Recenzje


Kres i bezkres nauki

Człowieku początku XXI wieku, ile rewolucyjnych odkryć jeszcze przed tobą? Który szczebel zajmujesz na drabinie postępu? Dokąd zmierza nauka, na jakim jest obecnie etapie? - to stałe motywy przewijające się w książce Barrowa.

Dzieło jest dalekie od nużących podręczników fizyki, naszpikowanych żmudnymi wywodami, zrażającymi swą zawiłością. Nie jest ono bowiem beznamiętnym wypisem praw i prawd, reguł i twierdzeń, ale ekscytującą opowieścią o rzeczywistości pozornie dobrze nam znanej. Pozornie, bo faktycznie niewiele wiadomo na pewno. W każdym razie nie tak wiele, jak pragnęliby wiedzieć ludzie nauki. Hamulcem są dla nich nie tylko ograniczenia finansowe, ale przede wszystkim ułomność wpisana w naturę człowieczeństwa, nie pozwalająca na wyjrzenie poza intrygujące horyzonty. Granice poznania wszechświata są solą w oku fizyków, matematyków, astronomów, a zwłaszcza kosmologów. Niemożność ich przekroczenia już w XIX wieku stała się przyczyną głoszenia przesłanek o kresie nauki w ogóle. Do dziś fascynujący, będący najśmielszym wyzwaniem wszechświat pozostał niezbadany. Niemożliwe jest ustalenie tego, czy kiedykolwiek miał swój początek, czy jest skończony, otwarty czy zamknięty. Według Barrowa, najprawdopodobniej żyjemy w rozszerzającym się bąblu, nie mogąc dociec, czy za jego horyzontem istnieje nieskończony wszechświat. Co więcej, należy także bezpowrotnie pożegnać się z myślą o poznaniu innych światów.

Przemieszczanie się w czasie, by zapobiec wydarzeniom, które rozegrały się w przeszłości, a miały niepożądane następstwa, lub podróż w przeszłość, by zabić swego przodka - to „paradoks dziadka”, któremu Barrow poświęca wiele uwagi. Poza tym opisuje paradoksy kłamcy, kumulującej się audiencji, paradoks wzrokowy czy lingwistyczny, prowadząc zajmujące rozważania, zmuszając czytelnika do zastanowienia się nad kwestiami, których, być może, sam nigdy by nie podjął. Niejednokrotnie są to bowiem wydarzenia i zjawiska tak banalne, że wydawałyby się niegodne bliższego poznania. Autor z pasją wykazuje, że jest przeciwnie.

„Ile odkryć jest jeszcze przed nami? Czy postęp techniczny jest nieunikniony (albo zawsze pożądany)? Czy nauka zawsze powoduje własny zgon? Czy Gödel utrudnia fizykę?” Oto jedynie wybrane podrozdziały z blisko siedemdziesięciu oferowanych przez wybitnego kosmologa i astronoma. Co budzi podziw, każdy z nich poprzedzony jest celnym aforyzmem bądź cytatem, harmonijnie współgrającym z treścią.

Imponujący jest dobór niekonwencjonalnych środków, jakimi posługuje się autor, zmierzając do wyjaśnienia skomplikowanych kosmologicznych, astronomicznych czy fizycznych problemów. Opisując dzieje danego zjawiska, nie poprzestaje na nakreśleniu jego rozległego rysu historycznego. Dodatkowo obrazuje swój wywód scenami wyjętymi z mitów greckich, tudzież tradycji judeochrześcijańskiej, sięga do pism starożytnych i późniejszych myślicieli. Na kartach jednej książki zagadnienia dotyczące antygrawitacji, inteligencji pozaziemskiej, podróży w czasie czy Teorii Wszystkiego przeplatają się z nazwiskami Diderota, Nietzschego, Borgesa czy Spinozy. Wszystko to układa się w kompozycję daleką od chaosu, spójną i przekonującą. To swoiście erudycyjny popis, raczej oscylujący w granicach eseju niż dzieła stricte popularnonaukowego. Niemożliwe, by kogoś nie zainteresował ten bezkres naukowych i pisarskich możliwości.

Anna Zielińska

John D. Barrow, Kres możliwości? Granice poznania i poznanie granic, tłum. Hanna Turczyn-Zalewska, Wydawnictwo prószyński i S-ka, Warszawa 2005, seria: Na Ścieżkach Nauki.

Jak doszło do tego, że E=mc2?

Na księgarskich półkach roi się od biografii bardziej lub mniej znanych postaci. Bodanisowi przyszło na myśl, by napisać biografię... równania. Najsłynniejszego na świecie, dodajmy.

Dlaczego akurat biografię? Historia równania, które od momentu zdefiniowania żyje niejako swoim życiem, to powikłane nierzadko losy wielu naukowców. Faraday, Maxwell, Roemer i jeszcze wielu innych, niekoniecznie bezpośrednio, dołożyło swoją cegiełkę do odkrycia Einsteina. Niemiecki fizyk miał w zasadzie najłatwiejsze zadanie - połączyć to wszystko w całość. Ale, jak wynika z opowieści Bodanisa, dotarcie do istoty równania nie było wcale takie proste.

Poza wszystkim autor stosuje też schemat, jakim zwykło się pisać biografię. Rozpoczyna od „narodzin”, wyjaśniając znaczenie i pochodzenie każdego elementu równania, nie pomijając wydawałoby się błahych: znaku równości czy kwadratu prędkości światła. Pisze o „latach młodości” rzeczonego wzoru, czyli jego rozwoju, aż do postaci, w jakiej pamięta go każdy uczeń szkoły podstawowej. Kończy swoją opowieść okresem „dojrzałości”, czyli próbami przekucia teorii w praktykę. Zjawiska opisywane równaniem E=mc2 wykorzystuje się dziś w urządzeniach medycznych, telewizorach, a nawet czujnikach dymu.

A jeszcze sto lat temu, gdy Einstein przedstawił swoje odkrycie, całkowicie je zignorowano. „Ludzie żyli bowiem w świecie, w którym masa ciał w ruchu jest stała, a czas płynie jednostajnie”. Nikomu nie przeszło przez myśl, by energię i masę uczynić zależnymi od siebie. Wszystko było proste, łatwe i zgodne z matematycznymi regułami. Ale nie dla pracownika biura patentowego w Bernie. On widział wszechświat inaczej. Jego teoria przewracała do góry nogami panujący porządek. Porządek w dużym stopniu ukształtowany tyleż przez naukę, co i... religię. Rewizji tych poglądów, co zrozumiałe, mógł dokonać jedynie prawdziwy autorytet. I czy pozostający w naszych wyobrażeniach wizerunek Einsteina z wybałuszonymi oczyma, rozwichrzonymi włosami i wystawionym językiem, pasował do tej roli? Świat bywa czasem bardzo przewrotny.

Trudno zatem się dziwić, że początkowo rewelacje Einsteina przyjęto, oględnie mówiąc, z rezerwą. Tak podchodził do nich też sam odkrywca. Ale nie ze względu na meritum, lecz... nazwę. „Nie przepadał za określeniem teoria względności. Jego zdaniem, było to przyczyną niewłaściwych skojarzeń, sugerując, że wszystko jest możliwe, a niczego nie można przewidzieć. Tymczasem, z teorii względności wynikają bardzo ścisłe przewidywania”.

Gdy po raz pierwszy na forum publicznym przedstawiano szczegóły rewolucyjnej teorii, na sesję naukową w Londynie „New York Times” wysłał dziennikarza piszącego na co dzień o... golfie. Pismak niewiele zrozumiał, niejako więc na swoje usprawiedliwienie artykuł opatrzył tytułem Księga dla dwunastu mędrców. Tylko tylu ludzi na całym świecie może ją zrozumieć. „I choć żadnej księgi, czy nawet książki nie było, a większość fizyków i astronomów bez większego wysiłku zrozumiała istotę odkrycia, to puszczona w obieg opinia, że teoria jest niezrozumiała, pozostała do dziś”. Swoją drogą, trzeba przyznać, że niewiele też zmieniły się kanony dziennikarstwa...

Dodać wypada, że teoria, skądinąd sensowna i logiczna, potrzebowała empirycznej weryfikacji. Próbowano na różne sposoby. Nawet sam Einstein, któremu zresztą znacznie więcej splendoru przyniosła odkryta w 1907 roku ogólna teoria względności, nie mógł się spodziewać, że powstały ogromnym wysiłkiem intelektualnym prosty wzór posłuży ponad 30 lat później do opisania zjawisk, po których świat nigdy nie będzie już taki sam.

(karma)

David Bodanis, E=mc2. Historia najsłynniejszego równania świata, tłum. Piotr Amsterdamski, Wydawnictwo CiS, Warszawa 2005, seria: Fakty i Hipotezy.

Och, Karol

Czczony jako czołowy ideolog komunizmu Karol Marks chwalił się arystokratycznym pochodzeniem żony i nigdy nie podjął stałej pracy. Przez politycznych przeciwników uważany za potwora i despotę, wstydził się w towarzystwie kobiet używać dosadniejszych określeń. Biedak, który żyjąc za pieniądze pożyczane od przyjaciół i znajomych wydawał przyjęcia dla dorastających córek. Zagadnięty o równy dostęp do dóbr odpowiadał: „Tak, to nastąpi, ale wtedy nie powinno nas już tu być”. Najbardziej przerażająca i kontrowersyjna postać Europy, a zarazem czuły i konserwatywny ojciec. Jaki był naprawdę?

Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Nie można bowiem tak barwnej postaci sprowadzić jedynie do wizerunku „ojca ideologii dążącej do wyzwolenia uciskanej klasy robotniczej” bądź, jak to czyniono po drugiej stronie barykady, wcielonego zła. Oba te wizerunki nie tylko są nieprawdziwe i tendencyjne, ale jednocześnie pozbawiają go człowieczeństwa. A tę właśnie cechę uchwycił w swojej biografii Wheen. Jego Marks nie jest tylko ideologiem, który cały wolny czas poświęca swoim dziełom mającym zmienić świat (niezależnie od tego, czy wielbiono go, czy potępiano, tak właśnie był przedstawiany w większości dotychczasowych biografii). Jest człowiekiem, który ma jak najbardziej trywialne problemy: skąd wziąć pieniądze na zapłacenie czynszu i rachunku u piekarza, jak pozbyć się wrzodów utrudniających siedzenie przy biurku, czy wreszcie - jak skłonić Engelsa do udzielenia kolejnej, jak zwykle bezzwrotnej, pożyczki.

Marks urodził się w Trewirze w rodzinie żydowskiej, ale za Żyda nigdy się nie uważał. Już w wieku 17 lat zadziwił otoczenie śmiałą pracą maturalną, w której twierdził, że dobro ludzkości osiągnąć można przez doskonałość jednostki. Pomimo pragnień rodziców nie skończył prawa, bardziej interesowała go filozofia. Wielbił Szekspira, Sterne.a i Goethego, sam też próbował sił w literaturze. Zakochany w starszej o cztery lata baronównie von Westphalen, zdobył nie tylko jej serce i rękę, ale i, co było dużo trudniejsze, błogosławieństwo oraz... pieniądze jej rodziców. Współpracował z kilkunastoma gazetami, z których niewiele ukazywało się dłużej niż kilka miesięcy. Niemile widziany we Francji, Holandii i Prusach, w Anglii, pomimo ostrzeżeń pruskich szpiegów, stale lekceważony przez władze jako mało niebezpieczny, bo jak stwierdziła angielska policja: „mówienie o międzynarodowym buncie robotników, to nie dowód chęci obalenia królowej”. Uwielbiał wyzywać na pojedynki, ale tylko tych, o których wiedział, że wyzwania nie przyjmą. Czuły ojciec, który umiał z dziećmi rozmawiać i świetnie służył im w zabawach za wierzchowca, ale nie umiał zdobyć pieniędzy na ich utrzymanie. Marnował czas i talent na polemiki z dziennikarzami, a jednocześnie przez całe życie nie przestał być wielkim teoretykiem komunizmu.

„Widmo krąży po Europie - widmo komunizmu” - tak zaczyna się jedna z najbardziej znanych prac Karola Marksa - Manifest Partii Komunistycznej. Zdanie to, podobnie jak pochodzące z Przyczynku do krytyki heglowskiej filozofii prawa twierdzenie, że „religia jest opium ludu”, jest jednym z najczęściej cytowanych i... najbardziej wypaczanych haseł w historii ludzkości. W swoim Kapitale Marks przepowiedział istnienie wielkich korporacji, takich jak Microsoft. Geniusz filozofii i ekonomii, nie radził sobie jednak z gospodarowaniem zasobami pieniężnymi własnej rodziny. Marks - człowiek, którego po lekturze biografii Wheena daje się zwyczajnie lubić.

Anna Matraszek

Francis Wheen, Karol Marks. Biografia, tłum. Dominika Cieślak, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005, seria: Fortuna i Fatum.

„Zaciekawiony” jezuita

Wiemy, kim był Jan Heweliusz, Wilhelm G. Leibniz, Athanazy Kircher, ale niewielu Polaków słyszało o Adamie Adamandym Kochańskim. Jego nazwisko znane jest lepiej na Zachodzie, głównie jako matematyka, filozofa i konstruktora zegarów. Ale to nie wszystkie dziedziny zainteresowań polskiego uczonego; gdy czytałam książkę ks. Lisiaka, w pewnym momencie pomyślałam, że autor chyba przesadził z liczbą opisów dziedzin nauki, którymi się Kochański zajmował (oprócz wymienionych wcześniej): astronomia, nauki techniczne, alchemia, językoznawstwo, historia, geografia, estetyka, prawo natury i etyka, chemia, geologia... Nawet wiersze pisał! Nie za dużo, jak na jednego człowieka? Ale rzeczywiście, Kochański był prawdziwym człowiekiem renesansu. Doskonale widać to w korespondencji z innymi uczonymi, która jest najpełniejszym źródłem wiedzy o jego działalności.

Nie wydał zbyt wielu prac naukowych, ciągle je udoskonalał i liczył na pełniejsze wyjaśnienie problemów, którymi się zajmował. Dążył do udoskonalenia mechanizmu zegara, pracował nad konstrukcją perpetuum mobile, tworzył kwadraty i sześciany magiczne, szukał dowodu na ruch Ziemi i poznawał kulturę Chin. Tylko teologią, jak na jezuitę, niewiele się zajmował. Uważał, że nauka nie powinna nosić znamion religijnych. Korespondował głównie z protestantami: Leibnizem, Andreasem Müllerem, Heweliuszem i Kirchem. Autor książki zwraca uwagę, że w korespondencji tej nie ma polemiki religijnej, ataków czy dumy z własnego wyznania. Tylko w jednym liście do Heweliusza potępił Lutra i Kalwina jako „antychrystów”, a pożar domu Heweliusza określił jako specjalne upomnienie od Boga.

Inni jezuici krytykowali go często za uchylanie się od kazań i pracy duszpasterskiej. Dla niego ważniejsza była nauka. Początkowo pracował w Pradze, gdzie miał najlepsze warunki do rozwijania swoich zainteresowań, ale (mimo jego starań, by zmienić decyzję przełożonych) przeniesiono go najpierw do Ołomuńca, a potem do Wrocławia. Na prośbę Jana III Sobieskiego trafił w końcu na dwór królewski, gdzie kształcił najstarszego księcia, Jakuba. Znany jest jako nadworny matematyk i, z racji dbania o powiększanie królewskiego zbioru książek, bibliotekarz króla. Kochański miał duży wkład w opracowanie wielu elementów artystycznego wyposażenia pałacu w Wilanowie - służył swoją wiedzą o symbolice, emblematyce, ikonografii i mitologii, znajomością włoskich i czeskich pałaców książęcych i cesarskich.

Ks. Lisiak w jednym z rozdziałów książki opisuje Kochańskiego jako „zaciekawionego” filozofa. Zalicza go do przedstawicieli tzw. nurtu philosophia curiosa - filozofii zajmującej, interesującej, dociekliwej - ciekawej. Zdaniem autora, poszukiwanie przyczyn było przewodnią myślą dociekań i badań Kochańskiego, a słowo curiosis bardzo często powtarzało się w listach i pracach jezuity.

Książka jednak nie jest tylko biografią Adama Kochańskiego, to również, jak zaznaczono w tytule, studium z dziejów filozofii i nauki czasów, w których żył uczony. Opisując kolejne dziedziny, którymi zajmował się Kochański, autor przedstawia stan wiedzy na ich temat, a także krótkie biografie innych uczonych baroku, z którymi zetknął się jezuita. Szkoda, że w książce jest mało przetłumaczonych z łaciny listów, korespondencja jest najczęściej tylko omawiana. Ale rozumiem, że chcąc wszystko cytować, autor musiałby wydać kilka tomów. A listy opublikowane są w oddzielnych pracach.

JZJ

Bogdan Lisiak, Adam Adamandy Kochański (1631-1700). Studium z dziejów filozofii i nauki w Polsce XVII wieku, wyd. wam, wyższa szkoła filozoficzno-pedagogiczna „Ignatianum”, Kraków 2005, seria: Studia i Materiały do Dziejów Jezuitów Polskich.

Nadzieja polskiej motoryzacji

Czy książka poświęcona produkowanemu w latach 1953-83 popularnemu samochodowi syrena może zainteresować kogoś więcej niż tylko historyka techniki czy przemysłu? Zapewne wdzięcznymi odbiorcami okażą się także entuzjaści, uczestnicy zlotów, rajdów i posiadacze tego „kultowego” samochodu z okresu PRL, niezrażeni bynajmniej faktem, że w gruncie rzeczy są właścicielami gigantycznej skarbonki. Takim zapaleńcom książkę tę można śmiało polecić, dać w prezencie albo po prostu oddać, jeśli na skutek niejasnego zbiegu okoliczności znalazła się na naszej półce. To znaczy na półce tych wszystkich, którzy na brzmienie słowa „syrena” (nie daj Boże „syrena sport”, ponoć największa legenda polskiej motoryzacji, ale i stracona nadzieja na „motoryzacyjną potęgę nad Wisłą”) potrafią okazać względny spokój, a nawet lekkie zobojętnienie.

Niemniej jednak motoryzacja i jej upowszechnianie się w Polsce prawdopodobnie będą stanowiły fascynujący temat dla hobbysty czy historyka dziejów społecznych. Mórawski pisze we wstępie, że wybór syreny nie był przypadkowy. W grę przecież mogły wchodzić takie samochody jak warszawa, fiat 125 p i polonez, produkowane również w okresie Peerelu. Jednak te pojazdy były samochodami klasy wyższej i na ówczesne czasy stanowiły niewątpliwy luksus dla nielicznych. Do samochodów popularnych można było zaliczyć dwa: syrenę i fiata 126 p. Ale zrozumienie fenomenu „malucha”, zdaniem autora, nie jest możliwe bez uprzedniej analizy czasów wcześniejszych, a zatem czasów okresu dominacji syrenki i całej historii tego samochodu, którą rzeczywiście, i to dość dokładnie, poznajemy podczas lektury książki.

Po zakończeniu wojny jedynymi samochodami osobowymi na ziemiach polskich były pojazdy poniemieckie, ewentualnie pochodzące z demobilu armii alianckich. Nie było zatem specjalnie w czym wybierać, a ponadto zdecydowana większość tych samochodów i tak trafiała do państwowych urzędów, partii i różnych instytucji publicznych. W systemie socjalistycznym głównym celem i zadaniem planowanego postępu technicznego miało być upowszechnienie najnowszych osiągnięć cywilizacyjnych wśród „mas ludowych”. Toteż w maju 1953 KC PZPR podjął uchwałę, że należy zbudować „popularny, oszczędzający czas środek przewozu, (...), przeznaczony dla racjonalizatorów, przodowników pracy, aktywistów, naukowców, przodujących przedstawicieli inteligencji”. W związku z tak jednoznaczną wolą partii już w miesiąc później powstała komórka projektowo-konstrukcyjna, która miała wykonać prototyp małolitrażowego samochodu popularnego. Nie obyło się bez konfliktów wśród konstruktorów syreny (sama nazwa została zaproponowana przez załogę FSO). Mórawski pisze, że największą „kością niezgody” stała się koncepcja nadwozia. Jeden z głównych inżynierów chciał oprzeć ją na technologii drewnianej, z wykorzystaniem drewnianego szkieletu pokrytego pilśnią i sklejką. Dla wielu innych technologia ta była nie do przyjęcia. Na łamach „Motoru” pisano: „Na myśl o tym, że moi szefowie chcą FSO zmienić w gigantyczny tartak, dostałem uczulenia”. Ostatecznie jednak nadwozie wprowadzane do produkcji seryjnej było konstrukcją całkowicie stalową. W prasie motoryzacyjnej zaczęły ukazywać się entuzjastyczne recenzje autorstwa jeszcze wówczas nielicznych „wybrańców losu”, czyli pierwszych posiadaczy samochodu. Potem zachwyt osłabł, choć trzeba przyznać, że prowizoryczna konstrukcja syreny, z którą władze nie wiązały żadnych planów na przyszłość, przetrwała wiele lat. Początkowo była wyznacznikiem postępu i dobrej sytuacji materialnej właściciela, po latach - biedy i zacofania. Ale jedno nie ulega wątpliwości, syrena stała się symbolem Peerelu. Pytanie tylko, czy to zaszczytne miano, czy bardziej powód do kpin?

Małgorzata Pawełczyk

Karol Jerzy Mórawski, Syrena. Samochód PRL, Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2005, seria: W Krainie PRL.

Przydatny komplet

Jest to propozycja serii PONS dla wszystkich chcących zapoznać się lub powtórzyć podstawowe zwroty, wyrażenia, słownictwo i gramatykę języka angielskiego na poziomie A2. Poziom ten, zgodnie z europejskim systemem opisu kształcenia językowego, odpowiada dawnemu poziomowi niższemu średnio zaawansowanemu (pre-intermediate lub elementary).

Autorzy kładą duży nacisk na komunikację, dlatego też materiał językowy prezentują poprzez konwersacje. Zestaw jest przeznaczony do samodzielnej nauki, stąd wszelkie pojawiające się tu ćwiczenia są tak pomyślane, aby można było rozwiązywać je indywidualnie, nawet jeżeli są to dialogi. Zadania do wykonania są różnorodne, np. testy luk, tłumaczenia, dopasowywanie itp., co sprawia, że uczący się nie jest znudzony nawet ćwiczeniami dotyczącymi gramatyki. Ponadto, co jest ogromnym ułatwieniem dla początkujących, wszelkie objaśnienia gramatyczne podane są w języku polskim, a wszystkie zamieszczone przykłady tłumaczone na język polski. Dodatkowo, oprócz klucza do ćwiczeń, umieszczone są wskazówki ułatwiające samodzielne wykonanie zadań. Cieszy też fakt, że autorzy wprowadzają do kursu kontekst kulturowy, tak niezbędny do poprawnego stosowania języka. W związku z tym, że kurs ten nastawiony jest na ćwiczenie komunikacji, zawiera on mnóstwo przydatnych zwrotów do użycia w codziennych konwersacjach, ale nie tylko: podaje także wzory prywatnej korespondencji i ćwiczenia doskonalące ją. Podobnie jak przykłady gramatyczne, wszystkie zwroty, wyrażenia i słowa pojawiające się w poszczególnych lekcjach są tłumaczone na język polski.

Dodatkowym atutem tego zestawu jest to, że wszystkie dialogi i wyrażenia są nagrane na płycie CD. Można więc osłuchiwać się z językiem do woli. Zachęcają do tego też specjalnie zaprojektowane ćwiczenia doskonalące rozumienie ze słuchu oraz wymowę, tak potrzebną do skutecznego komunikowania się. Użytkownicy tego zestawu mają szansę zapoznać się z obiema najpopularniejszymi odmianami wymowy: brytyjską i amerykańską. O ilości zawartego materiału do słuchania świadczy liczba towarzyszących tak krótkiemu kursowi płyt. Jest ich aż pięć. Na dwu pierwszych nagrane są wszystkie dialogi i ćwiczenia wyłącznie w języku angielskim. Osobno mamy jeszcze dwie płyty ze słownictwem użytym w kursie, nagrane po angielsku i po polsku. Dołączono także jedną płytę z materiałem powtórzeniowym zawierającym wybrane dialogi i zwroty z polskim tłumaczeniem. Płyty gwarantują wysoką jakość nagrań, a dzięki coraz powszechniej używanym odtwarzaczom można szlifować angielski w drodze do pracy, szkoły lub na spacerze. Ponadto dialogi na płytach nagrane są w wolnym, dostosowanym do poziomu słuchacza tempie, co znacznie ułatwia początkującemu rozumienie i powtarzanie zwrotów.

Ćwiczenie poszczególnych elementów języka umożliwia podręcznik zawierający 16 ułożonych tematycznie lekcji i 4 powtórzenia. Każda lekcja podzielona jest na 4 części: pierwsza wprowadza temat i związane z nim podstawowe słownictwo, druga umożliwia ćwiczenie rozumienia ze słuchu i poprawnej wymowy, trzecia daje możliwość zastosowania i utrwalenia poznanych wyrażeń, zwrotów i gramatyki, czwarta natomiast zawiera informacje dotyczące kultury anglosaskiej lub ćwiczenia. Zamieszczone w podręczniku powtórki sprawdzają umiejętność użycia języka w różnych sytuacjach życia codziennego, pozwalają przyjrzeć się jeszcze raz zagadnieniom gramatycznym, utrwalają poznane zwroty i wyrażenia oraz, na co warto zwrócić uwagę, doskonalą poprawną wymowę zarówno brytyjską, jak i amerykańską.

Iwona Filip

Kate Tranter, Simone Dias, Claudia Heidieker, Angielski. Ekspresowy kurs dla początkujących, tłum. Aleksandra Powalska, Wydawnictwo LektorKlett, Poznań 2004, seria: PONS.