansowanych. Wyk³ady szczeciñskie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004, seria: Z Wag±.