Z uwag± przeczyta³em wywiad z profesorem Stanis³awem Salmonowiczem na temat konieczno¶ci dokonania lustracji ¶rodowisk naukowych. Nie powiem, bym nie by³ spraw± zainteresowany. Z powodu wydarzeñ roku 1968 przesiedzia³em parê miesiêcy w areszcie ¶ledczym, co raczej do przyjemno¶ci nie nale¿a³o, pó¼niej - bez w±tpienia za spraw± tak¿e pracowników naukowych - zosta³em relegowany z uczelni z zakazem studiów, które wreszcie ukoñczy³em zaocznie, ale bez mo¿liwo¶ci podjêcia pracy w uczelni, któr± to pracê umo¿liwiono mi dopiero wówczas, gdy nasta³a III RP. W okresie to weso³e wydarzenie poprzedzaj±cym trudni³em siê m.in. redagowaniem ró¿nych pism literackich, wychodz±cych poza zasiêgiem cenzury, co rado¶nie wykorzystywano nêkaj±c mnie ró¿nymi, mniej lub bardziej dotkliwymi szykanami. Gdy za¶ - za spraw± nieod¿a³owanej pamiêci profesor Ireny Maciejewskiej, która sk³onna by³a podj±æ takie ryzyko - obroni³em doktorat, zreszt± z do¶æ dobrym wynikiem, nie oby³o siê bez zgo³a niespodziewanych utrudnieñ. Mam wiêc motywacje sk³aniaj±ce mnie do poszukiwania sprawców mych k³opotów i ¿yciowych niedogodno¶ci.
Ale nie mam na to ochoty. Mo¿e to kwestia temperamentu. W chwili, gdy zaczê³o siê udostêpnianie „teczek”, wielu moich przyjació³ z mo¿liwo¶ci ich przeczytania skorzysta³o. Dla jednych sta³o siê to okazj± do politycznej zemsty, innych przerazi³o i nie mieli specjalnej ochoty do snucia zwierzeñ na temat owej lektury. O ile ci pierwsi uznali, i¿ akcja ujawnieñ przynosi po¿ytek i wychodzi na zdrowie, o tyle ci drudzy twierdz±, i¿ wiêcej z tego wszystkiego z³a ni¿ dobra. Sk³aniam siê ku tym drugim. Umacnia mnie w tym tak¿e lakoniczne, niestety, stwierdzenie profesora Salmonowicza, który odpowiadaj±c na pytanie o to, czy wierzy ubeckim dokumentom stwierdza: „Trudno odpowiedzieæ jednoznacznie .tak. lub .nie.”.
Mo¿e dobrze siê sta³o, ¿e wywiad ukaza³ siê w „Forum” jednocze¶nie z g³o¶n± afer± rozpêtan± wokó³ „teczki” Ma³gorzaty Niezabitowskiej, rzeczniczki rz±du Tadeusza Mazowieckiego. Papiery - a w³a¶ciwie mikrofilmy, gdy¿ papiery podobno zosta³y zniszczone - mówi± tyle, ile powiedzieæ potrafi±. Mówi±, ¿e Niezabitowska podpisa³a w stanie wojennym „deklaracjê lojalno¶ci”, czyli akt zgody na wspó³pracê z w³adzami. Podpis, oczywi¶cie, jest. Z dowodami, które by mog³y wykazaæ ow± wspó³pracê, ju¿ gorzej, je¶li nie w ogóle nijak. Dowie¶æ mo¿na jedynie podpisu pod deklaracj±. Zreszt± podobnych deklaracji by³o wiele, negocjowano je z ubekami. Znam przypadek podpisania o¶wiadczenia o tre¶ci: „Bêdê przestrzegaæ prawa”. Z formalnego punktu widzenia jest to „zgoda na wspó³pracê”. Sam zreszt± podobny papier podpisa³em z prze¶wiadczeniem, i¿ przecie¿ „zwodzê despotê”, po czym wróci³em do mych „podziemnych” zatrudnieñ, podobnie zreszt± jak wielu spo¶ród mych znajomych. I co? Teraz wszyscy zostaniemy mianowani „tajnymi wspó³pracownikami”?
W wypadku Niezabitowskiej jedna rzecz wydaje siê jej powa¿nym b³êdem: to, ¿e milcza³a. W odró¿nieniu od niej, wielu spo¶ród mych przyjació³, podobnie jak ja sam, natychmiast po przes³uchaniu czy jakim¶ innym kontakcie z esbecj±, powiadamia³o o tym mo¿liwie szerok± publiczno¶æ. To by³a jedna z podstawowych zasad „higieny i bezpieczeñstwa pracy”. Czy wszyscy spo¶ród tych ludzi pozostali „czy¶ci” i nie raportowali ubecji, o tym nie mnie przes±dzaæ. Pewien mogê byæ jedynie tego, co sam robi³em. Ale nie jestem pewien tego, co jest w mojej - je¶li istnieje - „teczce”. I w istocie ma³o mnie to obchodzi.
Powiada profesor Salmonowicz: „Tym, którzy wspó³pracowali sporadycznie ze s³u¿bami specjalnymi na szkodê swoich kolegów ze strachu, oportunizmu czy naiwno¶ci ideowej, pozostawiam kwestiê do rozwa¿enia we w³asnym sumieniu b±d¼ sumieniu osób przez nich pokrzywdzonych”. Co to znaczy „sporadycznie”? I co to znaczy „wspó³pracowali”? Czy - przywo³ywane przez prasê - charakterystyki redaktorów „Tygodnika Solidarno¶æ”, które podobno wykreowa³a Niezabitowska, to ju¿ „wspó³praca”? Nie wiem. W trakcie jednego z przes³uchañ rozmawia³em ogólnie o moich literackich upodobaniach. Wymienia³em, oczywi¶cie, nazwiska pisarzy, których uznawa³em za swych mistrzów, jako¶ ich twórczo¶æ charakteryzowa³em. Czy to ju¿ wspó³praca? Bo to nie takie oczywiste. Kiedy ubek mnie spyta³, co s±dzê o wydanej w³a¶nie w podziemiu ksi±¿ce kolegi, odpar³em, i¿ moj± opiniê pozna, gdy opublikujê recenzjê z tego tomu. Wydawa³o mi siê, ¿e potrafiê graæ w tê grê. Mo¿e siê przeliczy³em, nie potrafiê tego oceniæ.
Ale w koñcu nie o to chodzi. Chodzi o to, kogo i jak mamy weryfikowaæ. I po co. W tej sprawie trudno mi zaj±æ jednoznaczne stanowisko. Bo oczywi¶cie zgadzam siê z profesorem Salmonowiczem, gdy powiada: „W ¿yciu publicznym nie obowi±zuje zasada domniemania niewinno¶ci. Aby pe³niæ funkcje publiczne i piastowaæ godno¶ci uniwersyteckie, trzeba byæ po prostu nieskazitelnym”. Jasne. Rzecz w tym tylko, i¿ w naszym ¿yciu publicznym obowi±zuje zasada domniemania winy, zasada zabójcza i uruchamiaj±ca mechanizmy pod³o¶ci. Raz rzucone podejrzenie - a przecie¿ bywa³y takie wypadki, g³o¶ne zreszt±, w latach 70. i 80. w ¶rodowiskach opozycyjnych - nie da siê ju¿ naprawiæ. Z kolei ujawnienie uporczywej, trwa³ej i powoduj±cej ewidentne szkody wspó³pracy naszych kole¿anek i kolegów ze s³u¿bami specjalnymi - je¶li ma mieæ sens - winno jednak powodowaæ jakie¶ konsekwencje. Jakie? Je¶li nie mo¿na obwinionej osoby poci±gn±æ do odpowiedzialno¶ci prawnej lub dyscyplinarnej - a w mojej sprawie umia³bym bez zagl±dania do „teczek” wskazaæ osoby odpowiedzialne - to chodzi³oby jedynie o zemstê, a „teczki” sta³yby siê przedmiotem gry oraz szanta¿u.
Zapewne ka¿dy z tych wypadków nale¿y rozpatrywaæ indywidualnie. Ale jak? Na forum publicznym? Czy powo³aæ jak±¶ komisjê spo³eczn±? ¯e milczeæ siê nie powinno, za¶wiadcza sprawa Leszka Maleszki, który ¶wiadomie, przez lata z esbecj± wspó³pracowa³ i którego wspó³praca doprowadzi³a do wielu szkód. Pytaniem otwartym pozostaje kwestia, jak o tym wszystkim mówiæ, by nie spowodowaæ szkód jeszcze wiêkszych.