Od pewnego czasu na ³amach „Rzeczpospolitej” powtarza siê wezwanie do tworzenia „szkó³ elit”, co wydaje siê pomys³em ze wszech miar godnym uwagi. Zwa¿ywszy gwa³towny wzrost liczby studentów i zwi±zany z tym wzrostem spadek poziomu, pomys³ zaostrzonej selekcji pozytywnej - bo tak to trzeba po imieniu nazwaæ - jest wezwaniem chwili. Zarazem jednak wiadomo doskonale, ¿e ¶rodki finansowe pozwalaj±ce na realizacjê tak dla kraju potrzebnego projektu s± co najmniej skromne. Pojawia siê dramatyczne pytanie, sformu³owane w artykule Ma³gorzaty Lewartowskiej-Zychowicz („FA” nr 7/8): „albo uniwersytety konsekwentnie utrzymaj± politykê elitarno¶ci, albo te¿ zredukuj± poziom swego kszta³cenia do pu³apu mo¿liwo¶ci nowego kandydata masowego”. I wniosek: „Uniwersytet dla masowego studenta musi nieuchronnie usprawniæ proces kszta³cenia, musi zatem zredukowaæ swoje wymagania, zwyczajnie bowiem nie jest w stanie utrzymaæ dotychczasowego poziomu bez radykalnej poprawy sytuacji materialnej. Logika podpowiada jednak absurdalno¶æ istnienia elitarnej instytucji przeznaczonej dla nieelitarnego klienta”.
Co wiêc z tym fantem zrobiæ? Nie ulega bowiem w±tpliwo¶ci, i¿ „produkcja magistrów”, czyli w gruncie rzeczy rozdawnictwo dyplomów uniwersyteckich - co wydatnie zwiêksza grupê ludzi z „wy¿szym wykszta³ceniem”, poprawiaj±c wydatnie miejsce Polski w odpowiednich rankingach - jest po prostu tworzeniem fikcji. Muszê przyznaæ, i¿ uczestnictwo w tych praktykach - a ka¿dy pracownik naukowy jako¶ w tym uczestniczy, w ró¿ny sposób usprawiedliwiaj±c siê przed sob± z podejmowanych kompromisów - napawa mnie coraz wiêkszym niesmakiem. Równie¿ dlatego, i¿ zdajê sobie sprawê z tego, ¿e owa fikcja kiedy¶ wyjdzie nam, ca³emu spo³eczeñstwu, bokiem. Niedokszta³ceni nauczyciele bêd± produkowaæ jeszcze gorszego „kandydata masowego”, napieraj±cego na studia wy¿sze, których dyplom - bo ju¿ przecie¿ nie wyniesiona z uczelni wiedza - sta³ siê „warto¶ci±” przede wszystkim na rynku pracy, ale tak¿e jednym z wyznaczników spo³ecznego statusu. O tym, do czego doprowadz± niedouczeni in¿ynierowie, strach pomy¶leæ.
¯ycie, oczywi¶cie, krêci siê we w³asnym, codziennym rytmie. Coraz czê¶ciej kole¿anki i koledzy przychodz± do pracy uniwersyteckiej, jak do biura: ile¶ tam godzin trzeba odwaliæ, potem dom lub kolejne zajêcia uzupe³niaj±ce niedostatki poborów. Studenci stanowi± dla nich niezró¿nicowan± masê, tym bardziej ¿e nikt niemal spo¶ród nich nie mo¿e byæ - wobec braku etatów asystenckich - ich przysz³± kole¿ank± lub przysz³ym koleg±. Z kolei sami studenci wiedz± ju¿ doskonale, ¿e nawet najlepsze wyniki egzaminów i zaliczeñ nie stanowi± przepustki do „kariery naukowej”, ¿e musz± po magisterium podj±æ studia doktoranckie, bez których ukoñczenia o pracy w uczelni mowy nie ma. Doktorat zreszt± te¿ powoli przemienia siê w „papierek”, rodzaj „podk³adki” na rynku pracy i studia doktoranckie tak¿e bêd± powoli przekszta³caæ siê w studia „masowe”. (To zreszt± jest dobry argument za utrzymaniem kolokwium habilitacyjnego jako widomego po¶wiadczenia poziomu naukowego - doktoraty ewoluuj± bowiem ku poziomowi dawnych, mo¿e tych bardziej ambitnych wypracowañ magisterskich).
Krzysztof Paw³owski, rektor Wy¿szej Szko³y Biznesu - National Louis University w Nowym S±czu pisze - w trosce o kszta³cenie elit - na stronach „Rzeczpospolitej” (nr 158) o konieczno¶ci wprowadzenia studiów p³atnych i finansowaniu przez pañstwo jedynie studentów najzdolniejszych. Proponuje, by bezp³atny by³ jedynie rok pierwszy, co wydaje siê rozs±dne, zachowuje bowiem warunki równego startu. Po starcie jednak, jak to w wy¶cigach, wygrywaæ maj± najlepsi. Ale i w jego propozycji pojawia siê pewna niebezpieczna pu³apka. Przybiera ona postaæ nastêpuj±cego stwierdzenia: „Formu³ê nieodp³atnych studiów dla najzdolniejszych ograniczam do zawodów spo³ecznie u¿ytecznych. (...) W³a¶ciwe instytucje administracji rz±dowej przy udziale instytucji akademickich powinny ustaliæ ranking najlepszych wydzia³ów kszta³c±cych na kierunkach uznanych za niezbêdne dla sprawnego funkcjonowania pañstwa i wytypowaæ te, na których studia bêd± finansowane w pe³ni z bud¿etu pañstwa”. Brzmi to sensownie i logicznie, ale brzmienia bywaj± zwodnicze. Nie sposób bowiem w b³yskawicznie zmieniaj±cych siê okoliczno¶ciach ¿ycia spo³ecznego i politycznego wskazaæ owe „kierunki niezbêdne dla sprawnego funkcjonowania pañstwa”. Nie sposób wyodrêbniæ kategorii „zawodów spo³ecznie u¿ytecznych”. Spo³ecznie u¿yteczni s± ¶mieciarze i malarze, ka¿dy na swój sposób. U¿yteczno¶æ spo³eczn± pracy ¶mieciarzy widaæ na co dzieñ i zaniechanie przez nich jej wykonywania odczuæ mo¿na niemal natychmiast. Z „u¿yteczno¶ci±” malarzy sprawa ju¿ bardziej skomplikowana. Ale, przypominam, pomys³ wyrzucenia poetów z Republiki raczej siê nie przyj±³, choæ narodzi³ siê pod piórem samego Platona. Zreszt± mieli¶my ju¿ kierunki studiów „s³uszniejsze”. Ka¿dy, kto studiowa³ w „minionym okresie”, musia³ wszak przebrn±æ przez egzaminy z „filozofii marksistowskiej” oraz z czego¶, co nosi³o nazwê „ekonomii politycznej socjalizmu”. By³y to na owe warunki niew±tpliwie przedmioty „niezbêdne do sprawnego funkcjonowania pañstwa”, przynajmniej w rozumieniu „w³a¶ciwych instytucji administracji rz±dowej”.
Dzi¶ na przyk³ad bardzo przydatnym do funkcjonowania pañstwa kierunkiem s± studia arabistyczne, jeste¶my wszak uczestnikami g³ównie w arabskich obszarach siê rozgrywaj±cej wojny antyterrorystycznej. Przydadz± siê w niej ludzie znaj±cy jêzyk i kulturê terenu „pola walki”, tym bardziej ¿e chodzi o ropê, a wobec k³opotów z rur± na naszym najbli¿szym wschodzie powinni¶my siê troszczyæ o rury wschodu dalszego. Z czego nie wynika, i¿ arabistyka bêdzie równie wa¿na za lat dziesiêæ. Tymczasem studia trwaj± lat piêæ. Co bêdzie wa¿ne za lat dziesiêæ? Trudno to ustaliæ, ¶wiat siê zmienia. S± w nim jednak pewne sta³e, a przynajmniej byæ powinny, lecz s± eliminowane, na co zwraca w „FA” (nr 7/8) uwagê Aldona Pobojewska, s³usznie podnosz±c alarm w zwi±zku z traktowaniem nauki filozofii jako balastu. Bez podstawowego minimum wiedzy filozoficznej o elitach raczej nale¿y zapomnieæ.