Niektóre odcinki powie¶ci radiowej „Matysiakowie” nosz± znamiona dzie³a artystycznego, a inne, w³a¶ciwie wiêkszo¶æ, s± typow± robot± rzemie¶lnicz±. Swego czasu postanowi³em zbadaæ to zjawisko. Lepsze okaza³y siê te odcinki s³uchowiska, które by³y pisane przez jednego autora. Tak siê czasem sk³ada³o, ¿e zespó³ chwilowo nie móg³ siê zebraæ albo – na przyk³ad w zwi±zku z wakacjami – ustalano, ¿e odcinki bêd± pisane kolejno przez poszczególnych autorów, bez ¿adnych konsultacji i korekt. Jaka¿ cudowna odmiana! Lepsze dialogi, sprawniejszy i dowcipniejszy jêzyk, ciekawsze niuanse psychologiczne, nawet pomys³y fabularne o niebo doskonalsze. Autorom „pojedynczym” udawa³o siê wiêcej wycisn±æ z postaci i tworzonych sytuacji.
W historii literatury jest mnóstwo przyk³adów negatywnego wspó³autorstwa. Ciekawe s± przypadki wspó³pracy Roberta Louisa Stevensona z pasierbem Lloydem Osbourne’em. Dopóki Osbourne by³ tylko medium pisarza albo, co najwy¿ej, pomys³odawc± przed rozpoczêciem procesu tworzenia, wszystko sz³o doskonale. S³ynna powie¶æ „Wyspa Skarbów”, pierwszy du¿y utwór Stevensona, powsta³a dziêki mapce, któr± wymy¶li³ i namalowa³ m³odziutki Lloyd. Stevenson dorysowa³ szczegó³y, na poczekaniu u³o¿y³ historiê o piratach i poszukiwaniu skarbów, w górnym rogu dopisa³ nazwê wyspy „Treasure Island”, po czym w ci±gu trzech dni stworzy³ pierwsze trzy rozdzia³y powie¶ci. Kolejne fragmenty czyta³ rodzinie, która uwa¿a³a za stosowne wtr±caæ siê do tre¶ci, dodawaæ postaci, zmieniaæ przebieg akcji, a¿ w koñcu autor zw±tpi³, czy uda mu siê dokoñczyæ dzie³o. Od³o¿y³ wiêc to, co zosta³o ju¿ zrobione, wróci³ do wstêpnych notatek i napisa³ rzecz od nowa. O to chodzi³o, ksi±¿ki literackie nale¿y pisaæ samodzielnie!
Historia ta nie wyleczy³a Stevensona ze wspó³pracy. Z pomys³ów Osbourne’a, niekiedy bardzo rozbudowanych, korzysta³ jeszcze nieraz, zw³aszcza przy pisaniu powie¶ci „Baga¿ nie z tej ziemi” („The Wrong Box”), „The Ebb−Tide – A Trio and a Quartette” czy „The Wrecker”, których niew±tpliwe wspó³autorstwo zosta³o odnotowane na stronach tytu³owych. Powie¶æ „The Wrecker” jest klasycznym przyk³adem, jak praca zespo³owa obni¿a poziom sztuki. Jest to proza rozwlek³a, ¼le skomponowana, pozbawiona przes³ania, napisana zmiennym jêzykiem, chwilami wrêcz sprawozdawczym, charakterystycznym dla przypadkowych wstawek. To nie mistrzowska robota, której smak poznajemy w noweli „Doktor Jekyll i pan Hyde”. Recenzent z „New York Timesa” (17 lipca 1892) wytkn±³ „The Wreckerowi” fabularny ba³agan, nudne i d³ugie wtr±cenia niemaj±ce zwi±zku z opowiadan± histori±, rozci±ganie psychologii g³ównego bohatera niczym worka, do którego wszystko mo¿na wrzuciæ, nadu¿ywanie cierpliwo¶ci czytelnika, któremu autorzy zdaj± siê na piêæsetnej stronie t³umaczyæ, ¿e „je¶li nawet ksi±¿ki nie polubi³, to w ka¿dym razie mia³ powód, ¿eby do niej przywykn±æ”. Wygl±da na to, ¿e Stevenson bezkrytycznie adaptowa³ nieskoordynowane sprostowania i uzupe³nienia Osbourne’a, które zak³óci³y proces twórczy. Dlatego powsta³ utwór grafomañski, antydzie³o.
Pod koniec lat 70. telewizja zaprosi³a mnie do udzia³u w konkursie na opowiadanie „napisane przez publiczno¶æ”. Polega³o to na tym, ¿e grono m³odych pisarzy, w tym ja, wstêpnie mia³o napisaæ ca³e opowiadanie, którego pierwszy akapit mia³ byæ zaprezentowany na antenie, a widzowie telefonicznie mieli „dodawaæ dalszy ci±g pierwszego akapitu”. Co za drañstwo, najzwyklejsze oszustwo. Po serii telefonów od widzów miano odczytywaæ nastêpne akapity opowiadania „publicznego, ale napisanego przez nas”. Lecz oto zaskoczenie! Nikt z nas nie chcia³ braæ w tym udzia³u, i na pewno nie zbiorowo. To oburzy³o redaktorów, ale jako¶ siê dostosowali. Za¿±dali, aby¶my na bie¿±co gruntownie przerabiali kawa³ki dostarczane przez widzów, bo „przecie¿ masy nie napisz± niczego sensownego”. Teraz stanêli¶my okoniem na dobre. Ju¿ nie chodzi³o nam tylko o to, ¿e tak tekstów pisaæ nie wolno, ale przede wszystkim o pogardê, z któr± autorzy programu odnie¶li siê do publiczno¶ci. Program w³a¶nie ruszy³ na ¿ywo, gdy wyszli¶my ze studia.
Ogl±dali¶my tê rzecz ju¿ tylko na podgl±dzie, w portierni Telewizji przy ul. Woronicza 17. Dodawane przez widzów kawa³ki wcale nie by³y „tak g³upie”, jak za³o¿yli autorzy programu, ale rzeczywi¶cie trudno je by³o z³o¿yæ do kupy. Tymczasem urz±dzono ³apankê na korytarzu i na poczekaniu stworzono jury z³o¿one z dziennikarzy i sekretarek. Program jako¶ uratowano, lecz powsta³ gniot tak ¿a³osny, ¿e zêby bola³y.
W dziewi±tym roku XXI w. z miarodajnych ¼róde³ dowiadujê siê, jak niektóre telewizje organizuj± sondy uliczne. Maj± do tego celu wyspecjalizowanych „przechodniów”, którzy ucz± siê na pamiêæ tekstów podanych przez redaktora, a nastêpnie „z³apani na ulicy” wyg³aszaj± magiczne opinie w imieniu spo³eczeñstwa. Nowe niestety wróci³o.