Page Not Found - Forum Akademickie

Błąd 404 - Strona o podanym adresie nie istnieje





Z moich obserwacji wynika, ¿e u nas polemi¶ci raczej nie dowcipkuj±, a je¶li ju¿, to ich dowcipy maj± na celu nie tyle rozbawienie audytorium czy wy¶mianie pogl±dów, co o¶mieszenie konkretnej osoby.

Krytycy i krytykanci

Zbigniew Drozdowicz

¯adna nauka nie rozwija³aby siê bez rzetelnej krytyki. Problem jednak w tym, ¿e niejednokrotnie mo¿na spotkaæ siê nie z przypadkami krytyki, lecz krytykanctwa, a ci, którzy go praktykuj± stanowi± prawdziwe utrapienie dla tych, którzy zapewne nie s± doskonali, ale te¿ i nie oczekuj±, ¿e na ka¿dym kroku bêdzie siê im wytyka³o rzeczywiste lub domniemane potkniêcia. Powiem wprost, krytykanci w gruncie rzeczy nie pomagaj±, lecz szkodz± nauce, a ich szkodliwo¶æ jest tym wiêksza im wy¿ej stoj± w ¶rodowiskowej hierarchii. Spróbujê podaæ uzasadnienie tego przekonania. Do odró¿nienia krytyki od krytykanctwa pomocne bêdzie wskazanie „modelowych” przyk³adów jednej i drugiego. Dostarcza ich historia.

Krytycyzm luterañski

Zaczynam od Marcina Lutra nie dlatego, ¿e uwa¿am go za szczególnie subtelnego krytyka, lecz dlatego, ¿e jego wyst±pienie z 1517 roku da³o pocz±tek nowemu sposobowi my¶lenia i mówienia o nieporz±dkach w tak wra¿liwej dla Europejczyka sferze, jak± by³o i nadal jest ¿ycie religijne. Nowe by³o to, co Luter mówi³, a tak¿e jak to robi³ oraz sposób wyra¿enia jego votum separatum. Owe 95 tez, które wstrz±snê³y chrze¶cijañskim ¶wiatem, przybi³ zwyczajnym gwo¼dziem na drzwiach ko¶cio³a pod wezwaniem ¶w. Paw³a w Wittenberdze z my¶l± niekoniecznie o uczonych teologach, a raczej o tych wszystkich, którzy opanowali sztukê czytania i maj± na tyle krytyczne umys³y, aby pow±tpiewaæ w warto¶æ upowszechnianych przez najwy¿szych hierarchów Ko¶cio³a rzymskiego nauk i praktyk, takich na przyk³ad jak handel odpustami. Dope³nieniem tej krytyki by³o wezwanie do przepêdzenia „wszystkich fa³szywych proroków”, w tym papie¿a i „papie¿ników”. G³êboko zapisa³o siê ono w pamiêci pó¼niejszych pokoleñ, a stwierdzenie, ¿e „papie¿nik i osio³ to jedno” do dzisiaj szokuje swoj± radykalno¶ci±. Reakcja Rzymu na tê krytykê by³a równie ostra – najpierw (w 1518) ukaza³ siê list otwarty jednego z rzymskich dostojników ko¶cielnych, w którym wittenberski teolog nazwany zosta³ „synem suki”, a pó¼niej (w 1521) uznany za heretyka i wykluczony z Ko¶cio³a katolickiego. Luter ani my¶la³ wycofywaæ siê ze sformu³owanych zarzutów, przeciwnie, jeszcze bardziej zradykalizowa³ swoj± krytykê. Da³ jej wyraz miêdzy innymi w rozprawie pod wielce wymownym tytu³em Przeciwko papiestwu w Rzymie przez diab³a za³o¿onemu.

Kontynuatorami tego rodzaju krytyki stali siê w pó¼niejszych latach inni wielcy teolodzy reformacji, tacy jak Jan Kalwin, który hierarchom rzymskim zarzuci³ miêdzy innymi, ¿e „stali siê zwyrodnia³ym rz±dem”, „wypaczyli kult Bo¿y” oraz „wprowadzili mnóstwo zabobonów”. Potwierdzeniem tego, i¿ byli to nie krytykanci, lecz krytycy, s± nie tylko g³êbokie i generalnie pozytywne zmiany, które dokona³y siê w ¿yciu religijnym chrze¶cijañskiej Europy, ale tak¿e fakt, i¿ obecnie tak krytykowany przez protestantów Ko¶ció³ rzymski nie nazywa swoich przeciwników heretykami (lud¼mi potêpionymi i wykluczonymi), lecz „braæmi od³±czonymi” oraz – co nie mniej istotne – jedni i drudzy chc± i potrafi± ze sob± rozmawiaæ nie u¿ywaj±c epitetów.

W dzisiejszym ¿yciu naukowym taka luterañska krytyka pojawia siê od czasu do czasu (generalnie jednak niezbyt czêsto) w opiniach o osi±gniêciach osób ubiegaj±cych siê o kolejny stopieñ lub tytu³ naukowy. Rzecz jasna, nie by³oby zbyt eleganckie nazywanie w nich habilitanta czy kandydata do profesorskiego tytu³u os³em czy zwyrodnialcem, ale w koñcu nie s± potrzebne a¿ tak drastyczne okre¶lenia, aby mu wykazaæ, i¿ w gruncie rzeczy nie posiada ani merytorycznych, ani moralnych, ani ¿adnych innych kwalifikacji do otrzymania tego, o co siê ubiega. Wystarczy zakwestionowanie naukowej warto¶ci jego podstawowych tez, a w sytuacji, gdy nie sposób je znale¼æ lub ¿adna z nich nie jest warta „kruszenia kopii”, odes³anie go do „o¶lej ³awki” (je¶li tak mo¿na nazwaæ wskazanie mu listy lektur, które powinien sobie przyswoiæ przed ustawieniem siê w kolejce do upragnionego awansu). Podnoszenie w takiej krytyce szczegó³owych kwestii merytorycznych lub jêzykowych mo¿e oczywi¶cie mieæ miejsce (i zwykle ma), ale stanowi ono ¶wiadectwo gruntownego zapoznania siê recenzentów z dorobkiem „naukowym” kandydata.

Krytycyzm kartezjañski

Jedn± z przes³anek do wyró¿nienia tego krytycyzmu jest czêsto pojawiaj±ce siê przekonanie, ¿e nowo¿ytna kultura naukowa nosi³a i w jakiej¶ mierze nadal nosi piêtno kartezjanizmu. Podzielam tê opiniê. Przypomnê zatem, i¿ Kartezjusz mia³ wybitne osi±gniêcia zarówno w naukach szczegó³owych (zw³aszcza w matematyce), jak i filozofii, tak¿e w zakresie procedur poznawczych. Ich elementem jest radykalny krytycyzm, wyra¿aj±cy siê w przekonaniu, ¿e „je¶li chcê nareszcie co¶ pewnego i trwa³ego w naukach ustaliæ, to trzeba raz w ¿yciu z gruntu wszystko obaliæ i na nowo rozpocz±æ od pierwszych podstaw”. To powtarzane i odmieniane na wiele sposobów zdanie przestaje wyra¿aæ krytycyzm (i staje siê sceptycyzmem lub pospolitym krytykanctwem) w momencie, gdy oderwiemy je od pojawiaj±cego siê nieco dalej przekonania, i¿ w±tpiæ mo¿na tylko w to, do czego siê posiada odpowiedni± racjê, przy czym ow± „racjê” traktuje Kartezjusz tak, jak traktuje j± ka¿dy matematyk, to znaczy jako co¶, co jest ca³kowicie pewne, albo te¿ co¶, do czego mo¿na mieæ przekonanie granicz±ce z pewno¶ci±. Ta skrupulatno¶æ przy odczytywaniu kartezjañskich s³ów jest absolutnie konieczna, bo si³a tego krytycyzmu opiera siê na dok³adno¶ci, dos³owno¶ci oraz uwadze. Rzecz jasna, jest to zaledwie wstêp do kartezjanizmu, ale wstêp zupe³nie wystarczaj±cy, aby mo¿na by³o mówiæ o modelowym podej¶ciu do tego, co uchodzi lub chcia³oby uchodziæ za naukowe.

W dzisiejszej nauce jest ono, a przynajmniej powinno byæ, udzia³em nie tylko matematyków, czy ogólniej – uczonych uprawiaj±cych tak zwane nauki ¶cis³e, ale równie¿ tych, którzy wprawdzie s± „skazani” na pewn± nie¶cis³o¶æ (bo uprawiaj± dyscypliny, które m.in. z uwagi na swój przedmiot badañ nie mog± byæ tak ¶cis³e, jak matematyka czy logika), ale s± przywi±zani do ¶cis³o¶ci i chcieliby, aby granice tolerancji dla braku precyzji s³owa czy nielogiczno¶ci nie by³y zbyt szeroko otwarte. Staraj± siê tego przestrzegaæ nie tylko w swojej praktyce, ale równie¿ próbuj± egzekwowaæ od swoich uczniów, wspó³pracowników oraz tych, których wyniki badañ przysz³o im przy ró¿nych okazjach oceniaæ. Aby nie byæ pos±dzonym o mitologizacjê, przywo³am postaæ Kazimierza Twardowskiego, organizatora szko³y lwowsko-warszawskiej i nauczyciela kilku pokoleñ polskich filozofów. Jego uczniem by³ Tadeusz Kotarbiñski, który o swoim mistrzu napisa³, ¿e by³ „nauczycielem o niezwyk³ych walorach. Przede wszystkim kontynuatorem kartezjañskiego d±¿enia do idei jasnych i wyra¼nych. Dzia³a³ w tym przekonaniu, ¿e kto ma my¶l wyklarowan±, ten i s³owa dla niej znajdzie proste i zrozumia³e. I wymaga³ takich s³ów od ka¿dego, a od siebie w pierwszym rzêdzie”. Kartezjañskim ésprit przepojone by³o nie tylko my¶lenie Twardowskiego, ale tak¿e jego codzienne funkcjonowanie: „By³ tedy wzorem solidno¶ci w dotrzymywaniu umów i terminów, wzorem planowo¶ci, wzorem systematyczno¶ci w wykonywaniu zamierzeñ, wzorem cz³owieka, na którego zawsze mo¿na liczyæ we wspó³pracy zorganizowanej”. Je¶li kto¶ s±dzi, ¿e mo¿na byæ kartezjañczykiem w my¶leniu, a tak zwanym postmodernist± (podej¶cie to uchodzi dzisiaj za programowo antykartezjañskie) w dzia³aniu, to siê oczywi¶cie myli.

Krytycyzm „angielski”

Mianem tym okre¶lam taki typ krytycyzmu, którego nie mo¿na wprawdzie skojarzyæ z konkretn± osob±, niemniej w nieodparty sposób przywodzi na my¶l angielski sposób bycia – z jego dba³o¶ci± o tradycjê, elegancj± czy swoistym poczuciem humoru. Byæ mo¿e sporo jest w tym brania pozorów za istotê rzeczy, ale nie ma to a¿ tak wielkiego znaczenia. Znaczenie ma natomiast to, ¿e stosunkowo ³atwo mo¿na znale¼æ przyk³ady potwierdzaj±ce te cechy.

Od takiego w³a¶nie przyk³adu chcia³bym tutaj zacz±æ. Jego opis znajduje siê w biografii Karola Darwina pióra Michaela White’a i Johna Gribbina. Opisane przez nich wydarzenie mia³o miejsce w czerwcu 1860 roku na zebraniu Brytyjskiego Stowarzyszenia Popierania Nauk. Jego g³ównymi bohaterami byli: Thomas H. Huxley, zwolennik darwinowskiej teorii ewolucji, oraz biskup Oksfordu Samuel Wilberforce, zdecydowany przeciwnik tych pogl±dów. Trzeba dopowiedzieæ, ¿e mieli siê przed kim popisywaæ – w sali oksfordzkiej biblioteki zgromadzi³o siê bowiem oko³o 700 osób. Zaczê³o siê od wyst±pienia znanego ze swojej odwagi Huxleya, który przedstawi³ g³ówne tezy kontrowersyjnej teorii. Odpowiedzia³ mu Wilberforce, nazywany S³odkim Samem w zwi±zku z tym, i¿ „potrafi³ przemawiaæ przekonywaj±co i z wielkim wdziêkiem”. Co to znaczy, okaza³o siê w koñcowym fragmencie jego wyst±pienia, zwróci³ siê bowiem wówczas do swojego adwersarza z pytaniem, „czy jego ma³pi przodkowie wystêpuj± po stronie dziadka czy babki?” W ripo¶cie Huxley stwierdzi³, i¿ „nie wstydzi³by siê takiego pochodzenia. Jednak poczytywa³by sobie za ujmê, gdyby wywodzi³ siê od kogo¶, kto sprostytuowa³ dar kultury i elokwencji s³u¿bie przes±du i fa³szu”. Rzecz jasna, krytycyzm w stylu „angielskim” wystêpuje u obu uczonych.

W dzisiejszej nauce nieczêsto zdarzaj± siê takie popisy. Rzecz nie tyle w tym, ¿e rzadko pojawiaj± siê w niej takie „rozpalaj±ce do bia³o¶ci” pogl±dy, a nawet nie w tym, ¿e nie³atwo przychodzi oponentom prawienie sobie „ze s³odk± min±” ró¿nego rodzaju impertynencji, co w tym, ¿e tak naprawdê nie szkoli siê uczonych w szermierce na s³owa, a samorodne talenty oratorskie spotykaj± siê raczej z niezrozumieniem ni¿ docenieniem. Nie jestem zreszt± do koñca przekonany do tego, ¿e w ka¿dym ¶rodowisku naukowym znajdzie siê przyzwolenie na na¶ladowanie „angielskiego” krytycyzmu. Z moich obserwacji wynika, ¿e u nas polemi¶ci raczej nie dowcipkuj±, a je¶li ju¿, to ich dowcipy maj± na celu nie tyle rozbawienie audytorium czy wy¶mianie pogl±dów, co o¶mieszenie konkretnej osoby. My¶lê, ¿e nie o to chodzi w krytycyzmie „angielskim” i w zwi±zanym z nim humorze.

Krytykanctwo wolterowskie

O Wolterze mo¿na powiedzieæ wszystko, tylko nie to, ¿e mia³ szacunek do czegokolwiek lub kogokolwiek. „Udowodni³” to swoim burzliwym ¿yciem oraz udokumentowa³ ogromnym dorobkiem pisarskim; jego dzie³a zebrane licz± ponad 50 tomów i praktycznie w ka¿dym z nich mo¿na znale¼æ ofiarê jego zjadliwego pióra. Do historii przesz³o bojowe zawo³anie: „Ecrasons l’infâme” („Rozdeptaæ to ³ajdactwo” – o klerze katolickim), a przecie¿ nie jest to jego jedyny szokuj±cy apel. Potrafi³ zreszt± nie tylko szokowaæ, ale tak¿e rozbawiaæ czytelników, jak chocia¿by wówczas, gdy w epigramatach o¶miesza³ swoich rzeczywistych i domniemanych przeciwników; rzecz jasna, tym ostatnim nie by³o do ¶miechu. Najlepiej jednak czu³ siê w roli autora powiastek filozoficznych. Ich bohaterowie (Kandyd, Prostaczek i in.) dawali mu okazjê do wyszydzenia tego, jak „toczy siê ¶wiatek”. Nie¼le mu równie¿ wychodzi³y listy, tyle tylko, ¿e zwykle marnie wypadali w nich ci, których tam opisywa³ – na przyk³ad Anglicy, których w gruncie rzeczy o¶mieszy³ w Listach o Anglikach (mimo ¿e udzielili mu schronienia po tym, jak narozrabia³ we Francji).

Gdyby do tego wszystkiego nie by³ cz³owiekiem utalentowanym, to zapewne do³±czy³by do grona licznych z³o¶liwców, szyderców i zwyczajnych pieniaczy, których w przesz³o¶ci nie brakowa³o. Ale by³, i to nieprzeciêtnie, a jego mocna pozycja w¶ród my¶licieli o¶wiecenia jest trudna do zakwestionowania.

Móg³by kto¶ powiedzieæ, ¿e sporo wspólnego ma to z filozofi±, ale niewiele z nauk±. Nie jest to do koñca trafne spostrze¿enie. Wolter bowiem uprawia³ zarówno nauki szczegó³owe (m.in. historiê), jak i analizowa³ je pod k±tem trafno¶ci stosowanych procedur badawczych i formu³owanych wniosków (napisa³ nawet obszerne studium na temat fizyki Newtona). Inna sprawa, ¿e zdarza³o mu siê myliæ fakty z przypuszczeniami lub wrêcz pomówieniami, „podci±gaæ” je pod z góry przyjête tezy oraz wystawiaæ negatywne cenzurki temu, czego ani do koñca nie zrozumia³, ani nawet nie mia³ do¶æ du¿o czasu i cierpliwo¶ci, by zrozumieæ. Na tym w³a¶nie polega wolterowskie krytykanctwo.

Dzisiaj jego na¶ladowców mo¿na spotkaæ zarówno na seminariach i konwersatoriach studenckich, jak i posiedzeniach tych komisji i rad naukowych, na których dyskutowane s±, a przynajmniej powinny byæ, istotne dla nauki i uczonych kwestie. O ile dla takich wolterowskich wyst±pieñ studentów mo¿na wskazaæ pewne okoliczno¶ci ³agodz±ce (bo przecie¿ przywilejem m³odo¶ci jest „nadrabianie” luk w wykszta³ceniu odwag± w wypowiadaniu siê i kategoryczno¶ci± formu³owanych wniosków), to trudno je znale¼æ w przypadku gremium profesorskiego. Gdyby¿ jeszcze robili to z wolterowskim wdziêkiem czy poczuciem humoru! Ale niejednokrotnie nawet tego brakuje. W ka¿dym razie, nie widzê niczego zabawnego w sytuacji, gdy kto¶ po przekartkowaniu czyjej¶ rozprawy lub zapoznaniu siê z jej tytu³em i spisem tre¶ci wydaje o niej jednoznacznie negatywn± ocenê.

Krytykanctwo „lewackie”

Krytykanctwo „lewackie” by³o i jest udzia³em nie tylko radykalnej lewicy spo³ecznej, ale tak¿e tych, którzy niejednokrotnie pozostawali i pozostaj± w lu¼nych zwi±zkach ideowych z lewicowo¶ci± lub w ogóle nie poczuwaj± siê do pokrewieñstwa z ni±. Jego standardy wypracowane zosta³y jednak przez radykaln± lewicê, której cz³onków ³±czy³o kilka prostych przekonañ (takich np. jak to, ¿e ¶wiat, w którym ¿yj± jest postawiony na g³owie), kilka prostych postulatów (takich jak postulat radykalnego przestawienia tego ¶wiata), kilka prostych pomys³ów na ¿ycie sprawiedliwe i szczê¶liwe oraz g³êbokie przekonanie, ¿e maj± do spe³nienia dziejow± misjê (mniejsza o to, kto im j± powierzy³; istotniejsze by³o dla nich to, ¿e powinna ona byæ zrealizowana bez czekania na lepsze czasy oraz bez ogl±dania siê na straty w³asne oraz przeciwników). Te proste przekonania, postulaty i pomys³y przek³ada³y siê miêdzy innymi na funkcjonowanie nauki i uczonych, w tym oczywi¶cie na prowadzon± w ¶rodowisku walkê z tak zwanymi wrogami klasowymi oraz prze¿ytkami my¶lenia „przedrewolucyjnego”. Jak to wygl±da³o w polskich realiach, pokazuj± miêdzy innymi pochodz±ce z lat piêædziesi±tych publikacje, w których z pozycji „naukowego socjalizmu” rozprawiano siê z „reakcyjnymi” pogl±dami i uczonymi. Dodam jeszcze tylko, ¿e autorzy tych publikacji nie zawsze byli „mierni, ale wierni” (i to jest najbardziej zdumiewaj±ce). Nie chcia³bym jednak tego w±tku kontynuowaæ. Wa¿na bowiem jest obecna sytuacja.

Dzisiaj to „lewackie” krytykanctwo nie ma siê wprawdzie tak dobrze, jak jeszcze kilkana¶cie lat temu, ale przecie¿ nie ¿yje wy³±cznie wspomnieniami na spotkaniach weteranów walki o „jedynie s³uszn± sprawê”. Przesz³o oczywi¶cie pewn± zmianê, a przynajmniej przybra³o takie barwy ochronne, aby nie wziêto go za archeologiczne wykopalisko. W gruncie rzeczy jednak zachowa³o niez³± kondycjê i potrafi jeszcze pokazaæ swój „lwi pazur”, jak chocia¿by wówczas, gdy nie zostawia przys³owiowej „suchej nitki” na pogl±dach, które nie do koñca zgadzaj± siê z przekonaniami wspó³czesnych „jakobinów” czy „bolszewików” w nauce (okre¶leñ tych nie biorê oczywi¶cie historycznie, lecz typologicznie). T³umaczenie im, ¿e historia nauki przekonuje, i¿ ¿adna teoria nie mia³a i nie ma takiej mocy, aby niczym uniwersalny wytrych pasowa³a do wszystkiego i wszystko wyja¶nia³a, mo¿e sprawiæ, i¿ us³yszy siê co¶ na temat „historycznego ¶mietnika”; grzebi± w nim, oczywi¶cie, ¶mieciarze, a nie powa¿ni uczeni. Co wiêcej, mo¿e naraziæ w±tpi±cego w jej moc ¶mia³ka na zarzut braku kompetencji lub korzystania nie z tego ¼ród³a wiedzy, z którego korzystaæ powinien („jakobin” czy „bolszewik” oczywi¶cie wie, które ¼ród³o jest w³a¶ciwe). Na pytanie, czym to krytykanctwo ró¿ni siê od wolterowskiego, odpowiem krótko: Wolterowi brakowa³o misjonarskiego zaciêcia, a je¶li nawet czasami zachowywa³ siê jak misjonarz nowej wiary, robi³ to ¿artem albo przez nieuwagê.

Krytykanctwo „tradycjonalistyczne”

Tradycjonalizm (bez ¿adnego cudzys³owu) by³ i nadal jest powa¿an± opcj± ¶wiatopogl±dow± oraz ma w swoich szeregach wiele znacz±cych w ¶wiecie kultury i polityki nazwisk, ¿e przypomnê tylko tytu³em przyk³adu Josepha de Maistre’a (wielkiego przeciwnika rewolucji francuskiej) czy Klemensa von Metternicha (wielkiego przeciwnika porewolucyjnych porz±dków w Europie). Wspólnym mianownikiem dla tych znakomito¶ci oraz nieco mniej znakomitych krytykantów, wystêpuj±cych w nauce z pozycji „tradycjonalistycznych”, jest podej¶cie do ró¿nego rodzaju nowinkarstwa. Krótko rzecz ujmuj±c, by³a to i jest g³êboka nieufno¶æ, przeradzaj±ca siê niejednokrotnie w nieskrywan± awersjê. To, jak jest okazywana, zale¿y od ¶rodowiskowych zwyczajów oraz, oczywi¶cie, inwencji krytykantów, a ¿e potrafi± sporo wnie¶æ od siebie, przekonuj± w swoich bataliach toczonych z nowinkarzami.

Na przyk³ad, je¶li okazj± do ich wyst±pieñ jest nowatorska teza lansowana przez m³odego uczonego, to mo¿e siê okazaæ, i¿ obrazoburcze jest nie to, co ta osoba g³osi, lecz to, ¿e w ogóle ma ¶mia³o¶æ co¶ nowatorskiego g³osiæ; bo przecie¿ w nauce tradycyjnie do wielkich wyników i prawa ich ujawniania dochodzi siê po wielu latach badañ i zdobywania znacz±cej pozycji w swoim ¶rodowisku. Je¶li ju¿ tacy krytykanci nie potrafi± znale¼æ powa¿nych kontrargumentów dla racji owego nowatora, to przecie¿ zawsze mo¿na mu zarzuciæ potkniêcie jêzykowe (nie chcia³bym tutaj niczego podpowiadaæ, ale sam by³em ¶wiadkiem wytkniêcia niepoprawnego akcentowania wyrazów w jêzyku polskim) lub zachowanie, które nie przystoi prawdziwemu uczonemu (wg jednej z tych „tradycjonalistycznych szkó³”, wystêpuj±cy publicznie uczony nie powinien trzymaæ rêki w kieszeni, bo rodzi to nieprzyzwoite przypuszczenia). Je¶li z kolei autorem nowatorskiej tezy jest stary uczony, który wprawdzie przez wiele lat nad czym¶ pracowa³, ale w ¶rodowiskowej opinii niczego nie odkry³, a przynajmniej nie przekona³ swojego otoczenia, ¿e prowadzi oryginalne badania, to mo¿e siê okazaæ, i¿ jego „grzechami” g³ównymi s± rutyna i zaawansowany wiek (kojarz±cy siê z obni¿eniem sprawno¶ci), a ich dope³nieniem anachronizmy jêzykowe lub podejrzana intelektualnie elegancja (wg innej z tych „szkó³”, w muszce mo¿na wystêpowaæ na imieninach u cioci, ale ju¿ nie na konferencji naukowej, natomiast ciemny garnitur najbardziej odpowiedni jest na pogrzebie). Podajê oczywi¶cie jedynie „laboratoryjne próbki” tego krytykanctwa. Ale gama mo¿liwo¶ci jest tutaj znacznie wiêksza.

Krytykanctwo postmodernistyczne

Na koniec chcia³bym parê zdañ powiedzieæ o takim typie krytykanctwa, które ³±czy siê z potocznie pojmowanym postmodernizmem. W takim ujêciu postmodernizm to nic innego, jak swobodne kojarzenie wszystkiego ze wszystkim oraz mówienie w taki sposób, ¿e trudno siê zorientowaæ, czy powa¿na debata siê zaczê³a, czy te¿ w³a¶nie siê skoñczy³a.

Krytykanctwo to jest oczywi¶cie udzia³em studiuj±cej m³odzie¿y. Jest to w jakiej¶ mierze wyt³umaczalne, bo przecie¿ ich sprzeciw wobec zastanego ¶wiata jest rzecz± naturaln±, podobnie zreszt± jak to, i¿ jeszcze zbyt ma³o wiedz±, aby przeprowadziæ rzeteln± krytykê. W miarê intelektualnego dojrzewania m³odzi ludzie powinni jednak z niego wyrosn±æ. Zwykle czê¶ci z nich to siê udaje, a przychodzi to tym ³atwiej, im na bardziej wymagaj±ce trafiaj± ¶rodowisko. Teoretycznie na zbyt wielk± tolerancjê w tym zakresie nie powinna liczyæ m³odzie¿, która decyduje siê na wspinanie po kolejnych stopniach naukowej kariery. W praktyce bywa z tym jednak ró¿nie. By³em ¶wiadkiem wyst±pieñ doktorantów i m³odych doktorów, z których niew±tpliwe by³o jedynie to, ¿e s± przeciw, a ich opiekunowie naukowi przygl±dali siê temu z pe³nym zrozumieniem lub rozbawieniem. Rzecz jasna, nie t³umaczy to w pe³ni funkcjonowania w nauce krytykantów w stylu postmodernistycznym, którzy maj± profesorskie tytu³y. Nie przeszkadzaj± one im, oczywi¶cie, kojarzyæ w krytykanctwie wszystkiego i wszystkich, w tym ró¿ne typy krytykanctwa. To ostatnie zdaje siê byæ dla nich najmniejszym zmartwieniem, bo co to byliby za postmoderni¶ci, gdyby martwili siê takim drobiazgiem, jak mieszanie typów, stylów czy gatunków.

Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.
Page Not Found - Forum Akademickie

Błąd 404 - Strona o podanym adresie nie istnieje

Page Not Found - Forum Akademickie

Błąd 404 - Strona o podanym adresie nie istnieje