Mistrz, w rozumieniu sportowym, to kto¶ wyj±tkowy – jest jeden, najlepszy, odsuwa w przesz³o¶æ poprzedniego mistrza. Ale mo¿na u¿yæ tego s³owa tak¿e w ujêciu „rzemie¶lniczym”, okre¶laj±c nim cz³owieka, który opanowa³ jaki¶ poziom umiejêtno¶ci, a odpowiednio go udokumentowawszy – otrzyma³ stosowny certyfikat. I w³a¶nie to drugie znaczenie rozwa¿anego terminu jest wygodne, gdy w publicystycznym skrócie chcemy siê zastanowiæ nad kwalifikacjami zawodowymi – ich stopniowaniem, dokumentowaniem i nadawaniem.
Materia ta ma takie znaczenie, niezale¿nie od bran¿y, ¿e chyba zbêdne jest uzasadnianie celowo¶ci jej dyskutowania. Przecie¿ owe certyfikaty stanowi± pierwszy (a czêsto jedyny) czynnik decyduj±cy o tym, do kogo siê zwracamy w razie potrzeby – naprawy czego¶ zepsutego, wykonania jakiego¶ projektu, wyprodukowania czego¶, wyleczenia dolegliwo¶ci… A w rozwa¿anym dalej przypadku hierarchii stopni i tytu³ów zawodowych oraz akademickich problem nale¿y wrêcz uznaæ za gor±cy, co wynika g³ównie z ju¿ wprowadzonych i jeszcze zapowiadanych przez rz±d zmian w ustawach dotycz±cych szkolnictwa wy¿szego i nauki.
Mamy tu obecnie do dyspozycji ci±g piêciu „certyfikatów”, ró¿nicuj±cych kolejne „poziomy mistrzostwa zawodowego”. Od najni¿szego licz±c, s± to tytu³y zawodowe licencjata lub in¿yniera oraz magistra (lub równorzêdny), stopnie naukowe doktora oraz doktora habilitowanego i wreszcie tytu³ naukowy profesora.
Istotnym elementem dokumentacji, prezentuj±cej dorobek i kwalifikacje kandydata do pokonania ka¿dego szczebla kariery zawodowej, jest dzie³o – najlepiej maj±ce formê pisan±, zwart± i samodzieln±. Kolejno s± to prace dyplomowe (licencjacka lub in¿ynierska, a nastêpnie – magisterska lub równorzêdna), dysertacja doktorska, rozprawa habilitacyjna i wreszcie „ksi±¿ka profesorska”. Co prawda ustawowo w formie zwartej wymagane jest przygotowanie tylko dysertacji i wariantowo rozprawy, lecz wydaje siê, ¿e w praktyce najczê¶ciej oczekuje siê ich przed³o¿enia na ka¿dym poziomie.
Jak ju¿ wspomniano, hierarchia stopni i tytu³ów to w naszym kraju temat niezwykle gor±cy. Budzi niema³e emocje. Z regu³y jest krytykowany i wrêcz kwestionowany, a jego obroñcy nie maj± ³atwego ¿ycia. Co ciekawe, krytycy systemu najczê¶ciej operuj± argumentami typu: „bo tak jest na ca³ym ¶wiecie”. Tymczasem w ka¿dym miejscu na ¶wiecie z regu³y jest inaczej, a ponadto te najlepsze szko³y, jak gdyby celowo, staraj± siê wrêcz podkre¶laæ sw± odrêbno¶æ, tak¿e w sferze organizacyjnej i technologicznej. Owszem, habilitacja nie wystêpuje czêsto, lecz je¶li dok³adnie przeanalizowaæ systemy akademickie krajów, tak chêtnie przywo³ywanych przez reformatorów (np. anglosaska tenure), to wyj±tkowo¶æ habilitacji nie jest ju¿ tak uderzaj±ca.
Temat jest bardzo obszerny, wiêc w dalszym ci±gu podejmê tylko jeden jego aspekt – celowo¶æ lub niecelowo¶æ pisania dzie³a przez kandydata do „certyfikatu”. Interesuj±ce, ¿e najs³absze protesty wzbudza pisanie takich opracowañ na dwóch pierwszych poziomach (studia I i II stopnia, do ukoñczenia których w dodatku ustawodawca stawia tylko wymóg zdania egzaminu dyplomowego). Owszem, s± kierunki, na których obowi±zuje jedynie egzamin (np. medycyna), lecz chyba dominuje wymóg „napisania” (ciekawe, ¿e czê¶ciej s³yszy siê w³a¶nie o pisaniu, a rzadziej o wykonywaniu) pracy dyplomowej. Co prawda, kto¶ bardzo podejrzliwy móg³by siê tu dopatrywaæ niezbyt zdrowej zgodno¶ci interesów miêdzy studentami (czyta siê w prasie, ¿e tak± pracê mo¿na zdobyæ odp³atnie) a nauczycielami akademickimi (za prowadzenie pracy dyplomowej nale¿y siê jaki¶ ekwiwalent), ale wymóg ten ma te¿ swoje pozytywne strony. Ponadto wypada poczekaæ a¿ wejdzie w ¿ycie system boloñski, który na wiêkszo¶ci kierunków nauczania wprowadza obligatoryjny wymóg rozdzia³u studiów na dwa stopnie.
Je¶li chodzi o poziom doktorski, to tu tak¿e w zasadzie panuje spokój. Nie s³ychaæ protestów – mo¿e dlatego, ¿e otwieranie zbyt wielu frontów jest elementarnym b³êdem strategicznym, a mo¿e z tej przyczyny, ¿e sama dysertacja – czêsto „maszynopis na prawach rêkopisu” – nie stwarza jakich¶ nieprzezwyciê¿onych trudno¶ci.
Inaczej natomiast rzecz siê ma z dwoma najwy¿szymi „certyfikatami”, przy czym ka¿dy z nich jest przez zwolenników naprawy systemu „rozgrywany” inaczej. Rozprawê habilitacyjn± próbuje siê mianowicie „wylaæ wraz z k±piel±”, gdy¿ tutaj energia reformatorów skupia siê po prostu na próbie likwidacji tego stopnia w ca³o¶ci. I dopiero, gdy siê to nie udaje (a podej¶æ takich by³o w ostatnich dwóch dekadach ju¿ kilka!), narzeka siê na wymóg przed³o¿enia rozprawy (któr± zreszt± mo¿na zast±piæ zestawem „mocnych” publikacji). Je¶li za¶ chodzi o profesurê, choæ chyba nikt nie postuluje jej likwidacji (a wrêcz odwrotnie, wprowadza siê ten tytu³ tak¿e do szkó³ ¶rednich, formalizuj±c tym samym tradycyjny zwrot licealistów: „panie profesorze!”), to z kolei s³ychaæ narzekania na potrzebê pisania „ksi±¿ki profesorskiej”. Na marginesie, dyskusja w tej sprawie jest o tyle trudna, ¿e potrzeba ta ma charakter nieformalny.
Wiele pada argumentów, zna je chyba ka¿dy zainteresowany t± dyskusj±. W sumie wydaje siê, ¿e dominuj±cy rys tego sporu wynika z ró¿nicy interesów i pogl±dów miêdzy dwiema postawami: kandydatów, którzy (pomijaj±c oficjalne argumenty) pragn± sobie upro¶ciæ i przyspieszyæ proces awansowy, oraz cz³onków gremiów przyznaj±cych „certyfikaty”, którzy chcieliby jak najsolidniej „prze¶wietliæ” ka¿dego pretendenta, niezale¿nie od intencji (idealistycznie dbaj±c o odpowiedni poziom cz³onków korporacji czy te¿ egoistycznie d±¿±c do ograniczenia liczby jej cz³onków). W efekcie trudno by³oby ów spór ostatecznie rozstrzygn±æ, przyznaj±c racjê wy³±cznie jednej stronie, ale te¿ jak±¶ decyzjê nale¿y w koñcu podj±æ – zmieniæ system czy zostawiæ w obecnym kszta³cie. Trzeba wiêc w trakcie przedmiotowej dyskusji oddzielaæ ziarno od plew, czyli argumenty merytoryczne od sofizmatów.
I tu po¿yteczne mo¿e byæ pytanie umieszczone w tytule, czy mianowicie dzie³o, napisane i wydane przez kandydata do „certyfikatu”, podnosi jego „mistrzowskie kwalifikacje”, czy te¿ nie? Alternatyw± (w przypadku definitywnej likwidacji omawianego wymogu) by³oby przedk³adanie przez kandydata do awansu tylko odpowiedniej dokumentacji (któr± z regu³y stanowi poka¼ny plik kartek, nawet je¶li ma ona formê elektroniczn±).
Otó¿, w moim przekonaniu, odpowied¼ jest pozytywna – dzie³o naprawdê czyni mistrza. Zasadnicze bowiem znaczenie przy jego powstawaniu ma kwestia „wy³awiania” z dorobku tego, co jest istot± dzie³a, a co z regu³y bywa rozproszone w innych, mniej rozbudowanych pozycjach dokumentuj±cych ów dorobek. Jest to sprawa wrêcz kluczowa, bo zaskakuj±co czêsto ma siê do czynienia z sytuacj±, gdy autor dorobku nie potrafi sam wskazaæ „rdzenia” swych osi±gniêæ lub te¿ upatruje ich g³ównego waloru w czym¶ innym ni¿ recenzent. Powstaj±ca praca, która z definicji ma wzglêdem innych publikacji charakter syntetyczny (choæby z tego wzglêdu, ¿e dzie³o wielkie, lecz nieprzystaj±ce tematyk± do poprzednich tekstów kandydata, zawsze budzi podejrzenia osób oceniaj±cych), zmusza autora do nadania swym wynikom nowej jako¶ci. Niechby tylko formalnej, ale nawet i to jest dla niego po¿yteczne, nawet i to podnosi poziom jego mistrzostwa.
Przerzucenie obowi±zku dokonania tej syntezy na recenzentów nie by³oby rzecz± dobr±, niezale¿nie od ich werdyktu. Tym bardziej ¿e tylko w s±dzie w±tpliwo¶ci nale¿y rozstrzygaæ na korzy¶æ oskar¿onego. W kwestii awansu zawodowego musi byæ odwrotnie. Czy¿ bowiem jest mistrzem kto¶, kto przynosi „stos papieru” i domaga siê uznania, a odmawia samodzielnego przedstawienia istoty tego, co stworzy³ (lub uwa¿a, ¿e stworzy³), czyli tego, co w jego mniemaniu pozwala mu ubiegaæ siê o awans?
A na koniec warto do³o¿yæ jeszcze jeden argument. Zapewne egoistyczny, reprezentuj±cy interes tych, którzy wyrokuj±. Otó¿ ocena dorobku wymaga czasu. Gdy kandydat nie musi przedstawiaæ zwartego dzie³a, stanowi±cego syntezê jego osi±gniêæ, musz± to zrobiæ na swój u¿ytek ci, którzy maj± go oceniæ. Zestawienie czasu, jaki zosta³by na to po¶wiêcony przez osobê, która dopiero aspiruje do awansu, a suma czasów pracy wymaganej wtedy przez osoby oceniaj±ce, te¿ musi byæ brana pod uwagê.