O po¿ytkach p³yn±cych z powszechnej jawno¶ci tak zwanego dorobku naukowego i potrzebie jego odtajnienia tam, gdzie jest jeszcze niejawny, napisano ju¿ wiele. Niedawno profesorowie Jajszczyk i Kalisz (Do¶æ naukowego pozoranctwa, „Rzeczpospolita”, 22.06.05) zaproponowali kompleksowe rozwi±zania, których wprowadzenie spowodowa³oby „naturalne” ujawnienie naukowych dokonañ pracowników nauki i szkolnictwa wy¿szego. Przeszkód jest sporo. Jedn± z wa¿niejszych wydaje siê byæ zarówno niepotrzebne mitologizowanie nauki, jak i, bêd±ce w istocie drug± stron± tego medalu, marginalizowanie jej znaczenia dla szarego cz³owieka. To pierwsze powoduje, ¿e pytaj±cy naukowca, a ju¿, nie daj Bóg, w±tpi±cy w jego dokonania niespecjalista, traktowany jest jak mato³kowaty profan podnosz±cy brudn± ³apê na ¶wiêto¶æ nauki. To drugie jest przyczyn± braku zainteresowania problemami nauki, miêdzy innymi braku spo³ecznej akceptacji dla zwiêkszania przeznaczonej na ni± czê¶ci bud¿etu.
Chcê byæ dobrze zrozumiany. Nie chodzi mi o to, jak na naukê patrz± sami zainteresowani, to znaczy pracownicy nauki, ale o to, jak widzi j± przeciêtny obywatel RP, z którego opini± powinni, przynajmniej teoretycznie, liczyæ siê decydenci, na przyk³ad parlamentarzy¶ci. A ulica widzi naukê jeszcze dobrze, ale coraz gorzej. Opinia spo³eczna przypisuje uczelniom i ich pracownikom wiêcej z³ego ni¿ dobrego. Powszechne jest oskar¿anie instytucji i ludzi nauki oraz szkolnictwa wy¿szego o pazerno¶æ, nepotyzm i tolerowanie rozmaitych przekrêtów, na przyk³ad podczas rekrutacji na studia. Co kilka dni jaka¶ gazeta pisze o rektorze, który wyprowadzony zosta³ z uczelni w kajdankach, o innym, który bawi siê w satrapê i kpi sobie z dobrych obyczajów, o jakim¶ plagiatorze czy ³apówkarzu. O zarobkach, szczególnie pracuj±cych na kilku etatach profesorów, kr±¿± legendy. Media, zgodnie z ich natur± i prawami wolnego rynku, podaj± informacje tak, by niewiele na ogó³ znaj±cy sprawê czytelnik gazetê kupi³. Z drugiej strony, wiele jawnych normalnie informacji jest jawnie ukrywanych, to znaczy spo³eczeñstwo s³yszy, ¿e s± to wewnêtrzne sprawy ¶rodowiska akademickiego, które samo potrafi siê z nimi uporaæ.
G³osom takim nie towarzyszy jednak informacja o tym, jak mianowicie ¶rodowisko to ma zamiar swoje problemy rozwi±zywaæ i u wielu ludzi pojawia siê odczucie, ¿e s± traktowani jak g³upawe dzieci, którym wara od problemów ¶wiata doros³ych. O opiniach, ¿e pracownicy uczelni chc± byæ sêdziami we w³asnej sprawie, wspominaæ nawet nie wypada. Warto tu podkre¶liæ, ¿e spo³eczeñstwo widzi pracowników nauki en bloc i nie odró¿nia bêd±cego na szczytach finansowej hierarchii profesora od klepi±cego czêsto biedê asystenta czy adiunkta, a coraz g³o¶niejsze wo³ania o zmiany w systemie odbiera jako drobne sprzeczki miêdzy pilnuj±cymi swych interesów kolegami. Jest to szczególnie ¼le widziane przez p³ac±cych za naukê, zwykle kosztem wielu wyrzeczeñ (za nadziejê na znalezienie pracy?), studentów, którzy nie znajduj± czêsto usprawiedliwienia dla tak du¿ej ró¿nicy swojego statusu finansowego i poziomu ¿ycia ich nauczycieli. Spotykaj±ce ich po studiach rozczarowania generuj± fataln± opiniê ca³ego szkolnictwa i pracowników nauki.
Mo¿na oczywi¶cie t³umaczyæ ludziom, ¿e nie jest ¼le, ¿e nasi studenci permanentnie zdobywaj± nagrody w presti¿owych konkursach, ¿e Polacy cenieni s± w wielu licz±cych siê o¶rodkach naukowych itp., ale efekty bêd± mizerne, bo nie daje siê to nijak prze³o¿yæ na odczucia faceta, który za studia wybuli³ parê tysiêcy, pracy nie znalaz³, a porównuj±c siê z absolwentem dobrej uczelni stwierdzi³, ¿e niewiele siê na studiach nauczy³. Nie bêdzie on konfrontowa³ swej sytuacji ani ze swoimi mo¿liwo¶ciami (w Polsce studia sta³y siê masowe i ka¿dy student uwa¿a oczywi¶cie, ¿e je¶li czego¶ nie „za³apa³”, to jest to wina nauczyciela, który go nie „nauczy³”), ani z realiami rynku pracy. On wie, ¿e roboty nie ma i wini za to swych nauczycieli, którzy nie zrobili z niego poszukiwanego specjalisty. Jestem przera¿ony, czytaj±c opinie o poziomie tej czy innej uczelni. Nigdzie nie zauwa¿y³em stwierdzenia, ¿e poziom ten zale¿y od poziomu studentów w takim samym co najmniej stopniu, jak od poziomu ich nauczycieli.
Tak widzi nasz system nauki i szkolnictwa wy¿szego wiêkszo¶æ spo³eczeñstwa. Postulaty podobne do ¿±dañ ujawniania dorobku naukowego nie s± zazwyczaj rozumiane, odbierane s± jednak jako sygna³y o ukrywaniu przed lud¼mi jakich¶ wa¿nych spraw. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to idzie o pieni±dze. I w ten oto prosty sposób wszystkim pracownikom nauki przypina siê ³atkê robi±cych spo³eczeñstwo „w konia” oszustów. Komisji ¶ledczej do spraw edukacji nikt siê jeszcze nie domaga, ale wykluczyæ tego nie mo¿na. Ujawnienie naukowych dokonañ pracowników nauki mia³oby zbawienny wp³yw na sytuacjê wszystkich pracuj±cych w nauce i szkolnictwie wy¿szym. Nie wiadomo nawet, czy nie najlepiej wyszliby na tym ci, którzy te dokonania dzi¶ utajniaj±. Gdyby bowiem przeprowadziæ to w cywilizowany sposób, to mo¿na by zagwarantowaæ im swoiste „miêkkie l±dowanie”, zamiast ¿enuj±cych niekiedy przypadków ujawniania, ¿e powa¿any w lokalnym ¶rodowisku autorytet ma dorobek mniejszy ni¿ asystent w porz±dnej uczelni.
Próby pacyfikowania ró¿nych „ujawniaczy” skuteczne bywaj± tylko na krótki dystans, w d³u¿szym horyzoncie czasowym prowadz± do zwiêkszenia sumy napiêæ w systemie. Niektórzy mog± oczywi¶cie liczyæ na to, ¿e zd±¿± z niego wyj¶æ zanim napiêcia siê roz³aduj±, ale wszystkim siê raczej nie uda. Zwiêkszenie przejrzysto¶ci systemu wa¿ne jest równie¿ dla ludzi m³odych, bo to oni w³a¶nie nosiæ bêd± te dzi¶ przypiête pracownikom etykiety. Dziewiêtnastowieczny obraz zamkniêtego w wie¿y z ko¶ci s³oniowej my¶liciela czy postsowiecki wizerunek wspieraj±cego budowê socjalizmu zaanga¿owanego uczonego i tak trzeba bêdzie zast±piæ facetem, który ¿yje z uprawiania nauki dok³adnie tak samo, jak robotnik z pracy w fabryce. Ma takie samo, jak ten ostatni, prawo do pomy³ek, s³abo¶ci i pisania prac na ró¿nym poziomie. I nie musi kombinowaæ, jak by siê tu innym ludziom dobrze, a niekoniecznie prawdziwie, zaprezentowaæ.
Dzisiejsza nauka ma, stosownie do wymagañ wolnego rynku, bardzo konkurencyjny charakter. Wypracowa³a te¿ bardzo ostre i teoretycznie proste kryteria, równie¿ etycznej, oceny i zaczyna trochê przypominaæ zawody sportowe. Bardzo ³adnie pisze o tym prof. Galar (Galar R., Conflictiong visions: Colas Breugnon versus Baron de Coubertin, w: Kukliñski A., Skuza B. (eds): Europe in the perspective of Global Change, Polish Association for the Club of Rome, Rewasz, Warszawa 2003), ale nie wydaje siê, by by³ szczególnie czêsto czytany.
Kryteria te w po³±czeniu z rosn±cym zró¿nicowaniem intelektualnym spo³eczeñstwa s± jednym ze ¼róde³ mitu naukowca, jako osobnika o nieskazitelnej moralno¶ci i najwy¿szych walorach intelektualnych. I na mit ten nabieraj± siê czêsto sami pracownicy nauki. Nie negujê ani potrzeby, ani istnienia autentycznych autorytetów naukowych i moralnych, ale za³o¿enie, ¿e ka¿dy naukowiec ma byæ ¶w. Franciszkiem wydaje mi siê grub± przesad±. Takich ludzi jest naprawdê niewielu i nie da siê wyró¿niæ ich ze spo³eczeñstwa ¿adnymi stopniami ani tytu³ami naukowymi. Wydaje siê, ¿e dzi¶ jest idealny moment na odmitologizowanie nauki bez ryzyka jej marginalizacji w odczuciu spo³eczeñstwa.
Nie chodzi tu o to, by dawaæ ludziom igrzyska zamiast chleba. Rzecz w tym, aby wykorzystaæ sprzyjaj±c± dzi¶ jeszcze sytuacjê, gdy pytaj±cymi o kondycjê nauki s± sami zainteresowani, którzy Robespierre’ami na ogó³ nie s± i cudów nie oczekuj±. Czas jednak ucieka, ludzie zaczynaj± wierzyæ w ró¿ne egalitaryzmy i szukaj± prostych rozwi±zañ trudnych problemów. Dysonans miêdzy deklarowan± prostot± ocen i przejrzysto¶ci± nauki a takimi jej atrybutami, jak mo¿liwo¶æ utajnienia istotnych dla oceny cech pracowników nauki zachêca do krzywdz±cych wiêkszo¶æ uczciwie pracuj±cych naukowców uogólnieñ. Na pewno nie da siê wszystkich unikn±æ, ale mo¿na niektóre uprzedziæ, realizuj±c na przyk³ad pomys³y zaprezentowane przez profesorów Kalisza i Jajszczyka.