Pochodzê z biednej rodziny, gdzie samo studiowanie by³o czym¶ abstrakcyjnym. Tylko jedna z moich sióstr (dwóch) skoñczy³a szko³ê ¶redni±. W¶ród mieszkañców Jas³a, w pobli¿u którego le¿y moja rodzinna wie¶, mniej wiêcej co trzeci cz³owiek nazywa siê My¶liwiec i, proszê sobie wyobraziæ, nikt z nich nie jest moim krewnym, jakkolwiek krewnych mam ponad... dwustu, poniewa¿ oboje rodzice pochodzili z bardzo licznych domów, a ich potomkowie s± rozsiani po ca³ym ¶wiecie. Znam tylko niewielu, oczywi¶cie. Moja najbli¿sza rodzina to fantastyczni ludzie, z których jestem ogromnie dumny. Dali mi warunki do robienia tego, co chcia³em robiæ, wspierali moje ambicje, ale przy tym wszystkim zdaj±c maturê nie wyobra¿a³em sobie, ¿e potrafiê skoñczyæ jakie¶ studia.
Pewnie wyobra¿ali to sobie Pañscy nauczyciele?
- Przewidywali dla mnie trochê inny los. Chodzi³em do liceum s³yn±cego na ca³± Polskê z poziomu matematyki, chlubi±cego siê zastêpem olimpijczyków. Poniewa¿ by³em pi±tkowym uczniem i ¶wietnym matematykiem, my¶leli ¿e powiêkszê to grono. A ja cierpia³em na chorobê embarras de richesse - interesowa³o mnie dos³ownie wszystko. Historia, zw³aszcza staro¿ytna, geografia, sztuka w ka¿dym przejawie, no i jêzyki obce. Nauka jêzyków jest zupe³nie niezwyk³± przygod±, wchodzeniem w ca³kiem inny sposób my¶lenia, widzenia ¶wiata. Otwiera cz³owieka na nowe obszary rozumowania, jakich nawet matematyka nie gwarantuje. A jeszcze marzy³em o podró¿ach.
Co ostatecznie wyprowadzi³o z ambarasu na studia archeologiczne?
- Pó³¿artem odpowiadam na to pytanie, ¿e „natura skorpiona”, mego astralnego znaku. Imperatyw grzebania w rzeczach ciemnych, nie poznanych, tam, gdzie nikt jeszcze nie dotar³.
Taki rodzaj ¶mia³o¶ci czy te¿ pewno¶ci siebie - w najlepszym rozumieniu - wynosi siê zazwyczaj z domu, w którym s± tradycje inteligenckie.
- Ja jecha³em do Warszawy na studia bardzo niepewny...
Ale na studia raczej ekskluzywne, kierunek zawsze oblegany, o którym wiadomo, ¿e nielicznym obiecuje ogromne satysfakcje, pozosta³ym nieefektowny mozó³ albo szukanie innej pracy. Gdzie¶ w g³êbi mia³ Pan przekonanie, ¿e uda siê spe³niæ pragnienia i podo³aæ tym zadaniom przenikania rzeczy nieznanych, mo¿e nie przewidywanych?
- Rzeczywi¶cie, mia³em to w sobie. Szed³em na studia w okresie wielkich odkryæ Kazimierza Micha³owskiego - fresków w Faras, ¶wi±tyni Totmesa Trzeciego, teatru w Aleksandrii. Kiedy siê o nich dowiadywa³em, my¶la³em sobie: To jest to, co ³±czy najpe³niej moje zainteresowania i sk³onno¶ci - historia, sztuka, podró¿e, jêzyki. Na studiach spotka³em, miêdzy innymi, syna Jana Parandowskiego, dzieci polskich ambasadorów i im podobne towarzystwo. Nie my¶la³em, ¿e bêdê pracowa³ w zawodzie archeologa, wiêc czym prêdzej zabra³em siê do studiowania czego¶, co mia³o mi zapewniæ ¶rodki do ¿ycia. Skoñczy³em trzy lata romanistyki, przekonany, ¿e zostanê t³umaczem literatury francuskiej, co wydawa³o siê zreszt± równie¿ poci±gaj±c± perspektyw±.
Studiowa³ Pan równolegle?
- Tak. Zaskoczy³a mnie po skoñczeniu archeologii propozycja profesora Micha³owskiego, ¿ebym zosta³ asystentem w uniwersytecie. Wkrótce potem wyjecha³em do Egiptu na stypendium, które mia³o trwaæ dziewiêæ miesiêcy, a trwa³o dziewiêæ lat, nieustannie przed³u¿ane. Ci±gle jednak nie mia³em sta³ej pracy i ci±gle nie wierzy³em, ¿e kiedy¶ bêdê naprawdê archeologiem. Pierwsze sta³e zatrudnienie otrzyma³em w wieku trzydziestu dziewiêciu lat, co zawsze powtarzam zrozpaczonym m³odym ludziom, którzy skoñczyli studia z pi±tkami i szukaj± pracy. Do „krajobrazu” wykszta³cenia humanistycznego nale¿y, moim zdaniem, umiejêtno¶æ dawania sobie rady w rozmaitych zawodach „nie wyuczonych”.
Szybko znalaz³ Pan „rzeczy ciemne”, zagadki nie rozwi±zane?
- Ju¿ przy pracy magisterskiej (staro¿ytne modele rze¼biarskie z Muzeum Narodowego w Warszawie) natkn±³em siê na p³ytkê (profesor Micha³owski bardzo dba³, ¿eby¶my nie pisali prac tylko na podstawie ksi±¿ek) z wyrze¼bionym portretem króla, bez ¿adnej inskrypcji, któr± trzeba by datowaæ tylko na podstawie kryteriów stylistycznych. Nied³ugo potem, gdy by³em na stypendium, nagle w Dolinie Królowych w Tebach zachodnich wchodzê do pierwszego z nieudostêpnianych jeszcze wtedy grobowców synów Ramzesa Trzeciego i widzê, ¿e to jest to! Moja p³ytka to szkic wykonany przez jednego z rze¼biarzy, którzy mieli dekorowaæ te grobowce. Ju¿ wiedzia³em, jaki bêdzie temat mojej pracy doktorskiej - portret królewski w p³askorze¼bie Nowego Pañstwa. Napisa³em j± po francusku, na podstawie materia³ów niepublikowanych, które musia³em sam zdokumentowaæ, formu³uj±c kryteria stylistyczno-ikonograficzne do datowania portretu królewskiego Nowego Pañstwa. Z tym, co powiedzia³em o „naturze skorpiona”, wi±¿e siê te¿ moja alergiczna niechêæ do powtarzania tego, co ju¿ kto¶ powiedzia³ albo co sam powiedzia³em. Wyk³adu nie powtarzam tak samo dwa razy, tylko zmieniam przynajmniej egzemplifikacjê albo kolejno¶æ kwestii. Moje ksi±¿ki popularnonaukowe - trzy takie napisa³em - bywaj± t³umaczone i u¿ywane jako podrêczniki uniwersyteckie w ró¿nych krajach, dlatego, ¿e mówi± o rzeczach nowych.
Czy ³atwo znale¼æ zupe³nie nowe tematy?
- One „le¿± na ziemi” w wielkiej obfito¶ci. Trzeba siê tylko schyliæ, co oznacza, ¿e trzeba siê czym¶ szczególnie interesowaæ, ¿eby siê schylaæ z jak±¶ my¶l±.
Ile jest intuicji, a ile wiedzy w trafnym podejmowaniu tematów „le¿±cych na ziemi”?
- Je¿eli siê nie ma wiedzy i liczy tylko na szczê¶cie, mo¿na zostaæ hochsztaplerem. Je¿eli siê ma pasjê, zdobywa siê wiedzê o tym, co stanowi pasjê i wtedy siê okazuje, ¿e ta wiedza - jak my¶leli¶my, ju¿ dostateczna czy zgo³a ostateczna - stanowi zaledwie drobny wstêp. Ka¿dy temat ma rozmaite odga³êzienia, a niekiedy takie „ga³±zki w bok”, które okazuj± siê najwa¿niejsze dla naszej pasji. Na ka¿dym etapie zdobywania wiedzy mamy jaki¶ poziom ogólno¶ci zainteresowañ, z którego przechodzimy do coraz bardziej szczegó³owych zagadnieñ, siêgaj±c po te boczne ga³±zki. Id±c na studia, wiedzia³em, ¿e ze wszystkiego, czym mo¿e siê zajmowaæ egiptolog, mnie najbardziej interesuje sztuka, ¿e mimo moich pasji jêzykowych nie bêdê bada³ jêzyków staro¿ytnych. Naturalnie, nie zdawa³em sobie sprawy, ¿e sztuka egipska kryje w sobie tak ogromne pok³ady rzeczy niezbadanych. A kiedy po studiach pierwszy raz wszed³em do biblioteki francuskiego Instytutu Archeologii Wschodu w Kairze, chcia³em zamkn±æ za sob± drzwi i natychmiast wyjechaæ z Egiptu, bo sobie u¶wiadomi³em, jak bardzo nic nie umiem, ile muszê siê nauczyæ...
Rozumiem, ¿e po tej pierwszej przysz³a druga reakcja - jak± to szalon± szansê mam przed sob±?
- Naturalnie, przede wszystkim jednak dozna³em uczucia pokory - ile to jeszcze muszê siê uczyæ. Latami! Chcê przez to powiedzieæ co¶ w istocie oczywistego, ¿e na ¿adnym etapie zdobywania wiedzy cz³owiek nie czuje siê nasycony.
Wróæmy do Doliny Królowych, gdzie „le¿a³ na ziemi” zupe³nie nowy, fascynuj±cy Pana temat - portrety królewskie okresu Nowego Pañstwa.
- Moja praca doktorska, o której wspomnia³em, spotka³a siê z wielkim rozg³osem. Do dzisiaj jest cytowana w ró¿nojêzycznych publikacjach, a dyskusje z kolegami, g³ównie zagranicznymi, sk³oni³y mnie do kontynuacji dotycz±cej okresu o wiele trudniejszego i prawie zupe³nie niezbadanego - tego, co dzia³o siê w Egipcie po upadku Nowego Pañstwa, czyli po ostatnim z Ramzesów: od XI wieku przed Chrystusem a¿ do Aleksandra Wielkiego, to jest do koñca IV wieku naszej ery. Tych kilkana¶cie stuleci to wielka ciemna karta. Moja praca obejmowa³a nie tylko relief, ale tak¿e rze¼bê (pe³n±). Zbieranie materia³ów zmusi³o mnie do podró¿owania po ca³ym ¶wiecie, poniewa¿ te zabytki znajduj± siê w ró¿nych miejscach. Musia³em miêdzy innymi wyprawiæ siê do Ameryki i objechaæ wszystkie kolekcje egiptologiczne. A nieraz s± one w ma³ych miastach. My¶la³em chwilami, ¿e powinienem napisaæ nie jedn±, ale sto ksi±¿ek. W koñcu powsta³a ta zamierzona, po angielsku. Wyda³o j± bardzo dobrewydawnictwo w Moguncji. Je¿eli cz³owiek naprawdê ma jak±¶ pasjê, to mo¿e byæ w stu procentach pewien, ¿e w trakcie pracy nad intryguj±cym tematem zaraz pojawi± siê nowe „ga³±zki”. Kwesti± dyscypliny jest, ¿eby trzymaæ siê swojego, dopóki siê nie skoñczy jakiego¶ etapu pracy. Potem warto nawet zostawiæ ca³e „drzewo” na boku i zaj±æ siê czym¶ innym - dla p³odozmianu intelektualnego, który w nauce ma, moim zdaniem, podstawowe znaczenie.
Jak to wygl±da³o u Pana?
- Nie tylko portret królewski mnie interesowa³. Bra³em udzia³ w polskich wykopaliskach pod kierunkiem profesora Micha³owskiego, które nie mia³y z nim nic wspólnego. Najpierw przez dwa lata pracowa³em w Aleksandrii, zajmuj±c siê dokumentowaniem zabytków epoki arabskiej. Stamt±d „wykradli” mnie Niemcy (za wiedz± i zgod± profesora), gdy¿ nawi±zano stosunki dyplomatyczne z RFN i Polska rozgl±da³a siê za dziedzinami, w których mo¿na by nawi±zaæ wspó³pracê. By³em jedynym na studiach znaj±cym dobrze niemiecki, wiêc naturaln± kolej± rzeczy mia³em pojechaæ z niemieck± misj± archeologiczn± do Teb zachodnich, badaæ ¶wi±tyniê faraona Seti Pierwszego. Przypomnia³y mi siê wszystkie najgorsze stereotypy o Niemcach i broni³em siê, ale nie by³o dyskusji. Dwa lata tam spêdzone okaza³y siê jednym z najpiêkniejszych okresów w moim ¿yciu, a po ich up³ywie Niemcy zaproponowali mi stypendium Fundacji Humboldta, o które bij± siê ludzie z ca³ego ¶wiata. Wyjecha³em na kolejne dwa lata do Monachium. Pracowa³em ju¿ wtedy nad habilitacj±, która dotyczy³a religii egipskiej.
P³odozmian?
- Tak, ale stymulowany przypadkiem. Podczas pracy w Muzeum Egipskim w Kairze trafi³em na zabytek z czasów Ramzesa Drugiego. By³ to naos, czyli kapliczka albo ¶wi±tyñka, zachowany w wielu fragmentach, le¿±cych na dziedziñcu muzeum, wykonany z kwarcytu. Zacz±³em szukaæ w literaturze - nic nie ma. Wierzyæ mi siê nie chcia³o. Za ka¿dym razem, bêd±c w Kairze, wchodzi³em na dziedziniec, co¶ zapisywa³em, co¶ fotografowa³em z my¶l± o publikacji.
Temat dos³ownie le¿±cy na ziemi.
- Tak. Okaza³o siê, ¿e naos pochodzi z delty Nilu, sk±d mamy niewiele zabytków - a i te nie zosta³y opublikowane - ¿e powsta³ dla uczczenia pierwszego jubileuszu Ramzesa Drugiego. G³ównym bóstwem wyobra¿onym w towarzystwie faraona jest Atum, niemal zupe³nie nie zbadany. Mia³em temat pracy habilitacyjnej - monografia boga Atuma. W³a¶nie nad ni± siedzia³em w Monachium. Zosta³a wydana w dwóch tomach, po niemiecku, w niemieckim wydawnictwie, a habilitowa³em siê w Uniwersytecie Jagielloñskim z udzia³em mego niemieckiego opiekuna naukowego, nie¿yj±cego ju¿ profesora Hansa Wolfganga Müllera.
Poszerza³o siê pole zainteresowañ badawczych, zawsze o obszary nieznane?
- Wci±¿ nie mia³em jeszcze sta³ego zatrudnienia w Warszawie, choæ miewa³em rozmaite, czasem nieoczekiwane, propozycje. Kiedy¶ w Egipcie znalaz³ mnie pewien milioner ze Stuttgartu i poprosi³, ¿ebym do niego przyjecha³, bo w³a¶nie napisa³ ksi±¿kê na temat swojej teorii, mówi±cej o tym, ¿e w kulturach ró¿nych krajów powtarzaj± siê podobne etapy rozwoju, i zale¿y mu na mojej opinii o rozdziale po¶wiêconym Egiptowi. Lubiê podró¿e, zgodzi³em siê. Zboczenie z trasy Kair - Warszawa by³o w tamtych czasach pewnym problemem, trzeba siê by³o z tym kryæ, ale ten pan przys³a³ mi bilet i polecia³em. Okaza³o siê, ¿e jest to w³a¶ciciel wielkiej sieci, jak dzisiaj siê to nazywa, supermarketów. Po wspania³ym obiedzie (wybra³em najdro¿sze danie - kraby), zostawi³ mnie z manuskryptem zawieraj±cym cytaty z rozmaitych egiptologów, po³±czone komentarzem autora - wszystko razem bez sensu. Porobi³em szczegó³owe uwagi i przedstawi³em je mojemu gospodarzowi. My¶la³em, ¿e mnie zastrzeli, a on powiedzia³, ¿e jest bardzo wdziêczny, bo jeszcze nikt tak rzetelnie nie zrecenzowa³ jego ksi±¿ki. I zapyta³, co mo¿e dla mnie zrobiæ, proponuj±c nastêpuj±ce rzeczy: wystaranie siê o sta³e stanowisko w uniwersytecie w Tübingen albo sfinansowanie moich wykopalisk w Egipcie. Pierwsze zamknê³oby mi drogê do Polski, drugie ¶ci±gnê³oby podejrzenia o szpiegostwo i pewnie wiêzienie... Zafrasowa³ siê, a mnie przysz³o do g³owy, ¿e przecie¿ potrzebujê wyjechaæ do Ameryki (to by³o wtedy, gdy pisa³em pracê o portrecie królewskim) i nie mam na to grosza. Zapyta³, jak d³ugo chcê je¼dziæ po Ameryce i... dosta³em pieni±dze na trzymiesiêczne podró¿owanie w bardzo dobrych warunkach. Ówczesnym zwyczajem Polaków oszczêdza³em (najtañsze hotele), dziêki czemu mog³em siê na dwa tygodnie wybraæ do Meksyku. Wróci³em po ca³ej ekskursji do Nowego Yorku i zosta³ mi jeszcze miesi±c tego osobliwego stypendium. Wertowa³em „New York Timesa”, ¿eby co wieczór pój¶æ do teatru, na koncert albo recital. Mo¿liwo¶ci jest tam tyle, ¿e nie wszystkie og³oszenia mieszcz± siê w gazecie. Zupe³nie przypadkiem, id±c któr±¶ avenue na Manhattanie, trafi³em na ma³y afisz o wystêpie Earthy Kitt, któr± ubóstwia³em. Sypia³em wtedy trzy, cztery godziny, bo w dzieñ, naturalnie, pracowa³em.
Co w szeregu pomy¶lnych zdarzeñ, o jakich s³yszê, przypisuje Pan samemu sobie?
- Patrzy³em uwa¿nie wokó³ siebie, na to, co le¿y na ziemi - ¿eby siê trzymaæ metafory - nie leni³em siê schyliæ i podnie¶æ. Mo¿e umia³em w odpowiednim momencie podj±æ decyzjê?
To znaczne uogólnienie ca³ego splotu i talentów, i okoliczno¶ci.
- My¶lê, ¿e dalsze zdarzenia potwierdzaj± moje przekonanie. W 1985 roku (przesta³em pracowaæ w ¶wi±tyniach tebañskich) powierzono mi kontynuacjê wykopalisk w delcie Nilu, w miejscowo¶ci Tell Atrib. Przedtem pracowa³ tam profesor Micha³owski, a po jego ¶mierci, w roku 1985, doktor Barbara Ruszczyc. Nies³ychanie trudno by³o na bagnistym terenie odró¿niaæ konstrukcje z ceg³y suszonej od zawilgoconej ziemi. Mimo to ods³onili¶my zupe³nie nadzwyczajne zabytki, mianowicie warsztaty ró¿nej specjalno¶ci artystów - rze¼biarzy, twórców terakot, twórców fajansów itd. Najwiêksza warto¶æ naukowa polega na tym, ¿e uda³o siê - co w Egipcie jest rzadkie, a w delcie Nilu prawie niemo¿liwe - wyodrêbniæ warstwy archeologiczne odpowiadaj±ce ró¿nym fazom Okresu Ptolemejskiego. Ka¿da warstwa jest dobrze datowana inskrypcjami na monetach oraz na stemplach amfor importowanych tam ze ¶wiata ¶ródziemnomorskiego. Dziêki temu mo¿na by³o dokonaæ wiarygodnego datowania ró¿nych kategorii zabytków tego okresu, co by³o wrêcz rewolucj±. Przedtem zabytki z tak zwanego okresu grecko-rzymskiego datowano nieraz z dok³adno¶ci± do... o¶miuset lat. Teraz przypisujemy je czasom panowania jednego w³adcy! W ¶wiecie naukowym zawrza³o. Nied³ugo po og³oszeniu naszego odkrycia, w przeddzieñ wyk³adu na ten temat w British Museum, zobaczy³em w tamtejszej galerii egiptologicznej lampkê terakotow± w kszta³cie nagiego Sylena, datowan± bardzo podejrzanie - na podstawie tylko kryteriów stylistycznych, jak to by³o powszechne przed naszymi odkryciami. Nie podkre¶la³em tego specjalnie na wyk³adzie, tylko pokaza³em podobny zabytek. Nazajutrz zobaczy³em inny podpis, datowanie o trzysta lat starsze. Podobnie by³o z kolekcj± terakot w Luwrze.
Po grobowiec w Sakkarze te¿ trzeba by³o tylko siê schyliæ?
- Z biegiem lat i w miarê gromadzenia do¶wiadczeñ æwiczy³em siê w schylaniu. Szybciej i ³atwiej decydowa³em, po co siê schylam.
A szczê¶liwe okoliczno¶ci kierowa³y Pana w miejsca, gdzie by³o po co?
- Kiedy wykopaliska w Tell Atrib zbli¿a³y siê do koñca (by³ rok 1987), robili¶my z kolegami rekonesans naukowy w nekropolii memfickiej, w polu piramid, które na d³ugo¶ci sze¶ædziesiêciu kilometrów rozci±gaj± siê na zachodnim brzegu Nilu. Pewnego wieczora doszli¶my do Sakkary i stanêli¶my po zachodniej stronie piramidy. Trzeba wiedzieæ, ¿e ten teren jest od pó³tora wieku „okopany” przez archeologów z ca³ego ¶wiata. Zdziwi³em siê patrz±c na rozci±gaj±c± siê przed nami pustyniê i nie¶mia³o zapyta³em kolegów: Czy s³yszeli¶cie, ¿eby z tej strony kto¶ kopa³? Nic o tym nie by³o wiadomo. Postanowi³em, ¿e my w³a¶nie tam zaczniemy.
Intuicja czy wiedza?
- Pewnie jedno i drugie. Wiedzia³em, ¿e skoro wej¶cie do okrêgu piramidy znajduje siê po stronie wschodniej, wszyscy s± przekonani, ¿e po zachodniej mo¿e byæ tylko ¶mietnik albo kamienio³omy. Powiedzia³ mi to expressis verbis wybitny uczony francuski, który siedemdziesi±t lat swego d³ugiego ¿ycia spêdzi³ na badaniu Sakkary. A ja by³em w stu procentach pewny, ¿e jest inaczej.
Na jakiej podstawie?
- Wiedzia³em, ¿e w staro¿ytno¶ci Zachód (czêsto personifikowany, jak i inne pojêcia geograficzne) stanowi³ obszar, do którego udaj± siê zmarli. Uwa¿a³em za zupe³nie niemo¿liwe, ¿eby w miejscu tak u¶wiêconym, jak pierwsza piramida egipska, po zachodniej stronie by³o tylko co¶ ma³o wa¿nego. Mia³em najg³êbsze przekonanie, ¿e tam w³a¶nie znajduj± siê grobowce albo inne budowle zwi±zane z bardzo znakomitymi postaciami. Zrobili¶my najpierw rekonesans geofizyczny, który wykaza³ w wielu punktach kontrast materia³u (piasku i ceg³y), mówi±cy, ¿e tam jest mnóstwo pochówków i architektury. Eldorado archeologiczne! Wiedzia³em ju¿, ¿e tam musimy kopaæ, ale nie by³o pieniêdzy. Na dodatek w tym czasie Egipcjanie ustanowili wymóg - od wszystkich misji, zagranicznych przede wszystkim - stawiania magazynów na zabytki wedle okre¶lonych parametrów, dla nas niewyobra¿alnie drogie. Przez nastêpnych dziewiêæ lat nie byli¶my w Sakkarze. Misje zagraniczne - japoñska, angielska - obsiad³y ten teren, ale wszyscy wiedzieli, co my¶my tam stwierdzili badaniem powierzchniowym. Wreszcie, po dziewiêciu latach, uda³o siê nasz± misjê zmieniæ w polsko-egipsk±, ¿eby Egipcjanie oddali nam na magazyn (jako swoj± kontrybucjê) budynek, który tam zbudowali. Dalej jednak nie by³o pieniêdzy. I wtedy nieoceniony duszpasterz ¶rodowisk twórczych, ksi±dz Wies³aw Niewêg³owski, zaprowadzi³ mnie do Macieja £ukasiewicza, naczelnego „Rzeczpospolitej” i... dziennik ten ca³kowicie sfinansowa³ nasz± pierwsz± kampaniê wykopaliskow± w Sakkarze. Ju¿ wtedy odkryli¶my rumowisko cegie³, które w nastêpnej kampanii okaza³o siê byæ murem oporowym wspania³ego grobowca wezyra Merefnebefa. Za jego odkrycie i publikacjê dosta³em nagrodê Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Ca³a historia Pana zawodowego ¿ycia jest trochê jak z bajki. Na koniec powtórzê pytanie: ile w niej wiedzy, a ile nosa?
- Zdefiniujê intuicjê jako umiejêtno¶æ wype³niania luk w istniej±cej wiedzy, czasem zakwestionowania jakich¶ jej fragmentów. Archeolog musi tak¿e mieæ wyobra¼niê, przychodziæ na wykopaliska z jaka¶ ide±, ale nie wolno mu siê za d³ugo przy niej upieraæ.
O czym Pan teraz my¶li i co zamierza?
- Moje my¶li koncentruj± siê wokó³ projektu, który powinien byæ zrealizowany w przysz³ym roku. Robimy model, w skali jeden do jednego, kaplicy grobowej naszego bohatera, Merefnebefa. Bêdzie wykonany z materia³ów sztucznych, ale zrekonstruowany absolutnie wiernie i ze znakomitymi fotografiami. Stanie w Warszawie, prawdopodobnie na sta³e, i tylko tutaj bêdzie mo¿na ten grobowiec ogl±daæ, gdy¿ - ze wzglêdu na jako¶æ ska³y, w której zosta³ wykuty - nie ma mowy o udostêpnieniu go w Egipcie. Oddechy zwiedzaj±cych szybko zniszczy³yby zabytek. Nasi konserwatorzy od kilku lat robi± wszystko, ¿eby go uratowaæ, co graniczy z cudem. Model mo¿e powstaæ tylko w Polsce, bo my mamy pe³n± dokumentacjê.
Rozmawia³a Magdalena Bajer