Czasy s, jak to okreli w tytule jednej ze swych ostatnich ksiek Stanisaw Lem, „takie”. Niby kady widzi, jakie s, ale jakby nie dowierza. W ostatnim bodaj z drukowanych na amach „Tygodnika Powszechnego” felietonw pisa autor „Summy technologiae”: „Z jednej strony uwaam, e nie naley narusza cudzych hierarchii wartoci (...), ale z drugiej – trudno si poddawa dyktatowi przemocy”. To zdanie o tyle mi odpowiada, e wci si z mniej lub bardziej widoczn przemoc spotykam. Przeyem ju kilka fal swoistego terroryzmu paranaukowego, co szczeglnie w naukach humanistycznych jest do mocno odczuwalne ze wzgldu na nastpujce tu po sobie „−izmy”, ostatnio bodaj postmodernizm (ju kiedy powiedziaem, e czekam na postidiotyzm). Terror to moe okrelenie zbyt dosadne, niemniej przecie wida i sycha w jzyku modych, wkraczajcych w ycie naukowe ludzi, i poddaj si oni modnym w danej chwili terminom i pojciom, e zatem pozwalaj si uwizi w dominujcym dyskursie, ktry z jednej strony – jako narzecze „wtajemniczonych” – pozwala im znale swe miejsce we wsplnocie, z drugiej jednak uniemoliwia lub tylko utrudnia samodzielne mylenie.
Jak tutaj wyj na swoje? Przede wszystkim – stara si zachowa dystans i wiczy zdolno kontrolowania samego siebie. Tu pomocna wydaje si metoda filozofii analitycznej nakazujca nieustanne definiowanie poj, ktre zdaj si „powszechnie zrozumiae”, a czsto, gdy podda je rozbiorowi krytycznemu, okazuj si dalece niejednoznaczne, nieostre, a nieraz po prostu mylce. Powstaje sytuacja, ktra, jak to w jednym z wierszy napisa Rafa Wojaczek, sprawia, e dajemy si „nabra na jzyk, ktrego nie byo”. Po drugie – naley chyba dy do kontrolowania zwaszcza tych pogldw i zaoe, ktre wydaj si nam atrakcyjne, czyli, mwic inaczej, stara si nie poddawa bezrefleksyjnie uwodzcym nas formuom jzykowym, nie przyjmowa na wiar podawanych nam argumentw, lecz prbowa je sprawdzi. Nie naley sobie dowierza.
Rzecz w tym jednak, e takie „wychodzenie na swoje” moe nas zaprowadzi w rejony niebezpieczne. Oto bowiem nie ulegajc panujcej modzie, moemy zosta w naszym rodowisku zmarginalizowani. A to bolesne i nieprzyjemne – kademu bowiem zaley w jakim stopniu na akceptacji, na budowaniu wizi z innymi. Samotno, cho sprzyja intelektowi, bywa nieznona: do o tym poczyta w „Dzienniku 1954” Leopolda Tyrmanda, szczeglnie w tych partiach, w ktrych mowa o pozostajcym na dalekich marginesach ycia literackiego Zbigniewie Herbercie. Gdyby klimaty przeomu lat czterdziestych i pidziesitych utrzymay si jeszcze przez dekad, los tego poety i eseisty raczej nie byby godny pozazdroszczenia. Czy potrafiby wytrwa przy swoim? Kto wie? Wszak pisa w „Potdze smaku”, e kuszono zbyt prymitywnie, prostacko. A gdyby kuszono w sposb bardziej wyrafinowany?
Przy czym, rzecz jasna, sama niezaleno, cho jest wartoci, nie gwarantuje intelektualnie wysokiego poziomu. Wybitny skdind filozof, jakim by Martin Heidegger, uleg systemowi nazistowskiemu, co przecie w adnej mierze nie pomniejsza rangi jego dziea naukowego, podobnie jak poparcie dla nazistw nie sprawia, i podawa mona w wtpliwo wielko poezji Ezry Pounda. I na odwrt – opr przeciwko zbrodniczym systemom nie daje gwarancji geniuszu naukowego lub artystycznego. A pisz o tym dlatego, e „takie czasy”, w ktrych nam y przyszo, zdaj si promowa mieszanie rnych porzdkw i od duszego czasu, ba!, od dziesicioleci ju obserwuj tendencje do politycznego czy ideologicznego pitnowania dzie ludzi innych opcji. Kiedy, w pocztkach lat dziewidziesitych, przeoyem wiersze jednego z poetw dawnej NRD, ktry, po otwarciu teczek, okaza si wsppracownikiem tajnej policji, o czym zreszt, gdy te tumaczenia publikowaem, nikt jeszcze nie mia zielonego pojcia. I oto spotkany na ulicy kolega powiada, e tumacz komunistycznego szpicla. Troch, przyznam, mnie to poruszyo, zrobio mi si nieprzyjemnie i gupio. Lecz tylko przez moment. Bo o co chodzi? Nieprawda, odparem mojemu znajomemu, nie tumaczyem komunistycznego szpicla, przeoyem dwa dobre wiersze.
Niby to wszystko dalekie od spraw naukowych. Czy rzeczywicie? Ot od czasu, gdy midzy innymi zajmuj si nauk o dziennikarstwie – a szk tego typu jest wiele i wci powstaj nowe – wiem, e ideologiczne klimaty nie daj si zupenie wyrugowa. Zapewne inaczej pojmuje si funkcje i rol dziennikarstwa w szkole stworzonej przez ojca Rydzyka, a inaczej na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego czy w Collegium Civitas. Trudno si temu dziwi, ale jednoczenie zasadne wydaje si pytanie o standardy tego nauczania, o dobieranie lektur, o rodzaj praktyk. To samo dotyczy jednak moe psychologii czy socjologii lub historii, a wreszcie i prawa – tu nie bez znaczenia pozostaj opcje wykadowcw, wybr tych, a nie innych teorii wychowania, pojmowania choroby psychicznej, koncepcji spoeczestwa, zasad interpretacji faktw spoecznych czy zdarze z dalszej lub bliszej przeszoci. Nie ma wyjcia – pki co, w tej materii panuje u nas pluralizm, ale przecie nie zupena dowolno i samowola. Znam wypadek, gdy studenci zwrcili si do wadz uczelni, by ograniczyy zapa ideologiczny jednego z wykadowcw literatury wspczesnej, redukujcego pisarstwo do sfery politycznej. Nie wiem, co prawda, jak owe wadze zareagoway, niemniej taka postawa studentw, wykazujcych opr wobec prby ich indoktrynacji, wydaje si wysoce chwalebna. Ale te do pewnego stopnia. Bo ci sami studenci mog przecie, jak to bywao na Zachodzie w latach szedziesitych, wybra ideologiczny terror. Gdzie winna by w tym wszystkim zachowana rwnowaga, a jej zasady doskonale wykada cytowana wyej myl Lema.