Wszystkie dyskusje na temat przydatno¶ci wska¼nika impact factor do oceny rangi czasopisma, warto¶ci publikacji naukowych, a w konsekwencji pozycji naukowej publikuj±cych autorów, opieraj± siê na oczywistym, wydawa³oby siê, za³o¿eniu, ¿e ka¿da my¶l, ka¿dy fragment tekstu x, o ile nie pochodzi od autora x, ma odsy³acz bibliograficzny do tekstu y, z którego pochodzi. Analiza wielu tekstów, nawet tych maj±cych KBN-owskie punkty, dowodzi jednak, ¿e nie jest to takie oczywiste.
Rzecz± nagminn± jest zapo¿yczanie, choæ nale¿a³oby napisaæ „zaw³aszczanie”, bibliografii pochodz±cej z tekstów innych autorów. Wystêpuj± tutaj dwa warianty. Pierwszy polega na przepisywaniu bibliografii z tekstów zagranicznych (udowodniæ ten fakt jest do¶æ trudno), drugi za¶ na cytowaniu ¼róde³ zagranicznych lub obcojêzycznych, z odsy³aczem bezpo¶rednio do tych ¼róde³, bez zaznaczenia „cytat za:” w wypadku, gdy owo ¼ród³o (i cytat) pojawi³o siê wcze¶niej w publikacji innego polskiego autora. Do tej kategorii „zapo¿yczeñ” nale¿y równie¿ opuszczanie nazwiska autora ¼ród³a w podpisach tabel przepisywanych z cudzych ksi±¿ek, co sprawia wra¿enie, ¿e autor „nowej” publikacji jest autorem wszystkiego, co siê w niej znajduje. O tym, ¿e postêpuj±cy w ten sposób autor x nie siêga³ do orygina³u, przekonaæ siê mo¿na porównuj±c pewne szczegó³y, na przyk³ad b³êdy w opisie bibliograficznym lub nie¶cis³o¶ci w t³umaczeniu, najwyra¼niej powtórzone za autorem y, choæ bez wymienienia jego nazwiska (mechanizm ten opisa³am szczegó³owo w artykule O rzeteln± bibliografiê biblioterapii, „Bibliotekarz”, nr 3/2000).
Jakie s± konsekwencje takiego postêpowania? Dla autora x wy³±cznie pozytywne, bo dziêki powo³ywaniu siê na publikacje zagraniczne (których na oczy nie widzia³) sprawia wra¿enie oczytanego w pi¶miennictwie ¶wiatowym, choæ prawdopodobnie nie zna jêzyków obcych. Natomiast autorzy, którzy wcze¶niej przebrnêli przez g±szcz informacji, wykonuj±c czêsto bardzo czasoch³onn± (bo opart± na ¼ród³ach prymarnych) i kosztown± (bo w bibliotekach zagranicznych) kwerendê i pierwsi opisali pewne trendy i metody znane za granic±, opieraj±c na nich praktykê w³asn±, ulegaj± zapomnieniu. Autorzy publikuj±cy kilka czy kilkana¶cie lat pó¼niej, ale czê¶ciej (bo podobne teksty drukuj± równocze¶nie w kilku czasopismach) i masowo (bo tak¿e w Internecie), na podstawie tych samych, powtórzonych cytatów czy omówieñ, postrzegani s± jako liderzy danej dziedziny wiedzy.
Pomijaj±c kwestie etyczne, które ma³o kogo poruszaj±, trzeba stwierdziæ, ¿e jest to tak¿e zjawisko hamuj±ce postêp naukowy i daj±ce mylny obraz nauki w dziedzinach, w których ono wystêpuje. Je¶li na przyk³ad w latach 70. XX wieku, a wiêc w czasach, gdy dostêp do literatury ¶wiatowej by³ bez porównania trudniejszy ni¿ obecnie, kilku polskich autorów zajmuj±cych siê biblioterapi± uprzystêpni³o polskiemu czytelnikowi miêdzy innymi metody sk³adaj±ce siê na amerykañski model biblioterapii (opracowany w USA przez Caroline Schredes w roku 1949) lub na model postêpowania biblioterapeutycznego z pacjentem w poszczególnych fazach rekonwalescencji po zabiegu operacyjnym (opracowany w Niemczech przez Eulera w roku 1964), to pisanie jakby „od siebie” o tych samych modelach w latach 90. XX wieku i pó¼niej ze wskazaniem tych samych ¼róde³, które odkryli autorzy pisz±cy w latach 70. i 80., ale z pominiêciem ich nazwisk, jest po prostu anachronizmem.
Brak rozeznania autorów, a tak¿e recenzentów takich pseudonowych tekstów, w aktualnym stanie wiedzy naukowej na dany temat powoduje równie¿ to, ¿e za autorytety uwa¿ani bywaj± autorzy zagraniczni ledwo znani w swoich krajach, ale w Polsce niezwykle popularni przez takie powtarzaj±ce siê cytowania, wynikaj±ce wszak¿e nie z ponadczasowej warto¶ci g³oszonych pogl±dów, ale z nieznajomo¶ci nowszych ¼róde³.
Autorzy pisz±cy swoje artyku³y na kanwie cudzych, du¿o wcze¶niej opublikowanych tekstów, z epoki przedinternetowej, czasem broni± siê przed oskar¿eniem o plagiat, a stanowisko takie podzielaj±, niestety, tak¿e redakcje odmawiaj±ce zamieszczenia sprostowañ, wskazuj±c, ¿e zamie¶cili nazwiska autorów polskich (od których cytuj±cy autorzy zaczerpnêli bibliografiê zagraniczn± wraz z cytatami i omówieniem opisanych w cytowanych pracach zjawisk) w bibliografii za³±cznikowej (o ile zamie¶cili). A przecie¿ samo umieszczenie w bibliografii za³±cznikowej nazwiska jakiego¶ autora, bez wskazania miejsca, do którego odnosi siê cytat (zapo¿yczenie, nawi±zanie), nic nie mówi o zakresie wykorzystania jego pracy.
Zjawisko to wystêpuje tak¿e w wersji ustnej. Zdarzy³o siê na przyk³ad na pewnej konferencji naukowej, zorganizowanej w roku 2003 w pewnym uniwersytecie, ¿e w sesji plenarnej, a wiêc zarezerwowanej dla naukowców ju¿ znanych, legitymuj±cych siê powa¿nym dorobkiem naukowym, pewien profesor wyg³osi³ referat, który, s±dz±c po reakcji sali - pe³na skupienia cisza w trakcie i gromkie oklaski po wyg³oszeniu - spotka³ siê z wielkim uznaniem. Pech chcia³, ¿e w¶ród s³uchaczy by³ autor ksi±¿ki opublikowanej dziesiêæ lat wcze¶niej, z której jeden rozdzia³, jako swój referat, wyg³osi³ ów profesor. Profesor, zapytany przez autora ksi±¿ki, co to ma znaczyæ, niespecjalnie za¿enowany odpowiedzia³: „Umie¶ci³em pana w bibliografii”.
Redakcja pewnego pisma naukowego o punktacji 2,5 punktu KBN, a wiêc niewielkiej, ale zawsze, posiadaj±ca, jak wynika z wykazu zamieszczanego w ka¿dym numerze, radê naukow± z³o¿on± z 45 naukowców, odmówi³a zamieszczenia prostej informacji, a mianowicie, ¿e pewien opublikowany w pi¶mie artyku³ jest fragmentem wcze¶niej wydanej ksi±¿ki jednego z autorów, a niepodpisane tabele zamieszczone w artykule zawieraj± dane pochodz±ce ze ¼ród³a, którym nie s± badania w³asne którego¶ z autorów, co sugerowaæ móg³by brak podpisu pod tabel±, lecz badacz zagraniczny, znany z imienia i nazwiska. Informacja taka, jak najbardziej prawdziwa, bo redakcja dysponowa³a tekstem z ksi±¿ki, uzasadniaj±cym potrzebê zamieszczenia takiej informacji, obni¿y³aby wszak¿e warto¶æ opublikowanego artyku³u, a tym samym presti¿ czasopisma, wiêc nie nale¿y siê dziwiæ redakcji, ¿e informacji takiej nie zamie¶ci³a.
Mo¿na te¿ podaæ przyk³ad odwrotny, publikacji zagranicznej, mniej znanej ni¿ na to zas³uguje, bo rzadko cytowanej, której polski przek³ad ukaza³ siê wkrótce po wydaniu - je¶li nie bli¼niaczo, to siostrzanie podobnej - publikacji polskiej. I choæ orygina³ anglojêzyczny opublikowanego w Polsce przek³adu by³ znany dobrych kilka lat wcze¶niej, to nie znalaz³ siê w bibliografii za³±cznikowej ksi±¿ki polskiego autora. Liczne za¶ cytowania polskiego autora w ró¿nych czasopismach, jako autora oryginalnej metody, spowodowa³y tylko, ¿e przy ich okazji czasem wzmiankowano autora zagranicznego, no bo ksi±¿ka funkcjonowa³a na rynku wydawniczym i nie mo¿na jej by³o nie zauwa¿yæ, nadmieniaj±c, ¿e on równie¿ pisa³ na ten sam temat.
Ostatnim wreszcie przyk³adem cytowañ, które nic nie wnosz± do postêpu nauki, s± cytowania pozorne i cytowania w samym za³o¿eniu zbêdne. Pierwsze polegaj± na umieszczaniu przez autora x odsy³acza do pracy autora y, wskazuj±cego na jakie¶ pojedyncze zdanie, b±d¼ to o charakterze bardzo ogólnym, b±d¼ przeciwnie, marginalnym dla toku wywodów autora y. Po takim za¶ odsy³aczu autor x powtarza istotne spostrze¿enia, dociekania i wnioski autora y ju¿ bez odsy³acza, skutkiem czego s± one traktowane odt±d jako wynik pracy naukowej autora x. A autor y nie mo¿e zaprzeczyæ, ¿e by³ cytowany, pytanie tylko z czego. Autor x w kolejnych wydaniach pomija ju¿ cytowania autora y, jako ma³o istotne, bo takie przecie¿ s±, no i w ten sposób powstaje nowa „oryginalna” praca. St±d ju¿ tylko krok do wykreowania autorytetu naukowego mierzonego liczb± nowych publikacji i cytowañ. Bo do autorów „starych” publikacji, rzecz jasna, nikt siê nie zwraca z propozycj± ich wznowienia, tak wiêc pozorna jedynie nowo¶æ niektórych nowych publikacji jest dla ogó³u czytelników niezauwa¿alna.
Drugi typ cytowañ wystêpuje w publikacjach, które s± w ca³o¶ci jednym, podzielonym na czê¶ci cytatem. Stylistycznie wygl±da to tak, ¿e autor x pisze tekst sk³adaj±cy siê ze zdañ w mowie niezale¿nej: „Autor y powiedzia³ (zauwa¿y³)” i tu cytat, „W dalszym ci±gu autor y pisze...” i tak dalej, a¿ do ostatniego zdania, zamykaj±cego „nowy” artyku³ autora X: „W konkluzji swojej pracy autor y stwierdzi³” i ostatni cytat. Na tym koniec. ¯adnego ustosunkowania siê do pracy autora y, co by mog³o uzasadniæ napisanie takiego tekstu, gdyby autor zamierza³ potraktowaæ go jako recenzjê, ale forma tekstu na to nie wskazuje. Zdarzy³o mi siê czytaæ napisany w tej konwencji artyku³, którego autor by³ promotorem cytowanego w taki w³a¶nie sposób swojego doktoranta, co zaznaczy³ w przypisie. Mo¿na siê zastanawiaæ, jaki cel ma taka publikacja, bo czy nie lepiej by³o pomóc doktorantowi w opublikowaniu jego w³asnego tekstu pod jego nazwiskiem, z przypisem tylko, ¿e jest to praca doktorska napisana pod kierownictwem prof. x, i podziêkowaniem pod adresem promotora?
Problem cytowañ jest bardzo z³o¿ony, przedstawi³am tutaj tylko kilka spostrze¿eñ, jakie nasunê³y mi siê po lekturze bardzo wielu tekstów z dziedziny szeroko pojêtej humanistyki, chocia¿ nie tylko. Na studiach kulturoznawczych, jakie odbywa³am w Uniwersytecie Wroc³awskim pod kierownictwem prof. Stanis³awa Pietraszki, mieli¶my za zadanie, miêdzy innymi, przeczytaæ i postaraæ siê zrozumieæ Teoriê wzglêdno¶ci Alberta Einsteina (której stulecie opublikowania obchodzimy w tym roku), w przek³adzie na jêzyk polski, oczywi¶cie. Móg³by kto¶ zapytaæ, po co? No có¿, inspiruj±cy mo¿e czasem byæ nie tylko jeden konkretny tekst, fundamentalna praca danego autora, ale te¿ jego specyficzny sposób podej¶cia do nauki i ¿ycia w ogóle. Raport z prowadzonych na wielk± skalê od dziesiêciu lat badañ amerykañskich nad jako¶ci± aktywno¶ci w czasie wolnym, jaki czyta³am w Bibliotece Wydzia³u Medycznego Uniwersytetu w Maastricht (Holandia), za motto mia³ nastêpuj±c± opiniê Einsteina (z roku 1951): „Ca³a nasza wiedza naukowa jest niczym wiêcej, jak produktem rafinacji wiedzy potocznej”. Interesuj±ce.