Mam kolegê Antoniego, który posiad³ zdolno¶æ oceniania publikacji - w szczególno¶ci ksi±¿ek z dziedziny literaturoznawstwa - w ci±gu kilkunastu sekund. Patent jest prosty: otwiera siê tom na stronach indeksowych i sprawdza, czy jest tam moje nazwisko. Je¶li jest - ksi±¿ka jest dobra, ewentualnie bardzo dobra, je¶li nie ma - ksi±¿ka na pewno dobra nie jest. Jak mnie cytuj±, to znaczy, ¿e jestem niez³y. Wszak - jak twierdzi prof. Andrzej Pilc w kwietniowym „FA” - „cytowalno¶æ publikacji naukowej jest jednym z najwa¿niejszych kryteriów jej jako¶ci”, ale zarazem „w wielu dziedzinach, takich jak: nauki humanistyczne, prawne, spo³eczne, o sztuce, liczba cytowañ nie jest dobrym wska¼nikiem jako¶ci publikacji”. Z tego wniosek, ¿e w literaturoznawstwie nie jest. Mam problem z g³owy, ale przecie¿ bolejê nad brakiem równouprawnienia w nauce i obawiam siê, ¿e prawda humanistów mniej jest szanowana od prawdy matematyków, logików czy zgo³a biologów molekularnych, a ju¿ tym bardziej specjalistów od biologii kosmicznej.
Ale to nie znaczy, ¿e problem jako taki nie istnieje. Bo wszak cytowanie czyjej¶ pracy niekoniecznie musi oznaczaæ zaakceptowanie tego, co zosta³o zacytowane. Cytowanie mo¿e byæ przecie¿ cytowaniem pozytywnym i negatywnym. I zastanawiam siê, czy liczniki cytowañ - bo na pewno ju¿ co¶ takiego wymy¶lono, a je¶li nie wymy¶lono, to siê wymy¶li - maj± wmontowany uk³ad rozró¿niaj±cy cytowania pozytywne i negatywne. Je¶li takiego uk³adu rozró¿niaj±cego brakuje, wówczas liczenie cytatów mo¿e okazaæ siê zwodnicze, a w niektórych wypadkach wrêcz wypaczaj±ce rzeczywisto¶æ. Kto¶ bowiem mo¿e zacytowaæ autora, nawet wielokrotnie, po to tylko, by wykazaæ, i¿ jest on bêcwa³em i durniem, jego praca za¶ przyk³adem - byæ mo¿e nawet wzorcowym, a zatem wartym cytowania - naukowego zidiocenia i paranoi.
I co? Liczymy takie cytaty, czy ich nie liczymy? Problem to zapewne marginalny, niemniej wart uwagi, gdy¿ wszyscy zainteresowani jeste¶my w³a¶ciw± ocen± jako¶ci cytowanych prac naszych kole¿anek i kolegów. Tym bardziej ¿e, jak czytam w cytowanym artykule, „¶rednia cytowañ w rozmaitych dziedzinach nie jest taka sama. Gdy zajmujemy siê zagadnieniami biologii molekularnej/genetyki, wówczas mamy ¶redni± zgo³a inn± ni¿ wtedy, gdy zajmujemy siê problemami nauki o ro¶linach/zwierzêtach” - w tym drugim wypadku „20 cytowañ z tej dziedziny nauki odpowiada 70-80 cytowaniom z biologii molekularnej”. Czego siê dowiedziawszy, zaczynam siê zastanawiaæ, czy to s± cytowania pozytywne, czy negatywne. Je¶li za¶ negatywne, to w takim razie, jak dalece podlegaj± one u¶rednieniu.
W tym, co piszê, nie nale¿y siê dopatrywaæ niewczesnych ¿artów z powa¿nie przez prof. Pilca traktowanego cytatomiernictwa. Jest prawd± trudn± do zakwestionowania twierdzenie, mówi±ce, ¿e praca cytowana jest prac± dla jakich¶ powodów wa¿n±, zwracaj±c± uwagê. Nie oznacza to jednak automatycznie, ¿e jest to praca dobra czy wrêcz rewolucyjna lub tylko prze³omowa. Lecz nawet je¶li tak± jest, to z kolei nie zawsze bywa cytowana. Zdarza siê bowiem i tak, ¿e jest jedynie przywo³ywana, b±d¼ ¿e przywo³ywany jest tylko jej autor, w dodatku w przytoczeniach swych wypowiedzi, które nie zosta³y oznaczone cudzys³owem. Je¶li tak siê zdarza, wówczas stajemy przed powa¿nym problemem badawczym, jakim jest zdefiniowanie pojêcia cytatu. Cytat albowiem potocznie rozumiany jest jako przytoczenie tekstu podane w cudzys³owie. Je¶li cudzys³owu brak - jak wówczas, gdy mówiê o twierdzeniu Goedla, zasadzie Heisenberga lub definicji prawdy Tarskiego - trudno to uznaæ za cytat, choæ przecie¿ tak w³a¶nie mówi±c, odwo³ujê siê do konkretnych prac naukowych. By³oby zatem rzecz± s³uszn± uznaæ fakt takiego odwo³ania siê do dzie³a za swoisty „cytat”. Tyle ¿e „cytat” ten cytatem nie jest, przynajmniej w powszechnym rozumieniu tego terminu.
Wszystko, oczywi¶cie, mo¿na sprowadziæ do absurdu - tak¿e „cytowalno¶æ”, zw³aszcza przyjmowane w tej dziedzinie kryteria. Tyle ¿e istnieje przemo¿na potrzeba oceniania prac i wynalezienia takiego sposobu oceny, który pozwoli³by wyeliminowaæ uznaniowo¶æ i zapewniæ mo¿liwie daleko id±c± obiektywizacjê. Lecz tu znów powraca problem nierównowagi dyscyplin. Je¶li bowiem, jak dowiadujê siê z artyku³u prof. Pilca, istniej± odpowiednie przeliczniki miêdzydyscyplinarne w dziedzinach przyrodniczo-matematycznych, wówczas mogê porównywaæ warto¶æ dzie³ ró¿nych autorów. Tej mo¿liwo¶ci jednak jestem pozbawiony wówczas, gdy chcia³bym porównaæ dorobek kosmologa i jêzykoznawcy, gdy¿ ten ostatni, jako przedstawiciel nauk humanistycznych, swych dzie³ nie mo¿e poddaæ kryterium cytatomierniczemu. A wszak obaj s± lud¼mi nauki, ich prace za¶ s± pracami naukowymi. Tymczasem prace pierwszego z nich s± jakby lepiej naukowomierne od prac tego drugiego. Strasznie to niesprawiedliwe i mo¿e prowadziæ do swoistego naukowego rasizmu, do budowania jakich¶ hierarchii, dowodz±cych, i¿ jaka¶ dyscyplina jest „królow± nauk” (powszechnie przyjmuje siê, ¿e jest ni± filozofia, ale ta, jako dyscyplina humanistyczna, zdaje siê wymykaæ badawczym sprawdzianom).
Strasznie to wszystko frustruj±ce. Ale nie ma siê w gruncie rzeczy czym przejmowaæ. Najwa¿niejsze, ¿e powoli rok akademicki zbli¿a siê do koñca i bêdzie mo¿na przez czas jaki¶ od powagi naukowego ¿ycia odpocz±æ. W moim wypadku oznacza to jednak tak¿e czytanie i gromadzenie cytatów, które wykorzystam w kolejnej ksi±¿ce. Postaram siê zebraæ kilka cytatów z pism kolegi Antoniego, bo na jego ocenie moich prac jako¶ szczególnie mi zale¿y.