Zachêcam. Janusz Zaorski móg³ nakrêciæ s³ynny obraz „Pi³karski poker”, wiêc przysz³o mi na my¶l, ¿e skoro niedawno by³em kibicem „Profesorskiego pokera” (tytu³ roboczy) i ja powinienem zdaæ relacjê z tego, co wiem. Na szczê¶cie nie uczestniczy³em w zdarzeniach, ale by³bym ³obuzem, gdybym tê smaczn± historyjkê zachowa³ tylko dla siebie. Jak to w eleganckim scenariuszu, ukry³em nazwiska i nazwy, bo prawdziwe by³yby nieatrakcyjne, zmieni³em p³ci, tytu³y naukowe, stanowiska, ponadto doda³em w czo³ówce, ¿e wszystkie opisane zdarzenia s± przypadkowe. Proszê nie pytaæ, dlaczego.
Zaczyna siê od tego, ¿e w Katedrze w Uniwersytecie brakowa³o drugiego samodzielnego pracownika nauki. Brakowa³o go równie¿ na Wydziale, a to znaczy³o, ¿e Wydzia³ nie mo¿e doktoryzowaæ i trzeba by³o ten brak nadrobiæ, zanim w uczelni pojawi siê Komisja Akredytacyjna. Kierownik Katedry namówi³ adiunkta A.B., ¿eby szybko zrobi³ habilitacjê, a ten tak siê przej±³ zaufaniem szefa, ¿e wzi±³ siê do pracy. Od czasów studenckich nosi³ siê z pewnym projektem, ale nigdy siê nie sk³ada³o, ¿eby go zrealizowaæ. A to za du¿o zajêæ, a to dzieci mu siê rodzi³y jedno po drugim, same przeszkody. Gdy nagle ta propozycja!
Adiunkt A.B. przypomnia³ sobie sny o substancji, której odkrycie zrewolucjonizowa³oby analitykê lekarsk±. Katedra, w której pracowa³, nie mia³a ¿adnych osi±gniêæ, a i profesor, jak dot±d, dzia³a³ naukowo do¶æ marnie, wiêc najwy¿szy by³ czas, ¿eby obaliæ negatywne opinie. Po kwartale adiunktowi uda³o siê udowodniæ istnienie spodziewanego bia³ka, po pó³ roku opracowa³ technikê jego otrzymywania i teoriê zjawiska, wkrótce zda³ kolokwium habilitacyjne, a ksi±¿kê o odkryciu przyjêto entuzjastycznie. Adiunkt by³ wiêc pewien, ¿e odniós³ sukces i ¿e stanie siê godnym zastêpc± profesora.
Pracê przyjêto entuzjastycznie, ale niestety w naukowej prasie zachodniej. I to by³o straszne. Doktor nagle siê zorientowa³, ¿e u siebie nie ma czego szukaæ. Dotychczas w ¿aden sposób ani profesorowi, ani dziekanowi nie udawa³o siê zdobyæ dla katedry samodzielnych pracowników nauki, teraz jednak zjawi³o siê ich a¿ czterech. Znalaz³y siê pieni±dze na etaty, napisano programy badawcze (mniejsza o jako¶æ), katedra w mgnieniu oka zmieni³a profil, a ¶wie¿o upieczonemu doktorowi habilitowanemu A.B. zaproponowano stanowisko starszego wyk³adowcy, co wi±za³o siê ze zwiêkszeniem pensum o po³owê i odciêciem od laboratoriów. Poniewa¿ dr hab. A.B. by³, jak to mówi±, w ci±gu, spróbowa³ kontynuacji badañ w firmie farmaceutycznej jako wolontariusz. Ale wkrótce dyrektor firmy wyprosi³ stamt±d doktora, bo jak wyja¶ni³, toczy siê przeciwko niemu ¶ledztwo, o czym podobno w uniwersytecie a¿ huczy.
Doktor poszed³ do rektora i zapyta³, co jego magnificencji na ten temat wiadomo. Ale magnificencja szeroko otworzy³ oczy. O¶wiadczy³, ¿e wszystkiego siê dowie. I rzeczywi¶cie, w kilka dni pó¼niej ju¿ naprawdê hucza³o: toczy siê jakie¶ ¶ledztwo. Tylko nasz habilitowany nic o tym nie wiedzia³, bo wci±¿ jeszcze pracowano nad oskar¿eniem i sprawa siê przeci±ga³a. Tymczasem na jego wyk³ady zaczê³y przychodziæ t³umy studentów, tak¿e z innych wydzia³ów, a wielu okazywa³o mu szczególne wzglêdy. W Internecie ukaza³a siê studencka strona w jego obronie, zawis³y plakaty. Którego¶ razu, kiedy pojawi³ siê w sali, m³odzie¿ zgotowa³a mu owacjê na stoj±co. Tego by³o za wiele. Profesor zarz±dzi³ zebranie katedry w trybie dora¼nym. Poproszono doktora habilitowanego A.B., ¿eby siê wyt³umaczy³ z ostentacji, z któr± namawia studentów do buntu, i ¿eby zlikwidowa³ stronê internetow±. Ten o stronie te¿ nic nie wiedzia³, wiêc wykrêca³ siê jak sztubak, tote¿ uznano go za pospolitego k³amcê i rozrabiacza. Ju¿ by³o wiadomo, ¿e nad doktorem zebra³y siê ciê¿kie chmury i wkrótce zaczn± biæ pioruny. Przera¿ony wzi±³ zwolnienie lekarskie, ¿eby siê skupiæ na prywatnym ¶ledztwie. Po przej¶ciach z rektorem postanowi³ nie pytaæ w³adz szko³y, tylko kolegów. Ba³ siê, ¿e ¶ci±gnie na siebie jeszcze wiêksze k³opoty, a chcia³ siê zorientowaæ, jak± pope³ni³ zbrodniê. Ale koledzy nabrali wody w usta. Kto¶ w koñcu powiedzia³ szczerze: „A ty by¶ siê nie ba³?”
Traf chcia³, ¿e w tamtych dniach spotka³ podobnie niegdy¶ sekowanego by³ego pracownika uczelni, który pod wp³ywem depresji wywia³ do Francji (nazwa kraju zmieniona) i jest tam od lat profesorem (tytu³ prawdziwy). Tu doktora habilitowanego A.B. ruszy³o. Przypomnia³ sobie, ¿e przecie¿ w³ada trzema jêzykami i spokojnie mo¿e wywiewaæ. Zacz±³ o tym rozmy¶laæ, czas zdawa³ siê nagliæ. Ale pewnej soboty powiedzia³ do ¿ony: „To taki g³upi to ja ju¿ nie jestem! Mam lepsze rozwi±zanie”.
Tymczasem znaleziono powód: nielegalne zwolnienie lekarskie. Na tej podstawie mo¿na ju¿ by³o z³o¿yæ doniesienie przeciwko doktorowi habilitowanemu A.B. Trudne prace nad formu³owaniem oskar¿enia zakoñczono. Z góry wiedziano, ¿e nic z tego nie bêdzie, bo argument jest mizerny, ale powaga instytucji pañstwowej, która zajmuje siê sprawiedliwo¶ci±, mog³a odegraæ niebagateln± rolê. Dobra nasza, my¶lano w g³êbi ducha.
Wtem wszystko siê odwróci³o. Pojawi³ siê, a jak¿e, prokurator z asystentk±, ale zacz±³ w kolejne wtorki przes³uchiwaæ nie naszego doktora habilitowanego A.B., lecz po kilka razy jego magnificencjê rektora, pana dziekana, pana profesora kierownika katedry, czterech doktorów habilitowanych, potem adiunktów, wyk³adowców, asystentów. Ka¿dy by³ wzywany, wszyscy zaczynali mieæ wtorków dosyæ. Nie znano przyczyny ¶ledztwa, bo kto¶ jeszcze nad ni± pracowa³, jednak sytuacja stawa³a siê gro¼na...
Tu, Drogi Czytelniku, urywam relacjê. Zakoñczenia nie opowiem, nie jestem ¶wini± i nie chcê psuæ zabawy. Ten film trzeba obejrzeæ samemu.
e-mail: pmuldner@mp.pl