Najbardziej rzuciło mi się w oczy to, że w Polsce naukowcy w pewnym wieku i na określonym stanowisku spędzają stosunkowo niewiele czasu w terenie. Dane zbierane są głównie przez techników i studentów. Mówiąc szczerze, nie jestem do tego przyzwyczajona i wykazuję opór wobec podporządkowania się temu oczekiwaniu – mówi w rozmowie z FA dr hab. Katarzyna Nowak z Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży.
Kolejna bohaterka naszego cyklu „Nauka przez duże K” od kwietnia ubiegłego roku pracuje w Instytucie Biologii Ssaków PAN w Białowieży. Jest liderką Grupy ds. Ochrony Bioróżnorodności. W swoich badaniach koncentruje się na ochronie różnorodności biologicznej, ekologii dużych ssaków oraz społeczno-ekologicznych wymiarach ochrony przyrody. Jej działalność łączy naukę, politykę środowiskową i zaangażowanie społeczne. Na początku tego roku otrzymała od Alliance of World Scientists wyróżnienie Planet Earth Award honorujące osoby, które w wyjątkowy sposób działają na rzecz ochrony życia na Ziemi, łącząc badania naukowe z zaangażowaniem społecznym, współpracą z decydentami oraz aktywną komunikacją nauki. Z badaczką rozmawia Aneta Zawadzka.
Jak odnalazła się pani po tylu latach w strukturach polskiej akademii?
Nie zawsze łatwo przychodzi mi podporządkowanie się określonym oczekiwaniom. Najbardziej rzuciło mi się w oczy to, że w Polsce naukowcy w pewnym wieku i na określonym stanowisku spędzają stosunkowo niewiele czasu w terenie. Dane zbierane są głównie przez techników i studentów. Mówiąc szczerze, nie jestem do tego przyzwyczajona. W dotychczasowej pracy zawsze chodziłam w teren i oczekiwanie, że teraz mam tego nie robić, bo mam taki a nie inny PESEL, było dla mnie sporym zaskoczeniem. Jestem dość oporna wobec podporządkowania się temu oczekiwaniu.
Dlaczego zdecydowała się pani wrócić do Polski?
Opuściłam Polskę jako małe dziecko. Moi rodzice w latach osiemdziesiątych wyjechali do USA jako osoby ubiegające się o azyl. Tam dorastałam, studiowałam, potem udałam się do Anglii, żeby zrobić doktorat. Przez wiele lat głównym miejscem mojej pracy naukowej była Tanzania, a tuż przed powrotem pracowałam jeszcze w RPA i w Kanadzie. O powrocie zadecydowały w głównej mierze względy osobiste.
Afryka, Ameryka, Polska… Jak wiele je różni z pani punktu widzenia?
W każdym z tych miejsc inaczej definiuje się priorytety w nauce i ochronie przyrody. W Tanzanii miałam poczucie, że współpraca naukowców z lokalnymi społecznościami mogłaby być w niektórych przypadkach bliższa i bardziej partnerska, a wiedza i doświadczenie miejscowych mogłyby być w większym stopniu uwzględniane w procesie badawczym. Z podobnym wyzwaniem zetknęłam się później także tutaj, w Polsce.
W Kanadzie istnieją obszary zarządzane przez społeczności Pierwszych Narodów. W przypadku badań prowadzonych na tych terenach szczególną wagę przywiązuje się nie tylko do uzyskania zgody społeczności, ale także do informowania jej o wynikach badań i dzielenia się nimi. W Polsce nie spotkałam się z równie wyraźnie sformułowanym oczekiwaniem, by dzielenie się wynikami badań z lokalnymi społecznościami było stałym elementem procesu badawczego. Poza tym w Kanadzie nie tylko docenia się tradycyjną wiedzę rdzennych mieszkańców, tzw. traditional knowledge czy Indigenous knowledge, ale ma ona także realny wpływ na sposób formułowania pytań badawczych i prowadzenia badań. Można bez przesady powiedzieć, że traktuje się ją jako równoprawne źródło wiedzy, które może być zestawiane i integrowane z wiedzą naukową. Uważam, że gdyby ludzie mieszkający w pobliżu Puszczy Białowieskiej mieli więcej możliwości dzielenia się swoimi obserwacjami i pomysłami na temat tego, jakie badania warto prowadzić, mogłoby to pomóc zmniejszyć dający się wyczuć dystans między nimi a naukowcami.
Bada pani wpływ militaryzacji granicy polsko-białoruskiej na przyrodę Puszczy Białowieskiej. To chyba trudny temat z uwagi na to, że przez długi czas naukowcy nie mieli nawet możliwości zbliżenia się do granicy.
W ubiegłym roku perspektywa ochrony Puszczy Białowieskiej, obiektu o wysokim znaczeniu przyrodniczym, została oceniona jako krytyczna. W głównej mierze za sprawą barier granicznych. Korzystając z różnych metod – fotopułapek, transektów i mierników dźwięku – sprawdzaliśmy, jaki wpływ na ten cenny przyrodniczo teren miało właśnie umocnienie granicy. Z naszych badań wynika, że ten wpływ jest negatywny. W przypadku niektórych gatunków, takich jak jeleń, łoś czy żubr, infrastruktura graniczna stanowi całkowitą barierę – zwierzęta te nie są w stanie jej pokonać. Na podstawie naszych danych widzimy również, że unikają one bliskiego sąsiedztwa granicy, prawdopodobnie ze względu na intensywną obecność człowieka, tj. ruch pojazdów, hałas, posterunki, ogniska.
Inne gatunki, takie jak mezodrapieżniki, wykazują natomiast pewien stopień przyciągania do obszaru przygranicznego, być może ze względu na dostęp do pozostawianych przez ludzi odpadów jedzenia. Zaobserwowaliśmy również żubra po drugiej stronie bariery, w płatach siedlisk znajdujących się pomiędzy naszą infrastrukturą a białoruską sistemą. Docierają do nas także informacje o zwierzętach, które zostały ranne lub utknęły w infrastrukturze, ale nie dysponujemy na ten temat konkretnymi danymi. Możemy natomiast z pewnością stwierdzić, że infrastruktura zmieniła sposób przemieszczania się i zachowanie zwierząt na obszarze, który wcześniej prawdopodobnie charakteryzował się niewielką presją i obecnością człowieka.
To jedyny negatywny skutek?
Zintensyfikowany ruch pojazdów na drogach leśnych prowadzi do zwiększenia śmiertelności małych zwierząt lub uszkodzeń drzew rosnących przy drogach. Na kołach samochodów mogą być również przenoszone zarodniki inwazyjnych roślin. Hałas wywoływany przez działalność człowieka zmusza dzikie zwierzęta do zmiany pór aktywności i sposobów żerowania.
Oczywiście, zdarza się, że małe drapieżniki, takie jak lisy, jenoty czy kuny, bez szwanku wychodzą z prób pokonania kolejnych przeszkód na granicy. Ale im pomaga elastyczność zachowania i zdolność do dostosowywania się do nowych warunków. Widzieliśmy na monitoringu Straży Granicznej rysie, którym udało się przejść przez barierę. Możliwe, że były to mniejsze osobniki albo że znalazły nieco szersze miejsca, przez które zdołały przecisnąć się między prętami. Możliwe, że w tym roku sytuacja na granicy była spokojniejsza i bardziej płochliwe zwierzęta, takie jak rysie, zdecydowały się podjąć próbę przejścia. Nie oznacza to jednak, że nie możemy spróbować ułatwić im pokonywania tej bariery.
Proponujecie konkretne zalecenia.
Naszym celem jest zwracanie uwagi na skutki związane z militaryzacją granicy. Ale sama wiedza tu nie wystarczy. Dlatego konieczne jest podjęcie zdecydowanych działań pozwalających zmienić istniejącą sytuację. Przedstawiliśmy propozycję konkretnych rozwiązań minimalizujących negatywne skutki. Naszym zdaniem odpowiednie byłoby na przykład stworzenie przejść dla dzikich zwierząt, wymagających wykorzystania albo modyfikacji istniejącej infrastruktury. Pomocne byłoby także otworzenie dolin rzecznych, które często pełnią funkcję korytarzy ekologicznych dla dużych ssaków, np. łosi. Postulujemy również otwarcie istniejących bram w celu łatwiejszego przemieszczania się dzikich zwierząt między Polską a Białorusią, choć oznaczałoby to konieczność utworzenia odpowiednich przejść także w systemie ogrodzeń po drugiej stronie granicy.
Czy wdrożenie tych propozycji nie otworzy drogi dla nielegalnych imigrantów?
Najważniejsze jest to, abyśmy starali się kształtować kulturę dążenia do wiedzy, a nie unikali jej w obawie, że odkryjemy coś, czego wolelibyśmy nie wiedzieć. Jak pokazuje doświadczenie innych państw, tworzenie małych przejść nie stwarza żadnego zagrożenia dla bezpieczeństwa. Gościliśmy w instytucie biologa Mylesa Traphagena, który pracuje na granicy USA-Meksyk. Podzielił się z nami praktycznymi doświadczeniami. Mówił o tworzeniu pod barierami przejść o wielkości kartki papieru A4, przez które przechodzą rysie rude. Co ważne, te przejścia zostały wykonane już po budowie muru i świetnie zdają egzamin. Zwierzęta mają w ten sposób zapewnioną swobodną drogę migracji, a jednocześnie nie ma żadnego niebezpieczeństwa, że przez tak niewielki otwór przecisną się ludzie.
U nas jednak sytuacja jest nieco inna – działamy w warunkach wojennych.
Nawet w miejscach, gdzie trwają konflikty międzypaństwowe można wdrożyć pewne rozwiązania pomagające ochronić bezcenną przyrodę. Zawieszenie współpracy między Polską a Białorusią zagraża bowiem ekosystemowi Puszczy Białowieskiej. Kto wie, może propozycja utworzenia w przyszłości na obszarze transgranicznym parku pokoju byłaby możliwa do zaakceptowania dla obu stron?
Istnieją przykłady krajów, które w przeszłości znajdowały się po przeciwnych stronach konfliktu, jak Mozambik i RPA, przez lata pozostające w głębokiej politycznej i ideologicznej waśni, m.in. z powodu apartheidu. Mimo to, stosunkowo niedługo po jego zakończeniu, udało się im stworzyć warunki do współpracy i zawrzeć porozumienie, które doprowadziło do powstania Wielkiego Parku Transgranicznego Limpopo. Jest on dobrym przykładem tego, jak współpraca między państwami może stworzyć nowe możliwości dla ochrony przyrody ponad granicami politycznymi. Utworzenie parku połączyło wcześniej odrębne obszary chronione w Mozambiku, Republice Południowej Afryki i Zimbabwe, tworząc jeden z największych transgranicznych obszarów chronionych w Afryce.
Dzięki temu dzikie zwierzęta zyskały dostęp do większych, bardziej ciągłych terenów, a tym samym większe możliwości przemieszczania się i dyspersji. Jest to szczególnie ważne w przypadku dużych zwierząt, takich jak słonie, które wraz ze zmianami pór roku muszą przemierzać znaczne odległości w poszukiwaniu wystarczającej ilości wody i pożywienia, co ma szczególne znaczenie w dobie zmiany klimatu.
Jednym z oddanych ambasadorów idei tworzenia parków pokoju był Nelson Mandela.
Mandela był jednym z założycieli i patronów Peace Parks Foundation. Aktywnie wspierał ideę tworzenia transgranicznych obszarów chronionych, widząc w nich nie tylko sposób na ochronę przyrody, ale także możliwość budowania współpracy między państwami. W 2001 roku osobiście otworzył bramę na granicy RPA i Mozambiku, przez którą przetransportowano pierwsze słonie z Parku Narodowego Krugera do mozambickiego Parku Narodowego Limpopo. W swoich wypowiedziach podkreślał, że w świecie naznaczonym konfliktami i podziałami, parki pokoju mogą być jednym z elementów budowania pokojowej współpracy między narodami. Są też przykłady krajów, jak Peru i Ekwador, którym mimo toczonych konfliktów terytorialnych udało się przekształcić sporną strefę przygraniczną w obszar chroniony. W ten sposób powstał park pokoju Cordillera del Cóndor.
W 2008 roku został on zakwalifikowany przez BirdLife International jako ostoja ptaków IBA, czyli obszar o kluczowym znaczeniu dla międzynarodowej ochrony dzikich ptaków oraz ich siedlisk.
To wszystko tylko potwierdza, że porozumienie jest możliwe, choć oczywiście wymaga negocjacji prowadzonych przez trzecią stronę oraz otwartości na takie rozwiązanie obu państw graniczących ze sobą. Brak chęci współdziałania przynosi natomiast często dramatyczne skutki. Niedawna tragedia na granicy Nepalu i Tybetu, kiedy to na skutek zawalenia lodowca zginęło ponad 1400 osób, dobitnie pokazuje, że współpraca ponad granicami, jeśli chodzi o zagrożenia środowiska, jest bardzo ważna. Parki w połączonych Himalajach mogłyby umożliwić sąsiadującym państwom dzielenie się posiadanymi informacjami dotyczącymi zasobów wodnych czy topniejących lodowców. Uważam, że tego typu współpraca może być nie tylko narzędziem ochrony przyrody, ale też elementem budowania bezpieczeństwa i pokoju. Ważne, by w takich inicjatywach brali udział naukowcy mający wiedzę na temat genezy zachodzących zjawisk, na przykład przyczyn topnienia lodowców, czy – jak w przypadku Puszczy Białowieskiej – zarządzania populacją żubra albo specyfiką zachowania dzikich zwierząt.
Zdaniem UNESCO współpraca i koordynacja może odbywać się jednocześnie na poziomach naukowym i technicznym. Dobrze byłoby, gdyby plany działania opierały się na wiedzy eksperckiej. Na tej podstawie można bowiem opracować skuteczną strategię, która pozwoli zapobiec niepożądanym zdarzeniom.
Stała się pani spiritus movens Platformy Gage – internetowego globalnego katalogu ekspertek z zakresu STEMM. To bezpośrednie odniesienie do sufrażystki Matildy Gage.
Kiedyś byłam na międzynarodowym panelu poświęconym rybołówstwu, w którym wśród ekspertów nie było ani jednej kobiety. Byłam tam razem ze studentkami, które uczestniczyły w kursie poświęconym międzynarodowej ochronie przyrody. Już po zakończeniu obrad podeszłam do organizatora i spytałam o przyczyny tak jawnej dysproporcji. Okazało, że znalazł tylko jedną specjalistkę z tej dziedziny, która akurat w tym czasie była niedostępna. Chcąc zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości, wraz z dwiema innym badaczkami należącymi do międzynarodowej organizacji non-profit 500 Women Scientists stworzyłyśmy ogólnodostępną, największą na świecie bazę danych, gdzie można znaleźć ekspertki z zakresu STEMM. Można ją przeszukiwać według dyscypliny, kraju, słów kluczowych czy lokalizacji. Wszystko po to, aby móc znaleźć prelegentki, co przeciwdziała tworzeniu tzw. maneli, czyli paneli złożonych z samych mężczyzn.
Platforma zbiera także dane o honorariach za wystąpienia publiczne, co ma pozwolić walczyć z luką płacową. Kobiety nie potrafią mówić o pieniądzach?
Myślę, że przyzwyczajamy się do pracy za darmo. Uważam, że nie negocjujemy w taki sposób, jak robią to mężczyźni. Często krępujemy się albo może nie doceniamy pracy, którą wykonujemy. W moim przypadku ma to również związek z dziedziną nauki, w której działam. Podejście do ochrony przyrody jest bowiem często takie, że to misja, a nie praca. Pamiętam, że kiedy byłam w Anglii, wynajmowałam pokój od kobiety zajmującej się – podobnie jak ja – doradztwem. Tyle że ona w zakresie ochrony zdrowia. Jej stawki były trzy lub nawet czterokrotnie wyższe niż moje. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ja, pracując na rzecz ochrony środowiska, akceptuję tak niskie wynagrodzenie za pracę. Przyznam, że cały czas uczę się jasnego formułowania moich oczekiwań finansowych.
Praktyką stosowaną w akademii bywa obarczanie kobiet dodatkowymi obowiązkami, w tym właśnie administracyjnymi. Dotknęło panią takie zjawisko?
W instytucie dzielimy się nimi po równo, ale wielokrotnie na swojej zawodowej drodze spotkałam się z tym, że czynności związane z tzw. prowadzeniem biura zrzuca się na kobiety. W każdym kraju, w którym pracowałam, to kobiety w nieproporcjonalnie większym stopniu wykonują tego rodzaju zadania. Jako badaczka spotykałam się z oczekiwaniem, że powinnam wziąć na siebie obowiązki związane z dydaktyką czy mentoringiem. Ode mnie i moich koleżanek, częściej niż od kolegów, wymagano sporządzania notatek z różnych spotkań, a także pomocy w przygotowaniu wniosków grantowych czy w organizacji warsztatów.
Wiąże pani przyszłość z Polską?
Na razie myślę o kolejnych projektach, które robimy we współpracy z innymi instytucjami i organizacjami. Jednym z nich jest projekt związany z renaturalizacją rzek i przywracaniem naturalnych stosunków wodnych w Puszczy Białowieskiej. Jako wykonawcy części badawczej zajmujemy się przede wszystkim monitoringiem różnorodności biologicznej, opierając się na danych akustycznych zbieranych za pomocą rejestratorów. Zbieramy dane przed rozpoczęciem działań renaturalizacyjnych i będziemy to robić również po ich przeprowadzeniu, aby sprawdzić, jak te działania wpływają na płazy, nietoperze i ptaki. Obecnie pracujemy w zlewniach, a w przyszłym roku monitoring obejmie również dwie rzeki.
Inny projekt, również realizowany w ramach konsorcjum, dotyczy ostoi ważnych dla ptaków. Co ciekawe, udało się do niego zaangażować również myśliwych. Trochę czasu zajęło znalezienie osób, które byłyby gotowe wziąć udział w projekcie, bo wciąż pokutuje przekonanie, że myśliwy i ekolog muszą stać po przeciwnych stronach barykady. W ramach eksperymentu myśliwi będą oddawać strzały z różnych odległości od ostoi, a my będziemy analizować reakcje ptaków, aby określić, jak szerokie powinny być strefy buforowe. Oczywiście, podczas tego eksperymentu myśliwi nie będą strzelać do ptaków.
Czuje się dziś pani bardziej Amerykanką czy Polką?
Najlepiej odnajduję się w kręgu ludzi o różnych korzeniach. Być może właśnie tak jest, że ludzie, którzy się przemieszczają, wyjeżdżają z ojczyzny, a potem do niej wracają, później nie czują się swobodnie ani tam, dokąd wyjechali, ani tam, gdzie wracają. Dziś najbardziej lubię przebywać z ludźmi, którzy przeszli podobną drogę do mojej. Ale oczywiście doceniam, że mogłam wrócić do Polski i realizować tutaj badania. W końcu nie wszystkim jest to dane. Dobrym przykładem są naukowcy z Białorusi. Pracują z nami po polskiej stronie Puszczy Białowieskiej, bo w ich ojczyźnie grozi im więzienie i inne represje ze strony reżimu. A co do Polski, po tylu latach na obczyźnie wszystkiego muszę się tu uczyć od nowa…
Rozmawiała Aneta Zawadzka
Wywiad został przeprowadzony w ramach cyklu „Nauka przez duże K”. Ukazały się już rozmowy z: prof. Joanną Kargul, dr hab. Urszulą Zajączkowską, dr Agatą Kołodziejczyk, dr Anną Wylegałą, prof. Elżbietą Frąckowiak, prof. Aleksandrą Ziembińską-Buczyńską, dr hab. Katarzyną Mirgos, prof. Ewdoksią Papuci-Władyką, prof. Aleksandrą Łuszczyńską, prof. Natalią Letki, prof. Katarzyną Radwańską, dr hab. Anną Oleszkiewicz, prof. Katarzyną Starowicz-Bubak, dr Aleksandrą Karykowską, prof. Natalią Sobczak, dr hab. Karoliną Pierzynowską, dr Izabelą Anną Romanowską, dr Natalią Banasik-Jemielniak, dr hab. Anną G. Piotrowską, dr hab. Barbarą Mróz-Gorgoń. dr Natalią Organistą, dr Martą Marciniak, dr hab. Karoliną Kremens, prof. Magdaleną Musiał-Karg, dr Kamilą Krakowską-Rodrigues, dr Kamilą Łabno-Hajduk, dr hab. Aleksandrą Rutkowską, dr Zuzanną Świrad., dr hab. Izabelą Kowalską-Leszczyńską, dr hab. Małgorzatą Kot, dr Moniką Kaźmierczak, prof. Natalią Marek-Trzonkowską, prof. Anną Matysiak, dr hab. Agnieszką Gajewicz-Skrętną, dr hab. Aleksandrą Milewską, dr hab. Joanną Wawrzyniak, dr inż. Anną Sztyber-Betley, dr hab. Marią Nowak-Claytor, prof. Agnieszką Chacińską, dr hab. inż. Różą Szwedą.