Studenci Akademii Górniczej, za zgod± rektora Goetla, wyruszyli spod gmachu uczelni czwórkami, ze sztandarem Stowarzyszenia Studentów AG, na nabo¿eñstwo do ko¶cio³a Mariackiego. Na skrzy¿owaniu ulic Szewskiej i Jagielloñskiej drogê zagrodzi³o kilkunastu cywili domagaj±cych siê rozwi±zania „nielegalnej manifestacji”. Niektórzy wyci±gnêli nawet pistolety, które jednak szybko schowali. Prowadz±cy pochód koledzy Lech Kobyliñski (prezes SSAG) oraz Antoni Kleczkowski próbowali t³umaczyæ, ¿e zgodê wyrazi³ rektor, który omówi³ to z odpowiednimi w³adzami. W celu wyja¶nienia tej kwestii zaproponowano wspóln± wizytê u rektora, po czym zawieziono Kobyliñskiego i Kleczkowskiego... wprost do aresztu UB na placu Inwalidów. Przetrzymywano ich tam przez szereg dni.
Na Szewskiej, na chodnikach, zgromadzi³ siê tymczasem spory t³um, zdecydowanie negatywnie nastawiony do blokuj±cych. Nie mog±c siê doczekaæ powrotu „zawiezionych na rozmowê do rektora” kolegów, pochód ruszy³. Nie próbowano go ju¿ zatrzymywaæ.
Zdjêcie czo³ówki zrobiono w pobli¿u ko¶cio³a Mariackiego (miêdzy wylotem ul. ¦w. Jana i Floriañskiej). Pochód prowadzi³ Stanis³aw Tochowicz (wiceprezes SSAG). W sk³ad pocztu sztandarowego wchodzili, poczynaj±c od lewej: Stanis³aw Gorczyca, Zbigniew Kling (chor±¿y), Kazimierz (?) Levitoux. W drugim rzêdzie id±: Bogus³aw Seweryñski, Janusz Kuczma i Jerzy Sêdzimir.
Po nabo¿eñstwie, zgodnie z planem, próbowano okr±¿yæ Rynek, aby wychodz±c przez Szewsk± t± sam± drog± wróciæ na akademiê. Na rogu Wi¶lnej, pod siedzib± komitetu PPR, dosz³o do zamieszania. Pad³o kilka strza³ów (nikt nie zosta³ ranny). Oczywi¶cie partia oskar¿a³a, ¿e strzelali uczestnicy „demonstracji”. Prawdopodobnie by³a to jednak reakcja znajduj±cych siê w budynku, nieco spanikowanych towarzyszy. Na rogu Szewskiej i Plant pojawi³ siê samochód pancerny strzelaj±cy z broni maszynowej w powietrze (relacja Zbyszka Szczyg³a). Czê¶æ kolegów z „pokawa³kowanego” pochodu dotar³a jednak na uczelniê. Sztandar, schowany jeszcze w czasie zamieszania po wyj¶ciu z ko¶cio³a, szczê¶liwie wróci³. Rektor, do którego poszli¶my wprost z Rynku (mieszka³ niedaleko, przy placu Kleparskim), oczywi¶cie nic nie wiedzia³ o zatrzymaniu Kobyliñskiego i Kleczkowskiego.
Jedynym aresztowanym, oskar¿onym i skazanym (rok wiêzienia?), studentem AG by³ kol. Rynkar. Ju¿ po zakoñczeniu pochodu zatrzymano go w domu akademickim.
Lech Kobyliñski – dramatyczne prze¿ycia wojenne (obóz koncentracyjny) nie z³ama³y go i nie zgasi³y „u³añskiej” fantazji. Przyk³adem jest jeden z licznych ilustruj±cych to wyczynów. W 1946 roku w Gorcach dzia³a³ jeszcze „Ogieñ”. Lech z kilkoma kolegami, jad±c z Zakopanego samochodem Stowarzyszenia Studentów AG, postanowili siê zabawiæ. Po³o¿yli w poprzek drogi belkê. Trzymaj±c pod p³aszczem jak±¶ saperkê (w domy¶le broñ), zatrzymywali samochody. Legitymowali pasa¿erów dopytuj±c, czy s± w¶ród nich „towarzysze”. Gdy doszli do wniosku, ¿e kontynuowanie zabawy mo¿e byæ niebezpieczne, zlikwidowali szlaban i pojechali dalej. Wkrótce spotkali jad±cy naprzeciw samochód pancerny oraz dwie ciê¿arówki z wojskiem (KBW). I tu Lech pokaza³ klasê, nie spanikowa³, lecz zatrzyma³ tê kolumnê informuj±c, ¿e nieco dalej partyzanci blokuj± drogê i kontroluj± samochody poszukuj±c komunistów. Poradzi³ równie¿, jak korzystaj±c z bocznych dróg mo¿na otoczyæ partyzantów i odci±æ im odwrót. Podziêkowano mu za „obywatelsk± postawê”.
W jaki¶ czas po ukoñczeniu studiów Lech zosta³ dyrektorem kopalni Sosnowiec, któr± dobrze kierowa³. By³ jednak nielubiany przez miejscowe w³adze partyjne, gdy¿ maj±c du¿e poczucie humoru (niekiedy nieco z³o¶liwego) po³±czone z wybitn± inteligencj±, czêsto „robi³ z nich balona”. W¶ród za³ogi by³ popularny, gdy¿ dziêki jego „kontaktom” w Komitecie Centralnym lokalne w³adze partyjne otrzymywa³y polecenie przyznawania za³odze dodatkowych przydzia³ów trudno dostêpnych towarów. Po jakim¶ czasie wyda³o siê, ¿e to sam Lech, dzwoni±c do lokalnych notabli i podaj±c siê za jakiego¶ wa¿nego w KC towarzysza, wydawa³ te polecenia. Skorzystano wiêc z pierwszej nadarzaj±cej siê okazji (¶miertelny wypadek w kopalni), aby wytoczyæ mu proces. Skazany, przesiedzia³ we Wronkach do 1956 roku.
Zrobi³ pó¼niej doktorat, w latach siedemdziesi±tych by³ naczelnym in¿ynierem górniczym Katowickiego Zjednoczenia Przemys³u Wêglowego, otrzyma³ szereg wysokich odznaczeñ.
Antek Kleczkowski – wybrany na rektora w 1980 roku, pe³ni³ tê funkcjê w stanie wojennym przez dwie kadencje. B³yskotliwy i odwa¿ny intelektualista, dobry organizator. Czêsto nieco zbyt ciêtym dowcipem nara¿a³ siê nie tylko w³adzom, lecz równie¿ niektórym kolegom.
W 1948 lub 49 roku przypad³a Antkowi przykra rola przekazywania struktur i maj±tku Stowarzyszenia Studentów Akademii Górniczej, likwidowanego decyzj± w³adz, na rzecz Bratniaka, reprezentuj±cego niezbyt liczn± „m³odzie¿ komunistyczn±”. Jej przedstawiciele bardzo nie lubili prowadzonych w zwi±zku z tym rozmów. Antek, ciekaw otaczaj±cego ¶wiata i zachodz±cych w nim zmian, czyta³ w oryginale pisma klasyków marksizmu. W zwi±zku z tym, w prowadzonych dyskusjach zawsze mia³ na podorêdziu cytat dowodz±cy s³uszno¶ci jego racji. Obydwie strony wiedzia³y, ¿e jedynie czê¶æ tych cytatów jest autentyczna, reszta za¶ jest pomys³u Antka. Rzecz w tym, ¿e tylko Antek wiedzia³, które s± autentyczne, a które jego w³asnej „produkcji”. Przyczyni³ siê równie¿ znacz±co do sprawienia nowym gospodarzom, którzy liczyli na przejêcie funduszy posiadanych przez SSAG, dodatkowej przykro¶ci. Prezydium SSAG w koñcowym okresie dzia³ania podjê³o decyzjê wydania posiadanych jeszcze pieniêdzy na wykonanie witra¿a ¶w. Barbary, który umieszczono w holu. Wprawdzie krótko potem w³adze poleci³y usun±æ witra¿, lecz szczê¶liwie uda³o siê przekazaæ go w depozyt jezuitom (na Ma³ym Rynku). Ponad trzydzie¶ci lat pó¼niej, na pro¶bê Antka wybranego w 1980 roku na rektora, ojcowie zwrócili witra¿. Obecnie ¶w. Barbara znów z wysoka patronuje uczelni.
Antek nie cierpia³ koturnowo¶ci. Opowiedzia³ mi kiedy¶, jak przy jakiej¶ okazji towarzyskiej zaprezentowa³ bardzo wa¿nemu profesorowi anegdotê charakteryzuj±c± ró¿ne grupy pracowników ¶wiata nauki: asystent to g... bez³adnie miotane falami i wichrami po oceanie wiedzy; adiunkt – te¿ g..., które sprawi³o sobie jaki¶ ¿agielek i ster i wydaje mu siê, ¿e wie, dok±d p³ynie; docent – te¿ g..., które dobi³o do brzegu i zakotwiczy³o siê osi±gaj±c pewn± stabilizacjê. Starszemu panu dowcip ogromnie siê podoba³. Jednak Antek kontynuowa³: profesor to te¿ g..., które wype³z³o na brzeg, nabra³o nieco po³ysku i wydaje mu siê, ¿e jest latarni± morsk±. Starszy pan spowa¿nia³ i stwierdzi³: „Obsesyjne powtarzanie s³owa g... czyni dowcip wulgarnym”.
Antek by³ wybitnym naukowcem, cz³onkiem PAN oraz PAU, doktorem h.c. naszej uczelni oraz doktorem h.c. École Polytechnique de Mons we Francji.
Staszek Tochowicz – cz³owiek inteligentny, o szerokim spojrzeniu na ¶wiat. Po studiach pocz±tkowo pracowa³ jako in¿ynier w stalowni (niestety, nie pamiêtam w której hucie). Potem przeszed³ do zjednoczenia w Katowicach, gdzie przez szereg lat by³ naczelnym stalownikiem. Wydaje siê, ¿e w ¶rodowisku, w którym siê znalaz³, nie mia³ mo¿liwo¶ci pe³nego wykorzystania swych uzdolnieñ intelektualnych i organizacyjnych. By³ pó¼niej profesorem Politechniki ¦l±skiej w Gliwicach.
Staszek Gorczyca – mój najbli¿szy przyjaciel, wybrany w 1980 roku na prorektora. Wraz z Antkiem Kleczkowskim tworzyli zgrany zespó³. Przyjêli zasadê, ¿e ich g³ównym zadaniem jest chronienie uczelni (studentów, pracowników, instytucji) przed skutkami stanu wojennego. Czyni±c to musieli siê opieraæ naciskom, niekiedy bardzo brutalnym, ze strony w³adz, a niekiedy równie¿ przykrym i bolesnym ze strony „m³odych gniewnych”. Taka bywa cena, gdy chce siê s³u¿yæ „sprawie” nie stawiaj±c na pierwszym planie swojej kariery, popularno¶ci czy korzy¶ci materialnych. Gdy trzeba by³o, rektorzy potrafili stan±æ przeciw w³adzy. Pobito naszych studentów wezwanych na „przes³uchanie”. W zwi±zku z tym ustalono, ¿e w przypadku tego rodzaju wezwañ ze studentem pójdzie równie¿ dziekan lub oddelegowany przez niego pracownik. Je¶li nie zostan± wpuszczeni, bêd± czekaæ przed budynkiem a¿ „przes³uchiwany” wyjdzie. Podpici zomowcy kilkakrotnie robili w pó¼nych godzinach wieczornych naloty na domy akademickie. Na za¿alenia w³adz uczelni odpowiadano, ¿e to studenci byli stron± atakuj±c± i zmusili ZOMO do interwencji. W zwi±zku z tym wprowadzono dy¿ury dziekañskie w akademikach (w³adze nie lubi³y ¶wiadków). Kilkakrotnie wraca³em z takich dy¿urów (by³em wówczas dziekanem) dobrze po pó³nocy. W³adze uczelni interweniowa³y w sprawie internowanych oraz z regu³y upomina³y siê o zatrzymywanych, przy ró¿nych okazjach, studentów. W przypadku silnych nacisków, domagaj±cych siê relegowania, zawieszano oficjalnie studenta, z tym ¿e nieformalnie nadal uczestniczy³ on w æwiczeniach, seminariach i zdawa³ (nieoficjalnie) kolokwia. Tak wiêc „odwieszony” po kilku miesi±cach nie mia³ braków.
Z drugiej strony w³adze uczelni nara¿a³y siê niekiedy „gor±cym g³owom”, sprzeciwiaj±c siê ró¿nym „gestom” i demonstracjom (niekiedy prowokowanym), których g³ównym celem, niekiedy praktycznie jedynym, by³o pokazanie, „¿e siê nie boimy, nie damy siê zastraszyæ, jeste¶my przeciw itp.”. Studentom, którzy mówili: „Zostali¶my sprowokowani” do takiego czy innego dzia³ania, t³umaczy³em: „Je¿eli dajecie siê sprowokowaæ, to znaczy, ¿e realizujecie plany strony przeciwnej. Wykazujecie wtedy, ¿e przeciwnicy s± m±drzejsi lub przynajmniej sprytniejsi od was i prowadz± was na pasku”.
Staszek by³ pionierem mikroskopii elektronowej w naszej uczelni, zorganizowa³ pracowniê i wykszta³ci³ liczne grono badaczy. Niektórzy z nich zajmuj± obecnie kierownicze stanowiska w krajowych i zagranicznych uczelniach oraz placówkach badawczych. Posiada obszerny i znacz±cy dorobek naukowy, jest doktorem h.c. naszej uczelni.
Bogu¶ Seweryñski – po ukoñczeniu studiów przez kilka lat pracowa³ w przemy¶le, w Instytucie Metali Nie¿elaznych (zrobi³ doktorat), po czym przeszed³ do Ministerstwa Przemys³u Ciê¿kiego. W krótkim czasie doszed³ tam do stanowiska dyrektora departamentu. Doskonale znaj±cy przemys³ metali nie¿elaznych, zarówno od strony organizacyjnej, jak i bardzo zró¿nicowanych technologii, mia³ du¿y autorytet w¶ród kadry in¿ynierskiej. By³ bardzo kole¿eñski, niekiedy jednak miano nieco pretensji, ¿e trochê za bardzo „bossi³”. Dobry negocjator z firmami zachodnimi oraz z ró¿nymi instytucjami wschodnich s±siadów. Nie „robi³ pieniêdzy”, choæ mia³ wiele mo¿liwo¶ci.
Podoba mi siê opowiedziana przez niego historyjka. Wraz z jak±¶ ministerialn± misj± odwiedza³ szereg zak³adów metalurgicznych w Zwi±zku Radzieckim. Samolot, którym lecieli do zak³adu daleko za Uralem, nie móg³ l±dowaæ ze wzglêdu na z³± pogodê. Skierowano ich w bok od trasy, na jakie¶ wy³±cznie krajowe lotnisko, na g³uchej prowincji syberyjskiej. Maj±c w perspektywie kilkugodzinne czekanie, ruszyli do pobliskiego „miasta” (g³ówna ulica, kilka przecznic, zabudowa przewa¿nie drewniana). Pojawienie siê egzotycznej grupy innostranców wywo³a³o sensacjê (lata sze¶ædziesi±te lub siedemdziesi±te). Jaka¶ zaciekawiona babuszka zagadnê³a Bogusia: „A wy otkuda?”. „Iz Polszy”. „A co, znowu by³o powstanie?”
Po przej¶ciu na emeryturê zosta³ zaanga¿owany na jedno z kierowniczych stanowisk w Impexmetalu.
Janusz Kuczma – by³ cz³owiekiem inteligentnym, mia³ du¿e poczucie humoru oraz dar nawi±zywania dobrych kontaktów. W okresie studiów by³ „przybocznym” Lecha Kobyliñskiego, kompanem w realizacji licznych zwariowanych, niekiedy niezbyt subtelnych, kawa³ów.
Po studiach, przez szereg lat, zajmowa³ wysokie stanowisko w MPC, „podczepiony” (termin z serialu Alternatywy 4) pod ministra Kaima. Po upadku ministra, w wyniku rozgrywek partyjnych, Janusz zosta³ odstawiony na „boczny tor” – zosta³ prezesem Urzêdu Patentowego. Nasz kolega Zbyszek Sobczyk, który by³ podsekretarzem stanu w MPC i równie¿ wyl±dowa³ w Urzêdzie Patentowym, powiedzia³ mi: „Wiesz, mia³em takie wra¿enie, jakbym siê przesiad³ z poci±gu pospiesznego do doro¿ki”.
Nic nie wiem o dalszych losach Zbyszka Klinga (naszego starszego kolegi, który zaczyna³ studia jeszcze przed wojn±) oraz Kazika Levitoux. Lech, Antek, jeden i drugi Staszek oraz Bogu¶ i Janusz doszli ju¿ do koñca drogi.