Stare dobre porzekad³o powiada, ¿e organ nieu¿ywany zanika. I rzeczywi¶cie: „jakim cudem mieliby siê nauczyæ pisaæ, je¶li na studiach nawet polonistycznych czy dziennikarskich nie pisze siê prawie nic, bo pisemne prace kto¶ musia³by przeczytaæ, poprawiæ, oceniæ, a kadra pêdzi z zajêæ na macierzystej uczelni na wyk³ady w innej”. I przyznam, ¿e rozumiem z tego coraz mniej. A nie rozumiem pewnie dlatego, ¿e stary ju¿ jestem i pamiêtam czasy, gdy studiuj±c filozofiê mia³em obowi±zek nie tylko pisania prac rocznych czy semestralnych z wielu przedmiotów, ale tak¿e referatów stanowi±cych wprowadzenie do æwiczeñ, czyli analizy zadawanych tekstów. Ale nie przesadzajmy z t± staro¶ci±, gdy¿ w koñcu nie tak dawno temu, w po³owie lat 90., rekomendowa³em do druku – z sukcesem, gdy¿ publikacja doczeka³a siê komentarzy – referat mego studenta (straszliwie zreszt± ostro, choæ nie wprost mnie atakuj±cy, co nie by³o trudne do odszyfrowania), obecnie jednego z najwybitniejszych m³odych literaturoznawców.
Dzi¶ studenci pisz±cy prace magisterskie – a mowa o studiach humanistycznych, czêsto zahaczaj±cych o badania literaturoznawcze – powa¿nie siê g³owi± nad tym, jak doci±gn±æ do 80 stron i stosuj± przy tym wszelkie mo¿liwe sztuczki, ze zwiêkszaniem marginesów i wielko¶ci czcionki w³±cznie. Wymaganie powa¿niejszych prac zaliczeniowych, wykraczaj±cych poza poziom swobodnej impresji i posiadaj±cych walor opracowania naukowego, a wiêc opatrzonego przypisami i literatur± przedmiotu, uznawane jest za dziwactwo, je¶li nie za skandal. Moje nieustannie powtarzane zalecenie, by prowadziæ co¶ w rodzaju dziennika lektur czy choæby pamiêtnika – niekoniecznie realistycznego – jako sposobu æwiczenia umiejêtno¶ci pisania, jest zapewne traktowane jako rodzaj niegro¼nego bzika (w koñcu przecie¿ nie bêdê tego kontrolowa³).
Nie jestem, jak chce autorka artyku³u w „Polityce”, pani Magda Papuziñska, wyk³adowc± ganiaj±cym z uczelni na uczelniê (choæ i tak bywa³o), pamiêtam natomiast, ¿e w dawnych dobrych czasach sprawdzano nie tylko do¶æ siermiê¿nie (z³a ta¶ma) spisywane maszynopisy, lecz nawet prace pisane rêcznie, co dzi¶, w dobie udogodnieñ komputerowych, cz³owiekowi raczej nie zagra¿a. Ale jestem te¿ ¶wiadom, ¿e mamy czasy takie, jakie mamy. Sztuka epistolarna – za spraw± szybko¶ci przekazu komputerowego i telefonii komórkowej – zosta³a niemal doszczêtnie pogrzebana. Szko³a pisaæ ju¿ nie uczy (pisa³em co najmniej dwa wypracowania „z polskiego” tygodniowo), a to wa¿ne, gdy¿ na wy¿sze uczelnie trafiaj± w swej masie liczni wtórni analfabeci. Czytelnictwo ksi±¿ek i ambitniejszych czasopism spada w tempie równomiernie przyspieszonym, co zreszt± daje do¶æ interesuj±cy efekt uboczny, polegaj±cy na kompletnej niemal nieumiejêtno¶ci czytania tekstu ze zrozumieniem.
W jednym pani Papuziñska zatem racji nie ma. Nie jest zadaniem wy¿szej uczelni nauka pisania – to powinno byæ uczynione du¿o wcze¶niej, a ludzie nieposiadaj±cy owej sztuki winni byæ spo¶ród kandydatów na studia, b±d¼ po pierwszym semestrze najpó¼niej, odsiewani. Pomys³ polegaj±cy na tym, ¿e mo¿na pój¶æ na studia nie umiej±c czytaæ i pisaæ, jest co prawda do¶æ powszechny, ale jednocze¶nie stanowi ¶wiadectwo kompletnego zmasakrowania procesu edukacyjnego. Ale jest to, co do¶æ ³atwo dostrzec, efekt b³êdnego ko³a: ci nauczyciele, którzy nie potrafi± nauczyæ dzieci w szkole czytania i pisania, s± wszak absolwentami naszych studiów humanistycznych. I tak to siê wci±¿ nakrêca. I bêdzie siê nakrêcaæ dalej, póki kto¶ tego ¿a³osnego procesu nie zatrzyma.
Przyznam, ¿e nie bardzo mam pomys³, jak do tego doprowadziæ, ale w koñcu te¿ nie jestem w tej dziedzinie specjalist±. Podobno tacy istniej±. Kto¶ przecie¿ konstruuje u nas programy edukacyjne, s± jakie¶ instytucje zajmuj±ce siê ich wdra¿aniem i kontrol±. Co ci ludzie robi±? W dodatku za moje pieni±dze… Mam brzydkie podejrzenie, ¿e bardzo wielu spo¶ród owych specjalistów potrafi, owszem, dobrze napisaæ sprawozdanie ze swych prac, lecz mia³oby powa¿ne trudno¶ci z pisemnym zrelacjonowaniem swej ostatniej lektury, nie mówi±c ju¿ o u³o¿eniu listu mi³osnego wykraczaj±cego sw± d³ugo¶ci± poza rozmiar esemesa.
To jednak nie jest jeszcze koniec zabawy. Ka¿dy, kto mia³ okazjê przys³uchiwaæ siê egzaminom ustnym, wie doskonale, ¿e przeciêtny student ma spore trudno¶ci – nawet je¶li przypadkiem wie, o czym powinien mówiæ – ze sformu³owaniem trzech poprawnie zbudowanych zdañ ³±cz±cych siê w spójn± i logiczn± ca³o¶æ. Rzecz w tym, i¿ nie jest to wy³±cznie przypad³o¶æ studentów. Wielokrotnie, w ró¿nych uczelniach i w odniesieniu do osób z ró¿nymi tytu³ami naukowymi, profesorów belwederskich nie wykluczaj±c, styka³em siê z wyk³adowcami, którzy swe wywody dukali z kartek, kajecików wielokrotnego u¿ycia czy nawet ze skryptów, z których potem studenci mieli siê uczyæ. Jaki jest sens tego rodzaju przedsiêwziêæ, do¶æ trudno dociec.
Ju¿ nawet nie marzê o przywróceniu retoryki. Nie dziwi± mnie dziennikarze mówi±cy o tym, co „na dzieñ dzisiejszy” maj± „w przeci±gu kwadransa” do zakomunikowania o tym, co siê sta³o „przez rok czasu”, a szczególnie „w miesi±cu pa¼dzierniku”, w dodatku „w tym temacie”. Od czasu, kiedy ciotka sobie biust w magiel wkrêci³a, ma³o co mnie rusza. Ale pogadaæ po ludzku by siê chcia³o.