Wszelka nowo¿ytna w³adza pochodzi z pa³acu, tej najwa¿niejszej formy architektury monarchii absolutnej, symbolu w³adzy i panowania. Ministerstwo to spadkobierca pa³acu. W PRL pa³ac pozosta³ synonimem w³adzy – ale „odebranej ciemiêzcom i krwiopijcom” i oddanej ludowi. Dlatego gmach ministerstwa nie ucieknie od porównañ z pa³acem – jako form± architektoniczn±, spo³eczn±, kulturaln±.
Pewne zwyczaje ministerialne s± w prostej linii spadkobiercami pa³acowych; tak jest z uroczystym wprowadzeniem nowego ministra przez premiera (pozosta³o¶æ introdukcji czy ingresu) oraz ze zwyczajem bo¿onarodzeniowego spotkania ministra z personelem (relikt ¶wi±tecznego bratania siê pana z lud¼mi dworu). Utrzymuje siê zwyczaj dzielenia op³atkiem i jajeczkiem ¶wi±tecznym, a nawet wspólnego zasiadania w departamentach za ¶wi±tecznym sto³em. Bezpo¶rednia, nieregularna dostawa do ministerstwa jaj i miodu (z pominiêciem handlu detalicznego) te¿ jest jak±¶ pami±tk± po czasach feudalnych.
W przeciwieñstwie do pa³acu ministerialny biurowiec ow³adniêty jest nie ide± staropolskiej, ostentacyjnej rozrzutno¶ci i pró¿niactwa, tylko franklinowskiej pracowito¶ci i liczenia siê z ka¿dym groszem. Duch protestantyzmu i ideologia O¶wiecenia, z ich afirmacj± warto¶ci pracy, wziê³y tu górê. Nie afirmowanie w³asnej potêgi stanowej, tylko odpowiedzialno¶æ publiczna stanowi± jego credo. Pod pewnymi wzglêdami biurowiec znalaz³ siê wiêc na antypodach pa³acu.
Dawne pa³ace mia³y swoje wehiku³y transcendencji, które nios³y my¶l i uczucia daleko poza bezpo¶redni± rzeczywisto¶æ. Nale¿a³y do nich lustra, okna otwarte na ogród i dzie³a sztuki. W ministerialnym pa³acu straci³y one swoje pierwotne funkcje, aby pe³niæ tylko role u¿ytkowe. Zwierciad³a nie s± tu organem kontemplacji, symbolem duszy albo sugesti± istnienia – po drugiej stronie – innego ¶wiata. Zawieszone w windach i toaletach s± po to, by u³atwiæ podmalowanie rzês lub poprawienie krawata. Okna nie symbolizuj± prze³amania doczesnych ograniczeñ; nie otwieraj± dalekich perspektyw, a ¶wiat³o, jakie poprzez nie wnika, nie sk³ania urzêdniczych dusz do medytacji. S³u¿± one tylko do o¶wietlenia i wentylacji, choæ mo¿e dla osób pracuj±cych od strony pó³nocno−zachodniej ¼ród³em natchnienia jest widok starych lip. Tak¿e obrazy w ministerstwie nie s± ¿adnym symbolem, alegori±, przes³aniem lub przeka¼nikiem idei; s± tylko zinwentaryzowanym depozytem muzealnym. Niczego nie mówi±, niczego nie g³osz±, s± tylko dekoracj±. W dawnych pa³acach sztuka by³a jêzykiem w³adzy, co¶ obwieszcza³a i przekazywa³a; teraz – w warunkach rygoryzmu bud¿etowego i kontroli NIK – jawi siê jako podejrzany naddatek, a surowo¶æ ¶cian – jako przejaw chwalebnej rzymskiej cnoty obywatelskiej. Przez lata w sali zebrañ kolegium ówczesnego KBN wisia³o melancholijne p³ótno przedstawiaj±ce roztopion± w b³ocie drogê o zmierzchu, prowadz±c± do ubogich wiejskich chat; nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy polskiej transformacji nie malowali sytuacji kraju w tak ciemnych barwach. Na obrazie wisz±cym w przedpokoju wiceministra dwa okrêty walcz± ze wzburzonym morzem; ta metafora jest bardziej no¶na i uniwersalna.
Skromnym odpowiednikiem magnackiej galerii rodowej s± oprawione fotografie kolejnych ministrów, zawieszone w holach niektórych ministerstw. Sukcesorzy urzêdów zastêpuj± zatem sukcesorów krwi. Galerie olejnych portretów przetrwa³y w uczelniach, Polskiej Akademii Nauk, i gdzieniegdzie w ratuszach; ze ¶cian patrz± na nas z góry surowe, znieruchomia³e spojrzenia rektorów, prezesów lub burmistrzów. Komitet Badañ Naukowych, protoplasta ministerstwa, czci³ swoj± historiê – oryginalnego po³±czenia samorz±du uczonych z urzêdem centralnym. Kult przesz³o¶ci zaowocowa³ akademi± w 10−lecie narodzin KBN. Galeriê rodow± ministerstwa (zbiór kolorowych fotografii oprawnych w ozdobne ramy) sporz±dzono w czasie kadencji profesora Kleibera. Otwiera³ j± profesor Witold Karczewski, pierwszy przewodnicz±cy KBN. Po³±czenie ze szkolnictwem wy¿szym wprowadzi³o komplikacje. Prosta linia genealogiczna zosta³a za³amana i galeriê rodow± zdjêto ze ¶cian.
Pa³ace mia³y swoje biblioteki i kunstkamery; te w jakiej¶ szcz±tkowej formie przetrwa³y w ministerstwie. Ministerialna ksi±¿nica nie udaje ¶wi±tyni wiedzy i nie jest zdobiona popiersiami wielkich uczonych, ale bibliotekarz ma w sobie co¶ z XVIII−wiecznego ksi±¿êcego kustosza – wszechstronnie oczytanego polihistora. Brak gabinetu osobliwo¶ci, ale jego substytutem s± urz±dzane na pierwszym piêtrze wystawy, takie jak np. niedawna ekspozycja D¼wiêki w kolorze, w której na planszach przedstawiono plastyczny zapis brzmieñ. Pojêcia „osobliwo¶ci” pa³acowej kunstkamery oraz wystaw Ministerstwa Nauki s± jednak ró¿ne; to pierwsze oznacza³o abdykacjê rozumu wobec niewyt³umaczalnych odstêpstw od porz±dku natury, to drugie – demonstracjê si³y nauki, która potrafi potrz±sn±æ potoczn± wiedz±.
Inskrypcje i emblematy rzadko widniej± na wspó³czesnych gmachach u¿yteczno¶ci publicznej. Jeszcze w latach trzydziestych bywa³o inaczej: s±dy na Lesznie w Warszawie zdobi³a maksyma Prawo Ostoj± Rzeczypospolitej, Woln± Wszechnicê Polsk± motto Ex litteris libertas, a stacjê filtrów – p³askorze¼by Pragnienie i Czysto¶æ. Budynek MNiSW nie zosta³ zbudowany do zarz±dzania nauk±, prócz czerwonej tabliczki nic nie zdradza jego przeznaczenia, a w holu pró¿no szukaliby¶my popiersia Kopernika lub Marii Curie.
Gdy jednak bli¿ej poznamy pokoje dyrektorskie i pracownicze, dostrze¿emy ca³y odrêbny ¶wiat napisów, rysunków i fotografii, wisz±cych na korkowych tablicach, na drzwiach lub na ¶cianach, oraz ¶wiat przedmiotów le¿±cych na biurkach i parapetach. Znajdziesz w¶ród nich widokówki, zdjêcia niemowl±t, najwcze¶niejsze próby plastyczne pociech, przyciski w kszta³cie ma³p czytaj±cych inkunabu³y, pluszaki i przytulanki, kubki z fotografiami córek itd., itp.
W¶ród inskrypcji pozytywne deklaracje („Nie dajê – nie biorê ³apówek”, „Có¿, ci±gle wierzymy, ¿e ludzie s± inteligentni. Tak jak Ty”) s±siaduj± ze ¶wiadectwami przekory. Motywy „antysystemowe” s± coraz bardziej popularne i siêgaj± gabinetów wicedyrektorów. Znajdziemy w¶ród nich ch³opski humor Mleczki, komiksy antyorganizacyjne Dilberta, pochwa³ê lenistwa kota Garfielda, reprodukcje surrealistycznych wizji Rafa³a Olbiñskiego, a tak¿e socrealistyczne plakaty z okresu stalinowskiego wzywaj±ce do wydatnej, wytê¿onej pracy, walki ze stonk± lub z sabota¿yst±. Przewrotne s± cytaty z zarz±dzenia cara Piotra I („Podw³adny powinien przed obliczem prze³o¿onego mieæ wygl±d lichy i durnowaty, tak by swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszyæ prze³o¿onego”) oraz komiksy z kotem Garfieldem („Mam ochotê popracowaæ... Uffff, dziêki Bogu przesz³o mi”).
Car i kot s³u¿± psychicznej samoobronie; ostentacyjny tumiwisizm kota bawi w sytuacji, gdy nie mo¿na sobie pozwoliæ na d³u¿sze przerwy w pracy, a zarz±dzenie cara ¶mieszy, bo mówi wprost to, co choæ zakryte milczeniem, pozostaje jako¶ prawdziwe w ró¿nych epokach.
Wszystko to s± oznaki udomawiania przestrzeni oficjalnej, postêpuj±cego powoli, ale konsekwentnie, od demokratycznego prze³omu roku 1989. W pocz±tku lat 90. przestrzeñ udomawiali g³ównie pracownicy techniczni, maszynistki, komputerowcy, kserokopi¶ci i szoferzy. Urzêdniczki (od inspektora a¿ po radcê i naczelnika) preferowa³y ro¶liny – aloes, t³ustosz, paproæ, geranium, bluszcz, lisus i kalanwe – jako taki typ indywidualizacji przestrzeni, który nie nadawa³ jej ca³kowicie prywatnego charakteru. Od tego czasu udomawianie poczyni³o postêpy, od pomieszczeñ osób z ni¿szych szczebli hierarchii ku gabinetom urzêdników wy¿szej rangi i od ro¶lin do coraz bardziej zró¿nicowanych napisów i przedmiotów. Granica „udomowienia” posuniêta jest dalej w: a) pokojach osób na ni¿szych stanowiskach; b) w departamentach, które nie zajmuj± siê obs³ug± klientów zewnêtrznych; c) poza ministerstwem – w agencjach rz±dowych, takich jak GUS czy Urz±d Patentowy. W tych ostatnich siêga ona gabinetów dyrektorskich, w których nieraz kolorowa fotografia roze¶mianego dziecka zajmuje niemal to samo honorowe miejsce, w którym w czasach stalinowskich wisia³y portrety Bieruta i Cyrankiewicza. Te by³y bezg³o¶nymi ¶rodkami perswazji i przemocy; symboliczn± przestrzeñ opuszczon± przez totalitarne pañstwo zaanektowa³a rodzina.
Udomawianie przestrzeni oficjalnej to ciekawe zjawisko, które nie doczeka³o siê jeszcze opisu antropologa (antropologowie przychodz± do Ministerstwa Nauki sk³adaæ wnioski grantowe, a nie badaæ zachowania plemienia urzêdników). Towarzyszy mu wiele innych pokrewnych zmian. Jeszcze w pocz±tku lat 90. niemal wszyscy urzêdnicy nosili do pracy czarne teczki o sztywnych bokach, podobne do takich, które mieli ze sob± dygnitarze rz±dowi udaj±cy siê na negocjacje z komitetem strajkowym w Gdañsku w sierpniu 1980 roku; teraz coraz czê¶ciej nosz± oni ma³e plecaki. Teczka by³a dawniej oznak± dojrza³o¶ci i cechowej identyfikacji nawet m³odych urzêdników; dzisiaj plecak jest symbolem m³odzieñczej energii i niezale¿no¶ci tak¿e osób w wieku przedemerytalnym. Podobn± funkcjê pe³ni rower, na którym doje¿d¿a do pracy niejeden dyrektor. Od koñca XX wieku zapanowa³ zwyczaj ¿yczenia sobie „mi³ego dnia” i „udanego weekendu”. Wszystkim tym zmianom towarzyszy polepszenie atmosfery wewn±trz urzêdu oraz relacji z klientami.
W ministerstwie nie ma jednak tablic z tworzonymi ad hoc, pe³nymi dowcipu i ciep³ej ironii rysunkami i komentarzami na temat lokalnych stosunków i uk³adów, jakie czêsto widzi siê w tych instytucjach naukowych, w których pracownicy tworz± wspólnotê. Pamiêtam jeszcze tak± tablicê, wisz±c± w latach 60. w klubie SGPiS „Jajko”. W czasach pa³acu ich odpowiednikiem by³a dworska poezja towarzyska. Podobnych tablic nie znalaz³em te¿ w ministerstwach za granic±. Ju¿ jednak w zagranicznych agencjach rz±dowych, takich jak rady ds. badañ, panuje wiêkszy luz; czê¶ciej ni¿ w ministerstwach dopuszcza siê w nich tweedow± marynarkê, kolorow± koszulê, indywidualn± aran¿acjê gabinetu oraz pogwizdywanie na korytarzu. Im lepszy, aktywniejszy i ceniony pracownik, tym lu¼niejszy jego gorset standardowych reakcji.
Biesiadowanie straci³o ca³kowicie w ministerialnym pa³acu swój dawny, g³êboki sens spo³eczny i kulturowy, i spad³o do roli cateringu, czyli pospiesznego uzupe³nienia kalorii. Aran¿acja wnêtrza sto³ówki w MNiSW nawi±zuje do ch³opskiej chaty oraz szlacheckiego dworku, a ten stylistyczny miszmasz uzupe³niaj± nazwy potraw nawi±zuj±ce do kultury rebelii („placek po zbójnicku”). Wszystko to przenosi klienta do rustykalnego „innego ¶wiata” prostego obyczaju, któremu obce s± zawi³o¶ci cywilizacji miejskiej, a w szczególno¶ci lizboñskich strategii, programów operacyjnych oraz instrumentów realizacji.
Proponowa³em nadanie potrawom nazw nawi±zuj±cych do spraw, jakimi ¿yj± klienci sto³ówki („sos akademicki”, „¶mietanka profesorska”, „kotlet a la radca”), ale pomys³ przepad³. Oprócz fizyków i matematyków ¿adna profesja nie jest gotowa u¶miechn±æ siê na widok samej siebie. Funkcj± takich miejsc, jak ministerialna sto³ówka, jest oderwanie od spraw, jakimi ¿yje siê przez ca³y dzieñ pracy i przeniesienie do jakiego¶ innego, iluzorycznego miejsca. Nie inaczej „komnata chiñska” czy te¿ „japoñska” stwarza³a niegdy¶ dla ludzi pa³acu chwilow± u³udê zamieszkiwania w krajach Orientu.