Nauka i pañstwowe szkolnictwo wy¿sze do tej pory, jako jedne z nielicznych dziedzin, pozostaj± poza procesami transformacji spo³eczno−gospodarczej kraju. Ma to wiele konsekwencji negatywnych, m.in.: pozostawanie szkolnictwa wy¿szego (edukacji i badañ naukowych) poza obiegiem ekonomicznym gospodarki, wyra¼nie zani¿ony poziom kosztów kszta³cenia i kosztów naukowo−badawczych, spo³eczna deprecjacja wiedzy i nauki, zafa³szowanie rynkowych sygna³ów dotycz±cych alokacji zasobów na badania i edukacjê, nierozwi±zany problem wspó³istnienia uczelni pañstwowych i prywatnych itp. W szczególno¶ci za¶, nauka i szkolnictwo wy¿sze nie uzyska³y transformacyjnego impulsu rozwojowego, takiego jak np. niektóre dziedziny przemys³u, handlu i us³ug.
Nak³ady na naukê i szkolnictwo wy¿sze w Polsce osi±gnê³y ju¿ poziom tak niski, ¿e nie znajduje to odniesienia w najnowszej historii Polski. Bud¿et B+R w Polsce spad³ w ostatnich latach do poziomu oko³o 0,4 proc. PKB i nale¿y do najni¿szych w Europie. Jednocze¶nie wska¼nik liczby nauczycieli akademickich w przeliczeniu na jednego absolwenta spad³ z 0,76 w roku 1996 do 0,25 w roku 2005.
Wzrost nak³adów finansowych zale¿y od mo¿liwo¶ci bud¿etowych pañstwa, dlatego ostatnia zapowied¼ premiera Tuska o 10−procentowym wzro¶cie nak³adów na sektor B+R jest – mówi±c jêzykiem dyplomatycznym – krokiem we w³a¶ciwym kierunku. Dziesiêcioprocentowy wzrost tych nak³adów nie mo¿e jednak usun±æ zapa¶ci tego sektora. Do tego niezbêdne s± nak³ady zdecydowanie wiêksze.
Niezale¿nie jednak od potrzeby znacznego zwiêkszenia nak³adów na B+R, równie wa¿ny, je¶li nie wa¿niejszy, jest problem zmiany obecnego stylu my¶lenia na temat transformacji tego sektora. Jego istota sprowadza siê do przekonania, ¿e uregulowania prawne, finansowe czy organizacyjne wystarcz± do transformacji szkolnictwa wy¿szego i sektora B+R w konkurencyjn±, sprawnie dzia³aj±c± dziedzinê gospodarki. Jako dowód tego my¶lenia mo¿na przytoczyæ fragment za³o¿eñ Narodowego Programu Rozwoju, w którym stwierdza siê: „Wzrost innowacyjno¶ci gospodarki mo¿na stosunkowo szybko osi±gn±æ zapewniaj±c przede wszystkim: odpowiednie wsparcie (?) przez pañstwo trudnych przedsiêwziêæ innowacyjnych, w szczególno¶ci o podwy¿szonym ryzyku zarówno finansowym, jak i realizacyjnym; zabezpieczenia prawno−organizacyjne (?) sprzyjaj±ce kreowaniu innowacji oraz ich wdro¿eniu i komercjalizacji; odpowiednie warunki (?) do rozwoju systemów gromadzenia i przetwarzania informacji; odpowiednie warunki (?) motywacji materialnej dla twórców innowacji technicznych i organizacyjnych; promowanie innowacyjnych osi±gniêæ w gospodarce; rozwój i promocjê nowych technologii informacyjnych i komunikacyjnych w gospodarstwach domowych, przedsiêbiorstwach i administracji publicznej” (podkre¶lenia i znaki zapytania – M.M.).
Komentuj±c przytoczony fragment, trudno oprzeæ siê wra¿eniu, ¿e od ponad 30 lat s³yszymy podobne recepty na „szybki wzrost” innowacyjno¶ci, a poziom tej innowacyjno¶ci w naszej gospodarce niestety ci±gle spada.
Wybitny polski ekonomista Edward Lipiñski powiada³, ¿e „rozwój jest zawsze tylko czê¶ciowo elementem polityki. Kierunek i, w pewnych granicach, tempo s± dzie³em polityki, natomiast to, co stanowi np. istotê wzrostu gospodarczego, jest kumulatywnym oddzia³ywaniem si³ wielorakich, które w du¿ym stopniu nie poddaj± siê ¶wiadomemu dzia³aniu polityki pañstwowej”.
Uruchomienie owych „si³ wielorakich” nie jest jednak mo¿liwe bez transformacji rynkowej sektora B+R, wyzwolenia przedsiêbiorczo¶ci i zwi±zanej z ni± innowacyjno¶ci.
Potrzeba transformacji sektora szkolnictwa wy¿szego w Polsce jest oczywi¶cie dostrzegana, jednak towarzysz± jej równie¿ opinie uspokajaj±ce, zgodnie z którymi owe ra¿±co niskie nak³ady na omawiany sektor nie pozwalaj± wprawdzie prowadziæ badañ naukowych i dydaktyki na odpowiednim poziomie, ale umo¿liwiaj± przetrwanie struktur tego sektora w obecnych „ciê¿kich czasach”. Tak niestety nie jest, bo zasoby sektora nie tylko ulegaj±, ale ju¿ uleg³y znacznej degradacji i z tego punktu widzenia transformacja ustrojowa szkolnictwa wy¿szego jest ju¿ mocno spó¼niona. Odwo³uj±c siê do analogii reakcji chemicznej, mo¿na powiedzieæ, ¿e wspomniane nak³ady spad³y tak nisko, ¿e nie mo¿e ju¿ zaistnieæ tzw. masa krytyczna, która uruchamia proces, w naszym przypadku proces naukowo−badawczy.
Skutkiem braku transformacji jest utrzymywanie siê, a nawet utrwalanie, nierynkowej logiki dzia³ania tego sektora, która wykszta³ci³a tzw. regresywny ci±g strategiczny. Umo¿liwia on przezwyciê¿enie zak³óceñ w dzia³aniu organizacji kosztem otoczenia i przejadania w³asnych zasobów.
Regresywny ci±g strategiczny nale¿a³ do charakterystycznych cech przedsiêbiorstw dzia³aj±cych w gospodarce nierynkowej. Nie wnikaj±c w szczegó³y, jego istota sprowadza³a siê do mo¿liwo¶ci przerzucania negatywnych skutków oddzia³ywania otoczenia (np. niedoborów materia³owych) na klienta, pracowników b±d¼ bud¿et. Pod³o¿em do wykszta³cenia siê takiego ci±gu strategicznego by³a monopolistyczna pozycja przedsiêbiorstw, niska presja konkurencyjna rynku, s³aba pozycja klienta oraz – zwi±zany z nimi – do¶æ nonszalancki stosunek do w³asnych zasobów.
Wysokie bariery wej¶cia do sektora kreowania wiedzy (d³ugi okres kszta³cenia kadr, infrastruktura, lojalno¶æ klientów oraz du¿e zapotrzebowanie na kapita³) sprawiaj±, ¿e w dzisiejszej Polsce sektor publicznych uczelni i instytutów badawczych ma pozycjê dominuj±c±, by nie powiedzieæ monopolistyczn±. W sferze tej istnieje wprawdzie konkurencja podmiotów w walce o dostêp do zasobów (g³ównie bud¿etowych ¶rodków finansowych), jednak dzisiejszy stosunek do klienta (kandydata na studia, zleceniodawcy badañ) w³a¶ciwie nie ró¿ni siê od podobnego stosunku w gospodarce nierynkowej. Z jednym wszak¿e wyj±tkiem. Jest nim konkurencyjna presja uczelni zagranicznych. Bariera jêzykowa sprawia jednak, ¿e zdecydowana wiêkszo¶æ kandydatów na studia oraz studentów pozostaje na zmonopolizowanym i pozbawionym presji konkurencyjnej rynku uczelni krajowych. Os³abia to oczywi¶cie ich pozycjê konkurencyjn± jako klientów.
Omawiany ci±g strategiczny zasadza siê na okre¶lonych nawykach, kulturze organizacyjnej i sposobie my¶lenia, a jego g³ówn± my¶l± przewodni± jest „czekanie na lepsze czasy”. Uprawianie tej filozofii my¶lenia prowadzi do ukierunkowania rozwoju instytucji omawianego sektora (uczelni) jako organizacji „samej dla siebie”, zupe³nie przeciwstawnej do Ansoffowskiego modelu „organizacji s³u¿±cej otoczeniu”.
Przyk³ady wspomnianych regresywnych dzia³añ w uczelniach s± ogólnie znane. S± nimi: strategia wymuszonej adaptacji, np. wprowadzanie zmian w programie studiów, wymuszonych istniej±c± obsad± kadrow±; strategia dzia³alno¶ci zastêpczej – prowadzenie przypadkowych wyk³adów, np. w miejsce wyk³adu, którego prowadz±cy jest w danym dniu nieobecny; strategia obni¿enia jako¶ci – serwowanie przestarza³ych tre¶ci, kiepskie przygotowanie prowadz±cych, zwiêkszenie liczby studentów w grupach æwiczeniowych, s³abe oprzyrz±dowanie itp.; strategia obni¿enia standardu – obni¿anie standardu prowadzonych zajêæ, np. likwidacja grup seminaryjnych, zmniejszanie czasu przeznaczonego na dany przedmiot, zmniejszanie liczby godzin przeznaczonych na seminaria dyplomowe itp.
Znacznie dotkliwsze s± skutki dzia³añ regresywnych ponoszone przez pracowników. Nale¿± do nich: zmniejszenie, a pó¼niej odebranie honorariów promotorom za prace dyplomowe lub przeliczanie ich na – stopniowo zmniejszane – godziny dydaktyczne; nadmierne obci±¿enia narzutami pozyskanych grantów (zleceñ), nawet wtedy, gdy uczelnia praktycznie nie ponosi ¿adnych kosztów z tytu³u prowadzonych badañ; pozostawienie poza systemem p³ac wk³adu pracy na rzecz rozwoju kadry naukowej; ograniczenie s³u¿b techniczno−administracyjnych i przerzucanie kosztów administrowania na pracowników (czêsto s³u¿y do tego Internet); „automatyczne” przekwalifikowanie pracowników−asystentów na s³uchaczy studiów doktoranckich, co by³o korzystne dla uczelni, a niekorzystne dla pracowników; ograniczenie przyjêæ pracowników i nadmierne obci±¿anie ich – tañszymi dla uczelni – godzinami nadliczbowymi; odbieranie ulg w realizowanym pensum dydaktycznym, np. pod pretekstem zatrudnienia siê pracownika na dodatkowym etacie; ograniczanie i przesuwanie w czasie podwy¿ek p³ac.
Powy¿sza lista nie wyczerpuje ca³ego repertuaru dzia³añ regresywnych stosowanych przez uczelnie. Tym niemniej, wymienione sposoby reakcji sektora upowa¿niaj± do stwierdzenia, ¿e w szkolnictwie wy¿szym pojawi³a siê swego rodzaju gospodarka pseudorynkowa, która wcale nie naruszy³a regu³ dawnego systemu, ale legitymizuje go i pozwala trwaæ nieefektywnym strukturom kosztem realizowanych przez nie procesów dydaktycznych i naukowych.
W omawiany ci±g strategiczny wkomponowuj± siê równie¿ pracownicy, którzy – poddani regresywnym dzia³aniom uczelni – godz± siê na pogorszenie warunków pracy i p³acy w imiê utrzymania zatrudnienia. W konsekwencji powsta³ swego rodzaju mechanizm powielania regresywnych zachowañ omawianego sektora, który umo¿liwia trwanie jego strukturom kosztem realizowanych przez niego procesów dydaktycznych i badawczych. Mechanizm ten wyja¶nia równie¿ pokój spo³eczny panuj±cy wokó³ i wewn±trz szkolnictwa wy¿szego. Korporacja (studenci, pracownicy), jako ponosz±ca konsekwencje regresu sektora, milczy, nie artyku³uj±c nawet stanu ubóstwa swoich miejsc pracy i w³asnej pauperyzacji. Jest to zastanawiaj±ce tym bardziej, ¿e „tumult spo³eczny” wokó³ zagro¿enia w³asnych interesów czyni± mniejsze i znacznie gorzej zorganizowane grupy zawodowe, jak np. pielêgniarki i listonosze.
Cisza spo³eczna wokó³ szkolnictwa wy¿szego jest jednak z³udna. Procesy erozji tego sektora poczyni³y ju¿ znaczne postêpy (np. luka pokoleniowa w¶ród kadry naukowo−dydaktycznej), a przeciwdzia³anie im – jak do tej pory – ma charakter dzia³añ pozorowanych, kosmetycznych, które w niczym nie naruszaj± wspomnianych wy¿ej regresywnych mechanizmów rozwoju. Dlatego wydaje siê niemal pewne, ¿e pozostawanie szkolnictwa wy¿szego jako enklawy dawnego systemu bêdzie prowadzi³o do zaniku przedsiêbiorczo¶ci, niespójno¶ci podejmowanych dzia³añ wzglêdem zmian zachodz±cych w otoczeniu oraz obni¿ki sprawno¶ci dzia³ania.
Podobnie jak po transformacji gospodarki, po transformacji sektora szkolnictwa wy¿szego nale¿y oczekiwaæ: wzrostu przedsiêbiorczo¶ci, zró¿nicowania struktur dzia³ania i finansowania oraz wzrostu profesjonalizacji zarz±dzania. Mówi±c o przedsiêbiorczo¶ci mam na my¶li nie tylko tzw. przedsiêbiorczo¶æ zewnêtrzn± (zak³adanie nowych struktur przedsiêbiorczych poza istniej±c± organizacj±), ale przede wszystkim przedsiêbiorczo¶æ wewnêtrzn±, tzn. dzia³ania przedsiêbiorcze wewn±trz organizacji. Chodzi tu o formu³owanie problemów, podejmowanie zadañ oraz organizacjê dzia³alno¶ci uczelni w ka¿dej dziedzinie, tj. dydaktyki, badañ naukowych i wspó³dzia³ania z przemys³em.
Zdaniem P.F. Druckera, przedsiêbiorca tworzy struktury, natomiast mened¿er to funkcjonariusz dzia³aj±cy w ramach jasno okre¶lonych struktur. Patrz±c w tych kategoriach na nasze uczelnie, trudno w nich dostrzec mened¿erów, a tym bardziej przedsiêbiorców. Mo¿na raczej mówiæ o administratorach, którzy dzia³aj± w ramach ¶ci¶le okre¶lonych struktur i procedur. Nic wiêc dziwnego, ¿e struktury uczelni s± sztywne i brak im ró¿norodno¶ci, która winna byæ odpowiedzi± na otaczaj±ce je dynamiczne i coraz bardziej z³o¿one otoczenie.
Na sprawno¶ci zarz±dzania szkolnictwa wy¿szego szczególnie ci±¿y jego nadmierna centralizacja. Centralizacja i postêpuj±ca za ni± parametryzacja powoduj± biurokratyzacjê i skostnienie dzia³ania, t³umienie inicjatywy i zanik przedsiêbiorczo¶ci. Zjawiska te dotykaj± przede wszystkim najni¿szych szczebli zarz±dzania, a wiêc tych, w których przebiegaj± realne procesy naukowo−dydaktyczne, tj. katedr i zak³adów naukowo−dydaktycznych. Tymczasem w wyniku centralizacji i parametryzacji w³a¶nie zespo³y naukowo−dydaktyczne – które ze swej istoty powinny byæ nastawione na wysok± tolerancjê niepewno¶ci – oddane zosta³y we w³adanie biurokratycznych algorytmów i procedur. Przekonanie o ich ozdrowieñczej skuteczno¶ci jest tak du¿e, ¿e znany jest przypadek uczelni, w której kierownikom wspomnianych jednostek odebrano (skromny zreszt±) dodatek za kierownictwo.
Z brakiem elastyczno¶ci struktur zwi±zana jest niska profesjonalizacja zarz±dzania uczelniami. Je¶li pominiemy tu nieliczne wyj±tki, kadra kierownicza uczelni jest rekrutowana spo¶ród kadr naukowo−dydaktycznych. Podobny tryb rekrutacji kadr kierowniczych jest stosowany (chocia¿ g³ównie na ni¿szych szczeblach) równie¿ w przemy¶le. W uczelniach jednak mamy do czynienia z syndromem mened¿era−naukowca. Polega on na tym, ¿e g³ównym przymiotem dobrego mened¿era powinno byæ podejmowanie decyzji w sytuacji niepe³nej informacji, natomiast prawdziwy naukowiec powinien mieæ w±tpliwo¶ci, nawet w sytuacjach pozornie pewnych. Tak wiêc, z psychologicznego punktu widzenia, grono naukowców nie jest najlepsz± grup± zawodow± do rekrutacji kadr kierowniczych. Chcia³bym ponadto dodaæ, ¿e w swojej ponadtrzydziestoletniej pracy nie zetkn±³em siê ze szkoleniami kadr kierowniczych uczelni w zakresie zarz±dzania. Szkolenia takie w przemy¶le s± norm±.
W minionym okresie podobne regresywne mechanizmy rozwojowe doprowadzi³y przemys³ do bankructwa, a jego sanacja odby³a siê drog± transformacji ustrojowej i wprowadzenia rynku jako g³ównego koordynatora dzia³alno¶ci gospodarczej. Nie ulega w±tpliwo¶ci, ¿e u¿ycie tego remedium niezbêdne jest równie¿ w sektorze szkolnictwa wy¿szego. I tu siê zaczyna problem. Polega on na tym, ¿e w omawianym sektorze nie traktuje siê rynku jako narzêdzia jego transformacji, ale jako straszak przed t± transformacj±. Dlatego s³yszy siê g³osy prominentnych przedstawicieli ¶rodowiska szkó³ wy¿szych skierowane przeciwko „urynkowieniu” szkó³ wy¿szych, które rzekomo spowodowa³oby, ¿e uniwersytet, podobnie jak spó³ka akcyjna, musia³by preferowaæ wyniki gospodarcze. Tymczasem nikt trze¼wo my¶l±cy nie zamierza przekszta³caæ uczelni w nastawione na zysk spó³ki akcyjne. Wprowadzenie rynku jest potrzebne nie po to, aby uczelnie oddawa³y siê pogoni za zyskiem, lecz po to, aby rynek weryfikowa³ ustalenia strategiczne sektora i stworzy³ podstawê do uporz±dkowania jego gospodarki finansowej. Kwestia oceny wyników ekonomicznych uczelni jest tu spraw± zupe³nie drugorzêdn±.
Alokacji zasobów na poszczególne dyscypliny naukowe nie mo¿na pozostawiæ wy³±cznie rynkowi, ale te¿ sygna³ów rynku nie mo¿na ignorowaæ. Prowadzi to bowiem do rozd¼wiêków miêdzy potrzebami a przyjmowanymi kierunkami dzia³añ. Takie rozd¼wiêki maj± miejsce np. miêdzy potrzebami zatrudnienia absolwentów niektórych kierunków studiów a liczb± studentów koñcz±cych te kierunki. Brak weryfikacji rynku dostrzegalny jest równie¿ przy alokacji zasobów na poszczególne dyscypliny naukowe. Np. nak³ady na „badania i technologiê” z zakresu fizyki i chemii w Polsce poch³aniaj± 50,9 proc. ogó³u nak³adów, podczas gdy w USA wynosz± one 16,3 proc. Tak ukszta³towane proporcje s± zaskakuj±ce, tym bardziej ¿e front badañ w obydwu dziedzinach w USA jest z pewno¶ci± szerszy. Podobne zaskoczenie budzi to, ¿e nak³ady na ekonomiê i zarz±dzanie w Polsce s± dziesiêciokrotnie ni¿sze w stosunku do analogicznych nak³adów w USA (0,5 proc. i 5,2 proc. ogó³u nak³adów). Niestety, takie same proporcje odnosz± siê do nak³adów na pozosta³e nauki spo³eczne (0,2 proc. i 2,0 proc.). Z kolei w UE (dawna 15−ka) jedynie 30 proc. wydatków B+R skierowanych jest na nauki in¿ynierskie, natomiast w Polsce 50 proc.
Oczywi¶cie, trudno zweryfikowaæ zasadno¶æ przytoczonych proporcji nak³adów bez odniesienia ich do rzeczywisto¶ci gospodarczej, a ta jest regulowana przez rynek. Tymczasem, jak ju¿ wspomniano, przy alokacji zasobów w nauce rynek jest zupe³nie pomijany. W jego miejsce od lat stosuje siê arbitralny, wska¼nikowy system rozdzia³u zasobów na poszczególne dziedziny nauki, który nie ma nic wspólnego z rzeczywisto¶ci± gospodarcz±, a niestety tak¿e i naukow±.