Tyle ró¿nych ksi±¿ek przechodzi przez Pana rêce i oczy. Nie czuje siê Pan zagubiony tak± wielo¶ci± punktów poznania, widzenia jednego ¶wiata?
– Nie, nie czujê siê zagubiony, wrêcz przeciwnie: mam poczucie, ¿e dziêki innym autorom mogê aktywniej uczestniczyæ w poznawaniu ¶wiata. My¶lê, ¿e wszyscy odbieramy ¶wiat zmys³ami, ale te¿ jednocze¶nie czytamy teksty napisane przez innych i trochê patrzymy na rzeczywisto¶æ przez pryzmat ksi±¿ek, bo przecie¿ bezpo¶rednie poznanie nie jest chyba w ogóle mo¿liwe.
Czy poznaje Pan ¶wiat przez gry jêzykowe? Ka¿dy cz³owiek ukrywa co¶ w jêzyku, buduje sobie schronienie b±d¼ wiêzienie egzystencjalne.
– Kiedy¶ napisa³em ksi±¿kê Gra w Gombrowicza, ale to nie znaczy, ¿e ca³y czas patrzê na ¶wiat pod k±tem gier – czy to jêzykowych, czy jakichkolwiek innych (a rodzajów gier jest mnóstwo). Gra jest pojemnym pojêciem i nie s±dzê, by da³o siê je sprowadziæ do jednego mianownika. U Lema np. mamy do czynienia z grami jêzykowymi, które s± jednym z wielu sposobów porozumienia z czytelnikiem, ale nie s±dzê, by by³a ona – dla Lema czy dla mnie – czym¶ najwa¿niejszym.
Nie patrzy Pan na ¶wiat oczami Gombrowicza?
– Moje widzenie ¶wiata jest diametralnie ró¿ne od widzenia Gombrowicza i choæ przyznajê szczerze, ¿e by³em i jestem nim zafascynowany, to zawsze wiedzia³em, ¿e jestem kim¶ innym.
Czy czytanie innych autorów zbli¿a³o Pana do budowania w³asnej to¿samo¶ci?
– Na pewno tak. Dziêki poznawaniu innych zdajemy sobie sprawê, ¿e jeste¶my kim¶ okre¶lonym, czasem zupe³nie od nich odmiennym.
Wedle jakiego azymutu poszukuje Pan siebie jako drugiego/innego cz³owieka?
– Bardzo licz± siê spotkania z ¿ywymi lud¼mi. Literatura jest tylko czê¶ci± ¶wiata.
W ¶wiecie akademickim czy literackim zaistnia³ Pan dziêki studiom nad twórczo¶ci± Schulza, Lema, Gombrowicza.
– W ¶wiecie literackim jestem trochê przez przypadek, wcze¶niej chcia³em byæ architektem, filozofem, re¿yserem. Zosta³em krytykiem, bo zafascynowali mnie pisarze bêd±cy wyrazistymi, niezwykle z³o¿onymi osobowo¶ciami. Dziêki ksi±¿kom mog³em obserwowaæ dramat ¶cierania siê cz³owieka ze ¶wiatem, dramat interpretowania ¶wiata, siebie w zwi±zku ze ¶wiatem – w ka¿dym z tych trzech przypadków by³o to zupe³nie ró¿ne do¶wiadczenie i dlatego by³o to ciekawe.
Literatura jest form± Pana bycia w ¶wiecie?
– Jest jedn± z form – bo przecie nie jestem pisarzem, a interesuje mnie bardzo wiele rzeczy! Jako krytyk znów nie potrafiê szybko, ³adnie i zgodnie z konspektem pisaæ, d³ugo dochodzê do tego, co chcê w danym momencie powiedzieæ. Kiedy siadam do pisania, nie wiem, co z tego wyniknie; najlepsze pomys³y przychodz± mi do g³owy w trakcie pracy. Ja zreszt± w pewnym momencie „wybra³em literaturê”, przerywaj±c studia filozoficzne, aby siê w pe³ni po¶wiêciæ pisaniu doktoratu o Gombrowiczu na polonistyce. Praca nad jego twórczo¶ci± wymaga³a te¿ zajmowania siê filozofi±. To Gombrowicz np. pokaza³ mi, w jaki sposób mogê przekroczyæ strukturalistyczne modele widzenia ¶wiata. Dziêki niemu zobaczy³em, ¿e pisanie o literaturze mo¿e byæ ciekawym zajêciem.
Czy dzi¶, zdaniem Pana, Gombrowicz jest równie „¶wie¿y”, jak 20−30 lat temu?
– Jest postrzegany inaczej. Dawniej zajmowanie siê Gombrowiczem mia³o posmak odkrycia czysto „fizycznego”, bo by³o bardzo trudno o ksi±¿ki (trzy spo¶ród nich musia³em wrêcz przepisaæ na maszynie z po¿yczonych egzemplarzy, kilka innych przemyci³em pod tapicerk± samochodu). Docieraj±c do nich, dociera³em do cz³owieka, który sta³ za pewn± barier±, równie¿ polityczn±. Dzi¶ tego ju¿ nie ma; nie ma ol¶nienia tym, co zakazane, bo teksty s± dostêpne ka¿demu. Pisarz nie jest tak¿e „¶wie¿y”, bo jest na tysi±c sposobów opisany i owiniêty w ró¿ne jêzyki. Ale jest inna ¶wie¿o¶æ: ta, która wynika z tych nowych jêzyków, za pomoc± których go opisujemy.
Kiedy¶ Gombrowicz by³ iskierk± prawdy, teraz literatura spe³nia ju¿ inn± rolê. Jak szukaæ prawdy? Metod± prób i b³êdów i nads³uchiwania pracy w³asnego serca?
– Zawsze cz³owiek szuka³ metod± prób i b³êdów; ale musimy najpierw zdefiniowaæ prawdê, zanim zaczniemy o niej mówiæ, bo istnieje mnóstwo sposobów jej pojmowania i nas³uchiwanie serca niewiele tu pomaga. Trzeba siê porz±dnie zastanowiæ, aby zrozumieæ, o co nam chodzi, gdy mówimy, ¿e dotykamy prawdy. I o jakiej prawdzie pani mówi? O prawdzie w rozumieniu klasycznym (adequatio rei et intellectus), pragmatycznym, korelatywnym, metafizycznym itd.? Pojêcie prawdy zawsze jest uwik³ane, zawsze jest prawda „ze wzglêdu na co¶” lub „w zwi±zku z czym¶”, tak¿e z jak±¶ sytuacj±. W szczególnych przypadkach mo¿na k³amaæ lub fantazjowaæ, aby powiedzieæ prawdê. Mnóstwo tu mo¿liwych paradoksów i niejednoznaczno¶ci.
My¶la³am o „prawdzie bycia”, o tym, ¿e oprócz prawdy subiektywnej czy relatywnej istnieje prawda obiektywna...
– A co to w ogóle jest „prawda obiektywna”? Gombrowicz nigdy by siê nie zgodzi³ na takie rozró¿nienia; dla niego prawda zawsze tworzy siê miêdzy lud¼mi – w tym sensie by³ relatywist±.
Jaka jest relacja miêdzy byciem krytykiem literackim a poszukiwaniem prawdy? Je¿eli prawda jest miêdzy lud¼mi, nie mam prawa mówiæ: ta ksi±¿ka jest lepsza, a ta gorsza?
– Ma pani oczywi¶cie prawo, bo te¿ warto¶ciowanie nie jest s±dem na temat prawdy – tu musimy zawierzyæ osobistym gustom krytyków. Krytyk, aby podkre¶liæ sw± wiarygodno¶æ, lubi czasem rozprawiaæ o warsztatowej sprawno¶ci pisarza, któr± tylko fachowiec potrafi oceniæ, ale w rzeczywisto¶ci warto¶ciowanie wspiera siê na tak ogromnej liczbie czynników, ¿e tu siê trzeba odwo³ywaæ do intuicji, dzia³aj±cej czêsto poza ¶wiadomo¶ci± i wiedz± fachow±. A poza tym: po to, aby ludzie o czym¶ zdecydowali, musz± wypowiedzieæ swoje zdanie i tak siê utar³o, ¿e krytyk literacki ma wiêcej do gadania ni¿ czytelnik, ale to nie znaczy, ¿e ma z urzêdu racjê, ¿e przys³uguje mu autorytet „prawdomówcy” jako co¶ niezbywalnego. „Prawda” wytwarza siê te¿ pomiêdzy krytykami; ona siê tak lub inaczej uciera. To jest zreszt± zgodne z tym, co mówi³ Lem, twierdz±c, ¿e odczytania utworów literackich powstaj± w drodze uzgodnieñ. Dla jednego pokolenia, jednej formacji kulturowej prawd± o dziele literackim jest jakie¶ okre¶lone jego odczytanie, ale potem mo¿e przyj¶æ inna formacja kulturowa i inne pokolenie zmieni ten sposób widzenia. Dla Lema absolutnie nie istnia³a prawda obiektywna na temat dzie³a literackiego. Ka¿dy, kto czyta³ Filozofiê przypadku, wie, ¿e czêsto element losowy decyduje o tym, w jaki sposób czytamy dzie³o; czasem jest tak, ¿e jeden bardzo wa¿ny g³os krytyczny ukierunkowuje odbiór, steruje nim. My¶lê, ¿e nawet w przypadku wypowiedzi o literaturze Schulza jest podobnie, choæ jego zmys³ metafizyczny by³ bardziej rozwiniêty ni¿ u Gombrowicza czy Lema, jakkolwiek oni te¿ mieli swoj± wersjê metafizyki, ale inaczej rozumianej. Schulz ¿y³ w ¶wiecie wielkiej przemiany i to go bardzo dotyka³o, zarówno w zakresie filozofii ¿ycia, jak i materialnego, fizycznego obrazu ¶wiata. Jest taki krótki tekst Schulza, pomijany przez lata, nazywa siê Wêdrówki sceptyka – szalenie wa¿ny tekst, bo pokazuje, w jaki sposób patrzy na ¶wiat cz³owiek, który w³a¶nie dowiedzia³ siê, co mówi o materii czy przestrzeni Einstein, fizyka kwantowa, jak wygl±da ¶wiat widziany przez nieeuklidesow± geometriê. Te wszystkie odkrycia zdarzy³y siê w pierwszych 30 latach poprzedniego wieku i ten proces zmiany wizji ¶wiata Schulza przera¿a³ i fascynowa³. St±d te¿ p³ynie nauka, ¿e z pojêciem absolutnej prawdy jest bardzo dziwnie – zarówno w krytyce literackiej, jak w „twardych” naukach: fizyka kwantowa wrêcz uniewa¿nia pewnego typu tradycyjne pytania o prawdê.
Czyli w ¶wiecie mikroprocesorów, bioetyki i wirtualnej przestrzeni jeste¶my zdani tylko na przypadek?
– To zale¿y, w jakiej konkretnej dziedzinie. Ale przypadek jest czym¶ o tyle oryginalnym, ¿e go czêsto nie cenimy i traktujemy jako co¶ zam±caj±cego poznanie, tymczasem mnie jest bliska wizja Lema, który twierdzi³, ¿e przypadek jest esencj± tego, co siê w ¶wiecie dzieje, czyli ¿e najpierw jest przypadek, ale wokó³ niego narastaj± konsekwencje, i to, co na pocz±tku wydawa³o siê przypadkowe, na koñcu mo¿e wydawaæ siê wrêcz konieczne, bo ju¿ wsparte na procesach, które nast±pi³y pó¼niej.
A Bóg?
– U Lema nie by³o miejsca na Boga w sensie katolickim, ale by³o miejsce na metafizykê, nie mo¿na jej by³o odj±æ od ¶wiata Lema. Jego wszech¶wiat musia³ mieæ jak±¶ „dziurê” wiod±c± na zewn±trz, to wynika³o z fizyki, z matematyki, z twierdzenia Goedla, jednym s³owem z tych wszystkich s±dów mówi±cych, ¿e ¶wiata samego w sobie nie da siê obja¶niæ bez wybicia okna na transcendencjê, czyli na inne ¶wiaty, kosmosy. Lem doskonale zdawa³ sobie sprawê, ¿e wyja¶nienie ¶wiata w jego obrêbie, znalezienie mu celu istnienia i sensu jest niemo¿liwe, wiêc istnienie jakiej¶ transcendencji by³o dla niego konieczno¶ci±. Napisa³em kiedy¶ artyku³ Bóg ateistów, w którym pokazywa³em, ¿e „moi” autorzy nie byli religijni, ale wierzyli w istnienie transcendencji, ka¿dy mia³ jakie¶ okno na za¶wiat. Gombrowicz nie wierzy³ w Boga w sensie katolickim, ale nieustannie potyka³ siê o problem transcendencji. To, co siê dzieje na ¶wiecie, musia³o mieæ umocowanie w warto¶ciach, które, owszem, ustalaj± siê miêdzy lud¼mi, ale dochodzimy zawsze do takiego miejsca, w którym cz³owiek nam nie potrafi pomóc. Przyk³adem mo¿e byæ zakoñczenie ¦lubu: bohater przejmuje wszystkie prerogatywy Boga, tak jak Henryk, bierze ca³y ¶wiat za mordê, jest twórc± warto¶ci i prawodawc±, ale jednocze¶nie nie mo¿e uciec od odpowiedzialno¶ci, która ostatecznie decyduje o jego losie.
To samo mówili francuscy egzystencjali¶ci i pisali o tym w o wiele ³adniejszej i prostszej formie.
– Dlaczego ³adniejszej i prostszej? Camusa czy Sartre’a interesowa³o co¶ innego ni¿ Gombrowicza, którego literatura stoi w obliczu powszechnej destrukcji, gdzie wszystko siê rozpada, ca³y system tradycyjnych warto¶ci europejskiej kultury. W ¦lubie u¿ywa³ idiomu romantycznego i miesza³ go z idiomem szekspirowskim. Z Szekspira jest wizja historii jako serii miêdzypokoleniowych zderzeñ, walki o w³adzê itd. Z romantyzmu dramatyczne pytania o stosunek cz³owieka do Boga, o bunt jednostki przeciw boskiej wszechw³adzy. Z takiej mieszanki wychodzi³a przedziwna forma rozpadaj±ca siê i sk³adaj±ca na nowo, która pokazywa³a, jak konwencja literacka raz umie ¶wiat uj±æ i wyja¶niæ, a za chwilê znów musi skapitulowaæ przed jego z³o¿ono¶ci±, wykoleja siê i na powrót organizuje. Ten proces przenikania filozoficznych zagadnieñ do formy literackiej Gombrowicz pokaza³ lepiej ni¿ Francuzi.
Nie ka¿dy pisarz ma „metafizyczne ucho”.
– S± pisarze, których takie sprawy nie interesuj±, ale wydaje siê, ¿e ci najwiêksi powinni mieæ to metafizyczne ucho.
Czy literatura, czytanie „sejsmografów duchowych”, u³atwia Panu ¿ycie?
– Z pewno¶ci± w jakim¶ sensie tak – tam, gdzie chodzi o orientacjê w ¶wiecie warto¶ci. Ale literatura nie jest od u³atwiania ¿ycia, tylko od stawiania niewygodnych pytañ, na które odpowiedzieæ ostatecznie w ogóle siê nie da. My, rzecz jasna, czasem odpowiadamy sobie na nie, a raczej – ustalamy miêdzy sob±, jaka mog³aby byæ odpowied¼. Nawet przez pewien czas wierzymy, ¿e dotarli¶my do prawdy, a potem znowu podlegamy bolesnym rozczarowaniom, próbujemy na nowo ow± prawdê ustalaæ i tak toczy siê ten dramat – ju¿ dobre parê tysiêcy lat.