Przyznam, ¿e naprawdê nie wiem, co robiæ w obecnej sytuacji, która siê coraz bardziej komplikuje politycznie i tym samym naukowo. Spo¶ród kandydatów dot±d zg³aszaj±cych chêæ objêcia stanowiska prezydenta RP tylko jeden, Religa, cokolwiek siê na temat sytuacji nauki zaj±kn±³, ale on, jak mi siê wydaje, specjalnych szans nie ma. Wiêcej - programy, a w ka¿dym razie has³a programowe, pozosta³ych naszych milusiñskich raczej mówi± co¶ o &8222;moralnej odnowie&8221; polityki ni¿ o czymkolwiek innym. Rozumiem, ¿e w nauce dla polityków najwa¿niejszym problemem sta³a siê lustracja rektorów i dziekanów, w koñcu nie bêd± m³odzie¿y uczyli ci, którzy donosy sk³adali lub w ¶ledztwie pêkali. (Nawiasem, w ¶ledztwie pêk³ niejaki Mickiewicz Adam, ale to dawna historia, a wyk³ada³ na uczelni francuskiej, nie polskiej - sk±din±d wiadomo, ¿e wielu pisarzy francuskich tamtego czasu trudni³o siê donosami na policjê i nikt im z tego wyrzutów dzi¶ nie czyni.)
Ale zostawmy krotochwile, choæ rzecz sk±din±d poci±gaj±ca. My¶lê, ¿e mo¿na by okres kampanii wyborczej - choæ czas to wyj±tkowo niedogodny: wakacje - wykorzystaæ do u¶wiadomienia klasy politycznej w kwestii potrzeb nauki polskiej i donios³o¶ci ³o¿enia na jej rozwój dla przysz³o¶ci kraju. Powoli - po piêtnastu latach niepodleg³o¶ci i wywaleniu mnóstwa pieniêdzy na utrzymywanie fikcji - do ¶wiadomo¶ci owej klasy dociera koncepcja przekszta³cenia polskiej armii z poborowej w zawodow±. Nie by³oby jednak dobrze, gdyby¶my nastêpne piêtna¶cie lat musieli czekaæ na u¶wiadomienie polityków o wadze inwestowania w badania naukowe. Mo¿e wiêc zanim pójdziemy do urn wyborczych spróbowaæ dotrzeæ z t± problematyk± do gremiów uk³adaj±cych programy partyjne.
Nie ma na to dobrego pomys³u. Nauka, niestety, rzadko bywa medialna, a polityków w sytuacji kampanii wyborczej przede wszystkim medialno¶æ interesuje. Musz± siê sprzedaæ, a staj±c siê towarem, musz± byæ dla wyborcy atrakcyjni. Nauka, oczywi¶cie, bywa atrakcyjna, ale nie w tych krêgach, do których chc± ze sw± ofert± dotrzeæ partie polityczne. Nak³ady na naukê to nie kie³basa wyborcza, co najwy¿ej wyborczy och³ap, a to publiczno¶ci nie bierze. O tyle to interesuj±ce, ¿e, jak wykazuj± badania socjologiczne, presti¿ ludzi nauki jest w Polsce stosunkowo wysoki. Kwesti± podstawow± zatem wydaje siê &8222;prze³o¿enie&8221; owego presti¿u na jêzyk spo³ecznych i pañstwowych racji. Musi to byæ w dodatku przek³ad dla statystycznego odbiorcy zrozumia³y - odbiorca ten winien mianowicie uznaæ, ¿e inwestowanie w naukê jest w jego w³asnym, dobrze pojmowanym interesie. Dopiero wtedy obietnica zwiêkszenia dotacji na badania stanie siê dobrym argumentem w politycznej rozgrywce.
Ale nie tylko o to chodzi. Chodzi bowiem równie¿ o fakt, i¿ ¶rodowisko naukowe politycznie jest - jak na kraj demokratyczny przysta³o - rozproszone. Trudno tu o wypracowanie wspólnego i jednolitego w miarê stanowiska. I zastanawiam siê, czy mo¿liwe jest w ogóle zharmonizowanie interesów zawodowych z wyborami politycznymi. Czy mo¿liwe jest &8222;okr±g³osto³owe&8221; ustalenie priorytetów ³±cz±cych w jedno ponadpartyjne interesy i przedstawienie ich jako - niezale¿nie od wyznawanych opcji politycznych - racji stanu pañstwa, nie daj±cej siê ideologicznie zredukowaæ, a przeciwnie - stanowi±cej tak¿e wyraz ogólnospo³ecznego interesu, przek³adaj±cego siê - w jakiej¶ przysz³o¶ci nie mierzonej rytmem kolejnych wyborów parlamentarnych czy prezydenckich - na umocnienie pozycji kraju na arenie miêdzynarodowej.
Na to, ¿e sprawa jest istotna, wskazuje wzrastaj±ca liczba ucz±cej siê m³odzie¿y. ¦wiadczy ona doskonale o zachodz±cych w spo³eczeñstwie przemianach: wiedza zaczê³a byæ warto¶ci± przez owo spo³eczeñstwo dostrzegan± i cenion±. &8222;Uczy siê i pracuje 24 proc. m³odzie¿y - to ogromny, bo dwukrotny wzrost w porównaniu z 2002 r.&8221; - czytam w komentarzu Anny Borowiec na ³amach &8222;Wyborczej&8221;. I dalej: &8222;M³odzi chwytaj± siê wielu zajêæ, doszkalaj±, czê¶ciej studiuj± - wszystko, by zwiêkszyæ swoje szanse na rynku pracy. S± tak¿e cierpliwsi ni¿ ich rówie¶nicy trzy czy piêæ lat temu. Wzorzec szybkich karier z lat 90. jest im obcy, oni wierz± w ciê¿k± pracê i konsekwentne d±¿enie do celu. (...) Coraz wiêcej m³odych zdobywa wykszta³cenie - i nie chodzi tylko o dyplomy, ale o wiedzê. M³odzie¿ chêtniej studiuje na kilku fakultetach, czê¶ciej wie dok³adnie, czego chce siê nauczyæ, dziêki temu wzrasta jako¶æ ich wiedzy&8221;. To opinia profesor Krystyny Szafraniec przytoczona w cytowanym artykule nie bez powodu chyba opublikowanym na czo³ówce gazety. A je¿eli tak jest - co zdaj± siê potwierdzaæ tak¿e moje w³asne obserwacje - to wzrost nak³adów na naukê wydaje siê rozwi±zaniem logicznym i niezbêdnym.
Ta m³odzie¿ wyrasta w kraju, w którym na dobr± sprawê nikt nigdy nie zatroszczy³ siê o ustalenie rozwojowych priorytetów, w szczególno¶ci w kwestiach wewnêtrznych. Politycy zamiast przedstawienia czytelnych programów, których wizje wykracza³yby poza horyzont najbli¿szych wyborów, poruszaj± siê w przestrzeni dora¼no¶ci, reaguj± na wyzwania chwili, czêsto bez przewidywania d³ugofalowych skutków swych poczynañ. Tymczasem w³a¶nie jednym z tych priorytetów jest rozwój nauki, co wydaje siê nikogo - poza wspomnianym Relig± - nie interesowaæ. Zreszt± i to, co Religa dotychczas na ten temat powiedzia³, nie wykracza poza ogólniki. Nie dziwi to choæby z tego wzglêdu, i¿ na korzy¶ci, jakie powinno - a przecie¿ wcale nie musi, tu chodzi jedynie o stworzenie mo¿liwo¶ci - przynie¶æ inwestowanie w tej dziedzinie, czekaæ trzeba du¿o d³u¿ej ni¿ jedna sejmowa kadencja. Przy tym stopniu upartyjnienia polskiego ¿ycia przyjêcie sensownej strategii rozwojowej mo¿e okazaæ siê dla danej partii szkodliwe. Z owoców skorzystaæ bowiem mo¿e partia konkurencyjna, a do tego przecie¿ nikt przy zdrowych zmys³ach dopu¶ciæ nie mo¿e.
Chyba, i¿by przypadkiem znalaz³ siê kto¶ o zdrowym umy¶le, kto¶ zatem, komu patriotyzm przestaje siê myliæ z &8222;partiotyzmem&8221;.