Proponujê, aby zamiast mówiæ o kolejnych reformach, dokonanych i zaniechanych, zastanowiæ siê nad kilkoma problemami, które s± nastêpstwami tych reform albo ich braku. Mo¿e warto zebraæ kilka obserwacji na temat tego, z czym mamy do czynienia.
Zacznê od uwag nieco przewrotnych (które mo¿na potraktowaæ jako swego rodzaju prowokacjê intelektualn±) na temat zawsze istotnego problemu: ilo¶æ versus jako¶æ. Mijaj±ce 20-lecie zaowocowa³o w szkolnictwie wy¿szym niemal piêciokrotnym zwiêkszeniem liczby studentów. Jednak do¶æ czêsto wyra¿a siê krytyczne uwagi na temat poziomu studiów. Mówi siê, ¿e poziom ten siê obni¿y³. I w ogólnym odczuciu wydaje siê to do¶æ oczywiste. Mo¿e jednak warto siê zastanowiæ nad precyzyjniejszym ujêciem tego odczucia. Je¶li mamy mówiæ o obni¿eniu „¶redniego poziomu studiów”, to dobrze by³oby zdecydowaæ, jak ten „¶redni poziom” ma byæ okre¶lony. Nie podejmujê siê tego zadania, w ka¿dym razie w ramach moich przyzwyczajeñ matematyka. Pomiñmy wiêc kwestiê prób precyzyjnego okre¶lania „¶redniego poziomu” studiowania i zgód¼my siê z tym, ¿e wobec tak znacznego wzrostu liczby studentów, przy nieproporcjonalnie do tego wzrostu ma³ym zwiêkszeniu liczby nauczycieli akademickich, obni¿enie poziomu kszta³cenia – jakkolwiek mia³by on byæ mierzony – by³o niejako nieuchronne. Mo¿na przy tym domniemywaæ, ¿e odsetek ¼le kszta³conych jest teraz wiêkszy ni¿ wtedy, gdy studentów w ogóle by³o ma³o.
Chcia³bym jednak zaproponowaæ inne nieco – mo¿e przewrotne, do czego przyzna³em siê ju¿ na wstêpie – spojrzenie na ten problem. Wzros³a przecie¿ chyba nie tylko liczba studentów w ogóle, ale i liczba dobrze kszta³conych studentów. Je¿eli przyjmiemy, ¿e nawet prawie wszyscy studenci w roku 1990 byli dobrze kszta³ceni (dobrze siê kszta³cili), to by³o ich oko³o 350 tys. Nikt chyba nie bêdzie kwestionowa³ pogl±du, ¿e teraz co najmniej po³owa jest dobrze kszta³cona (dobrze siê kszta³ci, ma dobre warunki do studiowania). A ta po³owa to co najmniej 900 tys. S±dzê zreszt±, ¿e to szacowanie jest zbyt pesymistyczne. Nie deprecjonujmy wiêc (w ka¿dym razie – nie wystêpujmy z przesadn± krytyk± poziomu studiów) prawdziwego sukcesu, jakim by³o (jest) imponuj±ce zwielokrotnienie liczby studiuj±cych w Polsce. Nie mo¿e to oczywi¶cie oznaczaæ bezkrytycznego i bezrefleksyjnego zachwytu nad t± liczb±, a przede wszystkim lekcewa¿enia problemu jako¶ci kszta³cenia i niezauwa¿ania konieczno¶ci zdecydowanego przeciwdzia³ania obni¿aniu poziomu kszta³cenia tam, gdzie ono wystêpuje. Nie mo¿e to wreszcie, w jaskrawych przypadkach, chroniæ szkó³ nieutrzymuj±cych w³a¶ciwego poziomu od najdalej nawet id±cych konsekwencji.
Potrzeba kontroli jako¶ci kszta³cenia sta³a siê inspiracj± do tworzenia przez rektorów komisji akredytacyjnych. Wobec tego, ¿e poddawanie siê procedurom akredytacyjnym prowadzonym przez takie komisje nie by³o (i nie jest) obowi±zkowe, dopiero powstanie Pañstwowej Komisji Akredytacyjnej sta³o siê podstaw± konstrukcji systemu powszechnej (obowi±zkowej) kontroli jako¶ci. Wi±¿e siê z tym kwestia wprowadzania zunifikowanych „standardów kszta³cenia”. Nie jest to rzecz nowa, gdy¿ poprzednio by³y tzw. minima programowe. I to jednak, co by³o, jak i to, co obowi±zuje teraz, wywo³ywa³o i wywo³uje dyskusje, a nawet protesty. Skrajny pogl±d sprowadza siê do tego, ¿e nale¿y te standardy zlikwidowaæ, pozostawiaj±c uczelniom swobodê w kszta³towaniu programów i ustalaniu wymagañ w odniesieniu do kierunków studiów, których zreszt± tak¿e nie powinno siê w ogóle ustalaæ „centralnie”.
Otó¿ tak d³ugo, jak d³ugo dyplomy ukoñczenia studiów bêd± sygnowane przez pañstwo i takie same dla wszystkich uczelni, pewne wspólne standardy musz± obwi±zywaæ. Je¿eli (za jaki¶ czas?) dosz³oby do tego, ¿e dyplomy by³yby sygnowane tylko „indywidualnie” przez poszczególne uczelnie, które bra³yby odpowiedzialno¶æ za to, co kryje siê za tymi dyplomami, to rzeczywi¶cie mo¿na by³oby my¶leæ o zniesieniu zunifikowanych standardów. Czy wtedy w ogóle mia³yby sens dzia³ania PKA? Pewnie tak, ale nie w takich ramach, jak obecne.
Pozostañmy na razie przy aktualnej sytuacji formalnej i zgód¼my siê, ¿e wprawdzie istniej±ce standardy uwieraj± najlepsze uczelnie autonomiczne (i s± przez nie – co nie powinno dziwiæ – traktowane jako, w pewnym sensie, ograniczenia ich autonomii), to stanowi± jedno z niewielu „wymiernych” narzêdzi, jakimi dysponuje PKA przy kontroli uczelni maj±cych k³opoty z utrzymaniem w³a¶ciwego poziomu kszta³cenia.
Dodam uwagê historyczn±. Zanim powsta³a PKA, pewn± kontrolê – bardzo ograniczon±, ze wzglêdu na obowi±zuj±ce wtedy przepisy – sprawowa³a Rada G³ówna Szkolnictwa Wy¿szego. Mia³o to miejsce wtedy, gdy rozpatrywano wnioski o utworzenie nowej szko³y wy¿szej (by³a to kontrola niejako a priori, na podstawie dokumentów przedstawionych Radzie) lub o poszerzenie uprawnieñ szkó³ ju¿ dzia³aj±cych (np. o przyznanie prawa do nadawania tytu³u zawodowego magistra szkole, która mia³a uprawnienia tylko do nadawania licencjatu). Rada G³ówna dysponowa³a wtedy tylko dwoma „wymiernymi” kryteriami. By³y to standardy kszta³cenia, nazywane wówczas minimami programowymi (do nich odnoszono programy proponowane przez wnioskodawców) oraz liczbowo ujête minima kadrowe. Bez oparcia siê na nich nie mo¿na by³o obroniæ ewentualnych negatywnych opinii Rady, np. w postêpowaniach przed Naczelnym S±dem Administracyjnym, gdy rozpatrywa³ on skargi na te opinie.
Kontynuuj±c w±tek kryteriów ocen zauwa¿my, ¿e oprócz wymaganego przez ustawê zatrudniania doktorów habilitowanych lub profesorów, niezbêdnego do prowadzenia studiów na poziomie licencjackim, wzglêdnie magisterskim, nale¿y braæ pod uwagê liczbê studentów przypadaj±cych na jednego nauczyciela akademickiego.
W ró¿nych dyskusjach na ten temat pojawiaj± siê zadziwiaj±ce nieporozumienia. I tak np. mo¿na siê wprawdzie zgodziæ z tym, ¿e jeden wyk³adowca jest w stanie (w dostatecznie du¿ej sali z dobrym nag³o¶nieniem) wyk³adaæ dla, powiedzmy, tysi±ca osób, ale je¶li wiêkszo¶æ tych s³uchaczy dotrwa do roku dyplomowego, to do prowadzenia tak du¿ej liczby prac dyplomowych potrzebnych bêdzie wielu opiekunów. Prowadzenie przez jedn± osobê kilkunastu prac magisterskich lub licencjackich jest niedopuszczalne, a takie przypadki siê zdarza³y (mo¿na mieæ obawy, ¿e nie chodzi tylko o czas przesz³y).
Ogromnie wa¿ne jest wszystko to, co dotyczy studiów przysz³ych nauczycieli szkó³ ¶rednich i podstawowych. W tej materii chcia³bym poruszyæ kilka wybranych w±tków.
Po pierwsze, uwa¿am, ¿e studia kszta³c±ce przysz³ych nauczycieli nie powinny byæ prowadzone w trybie zaocznym. Chodzi przede wszystkim o przygotowanie do kreowania w³a¶ciwych relacji nauczyciel – uczeñ, a przecie¿ znaczenie takich interpersonalnych relacji w czasie intensywnego wspomagania klasycznych metod nauczania szkolnego ró¿nymi technikami audiowizualnymi i no¶nikami elektronicznymi, nie tylko nie maleje, ale wzrasta. Niewielkie s± szanse na uzyskanie takiego przygotowania w trakcie studiów zaocznych, gdy student widzi swego nauczyciela, czy wrêcz – nie bójmy siê tego okre¶lenia – mistrza, nader rzadko.
Po drugie, studia kszta³c±ce przysz³ych nauczycieli musz± mieæ za punkt wyj¶cia w³a¶ciwe przygotowanie merytoryczne w zakresie konkretnego kierunku (kierunków) studiów, a nastêpnie – ale w takiej kolejno¶ci – gwarantowaæ w³a¶ciwe przygotowanie pedagogiczne i dydaktyczne. Uwa¿am, ¿e nie mo¿na odwracaæ tej kolejno¶ci. Nie mo¿na kszta³ciæ „nauczyciela w ogóle”, bez materii przedmiotu, którego bêdzie naucza³. Wiedzê (i stosowne umiejêtno¶ci) o tym, jak nale¿y nauczaæ, mo¿na zdobywaæ tylko wtedy, gdy siê wie, czego siê bêdzie nauczaæ. Przysz³y nauczyciel matematyki musi byæ najpierw matematykiem, a nastêpnie dydaktykiem. Oczywi¶cie, chodzi mi o chronologiê, a nie o ustalanie wa¿no¶ci obu sk³adników wykszta³cenia nauczyciela – s± one równie wa¿ne!
Po trzecie, kszta³cenie nauczycieli w zakresie dwóch przedmiotów musi byæ organizowane i prowadzone bardzo ostro¿nie. Obawiam siê, ¿e obecne programy i ich realizacja mog± powodowaæ niewystarczaj±ce przygotowanie do nauczania jednego z takich „po³±czonych” przedmiotów (a mo¿e i obu).
Po czwarte, kszta³cenie nauczycieli musi byæ powi±zane z w³a¶ciwie prowadzonymi praktykami w szko³ach. Praktyki powinny byæ immanentn± czê¶ci± studiów. Obecny stan rzeczy jest daleki od idea³u.
Zrobiono do¶æ du¿o w sprawie formalnego umo¿liwienia studiów interdyscyplinarnych, ale mo¿na by zrobiæ wiêcej, a przede wszystkim mo¿na by oczekiwaæ, ¿e istniej±ce mo¿liwo¶ci bêd± wykorzystywane w znacznie wiêkszym stopniu ni¿ ma to teraz miejsce. Sprawa ta wi±¿e siê co najmniej implicité z liczb±, nazwami, a przede wszystkim zakresami tre¶ciowymi kierunków studiów. ¦cieraj± siê tu dwie tendencje: z jednej strony uwa¿a siê za racjonalne ograniczanie liczby kierunków, z drugiej za¶ istnieje presja na poszerzanie ich listy.
Wydaje siê, ¿e najlepiej bêdzie okre¶liæ wybran± wed³ug ostrych kryteriów grupê uczelni, które powinny mieæ prawo do kreowania kierunków i prowadzenia na nich studiów bez uzyskiwania indywidualnych zezwoleñ. Wi±zaæ siê to powinno oczywi¶cie z prawem do ustalania programów tych studiów bez odwo³ywania siê do „standardów kszta³cenia” ustalanych przez ministerstwo. Nie powinno siê natomiast poszerzaæ istniej±cej do tej pory listy kierunków, do której stosowaæ siê powinny uczelnie spoza wspomnianej wy¿ej grupy. Nale¿y raczej d±¿yæ do jej skrócenia.