Richard Dawkins, bo tak nazywa siê cz³owiek okre¶lany przez magazyn „Discovery” rottweilerem Darwina, zaliczany jest do trójki, obok Umberta Eco i Noama Chomsky’ego, najwybitniejszych intelektualistów znanych szerokiej publiczno¶ci. Richard Dawkins, autor kontrowersyjnego, przynajmniej w Polsce, dzie³a Bóg urojony, dalej dosiada swego ulubionego konika – ewolucji. Na szczê¶cie ze swym lekkim stylem, wyja¶niaj±cym wszystko tak prosto jak tylko siê da – choæ na szczê¶cie nie pro¶ciej, jak to mawia³ inny wielki, Albert Einstein – Richard Dawkins daje siê czytaæ, dziêki Bogu. Choæ mo¿e po prostu powinnam powiedzieæ dziêki przypadkowi? Albowiem ten walcz±cy spadkobierca my¶li Darwina zastrzega siê, ¿e broni³ bêdzie teorii ewolucji do upad³ego, albowiem jest ona nie tylko wiekopomnym odkryciem, ale i rodzajem wspó³czesnej mitologii czy ekwiwalentem religii.
Dla wspó³czesnych, my¶l±cych kategoriami nauki ludzi wszelkiego rodzaju religie s± absolutnie zbêdne, wszystko bowiem daje siê wyt³umaczyæ naukowo i logicznie, bez uciekania siê do istnienia jakiego¶ przedwiecznego rodzica, który karze i nagradza. Oczywi¶cie, przeciwnicy darwinizmu twierdz±, ¿e powstanie cz±steczki o¿ywionej z nieo¿ywionej, czyli pierwszej b±d¼ pierwszych ¿ywych komórek z tzw. zupy elektronowej, jest równie prawdopodobne, co zmontowanie nowego mercedesa z czê¶ci znalezionych na z³omowisku, a pó¼niejsze powstanie z tej¿e pierwszej komórki takiej korony stworzenia, jak cz³owiek, przyrównuj± do wybuchu w bibliotece, po którym znajdujemy na zgliszczach powsta³± wskutek tego¿ encyklopediê. Ale, jak twierdzi Dawkins, czy¿ nie mog³o siê tak faktycznie zdarzyæ, skoro wszystkie badania naukowe to potwierdzaj±? Czy¿ przez tyle miliardów lat nie móg³ nast±piæ taki w³a¶nie wybuch w bibliotece? Rachunek prawdopodobieñstwa wykazuje, ¿e jednak tak mog³o byæ. I tego za³o¿enia, popartego zreszt± naukowymi dowodami, Dawkins broni jak wspomniany wcze¶niej rottweiler.
Pomijaj±c, byæ mo¿e kontrowersyjny dla pewnych ¶rodowisk, a szeroko omawiany w tej ksi±¿ce, aspekt istnienia, czy te¿ nieistnienia si³y wy¿szej, zostaje i tak wiele do czytania. Wspomniana ju¿ przeze mnie wcze¶niej lekko¶æ pióra autora daje mo¿liwo¶æ wci±gniêcia siê w problemy mrówek robotnic czy metody replikacji wirusów. Zaczyna nas strasznie interesowaæ los wiewiórek szarych, i nawet nie zauwa¿amy, jak pêczniejemy z dumy, ¿e to nasz, a nie inny gatunek przetrwa³ w walce o niszê ekologiczn±, gdy ³azili¶my jeszcze po drzewach. A wszystko przez to, ¿e, jak wiadomo, w przyrodzie przetrwaj± tylko najsilniejsi, czyli de facto ci, którzy dostali od przodków najsilniejsze geny zapewniaj±ce im sukces, a skoro to nasi przodkowie byli najsilniejsi… buduj±ce dobre samopoczucie wnioski nasuwaj± siê same.
Islam jest jeden, ale kszta³tuje go miejsce, z którego pochodzi. Z takim przes³aniem Guy Sorman, francuski pisarz i publicysta, w dodatku – jak sam siebie okre¶la – ateista, oprowadza nas po muzu³mañsko−arabskim ¶wiecie i jego wieloznacznej symbolice. Np. chusta, ten nieod³±czny element kobiecego stroju, w Egipcie równie dobrze podkre¶la religijno¶æ demonstracyjn±, co religijno¶æ pod przymusem, jak i afirmacjê niezachodniej to¿samo¶ci. To tak ró¿ne od tego, co wyra¿aj± kolorowymi krawatami m³odzi Irañczycy. Jak odmienne oblicza mo¿e mieæ wolno¶æ jednostki, przekonujemy siê towarzysz±c autorowi w Maroku – gdzie wszelkie dyskusje polityczne s± zakazane przez konstytucjê, a interesy robi siê tylko pozostaj±c lojalnym wobec dworu królewskiego, oraz w Kuwejcie – najbardziej demokratycznym kraju tego regionu, obdzielaj±cym obywateli (fakt, ¿e nierówno) zyskami ze swego naturalnego bogactwa, czyli ropy.
Sorman przeprowadza setki rozmów i zauwa¿a, ¿e realia krajów islamskich s± jak przej¶cie od czarno−bia³ego obrazu do filmu w technikolorze. Zdaje siê, ¿e tak ró¿nych ¶wiatów nic nie jest w stanie pogodziæ. Poza jednym, ale jak¿e istotnym, wyj±tkiem. Ogniwem spajaj±cym miliard muzu³manów rozproszonych po ca³ym ¶wiecie jest surowy Koran. £±czy, ale stawia te¿ przed dylematem: odrzuciæ nowoczesno¶æ dla ratowania to¿samo¶ci czy wytyczyæ po¶redni± drogê pomiêdzy religijnym objawieniem i demokracj±, daj±c± podstawy do rozwoju? Jednym s³owem, czy islam jest gotów stawiæ czo³o wyzwaniom cywilizacji? Jak najbardziej tak – stara siê udowodniæ francuski intelektualista. Wprawdzie po zach³y¶niêciu siê nowoczesno¶ci± i wszystkim, co zachodnie, wojskowi, którzy doszli do w³adzy w po³owie ubieg³ego wieku, wybrali zupe³nie inn± drogê, niemniej synteza islamu z postêpem jest mo¿liwa.
I tu pojawia siê zasadniczy problem w jego logice, który wzbudza w±tpliwo¶ci czytelnika. Rifa’a at−Tahtawi, XIX−wieczny arabski reformator, zaszczepi³ w muzu³mañskim ¶wiecie europejskie innowacje. Nie odrzuci³ przy tym ducha ani litery koranicznego objawienia. A co z jego „dzieæmi”? Kiedy Sorman ukazuje powik³ane losy pisarki Taslimy Nasreen, która w Bangladeszu uwa¿ana jest za wroga muzu³manów, a nie – jak na ca³ym ¶wiecie – za adwokatkê praw kobiet, mo¿na zadaæ pytanie, czy dobrze odrobiono lekcje z nauk Rifa’y. Podobnie, gdy podró¿uj±ca po ca³ym ¶wiecie saudyjska ksiê¿niczka Reem wyra¿a opiniê, ¿e to nie islam uciska kobiety, lecz bieda, a dominacja mê¿czyzn, owszem, wystêpuje, ale tylko poza domem.
Tak, wspó³czesne dzieci Rifa’y bardziej przypominaj± Prama, 70−letniego indonezyjskiego pisarza, wygl±daj±cego na pogodzonego z czasami, w których przysz³o mu ¿yæ. Chocia¿ my¶li niezale¿nie – co mu siê chwali – i do tego namawia swoich studentów, to nie ma mocy sprawczej, by poprowadziæ ich ku Zachodowi. Oni te¿ zreszt± siê nie kwapi±. Mo¿e z wyj±tkiem Irañczyków, obnosz±cych siê ze swoim prozachodnim nastawieniem, które zreszt± wiêcej ma z kontestacji tego, co wokó³, ni¿ z realnej wewnêtrznej potrzeby. Nawet my¶l±c o dostosowaniu siê do Zachodu, nie chc± go zrozumieæ. Czy aby na pewno Rifa’ie o to chodzi³o? I czy, zgodnie z tez± autora, to Zachód ma coraz wiêkszy wp³yw na ¿ycie muzu³manów, czy raczej odwrotnie? Po lekturze ksi±¿ki Sormana, trochê na wyrost okre¶lanego Orian± Fallaci w spodniach, odpowiedzi na te pytania wcale nie bêd± ³atwiejsze.
Czy mo¿na porównaæ losy wypêdzonych w czasie II wojny ¶wiatowej Niemców i Polaków? Tych, którzy tê wojnê wywo³ali i zrealizowali jej najpotworniejsze przejawy na niespotykan± wcze¶niej skalê i tych, którzy stali siê jej ofiarami? Tych, którzy ruszyli na podbój Europy, by stworzyæ na jej terenie „nowy porz±dek” i ofiar tego „nowego porz±dku”? Zdecydowanie nie. Autor w zasadzie to rozumie i zaznacza we wstêpie. Jednak intencje to jedno, a wymowa ksi±¿ki – drugie. Wydaje mi siê, ¿e mo¿na tê ksi±¿kê rozumieæ rozmaicie.
Gdy Thomas Urban pisze o cierpieniach Niemców wypêdzonych z Dolnego ¦l±ska i innych terenów, które Polska uzyska³a w wyniku wojny jako czê¶ciow± rekompensatê za ziemie utracone na rzecz drugiego agresora, to pisze jakby mocniej, ni¿ gdy omawia eksterminacjê i prze¶ladowania Polaków. Nie mogê mu odmówiæ próby zachowania obiektywno¶ci, jednak nie do koñca mu siê to uda³o. Przyk³ad: gdy pisze o ewakuacji Niemców przed frontem wschodnim, wspomina z oburzeniem o bombardowaniu i ostrzeliwaniu kolumn niemieckich uciekinierów (czy zawsze tylko cywilów?) przez rosyjskie samoloty. Jednak nie pisze, ¿e tê metodê wymy¶lili i zastosowali Niemcy we wrze¶niu 1939 w Polsce w stosunku do polskiej ludno¶ci cywilnej. W ogóle pocz±tek wojny autor omawia g³ównie w kontek¶cie prze¶ladowañ mieszkaj±cych w Polsce Niemców. Czy to jest obiektywne spojrzenie na wrzesieñ 1939?
Teraz druga sprawa. Autor wspomina o rozmowach aliantów na temat zachodnich granic Polski, staraj±c siê wykazaæ, ¿e Polacy zajêli pewne tereny bezprawnie, czyli niezgodnie z ustaleniami alianckimi, a zatem tak¿e z prawem miêdzynarodowym. Kto jednak w tej wojnie z³ama³ wszelkie prawa i zasady, a nawet tworzy³ „prawo”, które uznawa³o konieczno¶æ wytêpienia niektórych narodów? Porównuj±c wysiedlonych Polaków i Niemców, autor pomija fakt, ¿e pierwsi nie ¿±daj± zmiany granic, uznaj± skutki wojny, podczas gdy drudzy w sporej czê¶ci wci±¿ akceptuj± jedynie granice z roku 1937, czego dowiedli niedawno polscy dziennikarze telewizyjni w rozmowach prowadzonych z przedstawicielami niemieckich wypêdzonych podczas zjazdu ich organizacji. Wielu Niemców wprost przyznawa³o, ¿e obowi±zuj± granice sprzed wojny – oczywi¶cie tylko wschodnie granice Niemiec i zachodnie Polski. To zasadnicza ró¿nica rozumienia konsekwencji wojny miêdzy polskimi i niemieckimi wypêdzonymi. Nikt w Polsce nie domaga siê zwrotu Wilna i Lwowa, choæ czujemy sentyment do tych dawniej polskich miast. W Niemczech jest inaczej, czego dowodem próby odzyskania przez Niemców – czêsto zakoñczone powodzeniem – maj±tków na terenie Polski. W tym kontek¶cie wci±¿ rozliczamy siê z wojny, i to my, Polacy, a nie Niemcy. Jak¿e aktualne (i ironiczne) jest w tym kontek¶cie pytanie z piosenki Jana Kelusa: „kto w koñcu wygra³ tê ostatni± wojnê?”.
Warto jednak tê ksi±¿kê przeczytaæ. Przynosi bowiem wiele analiz i przytacza fakty, które w spo³eczeñstwie polskim pozostaj± nieznane. Dotyczy to np. uwarunkowañ prawnych zajêcia przez Polskê Ziem Zachodnich, duchowieñstwa niemieckiego na „Ziemiach Odzyskanych” czy dzia³alno¶ci polskiego ko¶cio³a katolickiego na tych terenach. W Polsce ksi±¿ka mo¿e wzbogaciæ obraz dziejów naszego kraju w aspekcie wypêdzeñ Niemców oraz przybli¿yæ ten problem osobom, które do dzi¶ maj± na ten temat mgliste pojêcie. Czy jednak tak samo stanie siê na Zachodzie, zw³aszcza w Niemczech? Mam w±tpliwo¶ci.
Gdy w roku 510 p.n.e. Rzymianie obalili króla i zapocz±tkowali republikê, wszyscy wolni ludzie stali siê obywatelami. Co roku sami wybierali urzêdników pañstwowych, a w razie potrzeby tak¿e wodzów. Do 300 roku p.n.e. s±siaduj±ce z Rzymem miasta zrezygnowa³y z niezale¿no¶ci, a ich mieszkañcy, uzyskuj±c obywatelstwo Rzymu, paradoksalnie stali siê lud¼mi wolnymi. Pod koniec II w. p.n.e. pozosta³e miasta Italii, wszystkie ju¿ z Rzymem sprzymierzone lub przez Rzym podbite, zaczê³y nak³aniaæ swych obywateli, by przyjmowali obywatelstwo rzymskie. Niebawem nawet wyzwoleñcy stawali siê obywatelami Wiecznego Miasta. Obywatelstwo rozumiane by³o jako równo¶æ pod wzglêdem godno¶ci i honoru, przy czym ten drugi termin (³ac. honores) oznacza³ prawo i zdolno¶æ do pe³nienia funkcji publicznych.
Nie znaczy to, ¿e obywatele Rzymu byli równi. Prócz ró¿nic maj±tkowych dzieli³a siê spo³eczno¶æ rzymska na trzy klasy obywatelskie: patrycjuszy – oko³o 30 rodów, ekwitów – posiadaczy maj±tku o warto¶ci 400 tys. sestercji, maj±cych prawo ubiegania siê o szereg mniej wa¿nych urzêdów publicznych oraz plebejuszy. Ci ostatni, choæ wy³±czeni z ubiegania siê o urzêdy publiczne, dostali dla ochrony urz±d trybuna ludowego, którego wybierali spo¶ród siebie.
Z obywatelstwem rzymskim wi±za³o siê prawo uczestniczenia w wyborach. Ka¿dy obywatel mia³ prawo g³osu, ten za¶ by³ do¶æ „chodliwym” towarem. Mo¿na go by³o otwarcie sprzedaæ b±d¼ kupiæ bez uszczerbku dla rzymskiej cnoty. W systemie wyborczym ustali³ siê uk³ad pomiêdzy patronem a klientem. Polega³ na wyp³aceniu gotówki w zamian za g³osowanie wed³ug instrukcji. Gdy patrona wybierano na urz±d, jego klienci mogli siê spodziewaæ intratnych kontraktów rz±dowych czy zaproszeñ na presti¿owe wydarzenia towarzyskie. Rzymianie nie widzieli w tym nic z³ego. Jak równie¿ w wykorzystywaniu stanowisk do bogacenia siê.
By zdobyæ urz±d, ambitny polityk musia³ odwo³aæ siê bezpo¶rednio do plebejskiego elektoratu. Naj³atwiej by³o uzyskaæ przychylno¶æ wyborców obsypuj±c ich podarkami i obietnicami. Pomaga³y w tym darmowa ¿ywno¶æ i rozrywki. Chêæ przypodobania siê t³umom doprowadzi³a do rozwoju igrzysk.
Oktawian, ju¿ jako cesarz August, nie chcia³ dopu¶ciæ, aby politycy zdobywali popularno¶æ dziêki mechanizmowi patronatu. Zadba³ wiêc o to, aby wy³±cznie jego klienci mogli robiæ kariery polityczne. Igrzyska – najwa¿niejsze ze znanych Rzymianom narzêdzi wp³ywania na opiniê publiczn± – zastrze¿one zosta³y dla cesarza. Odt±d nikt nie móg³ obej¶æ systemu klienteli, zwracaj±c siê bezpo¶rednio do wyborców.
Brytyjski historyk szeroko przedstawi³ sposoby oddzia³ywania na wyborczy plebs. Od pocz±tku republiki do edyktu mediolañskiego rzymskie areny ocieka³y krwi±. Zjawisko przybra³o na sile z chwil± pojawienia siê chrze¶cijañstwa. Z kart ksi±¿ki dowiadujemy siê jednak o pewnej zmianie morale Rzymian. Pocz±tek naszej ery zaznaczy³ siê zwiêkszon± trosk± o ¿ycie gladiatorów. Pojawia siê d±¿enie, by brali oni udzia³ w walkach nie tylko jeden raz, lecz wielokrotnie, st±d wiêkszy nacisk na szkolenia i zapewnienie „bezpieczeñstwa” walcz±cym ku zadowoleniu ludu.
Ksi±¿ka Bioetyka w szkole jest prób± odpowiedzi etyki chrze¶cijañskiej na problemy budz±ce najwiêcej kontrowersji w zakresie biologii i medycyny. Ma pomóc nauczycielom, biologom, katechetom, wychowawcom w podjêciu dialogu z uczniami na tematy trudne, jakie niesie ze sob± rozwój nauk biomedycznych, i w udzieleniu kompetentnej, wyczerpuj±cej odpowiedzi. Publikacja po¶wiêcona jest zwi±zanym z etyk± szczegó³ow± zagadnieniom dotycz±cym problematyki ¿ycia, w szczególno¶ci ¿ycia cz³owieka. Autorzy stawiaj± sobie za cel rozszerzenie wiedzy nauczycieli i umocowanie jej w rozstrzygniêciach etyki inspirowanej nauk± Ko¶cio³a. Spektrum podejmowanych tematów jest bardzo szerokie. Obejmuje kwestie od teorii ewolucji, poprzez zagadnienia zwi±zane z in¿ynieri± genetyczn±, prenatalnymi badaniami genetycznymi, poprzez eugenikê, aborcjê, metody regulacji urodzin, aids, transplantacjê narz±dów, a¿ do problemu eutanazji i kwestii zwi±zanych ze ¶mierci± cz³owieka. Mamy wiêc 17 rozdzia³ów, z których ka¿dy po¶wiêcony jest innemu zagadnieniu, co przy szczup³ej objêto¶ci ksi±¿ki (118 stron, licz±c ze wstêpem i spisem skrótów oraz ilustracjami, czasem, niestety, niewiele wnosz±cymi) spowodowa³o spor± zdawkowo¶æ wypowiedzi. Dziwiæ wiêc musi zapowiadana we wstêpie pomoc w udzieleniu wyczerpuj±cej odpowiedzi.
Sama idea ksi±¿ki zas³uguje na uwagê. Powsta³ bowiem podrêcznik (bo chyba tak nale¿y j± zaklasyfikowaæ) o charakterze apologetycznym, przedstawiaj±cy stanowisko Ko¶cio³a w kluczowych kwestiach wspó³czesno¶ci. Cenne s± tu zw³aszcza umieszczone w ramkach wypowiedzi Ko¶cio³a w omawianych kwestiach. Jednakowo¿ brakuje jednej podstawowej rzeczy – problematyzacji rozwa¿anych kwestii. Je¶li ma ona osi±gaæ zapowiedziane we wstêpie cele, nie mo¿na poprzestaæ na wypowiedziach Magisterium – trzeba najpierw dok³adnie przedstawiæ problem, poddaæ analizie stanowiska przeciwne, zaprezentowaæ argumentacje za tymi stanowiskami i poddaæ je rzetelnej krytyce. Niestety, poziom analizy poszczególnych zagadnieñ pozostawia wiele do ¿yczenia. Przyk³adowo, pogodzenie teorii ewolucji z nauk± Ko¶cio³a zosta³o w ksi±¿ce przeprowadzone w ten sposób, i¿ ustalono obszary badañ obu nauk. Mówi±c ogólnie, biologia (zatem i ewolucja) stara siê odpowiedzieæ na pytanie, „w jaki sposób” cz³owiek pojawi³ siê na Ziemi, podczas gdy teologia ukazuje boski pierwiastek w cz³owieku, który w ten sposób powo³any jest do rzeczywisto¶ci nadprzyrodzonej (czyli odpowiada na pytanie, „po co” cz³owiek ¿yje). Uproszczenie tak przedmiotu teorii ewolucji, jak i nauczania Ko¶cio³a jest tu uderzaj±ce.
Ze wzglêdu na zbyt obszerny zbiór tematów, ich opracowanie jest czêsto powierzchowne. Nie dziwi³oby to, gdyby ksi±¿ka mia³a charakter lektury uzupe³niaj±cej dla gimnazjalistów, jednak¿e adresowanie jej do np. nauczycieli biologii musi budziæ zdziwienie. Dla przyk³adu podam, ¿e do kilku rozdzia³ów do³±czono minis³owniczki pojêæ, ale umieszczanie w nich takich terminów, jak: plemnik, macica, gen, embrion ludzki, zygota itp. wydaje siê przesad±. Czy¿by katecheci i nauczyciele biologii dysponowali wiedz± poni¿ej poziomu gimnazjalnego? Marnowaniem miejsca wydaje siê te¿ umieszczenie pod ka¿dym rozdzia³em bibliografii, w której pewne pozycje stale siê powtarzaj±. Szkoda, ¿e rzecz tak bardzo potrzebna nie zosta³a lepiej wykonana.