Mamy ogólne za³o¿enia reformy nauki. Mamy te¿ pakiet projektów ustaw. Za kilka miesiêcy ma zostaæ przedstawiony pakiet dotycz±cy szkolnictwa wy¿szego. Jednocze¶nie, jak widzimy, tradycyjne funkcje edukacyjne szkolnictwa wy¿szego wpisano do instytutów PAN i JBR (art. 37, 64 ustawy o PAN; art. 2 ustawy o IB). Tymczasem ka¿da szko³a wy¿sza ma ambicje uniwersyteckie, a tradycyjne uniwersytety przejmuj± funkcje koled¿ów i JBR−ów.
W „Forum Akademickim” od wielu lat i niemal w ka¿dym numerze prezentowane s± g³osy krytyki stanu nauki w Polsce. Mo¿na te¿ wskazaæ wiele innych ¼róde³, gdzie z trosk±, ironi± albo gorzk± rezygnacj± mówi siê o s³abo¶ciach naszej nauki i edukacji. Najczê¶ciej dyskusja toczy siê wokó³ jako¶ci w nauce i problemów kariery akademickiej. Najlepszym przyk³adem na to jest spór o zasadno¶æ istnienia habilitacji. Tymczasem chcia³bym zwróciæ uwagê, w sposób byæ mo¿e nieco prowokacyjny, na potrzebê komplementarno¶ci trzech filarów nauki: PAN, szkó³ wy¿szych i JBR−ów.
Impulsem do wypowiedzi na ten w³a¶nie temat jest list pani minister Barbary Kudryckiej, adresowany do ca³ej spo³eczno¶ci akademickiej, z apelem o wspó³pracê w naprawie stanu rzeczy. Moja uwaga, z racji znajomo¶ci przedmiotu, skoncentruje siê przede wszystkim na wy¿szym szkolnictwie technicznym, które jest elementem centralnym w systemie nauki i edukacji dzisiejszego ¶wiata technologicznego.
Obserwuj±c dyskusjê, widzimy sk³onno¶æ uczonych do obwiniania pañstwa o nisk± efektywno¶æ dzia³ania sfery nauki, g³ównie z powodu zbyt s³abego finansowania ruchu naukowego w naszym kraju. £atwo argumentowaæ te racje, je¶li przywo³amy liczby wydatków na badania naukowe w Polsce. Ale czy mo¿na siê dziwiæ nieufno¶ci administracji rz±dowej do sposobu funkcjonowania sfery nauki, je¶li popatrzymy na dzisiejsze uniwersyteckie szkolnictwo wy¿sze i efekty jego dzia³ania?
Widzimy tu, ¿e nasze publiczne uczelnie wy¿sze wci±¿ g³êboko tkwi± w socjalizmie, którego cech± g³ówn± jest fa³szywy egalitaryzm. W uczelniach, wprawdzie nie zawsze z ich winy, panuje niedow³ad organizacyjny. Zarz±dzanie nauk± i dydaktyk± jest pajêczyn± kana³ów decyzyjnych ró¿nych szczebli i podmiotów administracyjnych: rektor, kanclerz, dyrektorzy poziomów i pionów, kwestorzy, ogromny senat, wydzia³y, instytuty, centra rzeczywiste i wirtualne, katedry, zak³ady, pracownie, laboratoria, zespo³y badawcze i dydaktyczne, a na koñcu s± rozproszeni, dorabiaj±cy po bokach, praktycznie niezale¿ni od wszystkiego uczeni.
Uczelnia sta³a siê korporacj± akademików−urzêdników, nastawionych na kariery administracyjne, gdzie dzia³aj± mechanizmy typowo korporacyjne. Z³o¶liwi nawet mówi±, ¿e jest to czarna dziura, która poch³onie ka¿de ¶rodki i z której nie wydostanie siê ¿adna nowa idea, innowacja itp. produkty intelektualne o warto¶ciach ponadlokalnych.
Wprawdzie w³adze uczelni wybierane s± bardzo demokratycznie, ale jest to demokracja szczególna – nie maj± tu szans na wybór jednostki kreatywne. A je¿eli takimi siê oka¿± po wyborach, to szybko trac± poparcie swoich wyborców−uczonych, których interesy w³asne i swoboda dzia³ania s± wówczas zagro¿one. Ostaj± siê oportuni¶ci, którzy szybko przerzucaj± swoje obowi±zki na zastêpców, a je¶li siê w co¶ zaanga¿uj±, to na obszarach bezpiecznych dla zajêtej pozycji: w budowê nowych obiektów akademickich (obowi±zkowo z w³asn± bibliotek±) albo powo³ywanie nowych organizacji, takich jak instytuty, o¶rodki, centra rzeczywiste i wirtualne, kombinaty (przez fuzje), konsorcja, platformy, klastry, parki, inkubatory. Jednocze¶nie rzadko te dzia³ania poprzedzone s± powa¿nymi i kompetentnymi prognozami potrzeb i spodziewanych efektów, jeszcze rzadziej swobodn± publiczn± dyskusj±.
A tymczasem w tle naszego ¿ycia akademickiego zachodz± powa¿ne zmiany globalne, które sprawiaj±, ¿e dydaktyka staje siê trudna do pogodzenia z karier± naukow±. Akademikom zwiêksza siê obci±¿enia dydaktyczne, a ci nie nad±¿aj± za szybko przesuwaj±cym siê horyzontem wiedzy; badania wyciekaj± z uczelni do centrów, laboratoriów i instytutów wolnych od dydaktyki, a rz±dy wzmacniaj± te procesy przesuwaj±c fundusze z „resortu nauki i edukacji” do „centrów i rad ds. badañ”. Z kolei przemys³, je¶li wchodzi do uczelni, to tylko po nowe pomys³y – uczelnia przestaje byæ szko³± kszta³cenia specjalistów, bo specjalno¶ci jest coraz wiêcej, wiêc przemys³ rozwija na w³asn± rêkê badania i kszta³cenie swoich specjalistów.
Jak widzimy, sytuacja jest z³o¿ona, zmienna, ale nie beznadziejna. Wiele mo¿na tu osi±gn±æ prostymi ¶rodkami i ma³ym kosztem. Administracyjnie i niekoniecznie rewolucyjnie, bo nie ma takiej potrzeby. Wystarczy tylko polityczna wola przeprowadzenia zmian i chcia³oby siê wierzyæ, ¿e takowa istnieje, s±dz±c po dotychczasowej aktywno¶ci Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wy¿szego. Chocia¿, jak na razie, trudno siê w tym dzia³aniu dopatrzyæ w miarê spójnego systemu zarz±dzania nauk±.
Problemy efektywno¶ci nauki, podobnie jak gospodarki, tkwi± g³ównie w systemie zarz±dzania. Zatem gdy mówimy o efektywno¶ci tego systemu, warto siê chwilê zastanowiæ nad struktur± i funkcjami jego elementów.
W Polsce g³ównymi filarami nauki s±: Polska Akademia Nauk, szkolnictwo wy¿sze (SW) i jednostki badawczo−rozwojowe. Nietrudno zauwa¿yæ, ¿e te organizacje i ich jednostki dzia³aj± niezale¿nie od siebie, a wspó³praca miêdzy nimi polega g³ównie na uczestnictwie ich przedstawicieli w ró¿nego rodzaju komitetach, radach, komisjach, ale ju¿ rzadko we wspólnych projektach badawczych i organizacyjnych, strategiach dzia³ania, polityce rozwoju.
W analizie tego systemu na pierwszy plan wysuwa siê pomieszanie funkcji dzia³aj±cych tam podmiotów: wszyscy zajmuj± siê wszystkim, czyli pozostaj± do siebie w stanie konkurencji i niechêci do wspó³pracy. Jednocze¶nie mamy w naszym kraju bardzo swobodne miary jako¶ci produkcji naukowej, do której z jednej strony zaliczamy odkrywanie nowych planet, technologii, metod, a z drugiej – rutynowe pomiary pewnej cechy próbki dostarczonej przez klienta i porównanie wyniku z norm±. Nie by³by to problem, gdyby nie bezkrytyczne kryteria finansowania tej aktywno¶ci ze ¶rodków publicznych.
Zatrzymajmy siê teraz na przyk³adzie wy¿szej szko³y technicznej formatu uniwersyteckiego. Oprócz wspomnianego wcze¶niej niedow³adu organizacyjnego wystêpuje niezbyt szczê¶liwa praktyka inwestowania w warsztat naukowo−badawczy instytutów i zak³adów uczelnianych pod has³em wspó³pracy z przemys³em i mod± na laboratoria certyfikowane. Niew±tpliwie laboratoria takie s± potrzebne gospodarce, by producenci mogli mieæ dostêp do rzetelnej i standardowej oceny swoich produktów. Ale warto sobie zadaæ pytanie, jak± warto¶æ naukow± mo¿e mieæ eksperyment w takim laboratorium, przeprowadzony w rutynowy, standardowy sposób i na standardowej aparaturze, na której, jak wiadomo, nie wolno eksperymentowaæ pod gro¼b± utraty licencji? Czy mo¿na w takich warunkach co¶ oryginalnego stworzyæ, byæ innowacyjnym, czyli my¶leæ i dzia³aæ niestandardowo, konkurencyjnie? Nie mo¿na, bo taki warsztat uniemo¿liwia eksperymentowanie, a tylko w taki sposób mo¿emy weryfikowaæ swoje pomys³y i mieæ szansê na nowe odkrycia, zamiast powielaæ cudze pomys³y i technologie. Bo eksperymentowanie jest kategorycznym imperatywem nauki.
Z powy¿szego wynika oczywisty wniosek, ¿e badania rutynowe – testy, ekspertyzy, opinie – choæ op³acalne dla uczelni, nie powinny dominowaæ nad dzia³alno¶ci± twórcz±, a ju¿ w ¿adnym wypadku byæ preferowane i finansowane kosztem badañ podstawowych i rozwojowych.
Ale s± te¿ i inne szkody, które wywo³uje koncentracja uwagi na badaniach us³ugowych. Jak wiadomo, aktualna struktura zatrudnienia w szko³ach wy¿szych cechuje siê niewielkim udzia³em kadry technicznej. I to niezale¿nie od liczebno¶ci realizowanych projektów badawczych. Wiêkszo¶æ kadry stanowi± nauczyciele na etatach dydaktycznych, poniewa¿ uczestnictwo w projektach badawczych lub us³ugowych traktowane jest tu jako dodatkowe ¼ród³o dochodów. Wiêcej, wiêkszo¶æ tej kadry to specjali¶ci od drobnych ekspertyz, opinii, badañ rutynowych, dzia³alno¶ci byæ mo¿e niezbyt twórczej, ale dochodowej. Ta dochodowo¶æ jest argumentem na rzecz inwestowania w aparaturê i pracownika, któremu trzeba zapewniæ pensum dydaktyczne. Do pensum potrzebni s± studenci. Je¶li ich bêdzie ma³o, to pojawi siê k³opot z bud¿etem jednostki. Wtedy, dla zachowania stanu liczebno¶ci studentów, pomys³y i dzia³ania kadry pod±¿aj± w kierunku rozbudowy programów nauczania, zwiêkszania liczebno¶ci grup studenckich i obni¿ania wymagañ dydaktycznych. I tak ko³o siê zamyka.
Zarz±d uczelni w trosce o swój bud¿et wprowadza wówczas ograniczenia w postaci podwy¿szenia pensum dydaktycznego do 240 h ustawowego maksimum (nawet dla profesora), ograniczenia minimalnej liczebno¶ci grup specjalno¶ciowych do 30 osób oraz znacznego powiêkszania wielko¶ci grup wyk³adowych i æwiczeniowych. Te dzia³ania daj± krótkotrwa³e, pozytywne efekty finansowe, ale jednocze¶nie d³ugotrwa³e i negatywne efekty wzmocnienia zjawiska obni¿ania jako¶ci kszta³cenia i badañ naukowych.
Po tym, co powiedziano, mo¿na postawiæ pytanie: w jakim kierunku powinny pój¶æ dzia³ania naprawcze w centralnym filarze sfery nauki, czyli uniwersytecie technicznym? Najlepiej w takim, by skorzysta³a na tym ca³a nauka, we wszystkich jej segmentach i poziomach. Bêdzie to mo¿liwe wtedy, je¶li szko³a wy¿sza formatu uniwersyteckiego zrezygnuje (w sposób dobrowolny lub wymuszony) z drobnej dzia³alno¶ci badawczej i skoncentruje swój potencja³ na badaniach podstawowych i rozwojowych o znaczeniu przysz³o¶ciowym: ideach, strategiach, pomys³ach siêgaj±cych horyzontów wiedzy, ogólnie – problemach przysz³o¶ci. Do takiej twórczo¶ci ma doskona³e tworzywo – umys³y m³odzie¿y. Aktywno¶æ naukowa nie powinna byæ tu reglamentowana i zasadzaæ siê na wielkich zamówieniach rz±dowych, bo te wykonaj± lepiej wolne od dydaktyki jednostki PAN, ale dzia³alno¶æ mniej regulowana, czyli uprawiana w duchu Humboldtowskiego modelu nauki i edukacji.
Innymi s³owy, ca³y ten badawczy „balast” zadañ dora¼nych, choæ praktycznie wa¿nych: ekspertyz, opinii, ocen, opracowañ potrzebnych na wczoraj lub dzi¶, powinien byæ wyprowadzony z uczelni do otoczenia naukowo−badawczego (JBR−y, spin−offy itp. podmioty us³ugowe i handlowe, które uczelnia powinna traktowaæ jako pierwszy etap transferu do gospodarki swoich idei i pomys³ów naukowych oraz uczestniczyæ w tym biznesie na ogólnych zasadach gospodarczych, przez udzia³y w³asno¶ciowe). Bo umów i listów intencyjnych o wspó³pracy z otoczeniem gospodarczym uczelnie maj± ju¿ pe³ne segregatory.
W ten sposób wzmocniony zostanie sektor JBR−ów, który, jak wiadomo, cierpi na brak kadry i z którym administracja rz±dowa nie wie, co zrobiæ. Te przesuniêcia nie zmieni± rynku us³ug badawczych i nie zmieni± siê istotnie statystyki zatrudnienia. Jednocze¶nie uczelnie osi±gn± po¿±dan± dzi¶ formê koncentracji na badaniach rozwojowych, mo¿liwo¶ci efektywnego transferu i wdra¿ania do praktyki swoich wyników naukowych, a tak¿e bêd± mia³y realny wp³yw na to przez udzia³y w spó³kach JBR.
Korzy¶ci pojawi± siê te¿ na obszarze edukacji. Wiadomo bowiem, ¿e do twórczo¶ci naukowej trzeba mieæ talent: zdolno¶ci naturalne i cechy szczególne charakteru. Gdy takie osoby zostawimy w uczelniach, a pozosta³e przeniesiemy do sektora JBR−ów, razem z ich certyfikowanymi laboratoriami, to nic na tym nie straci nauka. Przeciwnie, w uniwersytecie zostanie mniej, ale bardziej twórczych uczonych, do których utrzymania potrzeba bêdzie mniej ¶rodków i mniej studentów. Mo¿na siê wtedy skoncentrowaæ na II i III stopniu kszta³cenia, bardziej selektywnie i efektywnie, przez podniesienie wymagañ jako¶ciowych. A kszta³cenie zawodowe (I stopnia) pozostawiæ publicznym i niepublicznym szko³om wy¿szym pod nadzorem samorz±dowym. Skorzystaj± na tym segment szkó³ niepublicznych, szkolnictwo uniwersyteckie, zaplecze badawcze resortów gospodarczych, samorz±d terytorialny, spo³eczeñstwo jako ca³o¶æ.