We wrze¶niu mia³em zaszczyt i przyjemno¶æ uczestniczyæ w krakowskim Zje¼dzie Polonistów. Na w³asny, oczywi¶cie, koszt, gdy¿ uczelnia - zapewne nie tylko moja - nie jest w stanie op³aciæ podobnej turystyki. Nie narzekam, stwierdzam jedynie fakt, z którego wynika tylko tyle, i¿ w podobnych imprezach z natury rzeczy nie mog± braæ udzia³u kole¿anki i koledzy, których uposa¿enie ledwo pozwala wi±zaæ koniec z koñcem. Ale ten stan rzeczy to tylko jedna strona medalu. Druga tworzy obraz bardziej interesuj±cy.
Zjazd, jak to zjazd, zgromadzi³ kwiat polonistyki krajowej i zagranicznej. Uczonych p³ci obojga by³o sporo, ka¿dego dnia poza obradami plenarnymi odbywa³y siê spotkania w grupach tematycznych, co zreszt± o tyle by³o irytuj±ce, ¿e nieustannie trzeba by³o wybieraæ miêdzy kilkoma interesuj±cymi wyk³adami.
Byæ mo¿e mia³em pecha i chodzi³em nie na te sesje, co nale¿y, lecz z zasady nie dostrzeg³em w trakcie ich trwania, by - otwarte w koñcu i wokó³ polonistyki bogato reklamowane - spotkania i dyskusje przyci±ga³y uwagê polonistycznej m³odzie¿y. Fakt, trwa³y jeszcze wakacje, ale nie wyobra¿am sobie podobnej sytuacji w latach, powiedzmy, sze¶ædziesi±tych, gdy podobny spêd z pewno¶ci± zgromadzi³by - zw³aszcza w mie¶cie uniwersyteckim - spore rzesze studentów. Gdyby to zreszt± jedynie o ten zjazd chodzi³o, uzna³bym to za rzecz przypadku. Jednak uczestnicz±c w wielu konferencjach naukowych organizowanych w przestrzeniach uniwersyteckich, obserwujê narastaj±ce zmniejszenie zainteresowania studentów kontaktami z przybywaj±cymi na te imprezy uczonymi. Po prostu, studentów - a i wielu pracowników naukowych - takie kontakty, je¶li nie maj± wymiaru czysto u¿ytkowego, coraz mniej interesuj±. To wykracza poza proces (auto)dydaktyczny.
To jest, oczywi¶cie, zapa¶æ, kolaps jaki¶ niebywa³y. Zwa¿ywszy za¶, i¿ w trakcie tego zjazdu zdrowe si³y tradycji i konserwatyzmu zaczê³y jakby zyskiwaæ przewagê nad anarchistyczno-nowinkarskimi tendencjami lat ostatnich, by³o przecie¿ czego pos³uchaæ i o co siê k³óciæ. Ale niby po co? To nic nie daje, niczego nie za³atwia. To prawda, ale fakt ten stworzy³ kontekst dla licznych wyst±pieñ moich uczonych kole¿anek i kolegów, których, jako przedstawiciel prowincjonalnej uczelni, z pokor± s³ucha³em. Z pokor±, ale i chichocz±c jak najêty. Otó¿ bowiem uczone owe niewiasty i nie mniej chyba uczeni mê¿owie z uporem godnym lepszej sprawy prawili o tym, i¿ istnieje co¶ takiego, jak proces studiowania. Przekonanie o tym, i¿ studentki i studenci przybywaj± w mury uczelniane po to, aby studiowaæ, pozostaje, w konfrontacji z codzienno¶ci± ¿ycia akademickiego, hodowaniem fikcji, sk±din±d sympatycznej, lecz niezwykle idealistycznej.
W zwi±zku z czym w czasie jednej z dyskusji nie wytrzyma³em i pozwoli³em sobie w tym ¶wietnym i budz±cym mój respekt gronie zabraæ g³os. Wiêcej nawet, pozwoli³em sobie na stwierdzenie, ¿e 80-90 proc. naszych studentek i studentów to stado kapu¶cianych g³ów, których celem nie jest ¿adne studiowanie, lecz zrobienie dyplomu i otrzymanie papieru po¶wiadczaj±cego zakoñczenie „studiów”. W najlepszym razie, podkre¶li³em, owa masa studencka uczy siê „do egzaminu”, o studiowaniu mowy nie ma. Niektórzy z uczestników spotkania w prowadzonych pó¼niej rozmowach prywatnych wracali do tego, co powiedzia³em, twierdz±c, i¿ nie powinienem podobnych zdañ publicznie wyg³aszaæ. Pyta³em, czy dlatego, ¿e s± nieprawdziwe? Nie, odpowiadali, ale to tworzy do¶æ niemi³e wra¿enie.
Otó¿ niemi³e wra¿enie tworzy polonista pe³ni±cy funkcjê rzecznika czego¶ tam i og³aszaj±cy, ¿e co¶ ma byæ za³atwione „na rz±dzie”, „na klubie” czy „na prezydium”. Niemi³e wra¿enie tworzy student (polonistyki), który w czasie egzaminu z rozbrajaj±c± szczero¶ci± przyznaje siê do tego, ¿e nie ma zielonego pojêcia o tym, co siê aktualnie dzieje w literaturze krajowej, nie mówi±c o zagranicznej. Niemi³e wra¿enie tworzy sytuacja, w której - przegl±da³em specjalnie wszystkie dzienniki - nie sposób w ci±gu doby uzyskaæ w prasie informacji o wybitnej, od lat skupiaj±cej dyskusje w kraju i poza jego granicami pisarce austriackiej Elfriede Jelinek, któr± w tym roku trafili Noblem (prawie wszystkie komentarze - poza mo¿e wypowiedziami Jacka Burasa - dowodzi³y, ¿e niemal nikt jej twórczo¶ci nie zna, za¶ je¶li zna, to jedynie wydan± w przek³adzie polskim jedn± jedyn± powie¶æ). Niemi³e wra¿enie tworzy magistrant, który podczas obrony pracy o Ró¿ewiczu nie umie jednego s³owa powiedzieæ o Gajcym czy Herbercie. Jeszcze bardziej niemi³e wra¿enie tworzy lektura wiêkszo¶ci (polonistycznych!) prac magisterskich, których cech± charakterystyczn± jest niezdolno¶æ zbornego pisania. Nie wiem, oczywi¶cie, jak rzecz wygl±da na fizyce teoretycznej czy biologii lub informatyce, lecz podejrzewam, ¿e niewiele lepiej.
W tych okoliczno¶ciach dywagacje uczonych o „studiowaniu” w naszych uniwersytetach przyjmowa³em jako wyraz ich daleko id±cego oderwania od akademickich realiów. S± od owych realiów oderwani miêdzy innymi dlatego, i¿ kontakt miêdzy profesur± a mas± studenck± jest - na skutek rozlicznych przyczyn - coraz mniejszy. Bywa, ¿e student widuje profesora przypadkiem jedynie i czêsto nie ma zielonego pojêcia o tym, czym jego „mistrz” siê zajmuje oraz co napisa³. Z tego te¿ powodu nie wpadnie mu do g³owy uczestnictwo w odbywaj±cej siê pod nosem konferencji, o zje¼dzie polonistów nie wspominaj±c.