Sierpieñ to jeszcze pe³nia akademickich wakacji. W Stoczni im. Lenina byli profesorowie, ale ich macierzyste uczelnie i instytuty nie ocknê³y siê z wieloletniego snu.
Paraj±c siê tak zwanym dziennikarstwem naukowym od dawna, wiedzia³am w roku 1980, ¿e ¶rodowisko akademickie przenikaj± podskórne pr±dy zasadniczego sprzeciwu, wydobywaj±ce siê na powierzchniê ¿ycia listami protestacyjnymi wobec ra¿±cych przejawów opresji albo czym¶ takim, jak Konwersatorium Do¶wiadczenie i Przysz³o¶æ, to jest prób± dialogu z w³adz±, aby j± przekonaæ o potrzebie reform, które nie naruszaj±c istoty ustroju, polepszy³yby kondycjê spo³eczeñstwa. Opis skutków Sierpnia w tym ¶rodowisku, jaki tu przedstawiam, jest wyrywkowy i osobisty – stanowi (mniej wiêcej chronologiczn±) relacjê z niektórych zdarzeñ, w których dane mi by³o uczestniczyæ lub z bliska je obserwowaæ. Jest te¿ spojrzeniem z zewn±trz na sprawy skomplikowane – mo¿e przez to pomocnym czytelnikowi w dostrze¿eniu ich istoty.
W powojennym systemie nauka znalaz³a siê od razu pod kontrol± nowych w³adz, to jest partii komunistycznej. Podzia³ ¶rodowiska na tych, którzy zg³osili akces i tych, którzy szukali sposobu uprawiania nauki poza ciasnym gorsetem ideologicznym, by³ nierówny, a trzeba tak¿e uwzglêdniæ stopnie zaanga¿owania poszczególnych osób i krêgów oraz bardzo wa¿n± ró¿nicê sytuacji humanistów i przyrodników, mówi±c najogólniej. Od pierwszych czynniki oficjalne ¿±da³y g³oszenia marksizmu jako jedynej „teorii wszystkiego”, a na pewno jedynej metody obja¶niania ca³ej sfery kultury, uznanej za „nadbudowê bazy stosunków produkcji” (!). Drugim oferowano wprawdzie prace klasyków do wierzenia, zdaj±c sobie chyba sprawê, ¿e nie mog± zostaæ przyjête przez matematyków, fizyków, biologów. Te nauki nêka³o przez dziesiêciolecia uporczywe wo³anie o „zastosowania praktyczne” – w okresach rozmaitych odwil¿y mniej lub bardziej kamuflowane, zawsze jednak stanowi±ce jedno z g³ównych kryteriów oceny.
¦rodowisko naukowe orientowa³o siê zawsze, kto jest dobry w swojej dziedzinie i kto jest uczciwy po ludzku, co najczê¶ciej, choæ nie zawsze, idzie w parze. Z dziennikarzami nie dzielono siê t± wiedz±, ale patrz±c wstecz, dostrzegam sygna³y wskazuj±ce drogê popularyzowania tematów, osi±gniêæ, osób rzeczywi¶cie warto¶ciowych. Kontakt z takimi lud¼mi nawi±zywa³o siê czêsto poprzez Klub Dziennikarzy Naukowych SDP, organizuj±cy, w latach sze¶ædziesi±tych zw³aszcza, bardzo pracowite i owocne kilkudniowe spotkania na tematy najbardziej aktualne. Potem te kontakty rozszerza³y siê w codziennej pracy.
My¶lê, ¿e czas miêdzy Pa¼dziernikiem ’56 i Marcem ‘68 utrwali³ (mówi±c w wielkim uproszczeniu) ¶wiadomo¶æ istnienia nieoficjalnego, lecz legalnego nurtu w nauce polskiej, a z drugiej strony jej fasadowych dzie³ oraz poczynañ, jakie niekiedy stanowi³y dla tego pierwszego ochronny parasol. Dzie³em g³ównym by³a Polska Akademia Nauk, stworzona na gruzach samorz±dnych organizacji uczonych – PAU, TNW, a do fasadowych poczynañ nale¿a³y m.in. Kongresy Nauki Polskiej, oddzielone od nauki zachodniej, stanowi±ce serwilistyczny uk³on w stronê bloku sowieckiego i apologetyczne opisanie tych, bardzo ró¿nej miary, osi±gniêæ, jakie podoba³y siê w³adzy.
Kontakty z nauk± zachodni± istnia³y, szczê¶ciem, przez ca³y okres PRL, nawi±zywane i utrzymywane pó³prywatnie przez uznanych na ¶wiecie badaczy, zw³aszcza z zakresu nauk podstawowych, którym albo w³adze ufa³y, albo niepodobna by³o odmawiaæ im paszportu, i którzy torowali drogê do najlepszych laboratoriów swoim wyró¿niaj±cym siê uczniom. Nie mieli wiêkszych k³opotów fizycy, chemicy czy matematycy. Trudniej bywa³o na przyk³ad historykom, ale po Pa¼dzierniku i oni zaczêli wyje¿d¿aæ do paryskich, wiedeñskich czy londyñskich archiwów.
Humani¶ci radzili sobie z obowi±zuj±c± doktryn± w ten choæby sposób, ¿e podrêczniki akademickie z dziedziny na przyk³ad prawa opatrywali wymaganymi deklaracjami ideologicznymi we wstêpie i zakoñczeniu, ¶rodek za¶ wype³nia³ uczciwy, zgo³a nie marksistowski, wyk³ad danej problematyki. Mój profesor Tadeusz Mikulski, pokazuj±c zwi±zki literatury z histori±, co by³o cech± metody marksistowskiej, powtarza³ stale: „Trzymajmy siê tekstu”, zwracaj±c w ten sposób uwagê na autonomiê dzie³a artystycznego.
Oficjalne ¿ycie naukowe w Polsce Ludowej przenika³o siê z ¿yciem autentycznym i toczy³o po¶ród ¶wiadomych oraz mniej ¶wiadomych ustêpstw, cesji moralnych, formalnych kompromisów, przy wewnêtrznym sprzeciwie jednostek i ma³ych ¶rodowisk w obrêbie jednej specjalno¶ci, jednego wydzia³u uczelnianego albo jednego instytutu. Taka dwoisto¶æ, je¶li trwa d³u¿ej, musi prowadziæ do zatarcia kryteriów warto¶ci i do wmówieñ usprawiedliwiaj±cych w³asny udzia³ w tym, co siê dzieje.
Przed Sierpniem kszta³tuj±ce siê od po³owy lat siedemdziesi±tych ¶rodowiska inteligenckiej opozycji (KOR, ROPCiO, Towarzystwo Kursów Naukowych i inne grupy) miewa³y z krêgami robotniczymi kontakty sporadyczne. Na strajk do Stoczni Gdañskiej pojechali profesorowie i nauczyciele akademiccy indywidualnie, nie reprezentuj±c swoich uczelni ani instytutów.
Obserwowa³am we Wroc³awiu, jak natychmiast po powstaniu Miêdzyzak³adowego Komitetu Strajkowego nawi±za³o siê porozumienie z grup± ludzi nauki (g³ówni przedstawiciele to: prof. Stanis³aw Hartman, matematyk i prof. Czes³aw Hernas, polonista – obaj nie ¿yj±), które miesi±c pó¼niej zaowocowa³o powstaniem pierwszej Wszechnicy „Solidarno¶ci”. Nie by³o to jeszcze przebudzenie ¶rodowiska naukowego, lecz aktywno¶æ tych jego przedstawicieli, którzy ju¿ wcze¶niej zwi±zali siê z opozycj± demokratyczn±.
Przed pa¼dziernikowym nadzwyczajnym Zgromadzeniem Ogólnym PAN (zwyczajne odbywaj± siê w grudniu) zaproszono, jak zwykle wtedy, dziennikarzy na posiedzenie Prezydium Akademii. Wys³uchali¶my referatu prezesa, prof. Witolda Nowackiego, Nauka polska na drogach odnowy. Zawiera³ krytykê tego, co dot±d by³o oficjalne i nakazane, zw³aszcza w sferze organizacji badañ narzuconej przez w³adze wedle totalitarnej recepty: jak najwiêcej kontroli, jak najwiêcej sprawozdawczo¶ci, wszechogarniaj±ce planowanie... Znalaz³y siê w nim zdania o potrzebie wiêkszej autonomii tej sfery dzia³alno¶ci, która nie mo¿e odpowiadaæ na niczyje dora¼ne zamówienia, a tego ¿±da³y i to konsekwentnie egzekwowa³y w³adze, deprawuj±c ¶rodowisko, które odpowiada³o planowaniem zadañ w rzeczywisto¶ci ju¿ wykonanych, przywykaj±c do usprawiedliwionego k³amstwa. Prezes Akademii mówi³ tak¿e o sytuacji w kraju, podkre¶laj±c znaczenie umów spo³ecznych zawartych w Gdañsku.
Dyskusja nad referatem okaza³a siê zaskakuj±ca. Pamiêtajmy, ¿e toczy³a siê w Sali Lustrzanej Pa³acu Staszica wtedy, gdy „S” mia³a najwiêksz± bodaj liczbê cz³onków, w tym tak¿e wielu ludzi nauki. Otó¿ pad³o w niej wiele gorzkich wyrzutów za... tytu³owe sformu³owanie (mocno uzasadnione w tre¶ci referatu) o potrzebie odnowy. Ludzie z tytu³ami naukowymi, odpowiedzialni za stan rzeczy, nie chcieli siê zgodziæ z jego krytyczn± wymow±, choæ ta nie by³a ani druzgoc±ca, ani dok³adniej adresowana. Mówili, ¿e polska nauka odnowy nie potrzebuje. Na dziennikarzach robi³o to wra¿enie obawy przed konieczno¶ci±, ale i wielk± szans± oczyszczenia, z której rozmaite ¶rodowiska spo³eczne skwapliwie wówczas korzysta³y.
Nied³ugo potem (23 pa¼dziernika) odby³o siê bardzo burzliwe Zgromadzenie Ogólne z pamiêtnym wyst±pieniem prof. Janusza Groszkowskiego (prezesa PAN w latach 1962−71), który oskar¿a³ w³adze o zniewalanie nauki i uczonych, tym ostatnim za¶ wyrzuca³ uleg³o¶æ. Podjêto uchwa³ê o potrzebie znowelizowania ustawy o PAN.
Maciej I³owiecki napisa³ w „Polityce” artyku³ o kryzysie nauki polskiej i zapowiadaj±cych siê próbach jego przezwyciê¿enia. Spowodowa³o to wizytê kierownika Wydzia³u Nauki KC PZPR na otwartym zebraniu partyjnym w redakcji. Zaproszeni na nie, choæ bezpartyjni, s³uchali¶my z I³owieckim peanów pod adresem takich to osi±gniêæ, jak: polska szko³a matematyczna – dawno nale¿±ca do historii, polska archeologia ¶ródziemnomorska – uznana w ¶wiecie, ale borykaj±ca siê wtedy z trudno¶ciami finansowymi, jak wreszcie... polska genetyka, której nie by³o. G³osi³ to wszystko profesor historii w Uniwersytecie Warszawskim. Na s³owa o osi±gniêciach (nie wymienionych) genetyki Dariusz Fikus (sekretarz partii w „Polityce”, gospodarz zebrania) nie wytrzyma³ i zacytowa³... swoj± ¿onê, docenta biologii molekularnej, która narzeka, ¿e pracownicy jej instytutu „o tym, co dzieje siê w genetyce nawet czytaæ nie mog±, bo nie ma pieniêdzy na prenumeratê czasopism”. Partyjny opiekun nauki wyszed³ nie przekonany do koñca, czy naprawdê mamy kryzys, czy te¿ s± to oszczerstwa ow³adniêtych solidarno¶ciow± gor±czk± dziennikarzy. A ja sobie przypomnia³am moment, kiedy to w gabinecie rektora Politechniki Wroc³awskiej us³ysza³am od niego pytanie: „Pani chodzi do zajezdni na strajk. Czy tam naprawdê s± robotnicy?” Zanim zd±¿y³am odpowiedzieæ, wesz³a sekretarka z wiadomo¶ci±, ¿e w Szczecinie podpisano porozumienie sierpniowe...
Jesieni± 1980 roku powsta³o Towarzystwo Popierania i Krzewienia Nauk, którego cz³onkiem mam zaszczyt byæ do dzisiaj. Powsta³o z inicjatywy (najzupe³niej prywatnej) profesora fizyki Grzegorza Bia³kowskiego. Pomy¶la³, ¿eby zgromadziæ ludzi z ró¿nych dziedzin, którzy nie mieli sposobno¶ci spotykaæ siê ze sob±, a ju¿ zupe³nie dyskutowaæ wspólnie o wa¿nych sprawach. Tu trzeba przypomnieæ bardzo przemy¶lne dzia³anie w³adz, jakim by³o porozbijanie (na pocz±tku lat piêædziesi±tych) tradycyjnych uniwersytetów na odrêbne szko³y wy¿sze – medyczne, rolnicze, ekonomiczne i inne, co zdezintegrowa³o akademick± wspólnotê na d³ugo.
W¶ród cz³onków TPKN znale¼li siê historycy, fizycy, biolodzy, lekarze, ekonomi¶ci, socjologowie, profesorowie z politechnik i wielu innych specjalistów. Nie tak dawno kto¶ mi powiedzia³, ¿e gdyby nic wiêcej po Towarzystwie nie zosta³o, to zawarte przyja¼nie s± warto¶ci± nieocenion±. Zostanie jednak o wiele wiêcej. Popularna i bardzo potrzebna w okresie od Sierpnia do grudnia akcja odczytowa, kiedy to ludziom ró¿nych stanów ludzie nauki wyja¶niali historyczne okoliczno¶ci prze¿ywanych zdarzeñ, dzielili siê wiedz± „drugiego obiegu”, niedostêpn± przez lata, ukazywali zapoznawane z nakazu tradycje narodowe, przywracali sens dzia³aniom bohaterów, którym oficjalna pedagogika odmawia³a znaczenia. Zostanie gar¶æ o¶wiadczeñ w sprawach publicznych, kiedy Towarzystwo upomina³o siê o podmiotowo¶æ spo³eczeñstwa, o samorz±dno¶æ i swobodê badañ naukowych, o now± ustawê o szkolnictwie wy¿szym. Zostaje Komitet Badañ Naukowych (jakkolwiek krytycznie nañ dzi¶ patrzymy), „wymy¶lony” w krêgu TPKN, ¿eby dopu¶ciæ do rz±dzenia nauk± autentyczne przedstawicielstwo uczonych.
Do „Polityki” przychodzili na dyskusje najwybitniejsi ludzie nauki z plakietkami „Solidarno¶ci” w klapach. I zd±¿yli¶my opublikowaæ sporo g³osów na temat odnowy, gdy¿ to s³owo szybko przesta³o budziæ sprzeciw i by³o a¿ nazbyt czêsto u¿ywane.
W grudniu 1980 na prezesa PAN wybrano prof. Aleksandra Gieysztora. Rzeczywi¶cie wybrano, jakkolwiek wybór zatwierdzi³ prezes Rady Ministrów. Wcze¶niej to wybory potwierdza³y decyzje premiera. Uda³o mi siê przed Bo¿ym Narodzeniem przeprowadziæ z prof. Gieysztorem du¿y wywiad. Mówi³ o tym, co planuje – najpierw zredukowanie straszliwej PAN−owskiej biurokracji do... jednej trzeciej. Rozdzieliæ albo chocia¿ os³abiæ sztuczne z perspektywy nauki po³±czenie Akademii z administracj± pañstwow± poprzez osobê sekretarza naukowego, którego wprost mianowa³ premier i szereg innych reform racjonalizuj±cych dzia³alno¶æ instytucji, któr± mia³ kierowaæ. Po Nowym Roku autoryzowa³am wywiad. Profesor z³agodzi³ zapowiedzi walki z biurokracj±, wyznaj±c, ¿e je¶li uda mu siê zlikwidowaæ jedn± czwart± rozmaitych „biur generalnych, dzia³ów i zespo³ów do...” bêdzie zadowolony. Wszystkie one by³y ogniwami kontroli nad nauk± i nad ¶rodowiskiem, zapewne powi±zanymi z odpowiednimi agendami s³u¿b specjalnych. Solidarno¶ciowy prezes, razem z czê¶ci± prezydium, za ma³o mieli si³y, ¿eby Polsk± Akademiê Nauk przekszta³ciæ z resortu pañstwowego w samorz±dn± instytucjê. Pielêgnowali te miejsca – niektóre instytuty i zak³ady PAN, gdzie przez lata znajdowali azyl ludzie ¼le widziani, którym w³adze odmawia³y prawa do nauczania m³odzie¿y.
A w uczelniach te¿ odby³y siê wybory. Tak¿e bardziej ni¿ dot±d wolne, ale wolno¶ci± limitowan±. Nie przesz³a w ministerstwie kandydatura prof. Klemensa Szaniawskiego (nie¿yj±cego ju¿) na rektora UW. Zosta³ wybrany Henryk Samsonowicz, wówczas ju¿ zwi±zany z opozycj±, nie tkwi±cy w niej jednak zbyt g³êboko, przy tym cz³onek partii. Chodzi³am wtedy na uniwersytet dowiadywaæ siê o postêpach w krzepniêciu samorz±du studenckiego i, przede wszystkim, o pracach nad now± ustaw± o szkolnictwie wy¿szym, która mia³a znie¶æ najgorsze opresje, w tym decyzjê resortu o wyborze rektora i prorektorów, zapewniæ autonomiê senatu, odideologizowaæ programy nauczania.
Rok 1981 by³ pe³en ockniêæ na ró¿nych poziomach ¿ycia spo³ecznego. Zaczyna³a siê „Polska odczytowa”, która mia³a trwaæ przez lata nastêpne, podczas stanu wojennego i po nim. Trzeba by³o policzyæ „bia³e plamy” w nowej historii i jednocze¶nie szybko je usuwaæ z programów szkolnych oraz akademickich. Trzeba by³o opowiedzieæ prawdê o sprawach najbardziej zak³amanych. Jedn± z takich by³ dla ¶rodowiska naukowego Marzec ‘68.
W Klubie Dziennikarzy Naukowych, którym kierowa³am od maja ‘81 (do 19 marca ‘82, kiedy rozwi±zano SDP), zorganizowali¶my dyskusjê o „marcowych docentach”, ludziach, których za przy¶pieszony albo wrêcz niezas³u¿ony awans w karierze naukowej zwerbowano do udzia³u w czystkach w uczelniach. Brali w niej udzia³: wspomniany prof. Szaniawski, prof. Maria Janion i kolega dziennikarz, który przyzna³ siê (wtedy g³o¶no) do pracy w UB. Us³yszeli¶my, ¿e akcjê marcowych docentów przygotowywano d³ugo i starannie w specjalnie powo³anym departamencie do spraw inteligencji. Kiedy przyszed³ czas pozbywania siê ludzi oskar¿onych o rewizjonizm, ¶rodowisko, poza wyj±tkami, do jakich nale¿a³ na przyk³ad Wydzia³ Historyczny UW, nie by³o w stanie siê obroniæ – w ró¿nym stopniu w ró¿nych uczelniach uleg³o naciskom. Dopiero w roku 1981 uda³o siê, po ciê¿kich utarczkach z w³adzami, uczciæ rocznicê Marca tablic± pami±tkow± na dziedziñcu UW i powo³aæ komisjê, która zajê³a siê przywracaniem prawa do pracy osobom wyrzuconym w ró¿nych okresach represji.
Pó¼n± jesieni± tego roku, ju¿ „w dniach przedostatnich”, zawi±za³a siê podczas spotkania w Poznaniu Konferencja Rektorów Uniwersytetów Polskich (poprzedniczka KRASP), której przewodniczy³ Henryk Samsonowicz, rektor UW. Czas by³ bardzo gor±cy – apogeum sporu o projekt ustawy opracowany przez zespó³ pod kierunkiem prof. Zbigniewa Resicha, strajk studentów niemal wszystkich szkó³ wy¿szych w reakcji na wiadomo¶æ, ¿e minister nauki, prof. Benon Mi¶kiewicz (historyk z UAM), samowolnie i skrycie wprowadzi³ zmiany ograniczaj±ce demokratyczn± procedurê wyboru rektora i cia³ kolegialnych.
Znalaz³am siê w rektoracie akurat wtedy, gdy sekretarki rozsy³a³y dalekopisem (nie u¿ywano komputerów) zaproszenie na nadzwyczajne posiedzenie Konferencji, tego samego dnia wieczorem. By³am na nim jako jedyny dziennikarz, poniewa¿ rektor Samsonowicz pozwoli³ mi zostaæ. Po paru godzinach dyskusji wy³oniono delegacjê, która mia³a pój¶æ do genera³a Jaruzelskiego z propozycjami rozwi±zania konfliktu, tym samym przerwania strajku. A studenci ze ¶piworami krêcili siê po korytarzach Pa³acu Kazimierzowskiego (siedziba rektoratu), czekaj±c na kolegów z samorz±du uczestnicz±cych w obradach Konferencji Rektorów. Relacja z wydarzeñ tego d³ugiego dnia nie zd±¿y³a siê ukazaæ w „Polityce”.
W ostatnim tygodniu pierwszej „Solidarno¶ci” otrzyma³am zaszczytn± i nêc±c± propozycjê objêcia redakcji miesiêcznika TPKN, którego tytu³ trzeba by³o wymy¶liæ. Pismo mia³o s³u¿yæ krzewieniu wiedzy na najwy¿szym poziomie, rzetelnej krytyce naukowej, jakiej bardzo brakowa³o. Adresowano je w zamy¶le do ¶rodowiska akademickiego, do nauczycieli, do studentów ró¿nych kierunków. Planowano mutacje obcojêzyczne... Przyszed³ mi do g³owy tytu³ nadaj±cy siê do t³umaczenia: „RACJE”. Powiedzia³am o tym cz³onkom TPKN w kuluarach Teatru Dramatycznego, w sobotê 12 grudnia 1981 roku, podczas przerwy w obradach Kongresu Kultury Polskiej.
Z Towarzystwem Popierania i Krzewienia Nauk w³adze stanu wojennego rozprawi³y siê brutalnie. Rozwi±zano je, stawiaj±c absurdalne zarzuty „przekraczania statutowych obowi±zków”. Dzia³a³o w konspiracji, skupiaj±c siê na kontaktach cz³onków, wymianie informacji i wydawnictw podziemnych, przygotowuj±c do reform, jakie trzeba bêdzie w sferze nauki przeprowadziæ, gdy nadejdzie wolno¶æ. Co do tego nie by³o w±tpliwo¶ci, ale perspektywê ludzie mieli ró¿n±.
W lutym ‘82 poszli¶my z Maciejem I³owieckim do Zamku Królewskiego, którego dyrektorem by³ prof. Gieysztor, prezes PAN, ¿eby jego w³a¶nie spytaæ o perspektywê, w jakiej widzi los polskiej nauki i o ocenê sytuacji. Powiedzia³ nam: „Zanios³o siê na d³ugo. Trzeba bêdzie broniæ tych instytucji polskiej kultury, od których zale¿y jej los. I trzeba bêdzie za to p³aciæ, nawet wysok± cenê. Musicie siê pañstwo sami zorientowaæ, które instytucje warto ocaliæ”.
Za parê miesiêcy rozpoczê³am pracê w Zamku, a nieco pó¼niej cykl wywiadów z uczonymi do „Tygodnika Powszechnego” pod wspólnym tytu³em „Racje”. Moi rozmówcy mówili o sierpniowym ockniêciu swoich ¶rodowisk i o tym, co trzeba bêdzie w ¿yciu akademickim przywróciæ, a z czym po¿egnaæ siê na zawsze.