Potrzeba nam dziś powrotu do tego, co nadaje pracy akademickiej sens: do odpowiedzialności, rzetelności, ciekawości świata i troski o drugiego człowieka. W świecie przyspieszenia i nieustannej konkurencji formą akademickiej odwagi musi stać się… spowolnienie, by znów usłyszeć pytanie „po co?”, zanim odpowiemy na pytanie „ile?” – pisze prof. Agnieszka Zimmermann, prorektorka ds. kształcenia Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Funkcjonujemy pod presją rankingów, grantów i „produktywności”. Czy wartości są awangardą? W swej pracy akademickiej zawsze uważałam, że to, co nas odróżnia od świata komercji, jest jednocześnie tym, co nas trzyma we wspólnocie. Dlaczego zatem najwyższą wartość środowiska naukowego – wewnętrzną motywację do nieustannego samorozwoju – decydenci tak usilnie próbowali sprowadzić do bezdusznej „punktozy”? Dlaczego nasze tradycyjne wartości akademickie są zaniedbywane i spychane na margines?
Nadrzędnym celem badań jest bezinteresowne poszukiwanie prawdy. Dziś presja finansowania, komercjalizacji i mierzalnych efektów sprawia, że pytania i tematy „nieopłacalne” bywają marginalizowane. To rodzaj legalnej grabieży kreatywności, samodzielności i otwartości, uważanych przecież za potencjał ludzi nauki. Pasja poznania wypierana jest przez promowany model „optymalizacji dorobku”.
Praktyka uniwersytecka przytłacza nas nową wizją: elitarności badań, które są gwarantem osiągania szczebli kariery i uznania w przeciwieństwie do masowego nauczania, które dostarczane studentom w formie podawczej, rodem z XIX wieku, powoduje frustracje i wypalenie.
Idea uniwersytetu jako wspólnoty uczonych (universitas) ustępuje modelowi konkurencyjnego rynku projektów i cytowań. Ani ocena jakości prowadzonej dydaktyki, ani ewaluacja działalności naukowej nie uwzględniają wymiaru wspólnotowości – w formularzach próżno szukać pytań o jakość relacji i więzi, które współtworzą akademicką rzeczywistość. A to one dają nam poczucie zaufania. Ocena dokonywana przez przeprowadzających ewaluację nie uwzględnia istnienia na uniwersytecie kultury otwartego sporu bez lęku, nikt nie pyta, czy błędy są traktowane jako element uczenia się, a nie powód do wykluczenia. Coraz rzadziej zadajemy sobie sami pytanie, czy nasza wspólnota to ludzie zdolni do odpowiedzialnych osądów moralnych. Dodatkowo przywykliśmy do uproszczeń. Nauka zaś rozwija się dzięki świadomości własnych ograniczeń, do których powinniśmy się przyznawać.
Wielkie idee powstają powoli. System grantowy i ewaluacyjny premiuje szybkie rezultaty, a my nie mamy czasu na myślenie. Nie mamy czasu na nieformalne spotkania. Tracimy poczucie sensu. Pędzimy. Mamy gnać za pozycją, widzialnością, cytowaniem, czyli za formą sukcesu, która nie zawsze ma treść. Ale właściwie dokąd pędzimy?
Najwyższa pora zwolnić. Tak, zwolnić! Gdyby ocena jakościowa wyparła czysto ilościową, gdybyśmy nadali większą wagę dydaktyce i pracy wspólnotowej, jeśli promowane byłoby finansowanie długofalowych projektów, odzyskalibyśmy oddech.
Jeśli nagradzamy tempo, dostajemy pośpiech. Jeśli nagradzamy głębię, zaczyna się zmiana kultury pracy. Zacznijmy głośno i publicznie mówić o sensie nauki, o jej zakorzenieniu w wartościach, które wykraczają poza mierzalność i doraźną efektywność. Zdobądźmy się na odwagę, by bronić czasu na myślenie, na wątpienie, na spokojne dojrzewanie idei. Twórzmy środowiska, które bardziej niż widzialność i wskaźniki cenią rozmowę, relacje i wspólne poszukiwanie prawdy. Potrzeba nam dziś powrotu do tego, co nadaje pracy akademickiej sens: do odpowiedzialności, rzetelności, ciekawości świata i troski o drugiego człowieka. W świecie przyspieszenia i nieustannej konkurencji formą akademickiej odwagi musi stać się… spowolnienie, by znów usłyszeć pytanie „po co?”, zanim odpowiemy na pytanie „ile?”. Zwolnijmy tempo, bo biegniemy na oślep.
Agnieszka Zimmermann
Dobrze wiem, co ma Pani Prorektor na myśli. Slow food (tradycja, lokalizm, produkty nieprzetworzone) czy pokrewne jemu slow fashion, slow medicine, slow education, etc. są częściami wywodzącego się z Włoch (restaurator Carlo Petrini, twórca slow food, chirurg gruczołu piersiowego Umberto Veronesi, holista medyczny) i Wielkiej Brytanii (pisarz Carl Honore, autor „In Praise of Slow”) nurtu slow life. Slow w tym znaczeniu to nie wolniej, ale uważniej, slow to wartość, nie liczby. No chyba, że małe. Na przykład tzw. miastem dobrego życia (cittaslow) może zostać takie, które ma mniej niż 50.000 mieszkańców. W medycynie klinicznej przykładem na slow jest Value Based Healthcare, gdzie obok mierzalnego efektu postępowania ważny jest sposób dotarcia do niego i co ten efekt oznacza dla pacjenta. W edukacji medycznej slow oznacza angażowanie studentów do zadań przy pacjentach, czy wdrażanie do prac naukowych, ucząc ich rzetelnej pracy zawodowej i krytycznego myślenia, przy tym być uprzejmym i wspierającym, nie wszystko wiedzącym. Powinniśmy też pamiętać, że jeżeli generujemy dużo i szybko wysokopunktowane (przez nas samych) prace naukowe, często (zbyt często) z wynikami pozytywnymi, i na to kładziony jest nacisk, AI też będzie tak generować wiedzę i tak samo nam podpowiadać jak mamy robić. Marzy mi się universitaslow, uniwersytet uważnej nauki.
Nagradzamy tempo, nagradzamy liczbę publikacji. Każde badanie musi skończyć się pozytywnie i zostać opublikowane. Tylko to już dawno nie jest nauka, tylko rzemiosło.
Nie ma miejsca i czasu na trudne tematy, ryzyko poszukiwania nowych idei i rozwiązań.
Cyt."Nie ma miejsca i czasu na trudne tematy, ryzyko poszukiwania nowych idei i rozwiązań."
Ano, nie ma, CHYBA ŻE prowadzi się badania w grupie kierowanej przez znanego profesora. Natomiast, "zwykli, szarzy doktorzy" raczej nie powinni liczyć za bardzo na aplauz, NAWET JEŚLI poszukują te nowe idee, czy rozwiązania, i NAWET, gdy je znajdą.
Znam to na własnym przykładzie (i nie tylko).
"Potrzeba nam dziś powrotu do tego, co nadaje pracy akademickiej sens: do odpowiedzialności, rzetelności, ciekawości świata i troski o drugiego człowieka."
Redakcja "FA" zapomniała przetłumaczyć na polski, ale zaraz to poprawimy. To będzie mniej-więcej tak:
"Bez zdolnych damy sobie radę. Potrzebni nam są — p o s ł u s z n i."
Non sequitur.
Właśnie tak! Pai Prorektor wyraźnie ma ambicje rektorskie.
W swojej uczleni dba o "jakość dydaktyki" poprzez ankiety studenckie, co jest równaniem do dołu.
Dziękuję Agnieszko za te słowa. Twój artykuł jest odpowiedzią na moje pytanie, które coraz częściej zadaję ☀️
Ja wiem, znam slogan, że "należy bezinteresownie pracować na rzecz dobra ludzkości", ale umówmy się - to dobro ludzkości w większości przypadków sprowadza się do tego, by ludzie bogaci stali się jeszcze bogatsi. Bogacze sami niech dbają o swoje bogactwo, ja zajmuję się nauką głównie dlatego, że po prostu lubię.
Nauka dla mne zawsze była rodzajem wyścigu i jest to jedna z ważniejszych motywacji, która mnie do tej (w Polsce dosyć bezsensownej) działalności skłania. Frajda, jaką mam z osiągnięcia naukowego, podobna jest do frajdy z wygrania zawodów.
Dlatego postulat spowolnienia traktuje jako absurd w stylu Monty Pythona. Biegać powoli? To po co w ogóle biegać?
Zupełnie nie rozumiem tego wpisu. Przecież bieganie powoli jest bardzo przyjemne.
Spacerowanie jeszcze bardziej. Biegnąc nie ma czasu przyjrzeć się ptakom, roślinom, zachodzącemu słońcu, przystanąć i zastanowić się nad sensem życia i przemijaniem. A biegnąc nawet powoli, to zawsze jest bieg. I zawsze coś gdzieś się przegapi.
Pełna zgoda. Tego rodzaju pośpiechu nikt zaangażowany w fascynujące badania nie zauważa. Wyścig motywuje i uskrzydla.
Jednak jeśli w źle (upierdliwie) zorganizowanej instytucji w źle zorganizowanym państwie chcesz przeprowadzić eksperymenty w realu, a nie na kartce czy przed komputerem, zaczyna się pośpiech odczuwalny i zabijający - takie zwyczajne latanie od Annasza do Kajfasza, żeby załatwić to, załatwić tamto, wziąć udział w tym, w tamtym....
Organizacja polskich uczelni jakoś wciąż kojarzy mi się z piosenką Jacka Kaczmarskiego "Przedszkole" .
Chyba nie zrozumiał Pan w pełni przekazu. Przecież mowa jest o wypaczonym wyścigu, w jakim uczestniczymy, czemu chyba Pan nie zaprzeczy. Inna sprawa, że jak trafnie zauważył ~Profesorek, to w dużej mierze warunki systemowe determinują taką formułę wyścigu i zachowania jego uczestników. Z drugiej jednak strony ktoś odpowiada za wybór decydentów, którzy ponoszą za to bezpośrednio odpowiedzialność, a raczej jej nie ponoszą, i to od lat. To zdumiewające, że środowisko naukowe, przynajmniej w założeniu skupiające najbardziej światłe umysły, dopuściło do tyłu absurdów i patologii w naszym systemie nauki i szkolnictwa wyższego.
" Mamy gnać za pozycją, widzialnością, cytowaniem, czyli za formą sukcesu, która nie zawsze ma treść. Ale właściwie dokąd pędzimy?"
Jak to dokąd? Do kolejnej oceny okresowej, aby nie zostać wywalonym z roboty, i aby rektor miał kasę na oświetlenie korytarzy.
To przymus publikacji każe pędzić, a nie my, ich autorzy.
Blablabla
Dzisiaj ogłoszono, że od 1 lipca lekarze dostaną podwyżki.
Bieda intelektualna-materialna jakoś zareaguje, czy znowu podwinie ogon?
Oczywiście, że podwinie ogon, ponieważ to nie tej biedzie decydować, kto ma dostać podwyżki. Uwielbiam ten jęk ludzi, którzy nie mogą dostać grantów, a ja chwilami nie wyrabiam się z grantami na zakrętach. A oprócz etatu profesorskiego na uczelni i podwyżki w dwóch szpitalach psychiatrycznych będę miał jeszcze więcej pacjentów-niedorajd, którzy będą potrzebowali mojej pomocy i zostawiali mi w prywatnym gabinecie kilka stówek co dwa miesiące.
Ten pan to chyba ma coś sfiksowane i z psychiką, skoro "nie wyrabiam się z grantami na zakrętach." Chyba pomylił granty z kłopotami, psami lub babami co go gonią. No to wtedy wiadomo, że trudno wyrobić się na zakrętach. To typ gieroja, tzw. "niedorajd" życiowy.
Eee, tylko 3 etaty? To na to 24 godziny wystarczą. O ile dobrze pamiętam polski rekordzista w 2005 miał 7. Samych godzin dydaktycznych miał 24 dziennie przez 7 dni w tygodniu. Ale to i tak pikuś. Proszę spojrzeć na pana Mohammeda El-Meligy. Ten to dopiero ma parę!
https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0144861720313369?via%3Dihub
Ale to są nadludzie, gdzie nam do nich. Ja z kolei raz w życiu przez jakiś rok kierowałem trzema projektami na raz. Myślałem, że mi korki w mózgu strzelą.
"Nadludzie" - tak, zgrabnie Pan to ujął, zwykli ludzie im umierają, ponieważ nadludzi nie ma na dyżurach, za które biorą pieniądze.
No bo przecież z jednego etatu za 48 000 (odrzucony w ubiegłym miesiącu limit wynagrodzeń w służbie zdrowia) nie da się wyżyć.
Ależ proszę pana, 48 tysięcy złotych miesięcznie to jest dla mnie niewielka dodatkowa pensja, którą przeznaczam na inwestycje mające zapewnić przyszłość moim dzieciom. A mam ich trójkę, więc trochę tego się przydaje. Ich przyszłość, w przeciwieństwie do dzieci - jak to nazwaliście - tej biedy - jest już zabezpieczona, łącznie z kontaktami i nieruchomościami na innych kontynentach. Jeśli ktoś uważa, że 24 godziny mi nie wystarcza do realizacji dwóch grantów, to proszę mi uwierzyć, że wszystko jest kwestią ustawienia roboty w zespole i umiejętnością twardego zarządzania ludźmi. W dwóch szpitalach jestem po 4 godziny co drugi dzień. Na uczelni kilka godzin dziennie, wieczorem prywatny gabinet, do którego coraz częściej zaczynają przychodzić pracownicy uczelni, tyrający za pensję adiunkta i mający wszystkiego w życiu dość, więc jakaś dyszka miesięcznie jeszcze z tego jest na dodatkowe wydatki. Pisząc "nie wyrabiam się na zakrętach" miałem na myśli nie wyrabianie się z samą realizacją grantów, tylko z wymyślaniem nowych i brakiem problemu z ich dostaniem. Wszystko kwestia doświadczenia w tym, co jest na topie i co się obecnie recenzentom podoba :)
Gdyby ta historia była prawdziwa, to byłaby bardzo smutna i żal by mi było i tych dzieci i tych pacjentów. No bo co taki Prof. Psychiatra może im przekazać? Nachapcie się i będziecie szczęśliwi? Biedna byłaby też taka nauka robiona pod upodobania recenzentów. Bez szans na jakieś istotne odkrycia.
Naprawdę pan nie wierzy? Miło mi. Moje dzieci są szczęśliwe, a "nachapanie" jak pan to nazwał, doskonale pomaga w poczuciu szczęścia. Takiemu adiunktowi zarabiającemu obecnie półtorej minimalnej, nie mogącemu nigdzie dorobić i bojącemu się o przyszłość na uczelni od razu szczęście spada, że aż trzeba mu leki dobierać... A granty się pisze pod upodobania recenzentów, dostaje je, wykonuje, rozlicza, pobiera wynagrodzenia. W większości przypadków badania w psychiatrii mają nawet jakiś niewielki sens. Pacjentom piszę leki i robią się szczęśliwsi, nie mogą podnieść poczucia bezpieczeństwa i sytuacji finansowej, to chociaż sobie serotoninę podniosą i jakoś dalej na tych etatach wytrzymają. Przecież to nie moja wina, że są w sytuacji w jakiej są.
Pozdrawiam wszystkich FORUMOWICZÓW. W rzeczy samej.
Cyt."Potrzeba nam dziś powrotu do tego, co nadaje pracy akademickiej sens: do odpowiedzialności, rzetelności, ciekawości świata i troski o drugiego człowieka."
Ojej, jak to Pani ładnie napisała. No, naprawdę... Mogę przesłać Pani wykaz moich publikacji (część z nich mam opublikowanych we współpracy z drugim autorem, m.in. z moim Ojcem), powiedzieć, czym się aktualnie zajmuję, zapewnić, że mam ciekawość świata, potrafię zadawać pytania dotyczące poznawania tego świata (w szerokim tego słowa znaczeniu), mógłbym podać publikacje mojego Ojca, opowiedzieć, co w nich jest, jakie wyniki itd. tylko, CO Z TEGO? Czy wysnuje z tego Pani wniosek, że mimo, iż jestem niższy od Pani stopniem naukowym, to WCALE NIE musi oznaczać, iż jestem gorszy? Nie, szanowna Pani Profesor, nie, bowiem panujący system podziału na "samodzielnych" i "niesamodzielnych", generuje szufladkowanie tych niesamodzielnych. I obawiam się, że NAWET PANI ulegnie pokusie takiego szufladkowania.
Co oprócz tej kupki publikacji zostanie po Panu, Panie komentatorze, i po Pańskim Ojcu? I czy warto było dla tej kupki postawić swoje życie na szali nieznanej wagi?
No, sądząc po Pana nicku, Pan też pozostawi po sobie coś, co można nazwać "kupką publikacji", prawda? A jednak w stosunku do siebie chyba takich pytań Pan sobie nie zada. Bowiem, jeśli jest Pan faktycznie prof. dr hab. lub dr hab., to znaczy, że Pana "kupka publikacji" została należycie DOCENIONA. W naszym przypadku, gdy każdy z nas (mój Ojciec i ja) zaczynał w swoim czasie pracę naukową, nie zadawał sobie w ogóle pytania w stylu "Co będzie za np. 20 lat?". Każdy z nas zakładał po prostu, że jego wyniki będą docenione, że "same się obronią". Niestety, okazało się, że wyniki, to za mało, nawet po ich opublikowaniu, nawet w czasopismach z osławionej "Listy filadelfijskiej", nawet po ogłoszeniu niektórych z nich na arXiv. Np. sformułowanie logiki bez aksjomatów, a dokładniej, rachunku funkcyjnego z identycznością bez aksjomatów (to akurat wynik mojego Ojca), to problem postawiony przez wybitnego polskiego logika Ś.P. prof. Romana Suszkę. Albo np. nowe rozwiązanie problemu wynikania w logice (co zrobiliśmy wspólnie), który spędza(ł) sen z powiek wielu logikom i filozofom nauki. Albo z kolei metoda analitycznego rozwiązywania pojedynczych nieliniowych równań różniczkowych cząstkowych, jak też ich układów, którą sformułowałem i zastosowałem. Wydawałoby się, że każdy z tych wyników zasługuje na choćby trochę docenienia. Tymczasem... NIC, cisza, z pewnymi wyjątkami, jeśli chodzi o ww. metodę rozwiązywania równań.
Po prostu, chyba faktycznie należało(by) sobie zadać pytanie trochę podobne do Pańskiego pytania nr 2: "Czy warto było dla tej kupki postawić swoje życie na szali nieznanej wagi, skoro nie miało się poparcia KLANU naukowego?". A właśnie takiego "klanu" nie było zarówno w przypadku Ojca, jak też i moim. Obu nas nasi promotorzy po prostu, zostawili samych lub prawie samych. Promotor Ojca wyjechał jeszcze w PRLu na antypody, a mój wyjechał do innego miasta (choć potem starał się to trochę nadrobić, ale to była "kropla w morzu potrzeb").
Wszystkie wyniki Ojca i moje (lub ich większość), są dostępne w Internecie: część z nich została opublikowana w "markowych" czasopismach i/albo w arXiv. A JEDNAK, gdy parę lat temu wspomniałem o ww. sformułowaniu przez Ojca rachunku funkcyjnego z identycznością bez aksjomatów, na jednej z konferencji z logiki, NIKT tego nawet nie skomentował... Zastanawiające, nieprawdaż?
Większość naukowców pozostawi po sobie kupkę publikacji, których nikt nigdy nie doceni, może będzie dwucyfrowa liczba cytowań (bardzo rzadko trzycyfrowa). Następnie wszystko odejdzie w zapomnienie, tak jak 99% publikacji starszych niż powiedzmy 50 lat. A kto dzisiaj czyta artykuły stuletnie, poza jakimiś totalnymi wyjątkami? W wielu czasopismach jest nakaz cytowania prac nie starszych niż ileś lat.
Jeśli Pana zdaniem habilitacja i profesura jest dowodem na to, że ktoś coś docenił, to bardzo mi miło, ale ja nadal uważam, że zdecydowana większość profesorów należących do jakiejś elity (np. członkowie zwyczajni PAN) również odejdzie w zapomnienie za jakieś 25 do 50 lat.
I wtedy pojawia się pytanie, które każdy powinien sobie zadać - czy chcesz człowieku żyć jedynie po to, aby po sobie zostawić jedynie kupkę specjalistycznych publikacji... Kosztem zdrowia, odpoczynku, żony, męża, rodziców, dzieci, życia?
Proszę wystawić jakieś linki, chętnie przeczytam te publikacje o rachunku funkcyjnym z identycznością bez aksjomatów, a myślę, że inni też.
No, wie Pan, to można by w ogóle postawić pytanie: PO CO zajmować się nauką w obecnym systemie? Bowiem, wychodzi na to, że najlepiej wykonywać jakiś zawód wyuczony typu krawiec, mechanik samochodowy itp. itp., a badania naukowe prowadzić "po godzinach". Zresztą nawet Einstein kiedyś zwierzył się Infeldowi, że najchętniej byłby np. latarnikiem, a nie zarabiał na życie, jako fizyk.
Postawiłem pytanie: PO CO zajmować się nauką w obecnym systemie?
Odpowiedź jest prosta: JEŚLI miało się mądrego promotora doktoratu, który potrafił pokierować świeżo upieczonym doktorem, skierował go do innej grupy badawczej, na postdoca, czy zatrzymał u siebie, w każdym razie, tamten miał warunki do rozwoju, i chciał zarabiać na życie, poprzez badania naukowe (i ewentualnie dydaktykę oraz działalność organizacyjną, bo ta także się liczy), to ma to jakiś sens. Oczywiście, należy podejść do tego ZDROWO, i przyjąć, że ma się swoje "5 minut", gdy ktoś się interesuje tym, co robimy, a później i tak to raczej pójdzie w zapomnienie.
Co do publikacji o rachunku funkcyjnym, to proszę bardzo, podaję namiary:
First-Order Theories without Axioms, Reports On Mathematical Logic , No. 23, 67 - 70 (1989) .
Po nas te talmudy zostaną, które Grigorijowi Daugemu wypominała Masza Jurkowska w dawno zapomnianej książce.
Właśnie też postanowiłem odpuścić w tej pogoni za punktami. Przełożeni czepiają się, że za mało publikacji mam po 100 i więcej punktów. Ale ja się nie boje o pracę, bo w moim Instytucie byłbym trudny do zastanowienia, bo kilka stanowisk przestanie działać. Ale nie o tym. Przestałem widzieć sens pisania publikacji, bo wpadnie do oceanu innych pisanych już za pomocą AI. Wolałbym pisać wtedy gdy rzeczywiście coś ciekawego opracuje do końca, a nie tworzyć wyłącznie pod napisanie publikacji. Nie ma dzisiaj miejsca na błądzenie i ślepe zaułki. A przecież to też wartość, tylko trudna do opublikowania.
Już przed AI ilość pism naukowych i produkowanych w nich artykułów była oceanem, a pisanie kolejnych prac przypominało sikanie do tego oceanu celem podniesienia poziomu morza. W momencie wejścia AI z oceanu zrobi się nieskończony kosmos, wszyscy będą pisali, nikt nie będzie czytał.
Mamy przykład noblistki Kariko.
Tam gdzie była zatrudniona zespół miał się zajmować tym czym się zajmował.
Laboratorium i sprzęt jednak był dostępny dla naukowców po oficjalnych godzinach pracy i tak pracowała Kariko nad tym co dało jej Nobla.
Dwie uwagi
Jeśli rzeczywiście "nadrzędnym celem badań jest bezinteresowne poszukiwanie prawdy" (mi osobiście również wydaje się, ze tak właśnie jest), to "najwyższą wartością środowiska naukowego" nie jest "wewnętrzna motywacja do nieustannego samorozwoju", tylko raczej właśnie możliwość poszukiwania tej prawdy. No bo jak priorytet, to priorytet.
W brytyjskim systemie ewaluacji jedna z trzech ocenianych wartości to "Strategy, people and research environment" i w tę kategorię wchodzi środowisko pracy, które tworzy dany wydział, uczelnia czy też jednostka naukowa.
Czy w polskiej ewaluacji nie ma jakiegoś odpowiednika tej kategorii?
W najlepszych jednostkach brakuje jedynie "strategy", a to właśnie fundament, na którym buduje się pozostałe dwie składowe całości.
Środowisko pracy to również rzetelność procedur zatrudniania i oceny własnych pracowników. A pod tym względem polskie uczelnie stosują niekiedy skandaliczne wręcz praktyki. Nie wyłączając niektórych uczelni znanych mi z macierzystego Gdańska, że się tak wyrażę oględnie. Bez poprawy tego teraz trudno spodziewać się czegoś dobrego w przyszłości.
Aaaa, to Pan z Gdańska! No to będę trochę mniej oględny. Proszę rozwinąć "Nagrody Rektora PG I stopnia za osiągnięcia naukowe i artystyczne indywidualne" 😁
https://pg.edu.pl/aktualnosci/2025-12/pracownicy-uczelni-wyroznieni-za-nami-uroczyste-posiedzenie-senatu-pg?utm_source=chatgpt.com
In Gedania datum (et educatum), obecnie na innej niwie. A tutaj tak, w tych nagrodach widzę parę ciekawych nazwisk.
Pośpiech jest odczuciem subiektywnym, jak ból czy wesołość.
Kiedy pracuję na uczelni, ciągle muszę się spieszyć. Co jest tego pośpiechu celem, a może lepiej zapytać o przyczynę?
Kiedy pracowałem w instytucie czas nie istniał, a do obiektywnego pośpiechu czyli dobrze zorganizowanej i wydajnej pracy, gnała mnie ciekawość i chęć jej zaspokojenia.
Moim zdaniem szkodliwy i męczący pośpiech jest oczywistym skutkiem fatalnej organizacji pracy w polskiej nauce. Zastanawiam się już tylko, czy jest tu jeszcze coś, co dałoby się zepsuć i ile razy myślę, że gorzej być nie może, okazuje się, że da się jeszcze coś popsuć i to się oczywiście robi.
Recepta inna niż wojna lub rewolucja?
Jeszcze można dużo zepsuć, a nic nie naprawiać. I jestem w pełni przekonany, że każda następna zmiana nic nie naprawi, a troszkę więcej popsuje. Ale życie zweryfikuje te niesamowite plany. Idzie niż demograficzny, ludzie mają studia w pewnej części ciała (zwłaszcza II stopnia), niektóre kierunki stają się passe, część studiów jest likwidowana, więc jestem skłonny przypuszczać, że około połowa nauczycieli akademickich w ciągu następnych 10 lat dostanie wypowiedzenia z braku godzin.
Proszę przyjrzeć się liczbom, to nie niż demograficzny jest największym problemem, tylko nadpodaż uczelni rosnących na wciąż nieodpowiedzialnie dysponowanym budżecie jak grzyby po deszczu.
Idea oczywiście nie jest nowa. Przykłady:
https://english.elpais.com/science-tech/2024-04-26/elisabeth-bik-expert-in-scientific-integrity-we-need-to-slow-down-scientific-publishing.html
https://www.nature.com/articles/d41586-025-04061-w
Problem polega na tym, że decydenci, a nawet samo środowisko, nic z tym nie chcą zrobić. Chociażby ubiegłoroczne efekty wielomiesięcznej pracy Zespołu ds. nowego modelu ewaluacji. Była szansa, żeby coś zmienić. Zmarnowana. Dlaczego? Ktoś na tym forum niedawno cytował Kisiela. Nie powtórzę tego cytatu, żeby nie być posądzonym o wulgarność.
Problem jest ogólnoświatowy, jak ktos słusznie zauważył.
Kilka dni temu Elsevier rozesłało ankietę dotyczącą kilkudziesięciu już internetowych serwisów od Publon, przez Plos One aż po Scopus i Web of Science. Pytano o różne szczegóły a nie zadano fundamentalnego pytania: Jak to możliwe że mimo częstgo upadku jakości publikacji, oszustw editorów, tolerowania licznych nadużyć autorów lista indeksowanych tam czasopism jest tak liczna? Kiedyś czasopismo przechodziło skrupulatną analize zanim znalazło się na Science Citation Index Expanded a potem kolejną gdy trafiało na główną listę SCI.
To jest zagadkowa sytuacja - tak jakby nowe pokolenie decydentów w Elsevier, Springer lub Wiley celowo przymykało oczy na upadek jakości indeksowanych czasopism.
Rzecz jasna w Polsce mamy już tylko skwapliwą akceptację tego upadku etosu publikowania, a nawet wzmacnianie złych tendencji, tak jak akceptacja dla mnożenia osiągnięć parametryzacyjnych z tej samej publikacji dla różnych ośrodków bez względu na liczbę współautorów.
W nowej parametryzacji to podejście ma być powtórzone zachęcając do "paper-milling" na jeszcze bardziej masową skalę.
"To jest zagadkowa sytuacja - tak jakby nowe pokolenie decydentów w Elsevier, Springer lub Wiley celowo przymykało oczy na upadek jakości indeksowanych czasopism."
No nie, nie wie Pan dlaczego? $$$$$
"W nowej parametryzacji to podejście ma być powtórzone zachęcając do "paper-milling" na jeszcze bardziej masową skalę."
Zastanawiam się, dlaczego ministerialny Zespół doradczy ds. nowego modelu ewaluacji tego nie zauważył? 😁
Ad.1: Zatem Philadelphia Institute i jego SCI z lat 80-tych i 90-tych XX wieku działał wtedy w USA bez wpływów $$$$$ a teraz się to zmieniło? Ta hipoteza zdaje sie niewiele wyjaśniać.
Ad 2. Z tego co wiem to KEN zna problem ale w zdecydowanej większości nie chce słyszeć o jego zmianie. Gdy to ogłoszą oficjalnie w lipcu lub wrześniu to może zrobi sie "afera" medialna ale wtedy to już będzie za późno itp. Ale z tego co słyszałem z innych plotkarskich źródeł to są duże grupy chemików które nie wyobrażają sobie aby wydzielano wkłady z publikacji wielu ośrodków. Ciekawe że akceptują to dla publikacji poniżej 70p ale 100-140-200 wymaga już mnożenia wyników. Może ktoś na FA oficjalnie napisze artykuł na temat tej dziwnej opcji sprzyjającej "paper milling" i zaproponując jej likwidację. Może wtedy ktos się odezwie w stylu "uderz w stół a nożyce się odezwą". Na razie oficjalnie dziwna cisza.
Ani ISI, ani Thomson Reuters nie miały, ani Clarivate obecnie nie ma formalnych powiązań z wydawcami (co za kulisami - tego nie wiem). Dlatego IF jest lepszą miarą jakości czasopism niż np. CiteScore (Elsevier). Co oczywiście nie oznacza, że jest miarą dobrą, bo można ją łatwo napompować. Wyjaśniałem to kilkukrotnie na tych łamach. Clarivate też stale monitoruje czasopisma i podejmuje decyzje o ich usunięciu z Journal Master List, jeśli nie spełniają "quality criteria". W roku ubiegłym usunął 53, m.in. takie tytuły jak Science of the Total Environment (200 pkt.), Journal of Molecular Liquids (100 pkt.) czy Computers in Biology and Medicine (100 pkt.). W lutym usunięto m.in. talian Journal of Food Science i Alergologia et Immunopatologia, dwa z czasopism publikowanych przez podejrzane wydawnictwo australijskie Codon Publications. W grudniu zgłosiłem do Clarivate podejrzane praktyki cytowań w tych i pozostałych czasopisma Codon Publications, w tym Quality Assurance and Safety of Crops & Foods, gdzie Dr Amin Mousavi Khaneghah był współredaktorem naczelnym. Dziwnym zbiegiem okoliczności z końcem grudnia został usunięty z tej funkcji. 😁 A więc coś się jednak dzieje, tylko, że za mało i za wolno. A oszuści w tym czasie sobie wygodnie żyją przerabiając publiczne pieniądze na makulaturę.
"Ciekawe że akceptują to dla publikacji poniżej 70p ale 100-140-200 wymaga już mnożenia wyników."
To też łatwo wyjaśnić. Z mojej jednostki (kategoria A) publikacje za 70 i mniej punktów praktycznie nie są zgłaszane do ewaluacji. Więc mnoży się byty tych, które decydują o wyższych kategoriach, a są produkowane przez spółdzielnie tych, którzy podejmują decyzje. I tak się to wszystko toczy. Ku chwale polskiej nauki.
Wydaje mi się że SCIMAGO indeks czasopisma jest jeszcze lepszy (liczby cytowań ważone przez IF cytującego czasopisma) lecz systematycznie pomijane w ocenach parametrycznych. Jednak czasopisma MDPI sa odporne i na to.
Co do "zdecydowania" w czyszczeniu list przez Scopus lub Web of Science, to przypomina to tłumaczenie kogoś, że jeden plagiat lub podobne oszustwo nie powinno dyskwalifikować człowieka jako uczciwego naukowca. Czasopismo któremu udowodniono poważne manipulacje editora (fake reviewers) powinno zniknąć na zawsze ze Scopus i Web of Science, skoro rynek czasopism jest tak duży. A jednak po roku pauzy wraca.
Czasopismo powinno mieć max 1 - 2 special issues rocznie. Ew. 1 special issue na 12 regularnych wydań jeśli wydaje ich dużo. A Sustainability ma 6 specjalnych wydań dziennie.
Po takiej analizie jaką zrobił Paolo Crosetto już ponad 5 lat temu Scopus i Web of Science powinny się spalic ze wstydu że tak niewiele w tej sprawie zrobili. Czy sugerowanie "palenia ze wstydu" to już mowa nienawiści?
Wnioskuję, że Pan to nie alter ego Janka Kowalskiego. 😁
https://www.linkedin.com/in/jan-kowalski-1639353a1/
I jest Pan jeszcze bardziej naiwny niż ja.
Dalej polecam wybrac po 3 najlepsze 3 średnie i 3 słabsze czasopisma w swojej dziedzinie (pomijajac MDPI) i sprawdzić ich IF, CiteScore oraz SCIMAGO a nastepnie ocenić który z tych 3 indeksów jest najlepszy.
Nie używam Linkedlin (a musiałbym go zainstalować), więc nie mogę więc sprawdzić kto to jest i czy byłby podobny do mnie.
Problem "naiwność "vs. "spryt" to temat długoterminowy i warto na to patrzeć z różnych perspektyw. życiowych oraz osobistych predyspozycji psycho-fizycznych. Forum Akademickie to nie miejsce na takie rozważania
Dalej polecam wybrac po 3 najlepsze 3 średnie i 3 słabsze czasopisma w swojej dziedzinie (pomijajac MDPI) i sprawdzić ich IF, CiteScore oraz SCIMAGO a nastepnie ocenić który z tych 3 indeksów jest najlepszy.
Nie używam Linkedlin (a musiałbym go zainstalować), więc nie mogę więc sprawdzić kto to jest i czy byłby podobny do mnie.
Problem "naiwność "vs. "spryt" to temat długoterminowy i warto na to patrzeć z różnych perspektyw. życiowych oraz osobistych predyspozycji psycho-fizycznych. Forum Akademickie to nie miejsce na takie rozważania
Kariery w nauce (szczególnie polskiej) nie da się zrobić bez pewnej dozy naiwności. Koledzy którzy startowali ze mną w bojach o awanse naukowe (a nie byli naiwni) dziwili sie po co wysylałem artykuły do trudnych journali (skoro kiedyś nikt tego wtedy nie wymagał). Oni awansów nie zrobili, choć niektórzy zrobili pieniądze. Uleganie takim journalowym wyzwaniom było wtedy naiwnym "sportem dla sportu".
Ale wracając do istoty sprawy to z pośród tych trzech wskaźników czasopism IF, Cite-Score i SCIMAGO - ten ostatni najlepiej koreluje z prestiżem czasopisma - oczywiście pamiętając że to zawsze wybór bardzo przyblizony.
Szkoda ze tego 2 nie da się przeczytać ;(
Hm, Że niby niedostępny? Wydawało mi się, że większość instytucji naukowych w Polsce ma subskrypcję na Nature...
Panie Hubercie,
To nie jest tylko polski problem, ale szerzej nauki na świecie. Jeżeli nie zostanie odrzucona naukometria, to nic się nie zmieni. Większość patologii akademickich wyrosła na gruncie naukometrii, czyli ślepej wiary liczb. Koniec kropka.
Większość, być może. Ale to są po prostu nowe, takie fajnopatologie. A wcześniej były patologie starej szkoły, umocowane historycznie, które też przecież nie znikły. Swego czasu jako asystent pracowałem w instytucie, gdzie władcą był absolutny psychiczny terrorysta, blokujący kariery, prześladujący podwładnych lub żony podwładnych i temu podobne kwiatki typu carskie czasy.
@ Alek Rachwald,
Przykro mi, że miał pan takie doświadczenia już na początku kariery badacza. W każdej grupie zawodowej i szerzej warstwie społecznej funkcjonują jednostki trudne/toksyczne, i jest to poważny problem, bo ich siła oddziaływania rzutuje na inne osoby. Być może coś się zmieni na lepsze. Miejmy taką nadzieję.
Jeszcze raz przytoczę fragment artykułu profesora Tadeusz Dudycza „Punktowa demoralizacja nauki” (FA 7-8/2022):
Pogoń za produktywnością zmieniła drastycznie klimat i swobodę twórczą naukowców. Peter Higgs, laureat nagrody Nobla za odkrycie bozonu nazwanego jego imieniem, w rozmowie z Guardianem powiedział, że przypuszcza, iż żaden uniwersytet nie zatrudniłby go w dzisiejszym systemie akademickim, ponieważ nie byłby uważany za wystarczająco „produktywnego”. Komentując przemiany, jakie zaszły na uczelniach, powiedział: „Trudno sobie wyobrazić, że kiedykolwiek miałbym dość ciszy i spokoju w obecnym klimacie, żeby zrobić to, co zrobiłem w 1964 roku”.
To jest często powtarzany argument, w którym osoba, która go używa nie bierze pod uwagę, że kiedyś były inne czasy i inaczej pracowali Wielcy Uczeni.
W dzisiejszych czasach Peter Higgs kierowałby wieloosobowym (>20 osób) zespołem, miał kilka grantów i publikował po 40 albo 50 publikacji rocznie. I wszędzie chętnie by go zatrudniono.
Tutaj przykład światowego naukowca naszych czasów - Yury Gogotsi:
https://scholar.google.com/citations?user=Tobmw7EAAAAJ&hl=en
Podobne (albo wyższe) wskaźniki miałby Higgs, Einstein i wielu innych.
Albo by się w tym systemie nie odnalazł i niczego by nie odkrył. Czyste gdybanie.
Pan Higgs, gdyby pracował w Polsce, musiałby się liczyć z tym, że jest dość prawdopodobne, iż jako fizyk, zostałby zmuszony na uczelni w Polsce, do prowadzenia kursów w rodzaju "Inżynieria oprogramowania", "Wzorce projektowe", "Systemy operacyjne" itp. itp. itp. itp. No, chyba że życiowy "Toto-Lotek" wylosowałby mu np. zajęcia z "Elektrodynamiki", "Mechaniki kwantowej", "Teorii pola" itp. Niestety, jak to mówi znane przysłowie "Nie dla psa kiełbasa"...
"Nie dla psa kiełbasa" - bardzo fajnie napisane.
Dla dobrego naukowca douczyć się aby prowadzić "wylosowany" kurs dydaktyczny to nie taki problem - zdobyta nowa wiedza wzbogaca i może później przydać się w przyszłych badaniach :)
"Dla dobrego naukowca douczyć się aby prowadzić "wylosowany" kurs dydaktyczny to nie taki problem - zdobyta nowa wiedza wzbogaca i może później przydać się w przyszłych badaniach :)"
No, jeśli Pan znajdzie przykład zastosowania wiedzy np. odnośnie programowania Agile lub wzorca fabryki abstrakcyjnej, wzorca mostu, projektowania oprogramowania itp. itp. w fizyce materii skondensowanej, teorii pola itd., to zapraszam do napisania tego tutaj - przyda mi się, może też inni skorzystają. W ciągu ponad 20 lat pracy na Uczelni, ANI RAZU wiedza i umiejętności, które musiałem zdobyć, aby móc prowadzić zajęcia dydaktyczne z zagadnień wymienionych powyżej, nie przydały mi się w praktyce naukowo-badawczej. Zaś aby je zdobyć, musiałem przez rok (jako bezrobotny dr), być na studiach podyplomowych, a w tym samym czasie moi Koledzy rozwijali się naukowo, dzisiaj są po habilitacji lub są profesorami "belwederskimi".
Oczywiście, nikt się tym nie przejmuje: wylosowałeś, to co masz, to masz, a potem zbiór habilitowanych komisarzy z Komisji Habilitacyjnej i tak będzie to miał "w poważaniu", gdy przeczytają o twojej dydaktyce, za to chętnie poszukają "haka" w postaci wartości indeksu Hirscha itp.
Właściwie, to już emocje w większości opadły, nie ma się co przejmować tym, na co się nie ma wpływu. Można tylko kiwać głową Z IRONICZNYM POLITOWANIEM (i tak to robię), gdy słychać te debaty nad tym, jak "poprawić jakość polskiej nauki", nad ewaluacją itp. albo gdy słychać komentarze odnośnie rankingów uczelni na świecie. Niech sobie debatują i komentują... Pogardliwie wzruszam ramionami. Nie chcą dostrzec pewnych przyczyn problemu, to nie...
Doskonale to rozumiem. Kolejny program kształcenia idący obok działalności Instytutu po to aby byli studenci. A ty ogarnij materiały i wymyśl jak prowadzić nową laborkę i zbuduj stanowisko do tego. A potem jak już dydaktyka się kręci to jesteś daleko w tyle za wszystkimi. A problem na uczelniach jest też przez nadmiar studentów. Jak wchodzi mi prawie 200% pensum w roku to potem nawet mi się już nie chce za nic naukowego brać.
Do tego pisanie o granty, których praktycznie się nie dostanie, bo finansowania brak lub recenzent uczepi się kompletnie bez sensu.
Dlatego już się podałem. Wyleczyłem się z habilitacji a rozwijam się w startujący. Dużo bardziej satysfakconujace, ale to też praca w wolnym czasie.
Problem z naukometrią polega na tym, panie Kolego, że wielu myśli (NAIWNIE), iż zachodzi implikacja:
"dana publikacja jest dobra -> na pewno będzie cytowana".
Mogę podać z łatwością kilka dobrych publikacji, dla których ww. implikacja nie zachodzi.
Taa, no to weźmy chociażby wspomnianą powyżej przez kk Katalin Kariko (ciekawa zbieżność inicjałów) - nigdy nie opublikowała więcej niż 8 artykułów rocznie. Prawie nikt z noblistów z ostatnich 10 lat nie opublikował więcej niż 15 artykułów rocznie, np. Barry Sharpless maksymalnie 11, Demis Hassabis - 13, choć obydwaj mają duże zespoły badawcze. Bo to nie ilość się liczy, tylko jakość. Pod tym względem nic się nie zmieniło od 1964 roku.
Osiem artykułów rocznie to i tak liczba kosmiczna, przynajmniej dla naukowców dziedzin przyrodniczych.
Ewaluacja nie przeszkadza rozwojowi Nauki przez duże N i bezinteresownemu poszukiwaniu prawdy. Pod warunkiem, że jest dobrej jakości (w odróżnieniu od obecnej ministerialnej) i że jest serwowana w umiarkowanych dawkach. Nie stawiałbym znaku równości między sensowną ewaluacją (także za pomocą wskaźników bibliometrycznych) a bezduszną punktozą.
Niestety w aktualnej parametryzacji pracodawca pochwali zespoł 3-osobowy który metodą "papermilling" uzyskał 9 publikacji we "współpracy" z dodakowymi dwoma zespołami trzyosobowymi z innych ośrodków lub innych dyscyplin a zgani zespół 3-sobowy który uczciwie uzyskał zamiast tego, swoje 3 publikacje własnego zespołu.
Aktualna metodologia polskiej parametrzyacji zachęca do takiego nieuczciwego mnożenia osiągnięć. Mozna dodatkowo dostac nagrode za odwagę w kontaktach zewnętrznych i rozszerzenie współpracy na inne ośrodki, a nawet za współpracę międzynarodową.
U nas wszyscy udają, że tego nie rozumieją, bo w ten sposób można spijać śmietankę niespecjalnie się wysilając.
Dlaczego mamy nie promować współpracy między różnymi ośrodkami? Chów wsobny jest słaby.
Dokładnie tak. I dlatego jeszcze raz apeluję o rozróżnienie między rozsądnym stosowaniem bibliometrii i jej patologiami (z ministerialną ewaluacją na czele).