Moja wizja modelu kariery akademickiej opiera siê na dwóch za³o¿eniach. Po pierwsze, specyfika roli spo³ecznej uczonego polega na profesjonalnym obowi±zku nieustannego doskonalenia siê, ci±g³ego bycia lepszym od innych w swojej dziedzinie i od samego siebie jeszcze z wczoraj. To niezwykle wymagaj±ce oczekiwanie. W wielu innych zawodach wystarczy byæ dobrym, rzetelnym pracownikiem. Motorniczy tramwaju, pilot samolotu, urzêdnik na poczcie powinien byæ kompetentny i tyle. Osi±gniêcie pewnego poziomu umiejêtno¶ci czy wiedzy wystarcza. Potem awansuje siê ju¿ tylko dziêki „wys³udze lat”, liczbie „wylatanych kilometrów”, sta¿owi zawodowemu. W nauce jest inaczej, tu trzeba byæ ci±gle lepszym. Nie ma postoju na tej drodze. I dlatego instytucja nauki musi zapewniaæ ci±g³e bod¼ce doskonalenia siê – od terminowania, a¿ do naukowego mistrzostwa i jeszcze dalej
Po drugie, motywacja do nieustannego doskonalenia siê, czyli nieustannej, intensywnej, zdyscyplinowanej pracy badawczej, nie przychodzi znik±d, musi byæ wbudowana w sam± strukturê pozycji spo³ecznych charakterystycznych dla ¶rodowiska naukowego. Motywacja autoteliczna – bezinteresowne d±¿enie do prawdy, pasja badawcza, ciekawo¶æ – jest dana nielicznym, pojawia siê w przypadku geniuszu czy „fanatyzmu naukowego”, a i wtedy nie trwa nieprzerwanie. Jak czêste s± przypadki zw±tpienia, za³amañ, rezygnacji z podjêtych projektów, d³ugotrwa³ych przerw w pracy badawczej czy pisarskiej! A skoro – jak pokazuje historia nauki – przytrafia siê to tak¿e najwiêkszym uczonym, to có¿ mówiæ o naukowcach ni¿szego lotu?
Zatem jedyny sposób, aby zapewniæ nieustann± motywacjê do osi±gniêæ, to zbudowanie hierarchicznej struktury awansu, w sensie kolejnych stopni i tytu³ów naukowych, cz³onkostwa w akademiach, nagród, dyplomów, doktoratów honoris causa, a¿ do Nagrody Nobla czy Holberga, w której ka¿dy wy¿szy stopieñ wi±¿e siê jednoznacznie z wiêksz± miar± trzech cenionych przez ludzi warto¶ci – uznania ¶rodowiskowego (presti¿u), dochodu (zarobków) i w³adzy (wp³ywu w ¶rodowisku). Drabina ta musi byæ wieloszczeblowa i siêgaæ samego szczytu osi±gniêæ naukowych. Nawet uczeni najwy¿szej kategorii musz± mieæ jeszcze nad sob± jaki¶ mo¿liwy wy¿szy pu³ap (Nobel, doktoraty honorowe, cz³onkostwo Akademii itp.). Ta drabina nie koñczy siê nigdy. Jak pisa³ mój mistrz naukowy Robert K. Merton: „there is no repose at the top” (nie ma odpoczynku nawet na szczytach). Najwybitniejsi uczeni s± bowiem pod presj± oczekiwañ najbardziej wymagaj±cych – noblesse oblige. Nie mog± napisaæ pracy gorszej ni¿ poprzednio, dokonaæ odkrycia mniej znacz±cego. ¯eby tê presjê zrekompensowaæ, najwybitniejszym uczonym dane s± tak¿e najwiêksze szanse dalszych osi±gniêæ. Jak pisa³ Merton, w naukê wbudowana jest „zasada Mateusza”. Metafora ta nawi±zuje do tekstu Ewangelii wg ¶w. Mateusza, gdzie mówi siê, ¿e bogaci bêd± jeszcze bogatsi, a biedni coraz biedniejsi. Ci wiêc, którzy uzyskali miarê najwy¿szego uznania naukowego, otrzymuj± te¿ nieproporcjonalnie wysoki dostêp do ¶rodków na badania, laboratoriów, zdolnych doktorantów itp. I taka dystrybucja ¶rodków, mimo ¿e pozornie niesprawiedliwa, jest dla instytucji nauki funkcjonalna. Dostarcza nawet najlepszym motywacji, aby nie spoczêli na laurach. M±dra dewiza Fundacji na rzecz Nauki Polskiej – „Pomagajmy najlepszym, aby byli jeszcze lepszymi” – oddaje dobrze tê prawdê, ¿e w³a¶nie najlepsi gwarantuj±, i¿ uzyskane ¶rodki spo¿ytkuj± najlepiej.
Z wymienionych powodów nauka jest z samej natury dziedzin± konkurencyjn±, elitarn± i hierarchiczn±. Bez rozbudowanej, hierarchicznej, wieloszczeblowej struktury uznania naukowego postêp naukowy by³by nie do pomy¶lenia, nauka nie posiada³aby tej wewnêtrznej, samonapêdzaj±cej siê dynamiki i ekspansywno¶ci, która czyni z niej potê¿n± si³ê zmieniaj±c± ludzki ¶wiat ci±gle na lepsze. Wszelkie d±¿enia do sp³aszczania hierarchii naukowej s± dla ¶rodowiska naukowego dysfunkcjonalne. Has³a demokracji i egalitaryzmu s± w odniesieniu do nauki czyst±, populistyczn± demagogi±. Z elitarno¶ci nauki wynika jasno, ¿e zawsze wybitni bêd± stanowili mniejszo¶æ, zatem w demokratycznej wrzawie nie bêd± us³yszani. I dlatego w nauce „g³os mas” – na przyk³ad na temat likwidacji tytu³ów profesorskich czy zniesienia habilitacji – nie mo¿e byæ wyznacznikiem polityki.
Przeciwnie, reforma musi zmierzaæ do naprawienia tych egalitarnych i „demokratycznych” zniekszta³ceñ, jakim model kariery akademickiej uleg³ w latach dziewiêædziesi±tych. Mam na my¶li sztuczne „przy¶pieszanie” niezas³u¿onych karier, notoryczne nadu¿ycia zwi±zane z zupe³nym rozmyciem sensu pojêcia „profesor” – tytularny, uniwersytecki, uczelniany – nadawanie miana profesorów przez uczelnie niepañstwowe osobom bez habilitacji, ci±g³a obni¿ka standardów przy awansach w imiê „odm³odzenia kadry” lub jako symboliczna rekompensata za niskie zarobki itp. Nauka nie posunie siê ani o krok naprzód nawet je¶li wszystkich magistrów nazwiemy profesorami. Starsi z nas pamiêtaj± niechlubne tradycje masowych mianowañ tak zwanych marcowych docentów. Wiemy, co to przynios³o nauce.
Tak wiêc uwa¿am za potrzebne:
(1) Przywrócenie prostej i jednoznacznej relacji pomiêdzy hierarchi± stopni i tytu³ów naukowych a hierarchi± stanowisk w szkolnictwie wy¿szym czy instytutach badawczych: magister – asystent, starszy asystent; doktor – adiunkt; doktor habilitowany – docent; profesor nadzwyczajny – profesor nadzwyczajny; profesor zwyczajny – profesor zwyczajny; profesor honorowy.
W momencie uzyskania odpowiedniego tytu³u, otrzymanie stanowiska powinno byæ uprawnieniem egzekwowanym automatycznie i nie podlegaj±cym ¿adnej odrêbnej procedurze kwalifikacyjnej. I odwrotnie, uzyskanie stanowiska bez odpowiedniego stopnia lub tytu³u by³oby wykluczone. Udany doktorat otwiera dostêp do pierwszej kurii w ¶rodowisku naukowym; kryterium jest tu opanowanie istniej±cej wiedzy i tajników warsztatu naukowego. Habilitacja otwiera dostêp do kurii wy¿szej; kryterium powinna tu stanowiæ oryginalno¶æ wyniku, odwaga i nowatorstwo metody, wyra¼nie skrystalizowana specjalizacja badawcza. Tytu³ profesora nadzwyczajnego pozwala wej¶æ do kurii jeszcze wy¿szej; poza wag± oryginalnych rezultatów trzeba tu braæ pod uwagê równie¿ rolê w zapewnieniu kontynuacji nauki poprzez kszta³cenie kadr nastêpców, w szczególno¶ci doktorów. Tytu³ profesora zwyczajnego, otwieraj±cy wrota do kurii bardzo ju¿ ekskluzywnej, powinien ³±czyæ siê z dwoma dodatkowymi kryteriami: ¶wiatowym odd¼wiêkiem wyników badawczych oraz stworzeniem podstaw nowej szko³y naukowej. Ostatecznym arbitrem pozycji w nauce mo¿e byæ tylko ¶wiatowe ¶rodowisko naukowe danej dyscypliny. Dlatego na szczeblach profesorskich udzia³ w ¶wiatowym ¶rodowisku naukowym – przez referaty konferencyjne, wyk³ady go¶cinne, odczyty, artyku³y, ksi±¿ki w jêzykach kongresowych – musi byæ uwa¿any za kryterium niezbêdne.
(2) Drugi postulat to powrót do dwóch szczebli profesur „belwederskich”: tytu³u profesora nadzwyczajnego i tytu³u profesora zwyczajnego, przy wprowadzeniu dodatkowo tytu³ów trzeciego stopnia, przyznawanych wyró¿niaj±cym siê profesorom zwyczajnym zatrudnionym w uniwersytetach (i tylko w uniwersytetach) przez senaty uczelni – mianowicie tytu³u „profesora honorowego”. O ile dwa tytu³y by³yby wa¿ne w skali ogólnopolskiej, ten trzeci by³by autonomicznym tytu³em danego uniwersytetu, wyró¿nieniem dla swojego, szczególnie zas³u¿onego pracownika, traconym w przypadku zmiany miejsca pracy. W kategorii profesorów zwyczajnych powinna zostaæ stworzona dodatkowa, hierarchiczna drabinka skali uposa¿enia – kilkustopniowa. O awansie w tej hierarchii decydowa³by rektor uczelni, na podstawie – uzasadnionego nowym istotnym dorobkiem naukowym – wniosku zainteresowanego.
(3) Jestem za utrzymaniem habilitacji jako procedury analogicznej do amerykañskiego tenure, oznaczaj±cej ca³o¶ciow± ocenê dorobku, daj±cej prawo samodzielnego wyk³adania i prowadzenia m³odszej kadry, przy uproszczeniu formalnym – rezygnacji z wyk³adu habilitacyjnego.
(4) Jestem za zaostrzeniem rygorów i skróceniem okresów rotacji, co jest jedynym sposobem wymuszenia bardziej intensywnej pracy i wcze¶niejszego pokonywania kolejnych szczebli kariery naukowej. Ale równocze¶nie niezbêdne jest stwarzanie pracownikom udogodnieñ, a zw³aszcza zapewnianie puli czasu na pracê badawcz±, na przyk³ad przez przed³u¿enie urlopów dydaktycznych dla zdobywania kolejnych stopni i uczynienie z takich urlopów uprawnienia, a nie przywileju pracownika, czy otwarcie mo¿liwo¶ci okresowego przenoszenia na stanowiska wy³±cznie badawcze – bez dydaktyki – je¶li wymaga tego ukoñczenie jakiego¶ wa¿nego przedsiêwziêcia badawczego.
(5) Niezbêdne jest utrzymanie Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej lub cia³a podobnego, z³o¿onego z uznanych autorytetów naukowych – dla podtrzymywania wysokich i jednolitych kryteriów awansowych. CKK nie powinna siê ograniczaæ do oceny pojedynczych przypadków, lecz okresowo formu³owaæ wytyczne (dyrektywy, interpretacje ustawy), które by³yby wi±¿±ce dla ¶rodowiska (podobnie, jak czyni to S±d Najwy¿szy przy interpretacji prawa).
(6) Trzeba usilnie zmierzaæ do ustanowienia wyra¼nej hierarchii uniwersytetów i innych uczelni, poprzez rankingi co 2-3 lata, przeprowadzane przy pomocy jednolitych, wystandaryzowanych kryteriów przez odpowiednie s³u¿by Komisji Akredytacyjnej (a nie przypadkowe czasopisma). Rankingi powinny byæ publicznie og³aszane. W przypadku uczelni pañstwowych od miejsca w rankingu powinna byæ uzale¿niona wielko¶æ (zró¿nicowanej) dotacji bud¿etowej, a w przypadku uczelni niepañstwowych wysokie miejsca w rankingu powinny siê wi±zaæ z precyzyjnie okre¶lon± ulg± podatkow±. Skala wynagrodzeñ pracowników powinna byæ skorelowana z miejscem w rankingu (a nie zrównana w ró¿nych uczelniach). W ten sposób zatrudnienie w presti¿owej uczelni przynosi³oby nie tylko presti¿, ale wymiern± korzy¶æ finansow±. Wytwarza³aby siê dodatkowa hierarchia – poza hierarchi± wewnêtrzn± w ka¿dej uczelni (stopni, tytu³ów i stanowisk), tak¿e hierarchia zewnêtrzna pomiêdzy ró¿nymi uczelniami. Przechodzenie pracowników miêdzy uczelniami uzyska³oby siln± motywacjê, co mog³oby przeciwdzia³aæ fatalnej tendencji zatrudnienia w jednej uczelni od magisterium do emerytury.
(7) Najwiêksz± wagê ma – w takim modelu – wypracowanie kryteriów oceny i podwy¿szenie merytorycznych i moralnych standardów „sêdziów” stosuj±cych te oceny (od recenzji doktoratów, przez ocenê dorobku przy procedurach profesorskich, a¿ po nadawanie rang uniwersytetom i innym uczelniom). Temu s³u¿yæ mo¿e regu³a powo³ywania przy doktoratach wy³±cznie recenzentów zewnêtrznych (z innych uczelni), a przy habilitacji powierzanie jej prowadzenia innej instytucji ni¿ ta, w której zatrudniony jest kandydat (w tym przypadku odpowiedni± ocenê przydatno¶ci zawodowej dostarcza³aby jedna, obowi±zkowa recenzja z jego uczelni czy ¶rodowiska). Kierowanie habilitacji do poszczególnych uczelni powinno byæ zadaniem CKK, co pozwoli na dopasowanie merytoryczne, a zarazem proporcjonalny rozdzia³ zadañ i obowi±zków zwi±zanych z przeprowadzeniem habilitacji miêdzy ró¿ne uczelnie.
(8) Przy wszelkich ocenach najwa¿niejsze s± jako¶ciowe, a nie ilo¶ciowe diagnozy dorobku naukowego. Nie we wszystkich dyscyplinach mo¿liwe jest stosowanie listy filadelfijskiej czy impact factor, ale ka¿da dyscyplina ma mo¿liwo¶æ odró¿nienia czasopism presti¿owych, recenzowanych od publikacji lokalnych, wydawnictw o minimalnym zasiêgu i wydawnictw o najwy¿szym presti¿u. To, gdzie siê publikuje, jest bardzo wa¿nym wska¼nikiem jako¶ci publikacji. Wyra¼niejsze musi byæ odró¿nianie publikacji naukowych od popularyzacji czy publicystyki – te¿ wa¿nej dla roli uczonego, ale jednak inaczej ni¿ w³a¶ciwe prace badawcze. Trzeba te¿ zdawaæ sobie sprawê, ¿e w ró¿nych dyscyplinach nauki ró¿ne s± typy publikacji naukowych, bêd±cych symbolicznym znamieniem „mistrzostwa” czy samodzielno¶ci. O ile w naukach przyrodniczych s± to najczê¶ciej zbiory artyku³ów, czêsto wspó³autorskich, o tyle w naukach humanistycznych i spo³ecznych form± prezentacji wyników badawczych jest najczê¶ciej indywidualna ksi±¿ka. Dlatego w tych dziedzinach wymóg „ksi±¿ki habilitacyjnej” czy „ksi±¿ki profesorskiej” nie jest bynajmniej pozbawiony sensu, jak zdaj± siê s±dziæ niektórzy krytycy z krêgów przyrodoznawczych.
(9) Nale¿y bardzo rozbudowaæ repertuar nagród – pañstwowych, resortowych, uczelnianych – przyznawanych za wyró¿niaj±ce siê osi±gniêcia. Powinny one stanowiæ wa¿ne narzêdzie polityki naukowej, wskazuj±ce w symboliczny sposób, jakie wyniki i na jakim obszarze przedmiotowym s± najbardziej po¿±dane i najwy¿ej cenione. Ale oczywi¶cie uznanie tego rodzaju nie mo¿e byæ motywacj± naczeln± czy tym bardziej jedyn±. Ci, którzy na uznanie poluj±, czêsto s± ³owcami sukcesu pozornego, „sukcesu bez osi±gniêæ”. Ale równie smutn± jest kategoria „osi±gniêæ bez sukcesu”, mieszcz±ca tych, których wa¿ne wyniki nie znajduj± rezonansu w licz±cych siê nagrodach.
(10) Powinny zostaæ stworzone mechanizmy „marketingu naukowego”, a wiêc celowej i fachowo prowadzonej promocji wybitnych badaczy na ró¿nych szczeblach kariery, co pozwoli budowaæ wzorce osobowe, odpowiednie dla ró¿nych szczebli a na szczeblach najwy¿szych prawdziwe autorytety naukowe. To samo dotyczy promocji najlepszych uczelni, które musz± stawaæ siê modelami do na¶ladowania dla ca³ego ¶rodowiska.
Jak wynika z powy¿szego, nie widzê ¿adnego uzasadnienia dla rewolucyjnych pomys³ów przebudowy mechanizmów awansu na obszarze nauki. Sk±d u mnie taki konserwatyzm? Po prostu st±d, ¿e w moim w³asnym ¿yciowym do¶wiadczeniu dotychczasowe mechanizmy siê sprawdzi³y. Nie narzekam i chcia³bym, aby podobne szanse awansu zyskali inni. Opowiadam siê wiêc za utrzymaniem wiêkszo¶ci zwyczajów wypracowanych w polskim ¶rodowisku naukowym, przy silnym d±¿eniu do ich doskonalenia czy naprawy tam, gdzie wystêpuj± zjawiska patologiczne. Kilka nowych propozycji zmierza do podnoszenia poziomu merytorycznego ¶rodowiska naukowego na wszystkich szczeblach kariery naukowej. Nie obawiajmy siê elitaryzmu w nauce, o ile droga do elity obwarowana jest merytokratycznymi procedurami kooptacji i pozostawiona autonomicznej gestii samego ¶rodowiska naukowego. Bez uznanych bowiem autorytetów, ekskluzywnych elit i nieustannego d±¿enia do bycia lepszym od innych nauka obumiera.