Dziesięcioprocentowej podwyżki wynagrodzeń dla nauczycieli i pracowników akademickich domaga się Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego. Jednocześnie związkowcy chcą systemowego powiązania pensji w szkolnictwie wyższym z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce narodowej.
O postulatach poinformowano przy okazji dołączenia RSWiN do ogłoszonego przez Związek Nauczycielstwa Polskiego pogotowia protestacyjnego. To kolejna akcja akademickich związkowców dotycząca wzrostu wynagrodzeń w szkolnictwie wyższym. Przed rokiem Rada wzywała do podjęcia konkretnych działań na rzecz realnych podwyżek dla wszystkich pracowników sektora. Podkreślano przy tym, by skończyć ze szkodliwym i niesprawiedliwym rozróżnieniem podwyżek dla nauczycieli akademickich i pracowników niebędących nauczycielami akademickimi.
W lutym tego roku minister nauki i szkolnictwa wyższego Marcin Kulasek przyznał ponad 800 mln zł na podwyższenie średnio o 5% wynagrodzeń brutto pracowników uczelni, ale w porównaniu do roku 2023. Już wtedy Prezydium RSWiN ZNP apelowało o wyższy niż zaproponowany 5-procentowy wzrost pensji. Zwracano uwagę, że ubiegłoroczna podwyżka – 30% dla nauczycieli akademickich i 20% dla pozostałych pracowników – jedynie na chwilę poprawiła sytuację materialną, bo wzrost płac w tym sektorze nie nadąża ani za minimalnym wynagrodzeniem za pracę, ani za przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce. W efekcie podwyżki nie zapewniają realnego wzrostu pensji.
Od lat obserwujemy postępującą marginalizację pracowników akademickich i naukowych, spadek realnej wartości wynagrodzeń oraz brak spójnej polityki płacowej w sektorze szkolnictwa wyższego. Brakuje nie tylko środków, ale i woli politycznej, by traktować uczelnie i naukę jako inwestycję, a nie koszt – napisano w mediach społecznościowych Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego ZNP.
W związku z tym Rada dołączyła do ogłoszonego przez Związek Nauczycielstwa Polskiego pogotowia protestacyjnego i wystąpiła z żądaniem 10-proc. podwyżki wynagrodzeń od 1 października 2025 roku dla nauczycieli i pracowników akademickich. Zaapelowano również do rządu i parlamentarzystów o pilne uchwalenie zmian w prawie, które przywrócą godność pracy w szkolnictwie wyższym.
Jako Rada prowadzimy rozmowy z przedstawicielami Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w sprawie zmian w ustawie prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Będziemy domagali się m.in. systemowego powiązania wynagrodzeń w szkolnictwie wyższym z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce narodowej. Szkolnictwo wyższe i nauka to fundament rozwoju kraju. Domagamy się uczciwych zasad wynagradzania, szacunku dla naszej pracy oraz systemowych rozwiązań prawnych, które zakończą wieloletnie zaniedbania – dodano.
Związkowcy zadeklarowali, że jeśli ich postulaty nie zostaną spełnione do końca sierpnia, wówczas „wyjdą na ulice” i „wspólnie będą domagać się podjęcia działań na rzecz środowiska”.
Przypomnijmy, że w 2024 roku podwyższono o 30% wysokość minimalnego miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego dla profesora w uczelni publicznej – z kwoty 7210 zł do 9370 zł, tj. o 2160 zł. W ślad za tym wzrosły też wynagrodzenia nauczycieli akademickich i pracowników naukowych PAN oraz inne świadczenia w systemie szkolnictwa wyższego. Zgodnie z ustawą Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce wysokość miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego w uczelni publicznej dla nauczyciela akademickiego nie może być niższa niż 50 proc. wynagrodzenia profesora, z tym że dla: profesora uczelni – nie niższa niż 83 proc., a dla adiunkta – nie niższa niż 73 proc. tego wynagrodzenia.
Są Uczelnie które do tej pory nie wypłaciły swoim pracownikom tegorocznych podwyżek 5% i wyrównania od stycznia.
Czy Ministerstwo i minister sprawuje jeszcze jakikolwiek nadzór nad uczelniami i rozlicza je z przekazanych środków finansowych? Czy można nie wypłacać środków przeznaczonych na wynagrodzenia? Jaki jest termin rozliczenia się z pracownikami z tych pieniędzy? Czy Ministrowi nie jest po prostu wstyd, że takie praktyki mają miejsce?
Domagam się podwyższenia pensji pracownikom niedydaktycznym na uczelniach publicznych o 10%, a nauczycielom akademickim o co najwyżej 5%.
Przy każdych podwyżkach, a są to podwyżki tzw. inflacyjne, pensje nauczycieli akademickich są podwyższane bardziej niż innych pracowników. To tak jakby oni mieli większe potrzeby konsumpcyjne, wyższe rachunki za mieszkania itd.
Tak nie jest. Wszyscy jesteśmy ludźmi i jemy podobnie, mieszkamy podobnie. Nie ma kompletnie żadnego powodu, aby notorycznie nauczyciele akademiccy mieli większe podwyżki niż inni na tej samej uczelni. To jest skandal i dyskryminacja.
Do tego dochodzą inne profity tzw. naukowców, jak wyjazdy zagraniczne za publiczne pieniądze, które są de facto wycieczkami zagranicznymi, korzystanie z darmowego sprzętu komputerowego na własne potrzeby za publiczne pieniądze, korzystanie z urlopów 3-miesięcznych itd.
Jestem pracownikiem administracji na publicznej uczelni, mam mgr oraz studia podyplomowe, mam stanowisko st specjalista ds finansowych, mam zasadniczą 4960. Jest mi przykro z tego powodu, uwazam że to duża niesprawiedliwość.
Dodatki dla nauczycieli akademickich jak dla strażaczkow czy wojskowych bez matury! Tez chcemy: 1500 nieopodatkowego dodatku mieszkaniowego. Tez chcemy wysługę lat do 25 procent a nie 20 procent. Też chcemy dodatki za czynniki szkodliwe np. Hałas! Też chcemy dodatek 1500 zl mies. po 15 latach i 2500 zł miesięcznie po 25 latach! Tez chcemy byc emerytami w wieku 45 lat! W czym jesteśmy gorsi? Dlaczego dziecko w wieku 18 lat w wojsku zarabia wiecej niż doktor na uczelni?! Chore! To nam kręgoslupy i wzor wysiada przed komputerami a nie strazakom ktorzy idą na 24h i śpią, gotują....Buntujemy sie!
Państwo z dykty!! Nowoczesne Państwo bez inwestycji w naukę. NFZ roztrwoniło wzrost nakładów na chore podwyżki, pielęgniarki zarabiające więcej niż profesorzy, dodatki mieszkaniowe dla mundurówki po 1500 zł. Czy wy jesteście normalni!?
W temacie podwyżek proponuję krótki namysł nad dzisiejszą wiadomością:, bogaci będą zarabiać jeszcze więcej:
https://www.money.pl/gospodarka/od-dzis-pensje-w-gore-tyle-teraz-zarobi-lekarz-7173509238311840a.html
Biernym pracownikom akademii dedykuje ten fragment:
“ Pracownicy działalności podstawowej z wykształceniem wyższym zarobią minimum 8181,72 zł brutto (wcześniej - 7155,48 zł brutto), z wykształceniem średnim: 6381,74 zł brutto (wcześniej: 5581,27 zł brutto), z wykształceniem poniżej średniego: 5318,12 zł brutto (wcześniej: 4651,06 zł brutto).”
Poniżej średniego wykształcenia zarabia się więcej niż asystenci na uczelni. Z wykształceniem średnim tyle co adiunkt.
Sama prawda... a wymagania w kwestii rozwoju z kosmosu
Lekarz stażysta zarabia w PL tyle na rękę co profesor fizyki z 20 letnim stażem. Do tego ludzie po medycznych zmieniają województwa, żeby dostać jeszcze dodatki na przeprowadzki + jadą na wakacje za pieniądze dla bezrobotnych (opóźniając rozpoczęcie stażu).
Proponuję obniżyć wynagrodzenia w szkolnictwie wyższym do najniższej krajowej i czekać kto się ostoi. A zaoszczędzone miliony wydać na wojsko czy cokolwiek innego. Może dać podwyżki lekarzom? :D
10% podwyżki to jakiś postulat-żart. Jak wszystkie te reprezentacje pracowników nauki.
A na terapię genetyczną SMA dzieci beędzie trzeba dalej wyjeżdżać do US. Jedna dawka leku ratujacego życie dziecka kosztuje prawie 10 000 mln zł. Żaden polski grant naukowy nie zapewnia takich środków aby można było zacząć pracę nad Polską terapią. Niestety brak środków na rozwój badań i brak środków na opracowanie nowych terapii.
OPZZ walczy!
Politechnika Bydgoska do tej pory nie wypłaciła 5% podwyżek, na które środki otrzymała w marcu 2025.
Ale za to zainwestowała w bardzo reprezentatywny samochód :D
Podwyżki? Oczywiście są potrzebne. Ale bez zmiany systemu finansowania nauki i dydaktyki to tylko pudrowanie głębokiego kryzysu.
Polski system akademicki od lat funkcjonuje w warunkach strukturalnego niedofinansowania, braku stabilności i niemal całkowitego braku sprawczości. Nawet najbardziej zaangażowani naukowcy w końcu napotykają mur – brak środków, ludzi, sensownych perspektyw.
Nie chodzi o to, by finansować każde fantastyczne pomysły. Chodzi o to, by w ogóle była przestrzeń do prowadzenia badań, do rozwoju, do uczenia młodych bez poczucia absurdu. Bo dziś – mimo że wielu z nas chce, walczy, działa – to coraz częściej funkcjonujemy w poczuciu wypalenia, niemocy i marnowania potencjału.
Polska przeszła transformację. PKB rośnie. Ale nie możemy już dłużej budować konkurencyjności wyłącznie na taniej sile roboczej. To nauka i innowacja mają być nowym motorem rozwoju. Tyle że bez stabilnego, przewidywalnego systemu finansowania – to się po prostu nie wydarzy.
Tak, pieniądze na wynagrodzenia są ważne. Ale to najłatwiejsze, co mogą zrobić rządzący – rzucić ochłapy i oczekiwać, że „jakoś to będzie”. Nie będzie.
Szkoda ludzi. Szkoda polskiej nauki. Szkoda przyszłości.
Polska przeszła słabą transformację i dlatego PKB rośnie, ale słabo, niemal niewidocznie. Otoczenie schyłkowej, rentierskiej UE także rozwojowi Polski nie sprzyja.
W roku 1980 miasteczko Szenzen miało 59 tys. mieszkańców. Dziś ma 13 milionów i PBK wyższy od całej Rosji.
Dobra organizacja = dobre wyniki.
@ Przemo,
Realne PKB jak najbardziej rośnie, ale nominalne PKB per capita stoi w miejscu, a nawet zsuwamy się w dół. Przed akcesją do UE w 2003 r. byliśmy na 23 miejscu, a w 2023 r. na 24. W UE wyprzedzamy jedynie Chorwację, Rumunię i Bułgarię. Po 36 latach transformacji ustrojowej nie mamy już ani przemysłu, ani marek, ani też fabryk, zakładów produkcyjnych ukierunkowanych na eksport. Właściwie jesteśmy krajem skolonizowanym.
Proszę podać wiarygodne źródło danych. Te, które Pan cytuje są nieaktualne
@ Marek,
Korzystam z danych Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, co do zasady. Niech się pan z nimi zapozna. Pod względem nominalnego PKB per capita jesteśmy na szarym końcu UE. Tak wygląda międzynarodowa konkurencyjność gospodarki nad Wisłą. Dlatego, co jest nieaktualne panie Marku?
Kraje starej UE zgodziły się na rozszerzenie Unii tylko dlatego, że liczyły na tanią siłę roboczą i łatwe poszerzenie rynku zbytu.
Rząd UK trochę na nas liczył, ale zderzenie z naszą administracja w połowie lat 90-tych rozwiało wszelkie wątpliwości - w ministerstwach ci sami ludzie, co za PRL-u, a do tego działający na takich samych zasadach, stosujący te same metody co przedtem. Usłyszałem wtedy proste pytanie: co się u was właściwie zmieniło poza nazwami niektórych instytucji, kiedy macie tych samych ludzi, działających jak przedtem? Ano, demokracja fasadowa.
Trzeba zrozumieć, że rewolucja bolszewicka w Polsce i w ZSRR miały nieco inny przebieg - tam po zmianie władzy nastąpił rabunek natychmiast, a u nas zmiana władzy została wymuszona, przez co bolszewicy przejmując władzę musieli trzymać fason, ale tylko do roku 1989. Później nastąpiła wcześniej dobrze zaplanowana grabież - taka na odchodne - dla was odpowiedzialność a dla nas frukty. Taki deal.
Uwolniono ceny żywności i to cała transformacja, a reszta państwa działa podobnie jak w PRL tylko trochę gorzej - na państwówce można wreszcie kraść i oszukiwać na skalę, o której wcześniej żaden kacyk nawet nie marzył..
@ Przemo,
Wie pan rezerwuarem taniej siły roboczej, jak i szeroko rozumianym zapleczem dla gospodarek państw Zachodu jesteśmy od 36 lat, choć ten proces wraz z przejęciem rynków zbytu był rozłożony w czasie. Jeżeli chce pan zrozumieć kulisy transformacji polityczno-gospodarczej nad Wisłą po 1989 r., to polecam traktat Meandry polskiej prywatyzacji autorstwa prof. Jacka Tittenbruna. Natomiast na przestrzeni 36 lat tejże demokracji/dyzmokracji parlamentarnej nastąpiła wymiana kadr praktycznie w każdej dziedzinie życia społeczno-gospodarczego. Problem polega na tym, że My sami nie potrafimy zbudować dobrze funkcjonującego państwa. Przecież do dziś nie zdefiniowaliśmy gospodarki, czyli nie wiemy o jakie dziedziny wiedzy, życia mamy oprzeć nasz rozwój, i skąd pozyskać nań fundusze.
Owszem, wymiana kadr nastąpiła, tyle, że albo naturalnie, albo właśnie jak w tytule dzieła, które Pan poleca "z deszczu pod rynnę".
Głównymi hamulcowymi polskiej gospodarki, stąd i nauki, są jak mi się zdaje instytucje państwa tylko ciut zreformowane i pisanie prawa na kolanie, albo pod dyktando z zewnątrz.
@ Przemo,
To bardzo złożone zagadnienie. W Polsce na temat gospodarki niewiele się mówi poza szczyceniem się np. wzrostami gospodarczymi itp. W RFN, Austrii, a nawet w Czechach zagadnienia gospodarcze są obecne w przestrzeni publicznej non stop. Dziś dużo się trąbi o rozwoju przemysłu zbrojeniowego np. w RFN ten sektor uzyskał 12 mld USD w ub. 2024 r. z tytułu eksportu, a w PL raptem 1,7 mld USD, ale w ramach tej puli uwzględniono sprzęt wojskowy przekazany Ukrainie w darze. A gdzie zaniedbania po stronie polskiego państwa w finansowaniu B+R, co skutkuje brakiem topowych produktów poza PIORUN-em. Tutaj właśnie kłania się brak zdefiniowanej gospodarki, ale i prowadzenia długofalowej, strategicznej polityki państwa.
@ Maciek,
Tak, bardzo nam brakuje długoterminowych projektów i badań wspieranych przez państwo. Dotąd, jakbyśmy przy każdej zmianie rządu budzili się od nowa, usuwali ślady po poprzednikach i budowali na nowo, nawet to samo, ale przynajmniej pod inną nazwą.
Mieliśmy np. program wspierania udziału studentów w międzynarodowych konkursach pod nazwą „Generacja Przyszłości” ale kiedy Jarosław Gowin przeszedł do PiS, zmienił nazwę na „Najlepsi z najlepszych” i ludzi, którzy to organizowali zastąpił praktykantkami. Pogorszył się sposób finansowania i po trochu wszystko. To tylko jeden z przykładów tego, że w Polsce sukces ma zbyt wielu ojczymów i zbyt wiele macoch. Zabierają ci projekt i możesz się tylko pośmiać z tego, że można go aż tak komicznie zepsuć.
Nauka i rozwój technologii to gra zespołowa i długoterminowa. Możemy zazdrościć Amerykanom, że mają FDA, dzięki czemu od lat wiedzą co jedzą i jakie leki przyjmują. Gdyby nasz rząd, którykolwiek, raczył zlecać takie badania uczelniom, mogłoby to działać jeszcze lepiej.
Projekt "Harvard Study of Adult Development", Uniwersytet Harwarda prowadzi od roku 1938.
Instytuty Maxa Plancka są dedykowane określonej tematyce, w odróżnieniu od naszych ”centrów nowoczesnych technologii” powstałych nie wiadomo po co, poza wydaniem pieniędzy na infrastrukturę. Realizowane tam projekty muszą wpisywać się w tematykę o stałym, długoterminowym finansowaniu, które trwa dziesięciolecia, jeśli instytut jest dobrze zarządzany i uzyskuje zadowalające wyniki.
Jeśli ktoś ma wątpliwości co do wartości projektów długoterminowych niech porówna dwa samochody: Ferrari i Izerę 😉
Może powinniśmy mieć Ministerstwo Edukacji (całej) i Ministerstwo Nauki, które skupiłoby się na wyłącznie na wyborze strategicznych kierunków badań naukowych i ich długoterminowym finansowaniu, gdzie nowy minister nie mógłby być polityczną miotłą załatwiającą posady kolegom i ich dzieciom? Jak to zrobić?
@ Przemo,
W państwach poważnych określone są strategiczne obszary badań naukowych, które będą miały istotne znaczenie w rozwoju gospodarek tychże państw. Owe badania wymagają stabilnego, długofalowego finansowania, co wiąże się z wysokimi nakładami i odpowiedzialnością państwa za ten sektor. Ministerstwo Nauki mogłoby mieć większą rolę w kształtowaniu i monitorowaniu strategii badań naukowych, ale jak już wspomniałem nauka musi mieć ważne znaczenie dla państwa i gospodarki. Natomiast nad Wisłą mamy państwo na niby, które niejednokrotnie jest łupem różnych partii. W PL nie ma elit politycznych. Do krajowej polityki idą demokratycznie wybrani przypadkowi ludzie, którzy nie rozumieją otaczającego Nas świata, ani jego reguł i mechanizmów. I to jest dramat.
Istotnie, to jest dramat, ale może nie tragedia, i może nasze dumne środowisko naukowe powinno wywierać na rządy większą presję, zamiast tylko przytakiwać?
@ Przemo,
A może krajowe środowisko akademickie i naukowe powinno zaangażować się w organizacje elitarnych tajnych stowarzyszeń, które będą kuźniami przyszłych elit politycznych kraju na wzór towarzystwa Czaszka i kości funkcjonującego na Uniwersytecie Yale w New Haven?
Przepraszam, ale zjadłem powyżej część tytułu traktatu prof. Jacka Tittenbruna. Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji.
Bardzo Panu dziękuję!
Nie znałem tego opracowania. Ależ to obszerne!
Z przyjemnością w wolnych chwilach poczytam.
Studia w Polsce kończy co roku około 120-150 tysięcy osób.
Maturę zdaje 250 tysięcy osób.
Uczelnie co roku przyjmują 400 tysięcy osób.
Wniosek: uczelni jest trzy razy więcej niż potrzebujemy i kto, i w jakim celu ma to utrzymywać.
Dodajmy przerost administracji i pracy absurdalno-sprawozdawczej.
Gdyby nie tak wielka nadpodaż i fatalna organizacja uczelni, wynagrodzenia na uczelniach mogłyby być 3-4 krotnie wyższe już dziś.
Zarobki są żenujące. Zamiast robić doktorat wolałbym cofnąć czas i iść do wojska czy straży pożarnej. 19 latek bez matury zarabia tam wiecej niż doktor. Jeszcze teraz dadzą im nieopodatkowane dodatki mieszkaniowe a większość mieszka z rodzicami. Powinni te dodatki mieszkaniowe dawać tylko tym co okażą umowę najmu. Moze wtedy znalazłaby sie kasa na nauczycieli akademickich
Panie "ktoś" zawsze możesz tam iść, zapraszam cie serdecznie. zobaczysz co to znaczy służba. 50% takich jak ty, kłapiących buzią, po tygodniu ucieka do mamusi. skończ więc wylewać pomyje na służby mundurowe bo widzę że masz jakiś problem. Wyżej kpiłeś ze strażaków i żołnierzy, więc ci powiem, kiedy ci powódź podmyje chatę albo pożar zajrzy pod dach, wtedy sobie przypomnij to co tu piszesz. wspomniałeś o słabym wykształceniu.. zrozum, że tylko szeregowi zawodowi nie muszą mieć matury w wojsku, a i tak większość ją ma i nawet skończone studia. tak jak wspomniałem, obecnie drzwi do armii otwarte, tylko proszę wziąć pod uwagę wszystkie wady i zalety zawodu
Tylko żołnierza a tym bardziej strażaka nie zastąpi AI tak jak nauczyciela. Poza tym musiałbyś biegać po poligonie, gasić pożary albo jescze iść na wojnę - zbrudziłbyś się przy tym.
Chyba cos Ci sie pomieszalo, zeby AI zastepowal doktora nauk :) wszyscy szanujemy wojskowych i strazakow. Szanujemy tez rozne fizyczne i brudne prace. Ale wiedz, ze od biedy ten naukowiec wybuduje i wyflizuje sobie dom - moze brzydko, ale to zrobi. Ale odwrotnie - jako ludzkosc nie bylibysmy tu gdzie jestesmy, gdyby naukowcy i wysoko-wykwaifikowani inzynierzy nie opracowywali nowych materialow, lekow, metod pomiarow i detektorow itd.
Trochę mnie irytuje to zrównywanie naukowców z pracownikami administracji nauki. Do tych drugich (z reguły, bo różni się zdarzają) nic nie mam i również optuję za podnoszeniem ich pensji i ogólnych warunków pracy. Ale dlaczego naukowiec ma być traktowany na równi z pracownikiem około naukowym, którego istnienie nie ma sensu bez naszej pracy naukowej? To jest jakiś absurd. Ja nie mówię o dysproporcjach rzędu 200%, ale jednak trzeba zaznaczyć pewną różnicę wynikającą, nie wiem, ze zdrowego rozsądku? A u nas, na sporym uniwersyciecie w północnej Polsce, mam wrażenie, że grupa administracyjna jest silniejsza od naukowej. To jest postawienie wszystkiego do góry nogami. Niech Uniwersytet będzie atrakcyjnym miejscem pracy dla wszystkich, ale jednak na pierwszym miejscu dla samych naukowców.
Przykladowo, dodatek z okazji dnia edukacji otrzymują pracownicy administreacji naszej uczelni - naukowo dydaktyczni już nie. Czy to nie piekny przykład?
W instytucie PAN, który znam jest podobnie, administracja jest rowniez faworyzowa, płacowo oraz warunkami pracy.
To wynika z dostępu do "ucha prezesa"
Zgadzam się w 100 procentach!
Nie trzeba zwiększać finansowania nauki. Wystarczy pozbyć się nieefektywnych pracowników, a zaoszczędzone pensje podzielić pomiędzy pozostałych. Aktualnie umowa o pracę na czas nieokreślony jest bardziej wiążąca z jednym miejscem od cyrografu. Można nawet nie starać się o jakiekolwiek projekty, raz na kilka lat popchnąć coś w zaprzyjaźnionym czasopiśmie i można dalej nic nie robić.
Pamiętam, że dziekan był dumny, że przy ostatniej ocenie okresowej nikt nie został oceniony negatywnie. Brawo my, Polska mistrzem Polski!
Są takie źródła, ustawa o szkolnictwie wyższym i nauce oraz prawo pracy , proponuję przeczytać i zrozumieć
Dokładnie tak jest
To wtedy ci efektywni staną się mniej efektywni, bo będą musieli prowadzić więcej zajęć i opiekować się większą liczbą dyplomantów. To może nie jest obciążające w niektórych dyscyplinach, ale w naukach eksperymentalnych to gwóźdź do trumny wydajności naukowej.
Czemu tym, ktorzy nie staraja sie o granty, nie maja doktorantow, nie sa pierwszymi autorami w dobrych publikacjach - slowem, dryfuja miedzy ocenami okresowymi - nie zaproponowac etatu dydaktycznego? A tym, ktorzy angazuja sie bardziej w nauke, uciac dydaktyke i dac chociaz skromne 30k zl rocznie na dofinansowanie badan?
Na naszej uczelni jest praktyka, że wszyscy siedzą na etatach dydaktyczno-badawczych (czy jak to tam funkcjonuje aktualna nomenklatura). Zarówno sprawni jak i leniwi prowadzą taką samą liczbę zajęć. A "sprawni" często mają więcej dyplomantów, bo aktywność przyciąga zainteresowanie
Chcę żeby nauczyciele akademiccy dobrze pracowali i nauka się w naszym kraju rozwijała ale powiązanie ich pensji z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce narodowej to szaleństwo. Całe społeczeństwo wypracowuje tę wartość ciężką pracą a Ci będą kibicować blue collars bo dla nich podwyżki innych będą przekladac sie na ich nie wlasne ale wlasnie pracą innych i bedzie czy sie stoi czy sie lezy…
Dajcie spokoj, mam nadzieję ze ministerstwo finansów nigdy sie na to nie zgodzi
Koncepcja, jakoby całe społeczeństwo akurat z wyłączeniem nauczycieli akademickich ciężko pracowało, a wyłączeni z tego społeczeństwa pasożyci-uczeni na tym żerowali, wydaje mi się nieco ryzykowna. Przynajmniej dopóki do tej klasy nieprodukujących próżniaków nie dołączy się nauczycieli również niższych szczebli edukacji, a także urzędników, strażaków, wojska, lekarzy i innych typów, którzy nie wytwarzając żyją sobie, zdaniem przedmówcy, jak pączki w maśle. Ach, nie zapominajmy o politykach. Wtedy będzie w tym chociaż jakaś logika, co prawda w stylu wystrzałów z "Aurory", ale jakaś.
Albo pracownicy instytutów PAN którzy całymi dniami siedzą na forach dyskusyjnych.
Lekarze i zawody medyczne już są w tej klasie.
Pytanie jakie faktycznie powinny być progi. Nauczyciele domagają się od 100 do 150% średniej. Idąc tym tropem to profesor to powinien mieć z 250-300% średniej.
Powiązanie oznacza jedynie, że corocznie akademicy nie będą na łasce Czarnków, Kulasków czy innych Gowinów. Wiadomo, że to niewielka grupa zawodowa, zazwyczaj o poglądach raczej lewicowych. Czyli prawica im nie da bo nie swoi, a lewica nie da bo i tak będą na nich głosować. No i ten przykład z odpowiedzi ze sprzątaczką - w punkt.
Inna sprawa czy naprawdę potrzebujemy aż tyle szkół wyższych
To SZALEŃSTWO, ABY asystent na uczelni zarabiał tyle co pracownik na stanowisku sprzątacza (ważna funkcja, bo czystość świadczy o dojrzałości organizacji), zatem nie pisz bredni To SZALEŃSTWO.
Absolutnie. Albo sprzedawcy. Sprzedawca sprzeda mi przynajmniej coś na śniadanie, bułkę i twarożek, a co mi sprzeda asystent? Warto by jeszcze obmyślić jakieś śmieszne ubranie dla napiętnowania próżniaków, albo chociaż specjalną czapkę.
Juz tlumacze. Kto obmyslil folie, w ktora ta bulka z serem i szynka jest zapakowana? Lodowke i jej mechanizm chlodzenia? Kase fiskalna? Kto obmyslil proses wytworczy i spiekania materialow, z ktorych wybudowany jest sklep? Naukowcy. Oraz wysokowyspecjalizowani inzynierowie w wybranych (najbogatszych) firmach, ktore maja dzialy R&D - czyli naukowcy tylko w firmach.
Jak porownujesz asystenta (doktoranta) na uczelni, ze sprzedawca w sklepie, to odlatujesz. Sprzedawca jest jak najbardziej potrzebny, ale nie sprawi, ze bedzie nam sie zylo w lepszym swiecie.
No to jest naprawdę szaleństwo…
Przecież napisałam „cale społeczeństwo” to gdzie niby wyłaczylam naukowców z tego równania?
Cala moja wypowiedź zostala przekrecona ale ja wciaz uwazam ze powiązanie wynagrodzeń jakiekolwiek grupy spolecznej z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce jest po prostu cholernie niebezpieczne dla budżetu Państwa.
Pracuje w biznesie juz kilka lat ale wcześniej pracowałam 3 lata w PANie i takich przekretow finansowych na wszystkich szczeblach zaczynając od wynagrodzen a kończąc na finansowaniu nauki, jak tam, to w zyciu nie widziałam, wiec nie chce zeby takie patologie w sektorze publicznym wspierać.
W porządku, ale to dowód anegdotyczny. Osobiście na przykład z takimi przypadkami się nie zetknąłem, za to znam dużo naukowców zasuwających jak chomiki w kołowrotku za te nasze drobne rupie, jakie dostajemy. Można tak dowodzić bez końca.
Najlepiej zlikwidować szkoły i uczelnie, niech wszyscy będą fizycznymi i łykają wszystko co im polityk powie, aha i jeszcze więcej piwa i wódki dać naród pijany i głupi łatwiejszy do sterowania.
Proszę porównać wynagrodzenie profesora z ofertą MPK Kraków dla kierowców autobusów.