Aktualności
Życie akademickie
17 Sierpnia
Opublikowano: 2026-08-17

Nie tylko uczelnie. Niezależne organizacje badawcze i think tanki w polskim systemie nauki

Czy badania naukowe w naszym kraju prowadzone są wyłącznie na uczelniach, w instytutach Polskiej Akademii Nauk i państwowych instytutach badawczych? Choć to te instytucje najczęściej wyznaczają sposób myślenia o systemie nauki, to obok nich funkcjonują także niezależne organizacje badawcze, think tanki, instytuty polityk publicznych i fundacje eksperckie.

Podmiotom, które prowadzą badania, zatrudniają badaczy, realizują projekty krajowe i międzynarodowe, a jednocześnie nie mieszczą się w dominujących kategoriach instytucjonalnych, poświęcono lipcowe seminarium zorganizowane przez CASE – Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych w Warszawie w ramach cyklu CASE Studies.

Punktem wyjścia było pytanie, czy polski system nauki i polityk publicznych dostrzega takie organizacje – a jeśli tak, to w jakim charakterze: jako pełnoprawne organizacje badawcze, partnerów administracji, wykonawców analiz, część społeczeństwa obywatelskiego czy kategorię „pomiędzy”. Z tej perspektywy rozmowa dotyczyła nie tylko statusu wybranych instytucji, ale także szerszego problemu – jak projektować system finansowania badań, oceny jakości i włączania wiedzy eksperckiej do polityk publicznych, jeśli część tej wiedzy powstaje poza klasyczną akademią.

Skąd się biorą?

Niezależne organizacje badawcze i think tanki nie powstają wyłącznie po to, by funkcjonować „obok” uczelni. Często są raczej próbą stworzenia takich warunków pracy badawczej, jakich klasyczne instytucje akademickie nie zawsze potrafią zapewnić: większej elastyczności, łatwiejszej współpracy ponadinstytucjonalnej, mniejszego obciążenia hierarchią i biurokracją, a także silniejszego podporządkowania codziennych decyzji misji badawczej.

Ten wątek wyraźnie pojawił się w wypowiedziach uczestników pierwszego panelu. Prof. Joanna Tyrowicz, współzałożycielka GRAPE, mówiła, że powstało ono dlatego, iż jego twórcy nie byli w stanie funkcjonować w ramach uczelni publicznych na zasadach, które pozwalałyby im robić badania zgodnie z własną misją (wspominała też o tym w wywiadzie dla FA – przyp. RED). Dr hab. Michał Myck, założyciel CenEA, podobnie wskazywał na potrzebę elastycznego funkcjonowania poza formalnym systemem uczelni i instytutów badawczych. Dr hab. Jan Hagemejer, prezes zarządu CASE, przypominał, że także ten ośrodek od początku łączył działalność naukową z analizą polityk publicznych, przede wszystkim w kontekście transformacji gospodarczej Polski i regionu.

Wspólny mianownik tych wypowiedzi to niezależność, ale niebędąca deklaracją dystansu wobec akademii. To raczej narzędzie umożliwiające prowadzenie badań w sposób bardziej elastyczny, zespołowy, interdyscyplinarny i bliższy realnym problemom społecznym oraz gospodarczym. Takie organizacje nie muszą być konkurencją dla uczelni. Mogą być jednym z miejsc, w których wiedza naukowa powstaje, krąży i znajduje zastosowanie w praktyce.

Między nauką a politykami publicznymi

Drugi ważny wątek rozmowy dotyczył tego, że niezależne organizacje badawcze i think tanki trudno opisać wyłącznie jako mniejsze odpowiedniki uczelni czy instytutów naukowych. Ich specyficzna rola polega często na łączeniu badań z analizą polityk publicznych, pracą ekspercką i komunikacją z administracją, organizacjami społecznymi czy instytucjami międzynarodowymi.

Zwróciła na to uwagę prof. Stanisława Golinowska, nawiązując do początków CASE. Przypomniała, że jedną z ważnych funkcji takich organizacji były analizy porównawcze: poznawanie różnych modeli polityk społeczno-gospodarczych i tłumaczenie ich na polski kontekst transformacji. Innym równie istotnym wymiarem była orientacja na polityki publiczne – uczestnictwo w debacie, gremiach doradczych i dostarczanie wiedzy potrzebnej do podejmowania decyzji. Akcentował to także dr Krzysztof Zalewski, prezes Instytutu Boyma.

Właśnie ta pozycja „pomiędzy” jest największą wartością i zarazem jednym z głównych źródeł trudności. Wiedza tworzona w takich organizacjach bywa naukowa w sensie metodologicznym, ale nie zawsze mieści się w akademickiej logice dyscyplin, punktów i publikacji. Często przybiera formę raportu, analizy, policy briefu, modelu, rekomendacji albo ekspertyzy przygotowanej dla konkretnej instytucji. Z perspektywy polityk publicznych może mieć bardzo dużą wartość. Z perspektywy klasycznej ewaluacji nauki bywa jednak trudna do zaklasyfikowania. Dr inż. Maksymilian Kochański, prezes Centrum Badań i Innowacji PRO-AKADEMIA, które w ostatniej ewaluacji uzyskało kategorię naukową B+, jasno wskazywał, że przebrnięcie przez niedostosowaną do specyfiki niezależnych podmiotów procedurę jest ciężkie, a korzyści z tego płynące niewielkie.

Dlatego w dyskusji powracało pytanie, czy umiemy w Polsce dobrze opisać funkcję przekładania badań na język decyzji publicznych. Nie chodzi o przeciwstawienie „czystej” nauki i „praktycznej” ekspertyzy. Raczej o uznanie, że dobre polityki publiczne potrzebują instytucji, które rozumieją oba porządki: standardy badań naukowych i realia procesu decyzyjnego.

Jak utrzymać zespół bez stabilnego finansowania?

Najbardziej praktyczna część panelu dotyczyła finansowania. Niezależność organizacyjna daje elastyczność, ale ma też bardzo konkretną cenę – brak stałej subwencji, brak stabilnego finansowania instytucjonalnego i konieczność funkcjonowania od projektu do projektu. Tymczasem prowadzenie badań, przygotowywanie ekspertyz i udział w międzynarodowych konsorcjach wymagają stałych zespołów, zaplecza administracyjnego i zdolności planowania dłuższej niż horyzont pojedynczego grantu.

W wypowiedziach powracał ten sam problem: jak budować długie trwanie instytucji badawczej, skoro dostępne instrumenty finansują przede wszystkim projekty. M. Myck mówił o modelu CenEA, w którym pracownicy byli zatrudniani na umowy o pracę niezależnie od pojedynczych projektów. Dawało to stabilność zespołowi, ale przenosiło na organizację ryzyko ciągłego poszukiwania środków. J. Hagemejer wskazywał, że CASE także opiera się dziś w dużej mierze na stałym zespole, a utrzymanie tego modelu wymaga składania około 50 aplikacji rocznie i planowania przy bardzo wysokiej niepewności.

Osobnym wątkiem była zależność od grantów naukowych, zwłaszcza Narodowego Centrum Nauki. J. Tyrowicz mówiła wręcz, że GRAPE to przykład „instytucji NCN”, ponieważ bez finansowania z tej agencji organizacja w obecnym kształcie by nie istniała. Jednocześnie zwracała uwagę na szerszy problem: w Polsce bardzo słabo rozwinięte jest prywatne finansowanie badań podstawowych, rozumiane nie jako zakup usług doradczych czy konsultingowych, lecz wsparcie tworzenia wiedzy naukowej.

Z tej części rozmowy wyłonił się obraz organizacji, które potrafią zdobywać granty, realizować projekty i utrzymywać wysoką jakość pracy, ale robią to bez stabilnej infrastruktury dostępnej uczelniom i instytutom publicznym. Granty projektowe są konieczne, ale nie zastępują kapitału instytucjonalnego, finansowania pomostowego, rezerw na okresy między projektami ani mechanizmów pozwalających budować długoterminowe ścieżki rozwoju zespołów.

Kariera badawcza poza uczelnią

Ważnym tematem dyskusji była także możliwość rozwijania kariery badawczej poza klasyczną akademią. Niezależne organizacje badawcze i think tanki mogą być atrakcyjnym miejscem pracy dla osób, które chcą prowadzić badania, ale jednocześnie nie chcą ograniczać się do ścieżki uczelnianej. Dają kontakt z praktyką polityk publicznych, udział w projektach międzynarodowych, szybkie zdobywanie kompetencji i możliwość pracy nad problemami, które często wykraczają poza jedną dyscyplinę. Jednocześnie paneliści podkreślali, że taka ścieżka jest w Polsce instytucjonalnie niedopracowana.

M. Myck oraz J. Hagemejer potwierdzili, że organizacje takie jak CenEA czy CASE mogą bardzo szybko rozwijać kompetencje młodych pracowników. Zatrudnienie osób tuż po studiach, praca w różnych tematach badawczych, udział w międzynarodowych projektach, warsztatach i konferencjach sprawiają, że w krótkim czasie zdobywają one doświadczenie trudne do uzyskania na tradycyjnej ścieżce akademickiej. Dla części osób taka praca staje się początkiem kariery eksperckiej lub badawczej, dla innych – bardzo mocnym etapem formacyjnym przed przejściem do kolejnych instytucji.

Najostrzej problem postawiła J. Tyrowicz, wskazując, że bez stabilnych instrumentów finansowania nie da się budować w Polsce światowych instytucji naukowych poza uczelniami. Organizacje mogą tworzyć dobre projekty, zatrudniać postdoków, dawać im przestrzeń do publikowania i rozwoju, ale jeśli nie istnieje żaden ciąg dalszy tej ścieżki, trudno mówić o realnej alternatywie dla kariery akademickiej. W takim modelu wszystko zależy od kolejnych grantów, gotowości do ryzyka i indywidualnej determinacji.

Można więc wysnuć wniosek, że kariera badawcza poza uczelnią jest możliwa, ale raczej mimo systemu niż dzięki niemu. Think tanki i niezależne organizacje badawcze mogą być świetnym miejscem rozwoju kompetencji, pracy z danymi, udziału w projektach międzynarodowych i łączenia badań z praktyką. Nie są jednak w stanie same stworzyć stabilnej, przewidywalnej ścieżki kariery naukowej, jeśli system finansowania i regulacje dotyczące nauki nadal zakładają, że podstawowym miejscem takiej kariery jest uczelnia lub instytut publiczny.

Jak widzą to instytucje?

Kolejny panel pokazał, że niezależne organizacje badawcze i think tanki nie są dla instytucji publicznych całkowicie niewidzialne. Dopuszcza się je do części konkursów, realizują projekty finansowane ze środków publicznych, bywają partnerami administracji i instytucji finansujących. Problem polega raczej na tym, że system widzi te podmioty punktowo: przez regulaminy konkretnych programów, kategorie formalne i ocenę ryzyka, ale rzadko jako trwały element polskiego ekosystemu nauki i polityk publicznych.

Z perspektywy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego spojrzał na tę kwestię wiceminister prof. Andrzej Szeptycki. Przypomniał, że ustawa zna kategorię „innych podmiotów” prowadzących działalność naukową, a więc formalnie istnieje miejsce, w którym organizacje tego typu mogą się odnaleźć. Droga do silniejszego rozpoznania prowadzi przez wpis do POL-onu i ewentualne poddanie się ewaluacji. To ważne, ale zarazem pokazuje podstawowe ograniczenie obecnego podejścia – system proponuje przede wszystkim dopasowanie się do istniejących procedur, nie zaś namysł nad tym, czy procedury te dobrze opisują różnorodność instytucji wytwarzających wiedzę.

Podobne napięcie pojawiło się przy kwestii finansowania. Ministerstwo wskazywało, że regulaminy poszczególnych konkursów bywają bardziej elastyczne niż klasyfikacja ustawowa. Jednocześnie nie istnieją mechanizmy, które zapewniałyby takim organizacjom stabilne finansowanie instytucjonalne, finansowanie pomostowe czy dotację podmiotową. W praktyce oznacza to, że niezależne organizacje badawcze mogą być partnerami w konkretnych projektach, ale ich trwałość, rozwój zespołów i zdolność długoterminowego planowania pozostają poza główną logiką systemu.

Jeszcze wyraźniej granicę tę zarysował dr Marcin Liana, zastępca dyrektora NCN. Podkreślał, że misją Centrum nie jest utrzymywanie jednostek ani ciągłości zatrudnienia, lecz finansowanie najlepszych projektów badań podstawowych. To stanowisko jest spójne z rolą NCN, ale jednocześnie dobrze pokazuje szerszy problem – jeśli prawie wszystkie instrumenty finansują projekty, a prawie żaden nie pozwala budować instytucji, to trudno oczekiwać, że poza akademią powstaną stabilne, rozpoznawalne i konkurencyjne międzynarodowo ośrodki badawcze.

W wypowiedziach przedstawicieli instytucji, a zwłaszcza ministerstwa, powracała też kwestia wiarygodności. Finansowanie podmiotów spoza klasycznego sektora nauki wiąże się z odpowiedzialnością za środki publiczne, kontrolą ryzyka i obawą przed nadużyciami. To argument ważny i zrozumiały. Problem zaczyna się wtedy, gdy troska o bezpieczeństwo prowadzi do rozwiązań zbyt prostych, takich, które nie odróżniają organizacji realnie badawczych od podmiotów fasadowych albo instrumentalnych, lecz traktują całą kategorię organizacji spoza uczelni i instytutów publicznych jako mniej oczywistą, mniej przewidywalną albo wymagającą dodatkowego uzasadnienia.

W tym sensie pytanie, które wyłoniło się z panelu, nie brzmi: czy standardy powinny być niższe (bo nie powinny), lecz: jak projektować standardy jakości, rozliczalności i wiarygodności tak, aby nie opierały się wyłącznie na przynależności do klasycznego sektora akademickiego. Sama forma instytucjonalna nie mówi przecież jeszcze, czy organizacja prowadzi dobre badania, potrafi realizować projekty, rozlicza środki publiczne i wnosi wartość do polityk publicznych.

Europa jako test wiarygodności i niewykorzystany potencjał

Odpowiedź na część tych wątpliwości pojawiła się w kolejnym wątku rozmowy. Dorobek takich organizacji można przecież weryfikować nie tylko przez status formalny, ale także ich realną historię działania. Skuteczność w konkursach, realizacja grantów, brak problemów rozliczeniowych, udział w międzynarodowych konsorcjach, publikacje, procedury administracyjne, zaplecze zespołowe i zdolność do koordynowania projektów są konkretnymi dowodami wiarygodności. Nie trzeba więc wybierać między pełnym zaufaniem a automatycznym wykluczeniem. Można budować bardziej precyzyjne kryteria.

Ten argument najmocniej wybrzmiał w dwóch miejscach. Po pierwsze, w wypowiedziach samych organizacji. J. Tyrowicz zwracała uwagę, że w naukach ekonomicznych niezależne podmioty badawcze już dowiodły swojej jakości. Wskazywała, że wśród wysoko ocenianych jednostek w tej dyscyplinie znajdują się organizacje takie jak CASE, CenEA czy IBS, a więc podmioty spoza klasycznego sektora uczelni publicznych. Przekonywała, że organizacje te nie proszą o uznanie na kredyt, ponieważ przez lata pokazały, że potrafią prowadzić badania na wysokim poziomie mimo braku wielu zasobów dostępnych instytucjom publicznym.

Po drugie, ważnym polem weryfikacji jest udział w projektach europejskich. Renata Rycerz z Krajowego Punktu Kontaktowego Narodowego Centrum Badań i Rozwoju powiedziała wprost, że think tanki i niezależne organizacje badawcze są istotnymi uczestnikami programów ramowych Unii Europejskiej. W takich projektach odpowiadają między innymi za analizy społeczno-ekonomiczne, badania nad politykami publicznymi, ocenę wpływu, komunikację z interesariuszami i przygotowanie rekomendacji dla decydentów. To dokładnie te kompetencje, których często brakuje w klasycznie rozumianym transferze wiedzy z nauki do polityk publicznych. Wystarczy rzut oka na skład zwycięskich konsorcjów horyzontowych by zobaczyć, że w ciągu ostatnich 10 lat punkt ciężkości przesunął się mocno z uczelni na rzecz organizacji badawczych, NGOs i biznesu.

Przywołane podczas debaty dane pokazują jednak, że potencjał ten jest wciąż wykorzystywany w ograniczonym stopniu. Zaledwie 19 polskich instytucji, które można zaliczyć do think tanków lub niezależnych ośrodków badawczych, realizuje 36 projektów w programie Horyzont Europa, a dwa takie projekty są przez nie koordynowane. Jednocześnie podmioty te odpowiadają za mniej niż 1% dofinansowania przyznanego polskim organizacjom i uczestniczą w 2% projektów z polskim udziałem.

Kontrast rzuca się w oczy. Na poziomie europejskim takie organizacje są potrzebne, rozpoznawalne i dopuszczane jako normalni partnerzy konsorcjów. Wnoszą kompetencje analityczne, społeczne, regulacyjne i komunikacyjne, bez których coraz trudniej projektować badania odpowiadające na złożone wyzwania publiczne. W polskim systemie ich status pozostaje jednak bardziej niejednoznaczny. Udział w Horyzoncie Europa potwierdza więc z jednej strony ich wiarygodność, a z drugiej pokazuje, że krajowy system nauki nie zawsze potrafi wykorzystać doświadczenie, które zostało już pozytywnie zweryfikowane międzynarodowo.

W tym sensie Europa działa jak lustro. Pokazuje, że niezależne organizacje badawcze i think tanki mogą być pełnoprawnymi uczestnikami badań, partnerami uczelni, wykonawcami analiz i współtwórcami rekomendacji dla polityk publicznych. Problemem nie jest brak kompetencji po stronie tych organizacji, lecz brak spójnego krajowego mechanizmu, który potrafiłby tę kompetencję rozpoznać, wzmocnić i wykorzystać.

Co dalej? Od rozpoznania do wspólnej agendy

Ostatnia część spotkania dowiodła, że rozmowa o niezależnych organizacjach badawczych i think tankach nie powinna kończyć się na diagnozie. Problemy są dość dobrze nazwane: brak stabilności finansowania, niejasny status instytucjonalny, trudności z budowaniem karier poza uczelnią, ograniczone kanały włączania wiedzy eksperckiej do polityk publicznych i ryzyko automatycznego pomijania podmiotów, które nie mieszczą się w klasycznych kategoriach systemu nauki. Kolejny krok powinien więc polegać nie tylko na dalszym opisywaniu barier, ale na wypracowaniu bardziej konkretnej agendy.

Jej pierwszym elementem mogłoby być lepsze rozpoznanie samego środowiska. W dyskusji kilkakrotnie powracało pytanie, czym właściwie są niezależne organizacje badawcze i think tanki oraz jak odróżniać podmioty realnie prowadzące badania od organizacji czysto usługowych, fasadowych albo tworzonych instrumentalnie. Potrzebna wydaje się więc mapa sektora obrazująca, które organizacje prowadzą działalność badawczą, jakie projekty realizują, w jakich programach uczestniczą, jakie mają zespoły, dorobek, procedury i doświadczenie w rozliczaniu środków publicznych.

Drugim krokiem powinno być wypracowanie kryteriów wiarygodności, które nie sprowadzałyby się wyłącznie do kategorii naukowej albo przynależności do klasycznej akademii. Takie kryteria mogłyby obejmować historię realizacji projektów, sukcesy w konkursach krajowych i europejskich, udział w konsorcjach międzynarodowych, dorobek publikacyjny i ekspercki, stabilność zespołu, procedury administracyjne, przejrzystość finansową oraz brak problemów z rozliczeniami. W podobnym duchu M. Myck wskazywał, że dane o przeszłych projektach, na przykład NCN, sposobie ich realizacji i ewentualnych problemach rozliczeniowych, mogą być jednym z praktycznych narzędzi oceny wiarygodności instytucji.

Trzecim polem dalszej pracy jest dialog z instytucjami publicznymi. Z wypowiedzi przedstawicieli ministerstwa, Narodowego Centrum Nauki, Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, Krajowego Punktu Kontaktowego i Polsko-Niemieckiej Fundacji na rzecz Nauki wynikało, że wiele problemów nie zostanie rozwiązanych przez jedną instytucję ani przez zmianę jednego regulaminu. Potrzebna jest raczej stała rozmowa o tym, gdzie w systemie są „dziury” i jak budować między nimi pomosty, zamiast odsyłać organizacje do doraźnych, mieszanych albo zastępczych rozwiązań.

Czwarty wątek dotyczy polityk publicznych. Jeśli think tanki i niezależne organizacje badawcze mają dostarczać wiedzy potrzebnej państwu, nie wystarczy finansowanie wieloletnich projektów badawczych. Potrzebne są także szybsze, bardziej elastyczne mechanizmy zamawiania i wykorzystywania wiedzy eksperckiej: analizy ad hoc, krótkie projekty diagnostyczne, ramowe formy współpracy, lepsze konsultacje oraz bardziej systemowe włączanie ekspertów spoza uczelni do procesu decyzyjnego. W debacie wyraźnie wybrzmiało, że obecne kanały istnieją raczej punktowo i zależą od konkretnego resortu, tematu lub osób, a nie od trwałego modelu współpracy.

Na zakończenie zapowiedzieliśmy, że CASE będzie analizować wątki poruszone podczas spotkania i szukać kolejnych platform rozmowy – już bardziej konkretnych, poświęconych wybranym problemom. Taka kontynuacja wydaje się potrzebna, bo stawką nie jest uprzywilejowanie jednej grupy instytucji, lecz lepsze zaprojektowanie systemu, który potrafi rozpoznać różne miejsca powstawania wiedzy.

Najważniejszy wniosek z debaty można ująć prosto – niezależne organizacje badawcze i think tanki w żaden sposób nie dążą do obniżenia standardów. Domagają się raczej tego, by standardy jakości, wiarygodności i odpowiedzialności były projektowane w sposób, który widzi także badania prowadzone poza uczelniami i instytutami publicznymi. Jeśli polskie państwo potrzebuje rzetelnej wiedzy dla polityk publicznych, musi wiedzieć nie tylko, jak ją zamawiać, ale także jak wzmacniać instytucje, które tę wiedzę potrafią tworzyć.

Jan Bazyli Klakla

CASE – Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych

Nagranie całego seminarium dostępne jest na kanale YouTube CASE 

Dyskusja (13 komentarzy)
  • ~Przemo 18.08.2026 20:40

    Najlepiej może gdyby każde ministerstwo miało swój zespół doradczy złożony z badaczy, przedsiębiorców i samorządowców.
    Wtedy nasi ładnie bajerujący wyborców trybuni ludowi wiedzieliby może "jak badania zamawiać i jak wzmacniać"?
    Nie tylko w Polsce nie wiedzą.

  • ~Wredny adiunkt 18.08.2026 15:19

    Od ustawy z 17 lutego 1961 roku, instytuty badawcze mogą być wyłącznie państwowe. Kolejne ustawy, włącznie z ostatnią z 2010 roku, nie doprowadziły do zmiany tej sytuacji.

    Jakiekolwiek prywatny podmiot w Polsce, który prowadzi badania naukowe, nie może mieć statusu instytutu naukowego pod względem formalnym. Trochę inaczej ma się sytuacja uczelni prywatnych.

    Warto zauważyć, że w dwudziestoleciu międzywojennym prawo dopuszczało istnienie prywatnych instytutów badawczych.

    Niestety trzeba być świadomym tego, że w ustawach dotyczących zarówno instytutów badawczych, jak i szkolnictwa wyższego, istnieją przepisy przeniesione wprost z okresu stalinizmu (czyli sprzed 1953 roku).

    W konsekwencji rozważania nad badaniami naukowymi prowadzonymi w Polsce przez podmioty prywatne wydaje się trochę bezprzedmiotowe.

    • ~Przemo 18.08.2026 20:34

      Firmy mogą mieć i mają działy badań i rozwoju.
      Ktoś taki prywatny instytut musi finansować, a jeśli to robi, instytut pracuje dla niego.
      Instytut, prywatny lub państwowy, nigdy nie będzie "niezależny". Ktoś utrzymuje i płaci, i ten sam ktoś wymaga realizacji celu, który określił.
      W państwowych celem jest ranking i kariery naukowe składające się na tak abstrakcyjną wartość jak "prestiż".
      W prywatnych - praca naukowa musi być po prostu dobrze zrobiona, a jej wyniki - wiarygodne i przydatne.

      • ~Wredny adiunkt 19.08.2026 13:47

        Tak powinno być, ale żeby uzyskać oficjalny status Centrum Badawczo-Rozwojowego, to niestety trzeba spełnić wysokie wymagania finansowe. Jest to obecnie kwota około 2,5 miliona złotych rocznie na badania B+R.

        Oczywiście powstaje pytanie, czy to duża suma. Dla wielu firm, czy też ludzi, którzy jednak chcieliby prowadzić działalność naukową poza jednostkami państwowymi, jest to suma nie do przeskoczenia. Dla dużych firm nie będzie to stanowić problemu.

        Można prowadzić działalność naukową na własną firmę z mniejszym obrotem, ale oficjalnie nie ma mowy o tym, żeby państwo akceptowało to jako równorzędną dla tego, co dzieje się w instytucjach państwowych.

        • ~Przemo 19.08.2026 22:08

          Po cóż państwo miałoby akceptować działalność badawczo-rozwojową w prywatnej firmie?

          • ~Wredny adiunkt 20.08.2026 08:28

            Chociażby w przypadku starania się o granty z NCBiR ma to znaczenie. Warto przyjrzeć się wynikom konkursów. Zdobycie jakiegokolwiek finansowania z tej instytucji jest bardzo trudne dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw, a tych akurat w Polsce jest najwięcej.

            Co prawda ewaluacja obecnie jest możliwa (na wniosek samej instytucji prywatnej, przy zatrudnieniu przynajmniej 12 naukowców i dołączenia do POL-on).

            Pozostaje obecnie też problem tzw. prestiżu w środowisku naukowym, jednakże nie do końca jest to problem prawny.

  • ~komentator 2 18.08.2026 13:07

    Ja tu widzę kolejny objaw jednej z przyczyn, która powoduje chorobę obecnej nauki polskiej. Mianowicie, autor tego artykułu jest jednym z bardzo wielu, którzy nie raczą zauważyć, że obowiązujące w Polsce "prawo klanu" wyklucza w pewnym sensie z branży akademickiej, wielu zdolnych ludzi, którzy właśnie do żadnego klanu nie należą. Mogą sobie prowadzić badania naukowe na własną rękę, jeśli uda się im zorganizować odpowiednie warunki ku temu, ale nie powinni liczyć na to, że będą np. cytowani.
    Artykuł ten, podobnie, jak wiele innych wypowiedzi, które były zamieszczane na "FA", jest po prostu, kolejną listą pobożnych życzeń...

  • ~prof. dr hab. ZS 18.08.2026 10:01

    W Polsce niema prywatnego sponsorowania badań naukowych pro publico bono i długo nie będzie.
    Do tego potrzebna jest wyższa klasa średnia. Wyższa nie tyle grubością portfela co intelektem (nie mylić z przedsiębiorczością i cwaniactwie).

    Póki co nauka jest na garnuszku państwa, którego elity nawet nie aspirują intelektualnie do klasy średniej.

    • ~Maciek 19.08.2026 13:39

      @ prof. dr hab. ZS,

      O ile mi wiadomo, to klasa średnia uformowała się w społeczeństwach państw Europy Zachodniej. Wywodzi się ze środowisk mieszczańskich i warstw rzemieślniczo-kupieckich. W historii Polski trudno mówić o klasie średniej. U Nas długo panował feudalizm, ominęła Nas też rewolucja przemysłowa i rozwój miast. Dziś kuleje finansowanie nauki głównie po stronie gospodarki vide krajowych średnich przedsiębiorstw, które dysponują kapitałem inwestycyjnym, ale zarazem nie ufają III RP. I jest to naturalne, bo III RP to państwo niepoważne i niebezpieczne. Strach tu żyć, pracować, a co dopiero inwestować.

      • ~Przemo 19.08.2026 22:12

        Niestety to prawda, że to nie jest poważne państwo. Tu przedsiębiorca może zostać ukarany za to, że jego kontrahent nie zapłacił podatku VAT. To odpowiedzialność zbiorowa. Coś nam to przypomina, nieprawdaż. I co? I nic. Naród tu spokojny, za spokojny, choć wesoły, gdy pijany.

        • ~Maciek 20.08.2026 14:12

          @ Przemo,

          Karani są wszyscy vide przedsiębiorcy, rolnicy i przede wszystkim obywatele. Kary finansowe, które wdrożono w III RP mają być i są narzędziem dyscyplinującym. Wszystko to przyszło z zewnątrz. III RP jawi się jako podróbka Polski.

  • ~Marcin Przewloka 17.08.2026 17:18

    Czy są w Polsce prywatne instytucje naukowe robiące badania w dziedzinach STEM?

    Może za punkt odniesienia, albo raczej za przykład, podam amerykański Howard Hughes Medical Institute albo prywatny Stowers Institute.
    Czy coś podobnego - oczywiście na mniejszą skalę - istnieje w Polsce?

    Obawiam się, że polscy multi-milionerzy i miliarderzy marnują swoją życiową szansę……..

  • ~Jan 17.08.2026 15:59

    O czym pisze ten autor, który wyraźnie nie rozumie czym jest nauka? Polityka publiczna? Co to za polityka? Jest jakaś polityka prywatna?
    Doktor podwójny, prawa i socjologii, powtarza dyrdymałki kopiowane medialnie i nie zastanawia się nad używanymi terminami. I potem piszą, że nauki społeczne to o tym albo siamtym. Autor dowodzi, że te oceny są słuszne