OSparametryzowaæesowe ocenianie pojedynczych uczonych i instytucji naukowych jest niew±tpliwie potrzebne ze wzglêdów praktycznych. Najwa¿niejsza chyba jest w tym wzglêdzie sprawa finansowania badañ, prowadz±cych je instytucji i poszczególnych pracowników. O pieni±dzach tych decyduj± na najwy¿szych szczeblach politycy, a na ni¿szych urzêdnicy. S±dz±c z bud¿etów uchwalanych w ostatnich latach, ci pierwsi, niezale¿nie od reprezentowanej opcji politycznej, uwa¿aj± naukê za rodzaj bud¿etowego balastu. Urzêdnicy za¶ dziel± przydzielone przez polityków „och³apy”, przypisane w bud¿ecie pañstwa nauce, pos³uguj±c siê nie zawsze jasnymi kryteriami. Na szczeblach najni¿szych, na przyk³ad na poziomie wydzia³u, nastêpuj± kolejne podzia³y.
Z perspektywy rz±dowej nauka to po prostu jeden z resortów, dziedzina ¿ycia spo³ecznego, któr± – choæ zapewne niechêtnie – trzeba finansowaæ z pieniêdzy publicznych. Spo³eczeñstwo, czy jak chc± inni – naród, rêkami swoich przedstawicieli podejmuje decyzje o podziale pieniêdzy podatników miêdzy poszczególne instytucje publiczne. W¶ród nich nauka konkuruje miêdzy innymi z ochron± zdrowia czy wojskiem. W takich zawodach nauka stoi z góry na straconej pozycji, jako ¿e stanowi przedmiot finansowania niezbyt wyra¼nie okre¶lony, ma³o konkretny, a tak¿e s³abo przewidywalny. Znacznie ³atwiej bowiem, przeliczywszy rzecz na pieni±dze, przewidzieæ, o ile wiêcej osób mo¿e prze¿yæ dziêki zakupieniu na przyk³ad nowych aparatów do dializy b±d¼ nowoczesnych urz±dzeñ diagnostycznych. £atwiej te¿ – jak siê zdaje – okre¶liæ, jak wzro¶nie si³a bojowa armii dziêki zmianie umundurowania i wprowadzeniu nowego rodzaju skarpetek. W sferze nauki natomiast trudno przewidzieæ, jakie odkrycia zostan± poczynione dziêki sfinansowaniu tych czy innych kierunków badañ, zw³aszcza w dziedzinach podstawowych. Znaczenie ogólnocywilizacyjne czy kulturowe rozwoju nauki nie ma tu w zasadzie nic do rzeczy, bo z rozpowszechnionego punktu widzenia pieni±dze to rzecz konkretna i konkretne po¿ytki powinny p³yn±æ z ich u¿ywania.
W prawie wszystkich etapach przydzielania pieniêdzy na naukê uczestnicz± przedstawiciele zainteresowanych ¶rodowisk, czyli naukowcy, czy to pe³ni±c role urzêdników, czy wchodz±c w sk³ad gremiów opiniuj±cych. (Pomijam aspekt – interesuj±cy byæ mo¿e z perspektywy psychologicznej b±d¼ socjologicznej – wystêpowania uczonych w roli reprezentantów spo³eczeñstwa lub w³adzy, kiedy to zdaje siê podlegaæ zmianie ich widzenie rzeczywisto¶ci.) W obydwu przypadkach pojawia siê do¶æ naturalna tendencja do – czasem pod¶wiadomego – faworyzowania jednych, oczywi¶cie kosztem innych, bo przecie¿ „tort” do podzia³u ma mocno ograniczon± wielko¶æ. Decyduj±cy o rozdziale pieniêdzy s± tylko lud¼mi i trudno siê spodziewaæ, by w podejmowanych decyzjach zachowywali doskona³y obiektywizm. Jak g³osi znane powiedzenie (wziête ponoæ z Plauta), bli¿sza cia³u koszula, ³atwiej zatem zrozumieæ potrzeby w dziedzinach zbli¿onych do w³asnej ni¿ w innych, o których ma siê nieco mniejsze pojêcie.
Oczywi¶cie, warto tu postawiæ pytanie: co w tym kontek¶cie oznacza obiektywizm? albo dok³adniej: czy mo¿na jako¶ sparametryzowaæ znaczenie tych czy innych osi±gniêæ w ró¿nych dziedzinach tworzenia wiedzy, w szczególno¶ci za¶ nauki, i to najlepiej w sposób interdyscyplinarny? Innymi s³owy, by³oby dobrze móc przypisaæ badaniom w ró¿nych dziedzinach jakie¶ obiektywne, a zarazem porównywalne wielko¶ci (najlepiej liczbowe, ewentualnie wielowymiarowe), by nastêpnie za ich pomoc± móc zestawiaæ ze sob± wyniki osi±gniête w naukach podstawowych i aplikacyjnych albo ¶cis³ych i humanistycznych. Poniewa¿, jak argumentuj± niektórzy, ¶cis³e rozgraniczenie miêdzy dzia³alno¶ci± stricte naukow± (rozwijanie nauki) a pojêciem szerszym, jakim jest tworzenie wiedzy, nie jest mo¿liwe, najlepiej, by taka parametryzacja pozwala³a oceniaæ tak¿e efektywno¶æ tego drugiego, czyli szeroko pojêtego wzbogacania wiedzy. Do tego jednak, jak siê wydaje, droga jeszcze daleka.
Je¶li chodzi o naukê, a zw³aszcza jej dziedziny bardziej podstawowe, w których efektem pracy s± publikacje, a efektywno¶æ mierzona jest parametrami odnosz±cymi siê do liczby publikacji i cytowañ oraz rozmaitych wspó³czynników znaczenia (impact factor), jest sporo ró¿nych propozycji, o których mia³em parokrotnie okazjê wspominaæ w tym miejscu. Optowanie za konkretnym kryterium ustalania rankingu znaczenia osi±gniêæ b±d¼ ich autorów – czy bêdzie nim cytowalno¶æ, czy impact factor czasopism, w których zamieszczane s± publikacje, czy jakie¶ bardziej skomplikowane parametry – w du¿ym stopniu zale¿y od „korzeni naukowych” osób podejmuj±cych decyzje o wyborze kryterium – czy to bezpo¶rednio, czy po¶rednio, w roli eksperta czy doradcy jakich¶ organów decyzyjnych. I tak, na przyk³ad, mo¿na zauwa¿yæ do¶æ siln± dodatni± korelacjê miêdzy osi±gniêciami w dziedzinie nauk podstawowych a argumentowaniem za wyj±tkowym znaczeniem tzw. listy filadelfijskiej Fot. Stefan Ciechanasopism w ocenie warto¶ci publikowanych prac.
Gdy mowa o podej¶ciu ponaddyscyplinarnym, warto wspomnieæ zaobserwowane przez przywo³anego ju¿ kiedy¶ w tym miejscu Igora Podlubnego „prawo sta³ych stosunków” ¶redniej liczby cytowañ w ró¿nych dziedzinach nauki. Ostatnio przedstawi³ on artyku³, napisany wraz z Katarin± Kassayov±, w którym pokazuje, i¿ podobne (z nieco innymi wspó³czynnikami) prawo sta³ych stosunków mo¿na zaobserwowaæ w odniesieniu do najczê¶ciej cytowanych autorów prac reprezentuj±cych ró¿ne dziedziny nauki (zob. www.arxiv.org/ math.ST/0603024). W za³±czniku autorzy zamieszczaj± przygotowan± na podstawie tej obserwacji i danych uzyskanych z uznanych ¼róde³ (Thomson ISI, witryna internetowa In−Cites i publikacje amerykañskiej NSF) interdyscyplinarn± listê 200 „supergwiazd” w dziedzinie cytowañ. Warto siê jej przyjrzeæ, maj±c wszelako na uwadze przedstawione w zakoñczeniu pracy zastrze¿enia na temat jako¶ci wykorzystanych danych i uzyskanych wyników.
Zastrze¿enia ogólniejszej natury, dotycz±ce parametrycznego oceniania osi±gniêæ naukowych (w szerokim znaczeniu tego s³owa), wysuwa z kolei w swoim artykule J.C. Barmejo Barrera (arxiv.org/physics/0602167). Formu³uje on mianowicie sze¶æ za³o¿eñ, na których opieraj± siê owe ilo¶ciowe i jako¶ciowe metody oceny osi±gniêæ w dziedzinie nauki i szerzej: tworzenia wiedzy. S± w¶ród nich stwierdzenia takie jak to, ¿e tylko naukowcy potrafi± oceniæ rozwój swojej dziedziny oraz ca³y instytucjonalny, polityczny i ekonomiczny system tworzenia wiedzy, ¿e produkcja wiedzy jest formalnym procesem daj±cym siê mierzyæ ilo¶ciowo za pomoc± parametrów o uniwersalnym znaczeniu, ¿e podstawow± „jednostk± miary” jest dowolnego rodzaju publikacja albo ¿e wszelkie publikacje daj± siê uszeregowaæ pod wzglêdem rangi, zgodnie z obiektywnymi kryteriami.
Nastêpnie pokazuje podstawowe s³abo¶ci tych pseudoaksjomatów, a nawet ich wewnêtrzn± sprzeczno¶æ, zw³aszcza w perspektywie porównañ miêdzydyscyplinarnych. Krytykuj±c na przyk³ad próby uniwersalizacji kryterium cytowalno¶ci w obrêbie wszystkich dziedzin wiedzy, wskazuje miêdzy innymi, ¿e w naukach humanistycznych nierzadko zdarza siê, i¿ praca jest cytowana w kontek¶cie krytycznym wzglêdem jej tre¶ci, a zatem cytowanie niekoniecznie dobrze ¶wiadczy o jej warto¶ci.
W ¶wietle oczywistego faktu, ¿e jaki¶ system ocen jest konieczny w praktyce do dzielenia ograniczonych ¶rodków materialnych, bo nie da siê finansowaæ wszystkiego, J.C. Barmejo Barrera podaje kilka idei, które winny przy¶wiecaæ takim ocenom. Pisze miêdzy innymi o tym, ¿e nie nale¿y braæ pod uwagê wy³±cznie (w±sko pojmowanej) nauki, ale ró¿ne rodzaje wiedzy, uwzglêdniaj±c przy tym, i¿ wiedza mo¿e byæ tworzona na ró¿ne sposoby. Dalej, ¿e oceny uzyskane w ten czy inny sposób w poszczególnych dziedzinach winny bezpo¶rednio przek³adaæ siê na finansowanie badañ i badaczy, ¿e niejednorodno¶æ sposobów produkcji wiedzy jest zwi±zana z ró¿nymi systemami warto¶ci, a hierarchia tych warto¶ci nie jest ustanawiana przez naukowców, lecz stanowi wynik historycznego rozwoju spo³eczeñstwa. Wreszcie, ¿e obecny etap rozwoju cywilizacji (zachodniej) wymaga, by hierarchia warto¶ci, brana pod uwagê w ocenie osi±gniêæ w sferze wiedzy czy nauki, by³a zgodna z najwa¿niejszymi zasadami demokratycznego spo³eczeñstwa, w tym z Deklaracj± Praw Cz³owieka.
Czytaj±c te koñcowe sformu³owania, zrazu nie bardzo umia³em poj±æ, jak siê maj± warto¶ci demokratyczne do oceny znaczenia osi±gniêæ naukowych na przyk³ad w dziedzinie fizyki teoretycznej. Jako fizyk bez szczególnych ci±got w stronê polityki – co przed wielu laty oficer polityczny LWP uj±³ w moich „papierach” za pomoc± okre¶lenia „emigrant wewnêtrzny” – chyba nie do koñca rozumiem ogólne zwi±zki miêdzy nauk± a polityk±.
Us³yszawszy jednak w ¶rodkach masowego przekazu stwierdzenie jednego z najbardziej wp³ywowych obecnie w naszym kraju polityków, ¿e wyró¿nikiem prawdziwej polskiej inteligencji jest taki−a−taki rodowód, j±³em siê zastanawiaæ, czy niebawem w formularzach ocen pracowników naukowych, obok rubryk dotycz±cych liczby publikacji, impact factorów czasopism, w których by³y publikowane itp., nie pojawi± siê rubryki dodatkowe, dotycz±ce szczegó³owych informacji na temat rodowodu ocenianego delikwenta do trzeciego czy pi±tego pokolenia wstecz. I jak bêd± one sparametryzowane? Zaraz potem nasz³a mnie w±tpliwo¶æ, czy ongi¶, „emigruj±c” jedynie „wewnêtrznie”, w ¶wiat uniwersalnych idei naukowych i kulturalnych, nie pope³ni³em najwiêkszego ¿yciowego b³êdu.