Aktualności
Sprawy nauki
29 Lipca
Źródło: www.pixabay.com
Opublikowano: 2024-07-29

Czas korporacyjnych wydawców musi się skończyć

Kilka korporacji czerpie gigantyczne zyski z wydawania artykułów naukowych, które powstały w dużym stopniu dzięki środkom publicznym. Powinniśmy szukać rozwiązań tego problemu – również w Polsce, jeśli nie chcemy być pionkami w cudzej grze.

W styczniu 2023 roku okazało się, że ówczesne Ministerstwo Edukacji i Nauki nie będzie już finansować polskim badaczom i badaczkom dostępu do niektórych czasopism naukowych, w tym słynnych „Nature” i „Science”. Wiele osób zareagowało słusznym wzburzeniem – czytały teksty w tych pismach i wykorzystywały je w swojej pracy, a teraz nagle miało się to stać niemożliwe. Ostatecznie sprawę udało się po części załagodzić, ale nie zniknęła główna przyczyna problemu: ogromny koszt dostępu do zagranicznych czasopism. W latach 2022–2024 ministerialne dotacje na Wirtualną Bibliotekę Nauki wynosiły ponad 230 milionów złotych rocznie.

Skąd takie koszty? Jak pisał Stephen Buranyi w „Guardianie”, w drugiej połowie XX wieku rola czasopism w światowej nauce bardzo wyraźnie wzrosła, a jednocześnie prywatne firmy zaczęły na masową skalę kupować prawa do wydawania pism prowadzonych dotąd przez towarzystwa naukowe. Następnie prawa te zostały skonsolidowane na wielką skalę przez nieliczne korporacje, takie jak Elsevier. A te nie są zainteresowane tworzeniem wiedzy, lecz stanem konta – mówiąc ściślej, wiedza liczy się dla nich o tyle, o ile można na niej zarobić.

Mechanizm wygląda dziś w skrócie następująco. Naukowcy, zatrudnieni często na publicznych uniwersytetach i niekiedy finansujący badania z publicznych grantów, prowadzą badania i na ich podstawie piszą artykuły. Artykuły trafiają następnie do czasopism, gdzie są bezpłatnie recenzowane przez innych naukowców. Przed publikacją korporacyjny właściciel podsuwa autorkom i autorom do podpisania umowę, w której przenoszą na niego prawa majątkowe. Potem zaś udostępnia gotowy tekst płatnie – by go przeczytać w witrynie czasopisma, trzeba albo zapłacić kilkadziesiąt dolarów za kilkanaście stron, albo pracować w instytucji naukowej (znów: często publicznej), która zapłaciła wielokrotnie więcej, by dać dostęp do całego pisma swojej kadrze, doktorantom i studentom.

Istnieje też inna możliwość: opłaty za przetwarzanie artykułów, article processing charges. Niejedno pismo proponuje publikację tekstów w otwartym dostępie, tak aby każda zainteresowana osoba mogła się z nimi zapoznać. Sęk w tym, że czasami kosztuje to nawet ponad 10 tysięcy dolarów za artykuł. Autorzy i autorki raczej nie mają do dyspozycji takich pieniędzy, ale mogą je mieć instytucje, które ich zatrudniają lub przyznają im granty – instytucje nierzadko utrzymywane z podatków.

Korporacyjni wydawcy nie oferują więc wynagrodzeń ani za napisanie tekstu, ani za jego recenzje. Zdarza się, że płacą redaktorom i redaktorkom, a ponadto w każdym przypadku pokrywają koszt infrastruktury technicznej – systemu do obsługi artykułów i korespondencji, strony internetowej czy hostingu. Nie jest to wystarczająco dużo, by uzasadnić wysokość powyższych opłat. W efekcie międzynarodowi wydawcy czerpią ogromne zyski, porównywalne z zyskami Apple’a, Google’a czy Amazonu. A skoro znaczna część tych zysków pochodzi w ostatecznym rachunku z portfeli podatniczek i podatników, to dobrze pasuje tutaj hasło: „prywatyzacja zysków, uspołecznienie kosztów”. Tak działają oligopole.

Praktyki te budzą sprzeciw coraz liczniejszych środowisk naukowych. Przed tygodniem Arash Abizadeh opisał, również w „Guardianie”, jedną z form tego sprzeciwu. Otóż w maju zrezygnowała z pracy niemal cała redakcja założonego w 1972 roku pisma „Philosophy & Public Affairs”, wydawanego przez koncern Wiley. Podobnych rezygnacji jest więcej – na przykład strona Retraction Watch podaje w tej chwili 35 takich przypadków z lat 2015–2024. Na tle łącznej liczby czasopism na razie nie jest to wiele, ale chodzi niejednokrotnie o tytuły wpływowe, jak w wypadku „Journal of Informetrics” – oficjalnego organu Międzynarodowego Towarzystwa na rzecz Scjentometrii i Informetrii. Odchodząca redakcja utworzyła własne pismo, „Quantitative Science Studies” (także pobierające opłaty za publikację tekstów w trybie otwartego dostępu, ale ponad dwa razy niższe). Podobnie ma być z redakcją „Philosophy & Public Affairs”.

W tym ostatnim wypadku nowe czasopismo ma być wydawane na zasadach diamentowego otwartego dostępu. To taki typ modelu open access, w którym opłat nie ponoszą ani czytelnicy i czytelniczki, ani osoby piszące teksty. Tego rodzaju czasopisma finansowane są między innymi przez publiczne uniwersytety, a więc instytucje, które nie stawiają zysków na pierwszym miejscu. Inny przykład takiego periodyku to istniejące od 2001 roku „Game Studies”. W bliskiej mi dziedzinie badań nad grami jest jednym z dwóch najważniejszych czasopism na świecie, obok wydawanego przez korporację (SAGE) „Games and Culture”. Niemniej w Polsce za artykuł w tym pierwszym ministerstwo od kilku lat przyznaje 40 punktów, a w tym drugim – do niedawna 100, obecnie aż 200.

Dlaczego na to narzekam, skoro sam opublikowałem (współautorski) tekst w „Games and Culture”? Dlatego, że system ewaluacji nauki nie powinien zachęcać nas do publikowania w drogich pismach korporacyjnych, kiedy istnieją inne równoważne możliwości. Na polskiej liście czasopism punktowanych „Quantitative Science Studies” pięć lat po założeniu ma jedynie 20 punktów, co nie ma sensu nawet z perspektywy wskaźników ilościowych – w rankingu SCImago od 2022 roku tytuł ten należy do pierwszego kwartyla czasopism w kategoriach takich jak „Cultural Studies”.

Ale i bez tej listy wielu z nas wciąż wysyłałoby artykuły do pism wydawanych przez korporacje. Jak wskazują fizycy, którzy przygotowali raport o wiele mówiącym tytule „Against Parasite Publishers”, czasopisma te nadal cieszą się znacznym prestiżem i stanowią ważny kanał komunikacji naukowej. Jeżeli chcemy, aby merytoryczna hierarchia wartości w nauce nie była spleciona z mechanizmem przechwytywania środków publicznych przez korporacje, musimy działać nie indywidualnie, lecz systemowo. Polska ma w tym swoją rolę do odegrania: nasza gospodarka jest jedną z największych w Europie, możemy współpracować z innymi krajami kontynentu, a nasz system nauki i szkolnictwa wyższego – jakkolwiek byśmy go krytykowali i jakkolwiek byłby niedofinansowany – już teraz jest przedmiotem zainteresowania, a może i zazdrości, w niejednym kraju Globalnego Południa i Wschodu. Nie znajdujemy się w światowym centrum władzy, ale nie jesteśmy również skazani na bezradność.

Artykuł Arasha Abizadeha i niekorporacyjne czasopisma to tylko przykłady inicjatyw na rzecz innej nauki, ukierunkowanej na rozwój wiedzy i poprawę ludzkiego życia, a nie wypełnianie prywatnych kieszeni. Czas i w Polsce na poważną dyskusję o tym, co możemy w tej sprawie zrobić – jako rząd, ministerstwo, instytucje naukowe, ludzie nauki. Obecny model się wyczerpuje i to również od nas zależy, co go zastąpi.

dr Stanisław Krawczyk, Uniwersytet Wrocławski

Dyskusja (53 komentarzy)
  • ~Grześ 01.08.2024 16:22

    Czy ktoś zna drugi taki produkt za który zapłacić musi sam jego producent i jeszcze mu na tym płaceniu bardzo zależy? Złoty biznes wydawnictw, praktycznie bez kosztów własnych i na takim trefnym biznesie opiera się cała ocena dorobku naukowców. Paranoja

    • ~Profesor PAN 02.08.2024 07:31

      Tak, za rating papierów dłużnych płaci ich emitent. Agencje ratingowe są powszechnie obwiniane za wielki kryzys 2008 roku.

  • ~Sławomir Wacewicz 01.08.2024 10:42

    Mam dobre rozwiązanie:
    - autor umieszcza artykuł na serwisie pre-printów (arXiv / OSF, itd.)
    - płaci renomowanej firmie za przeprowadzenie procesu recenzji, tak jak instytucja płaci zewnętrznemu audytorowi za audyt
    - audytor znajduje najlepszych ekspertów i im płaci za recenzje, tak jak np. NCN czy ERA znajdują recenzentów do grantów i im płacą
    - po przejściu przez recenzję artykuł pozostaje na serwerze pre-prinów, ale dostaje certyfikat audytora
    - konflikt interesów jest nawet mniejszy, niż z czasopismem, bo autor płaci z góry; a audytor, podobnie jak czasopismo, ma interes w tym, żeby dopuszczać tylko dobre prace, bo od tego zależy jego marka
    - tak jak różne pisma mają różne ywmogi jakości i innowacyjności, tak samo mogą się zróżnicować audytorzy
    - audyt byłby szybszy i o rząd wielkości tańszy niż APC, a duża część jego kosztów zostawałaby w nauce (wynagrodzenia recenzentów)
    - płacenie recenzentom, pomijając aspekt etyczny, pozwalałoby rozliczać z jakości pracy
    - prawa autorskie cały czas zostają u autora, lbu też (pewnie częśćiej) serwis preprintów wymaga zaakceptowania którejś licencji CC BY, np. CC BY NC
    - PROBLEMY
    -- wytworzenie systemu prestiżu, jaki teraz mają czasopisma - pisma pewnie mogłyby stać się audytorami i wytworzyć podobny prestiż (np. zamiast opublikowane w PNAS to certyfikowane przez PNAS), tylko wymagałoby to czasu
    -- audytorzy mogliby próbować pompować prowizje jak teraz wydawcy/koncerny, choć mieliby trudniej
    -- autorzy bez finansowania mieliby nieco trudniej, bo recenzja zawsze wiązałaby się z opłatą, chyba że audytorzy przyjęliby politykę procesowania części artykułów bezpłatnie (podobnie jak teraz wydawcy mają zniżki itd.)

  • ~Bartosz Dybowski 31.07.2024 11:29

    Przykładów czasopism niezależnych jest w Polsce wiele, np. Central European Journal of Urology, w całości finansowany przez Polskie Towarzystwo Urologiczne (IF 1,4).
    Problemem jest dość niski wskaźnik IF, wynikających m.in. z wcześniejszych praktyk Clarivate. Ruch opisywany w artykule jest wiatrem w nasze żagle.

  • ~JTopolska 30.07.2024 15:18

    Najprościej by było tak, że każdy uniwersytet ma swoje wydawnictwo w którym publikuje prace swoich zespołów. Podzielone tematycznie, obsłużone profesjonalnie. A następnie dział promocji nauki promuje, publikuje, robi posty na SM, szuka konferencji, organizuje konferencję. Wtedy zyskuje i uczelnia i naukowiec. Naukowcy dostają pieniądze w postaci wypłaty za wykonywanie swojej pracy: pisanie publikacji, grantów, wykonywanie badań, rozwój kadr naukowych. I nikt im nie liczy slotów i nie muszą bawić się w PR. A w za ilość cytowań, indeks h, zainteresowanie społeczne badaniami, wdrożenia, statupy, dostają nagrody, premie i wyjazdy na konferencję. Przy elektronicznych publikacjach, mniej kosztowałoby uczelnie zrobienie profesjonalnego wydawnictwa i centrum promocji nauki, niż opłaty do korporacji. Niestety, to musiałaby być decyzja na poziomie porozumień Rektorów i Ministra oraz najlepiej we współpracy międzynarodowej, np Europy środkowej.

    • ~Alek Rachwald 31.07.2024 11:45

      Ależ takie wydawnictwa i czasopisma istnieją w Polsce od zarania dziejów. Każda krajowa uczelnia miała (i większość zapewne nadal ma) własne "zeszyty naukowe" czy coś w tym guście. Wiele z tych czasopism, niektóre w stylu "Biuletyn rozmyślań pracowników Akademii imienia Świętej Palpacji", zostało wywindowanych punktowo przez byłego ministra. Typowy poziom jest bardzo niski i publikują tam ludzie, którzy nie są w stanie opublikować w czasopismach o zasięgu międzynarodowym, lub którzy nie są w stanie bronić doktoratu z publikacji, a czytają to ewentualnie koledzy autorów. Zrobienie z tego liczących się czasopism naukowych wydaje mi się niewykonalne.

      • ~Marcin Przewloka 31.07.2024 12:44

        @Alek Rachwald

        Oczywiscie, ze "takie wydawnictwa i czasopisma istnieją w Polsce od zarania dziejów". To, ze tak jest, to wszyscy wiedza.
        Pytanie jest takie, czy moznaby zmienic ten system w taki sposob, aby stal sie konkurencyjny dla obecnego, ktory promuje publikowanie w czasopismach nalezacych do duzych korporacji i majacych wysoki IF.

        • ~Profesor PAN 31.07.2024 13:22

          W okresie pracy w biznesie nie zawracałem sobie głowy negocjacjami z ociężałymi umysłowo i nic nie rozumiejącymi recenzentami i redaktorami (a takich jest większość, może nie?) tylko umieszczałem artykuły na serwerach preprintów w rodzaju ArXiva a potem wszystko zebrałem, przeredagowałem i umieściłem w książce. Mogłem sobie na ten luksus pozwolić, bo nie rozliczano mnie z żadnych durnych punktów tylko z pieniędzy, które byłem w stanie zarobić dla firmy.

          Swe słynne prace Grigorij Perelman opublikował też tylko na ArXivie. Może już czas uświadomić sobie, że mamy wiek XXI a nie XIX? Opublikować to znaczy uczynić znanym publicznie a do tego wystarczy umieszczenie na stronie interetowej. Niektórzy piszą, że ojojoj co to będzie, jak tak publikowane będą złe prace. Nic nie będzie, po prostu nikt ich nie będzie czytać i cytować. Dobre prace się przebiją dokładnie tak samo jak się przebijały dotąd. Czas tradycyjnych wydawictw w rodzaju Springera i Elseviera już minął i zdają sobie one z tego doskonale sprawę. Czas czasopism typu Gold OA (w których autor płaci za publikację, najczęsciej słono) też mija. Własna strona internetowa jest dużo tańsza. A ewaluacją niech się zajmą czytelnicy.

          • ~Pelagia 26.08.2024 15:29

            No tak... Umieściłam publikację na serwerze preprintów i teraz żadne czasopismo tego nie chce, bo "mamy taką zasadę, że nie publikujemy już opublikowanych preprintów". Nauki chemiczne.

    • ~Marcin Przewloka 30.07.2024 16:18

      @JTopolska

      Rzeczywiscie, mozna by sie nad takim pomyslem zastanowic, o ile te wydawnictwa uniwersyteckie potrafilyby zapewnic dobrej jakosc peer review poprzez miedzynarodowych reviewers.
      Ewentualnie mozna nie robic pre-publication peer review, tylko polegac na post-publication peer review, tak jak to ma miejsce na stronach pre-prints, takich jak arXiv by bioRxiv

      I wtedy stare dobre "Nature" - bye bye!
      :-)

      Dobry pomysl
      Tylko kto na to pojdzie?

    • ~maciej 30.07.2024 16:02

      Ma to pewien sens, jednakże niesie ogromne zagrożenie w postaci publikowania kiepskich, zawierających błędy teksów stosując znany w Polsce mechanizm "po znajomości".

      Wystarczy spojrzeć na poziom polskich czasopism teologicznych żeby wiedzieć, ze to nie ma sensu.

      • ~Profesor PAN 30.07.2024 17:39

        Te kiepskie, zawierające błędy teksty to chyba 99% tego wszystkiego, co się publikuje w tzw. najlepszych pismach, nie?

        Może przesadziłem, błędy zdarzają się rzeczywiście rzadko. Problemem jest co innego - w artykułach rozwiązywane są niepotrzebne problemy za pomocą schematycznych, nic nie wnoszących metod. Może nie?

  • ~brutus 30.07.2024 12:10

    A wszystko to sprowadza się to znalezienia nowych kryteriów, dzięki którym psychopaci będą mogli wypier..ić z uczelni niepokornych pracowników, a leśne dziadki będą mogły utrzymać posadki do śmierci.

  • ~Washington Irving 29.07.2024 15:20

    Niestety, większości nie zależy czy są pionkami, czy nie. Byleby nałapać punktów, dostać premię, projekt, wejść na kolejny szczebel naŁUkowej kariery.

  • ~Jerzy 29.07.2024 15:14

    Powyższy artykuł i dyskusja są dowodem na całkowite niezrozumienie misji nauki. Cytowania, impact factor, indeks h, do to bzdety wykreowane właśnie przez te korporacje, które z publikowania prac naukowych uczyniły biznes. Posługując się tymi wskaźnikami tylko napędzamy ich chory biznes. Celem nauki jest tworzenie rzeczy społecznie użytecznych. Jaka użyteczność można przypisać współczynnikowi h 12 a jaki h 50? Nauka na naszych uczelnia jest lata świetlne od jakichkolwiek wpływów na życie ludzi. Najczęściej jałowe mielenie tych samych tematów przez lata. Zero wdrożeń, zero efektów finansowych i społecznych. Prawdziwe badania użyteczne są prowadzone w firmach, chociaż nikt tych ludzi nie cytuje ... bo nie publikują. Na ich pracy powstają wspaniałe technologie i często fortuny.

    • ~Alek Rachwald 31.07.2024 11:46

      Polemizowałbym.

    • ~Marcin Przewloka 29.07.2024 16:01

      @Jerzy

      Jest bardzo wazne, zeby rozumiec to, iz celem prowadzenia badan naukowych absolutnie NIE sa "wdrożenia" i natychmiastowe "efekty finansowe".
      "Wdrożenia i efekty finansowe" to jest domena biznesu i przemyslu.

    • ~maciej 29.07.2024 15:53

      Tylko trzeba przy tym wszystkim pamiętać, że te wspaniałe technologie powstały tylko daltego, że ktoś wcześniej prowadził badania podstawowe. A tych jakoś firmy nie chcą prowadzić za własne pieniądze.

      • ~Washington Irving 29.07.2024 16:44

        No coś mi się wydaje, że te badania podstawowe coraz bardziej nie nadążają. Ile razy już słyszałem o przełomowych odkryciach: procesorach optycznych, spintronice, plazmonice, przełomie w syntezie termojądrowej, grafenach, silicenach, kłantum forach symulujących wszystkie materiały.
        A co mamy: krzem, krzem, krzem, coraz nowsze technologie w krzemie + szybka transmisja, +materiałówka rozwijana za hajs i dla hajsu.

        Są arcydzieła nauki jak LIGO, czy JWT, ale jednak nasz postęp naukowy utknął gdzieś w teorii strun, super symetrii, a połączenie grawitacji z kwantowką jest tak samo daleko jak 50 lat temu.

        • ~Marcin Przewloka 29.07.2024 18:31

          @Washington Irving

          Nauka sie rozwija troszke skokowo. Wiec trzeba chwile poczekac na nastepny skok.
          Jednak jednym z powodow, dla ktorych "nasz postęp naukowy utknął gdzieś" jest wlasnie brak odopowieniego poziomu finansowania padan podstawowych. I to jest problem swiatowy, a nie tylko polski. Mnozy sie targetowane programy, ktore maja rozwiazac "globalne potrzeby" i oczywiscie te programy niczego ciekawego nie przynosza. Z oczywistego powodu - wielkie odkrycia sa calkowicie nieprzewidywalne, nie mozna ich zaplanowac.
          Po angielsku jest na to wyraz: serendipity. TYLKO tak dokonuja sie wielkie skoki. Poprzez serendipity. Tak wiec tylko inwestujac w nauke podstawowa mozemy uzyskac odpowiedzi na "globalne potrzeby". A nie poprzez otworzenie Nowego Instytutu Globalnych Potrzeb.

          • ~Irving Washington 29.07.2024 19:05

            Częściowo się zgadzam, częściowo nie. Serendipity to nie wszystko, łańcuch odkryć od teorii kwantowej i teorii względności do zbudowania lasera nie można przypisać tylko temu zjawisku.

            Brutalnie rzecz ujmując: moim zdaniem jest nie tyle poziom finansowania, ile jego zła dystrybucja. Do nauki ludzie często trafiają raczej przypadkowo, nie dlatego że są najlepsi. Gdyby wybrać 5% najzdolniejszych i dać im wszystko to, co daje się całej reszcie i dać im wolną rękę, to zrobiliby znaczenie więcej niż robi obecna masa. Wśród ludzi pewnie są geniusze na miarę Einsteina, Fermiego czy Gell-manna, ale nie pracują oni w nauce.

            • ~Marcin Przewloka 29.07.2024 21:21

              @Irving Washington

              Niestety, jesli nie ma czego dystrybuowac, genialna i perfekcyjna dystrybucja jest na nic.
              Obecne "poprawianie" nauki polskiej poprzez reczne sterowanie tutaj i tam jest - jak juz wielu zauwazylo przede mna - mieszaniem herbaty z nadzieja, ze od samego mieszania zrobi sie slodsza. Nie, nie zrobi sie.
              Obecny poziom finansowania nauki polskiej nie pozwala na znaczace kroki do przodu. Biorac pod uwage obecnie dostepne fundusze nalezaloby zwolnic natychmiast przynjamniej 2/3 personelu naukowego; i ewentualnie w ten sposob wygenerowane oszczednosci moglyby znaczaco zmienic poziom finansowania "per capita". Ale nie sadze, zeby to byla wlasciwa droga.

              Zas co do samej dystrybucji, nie istnieje na swiecie dobrze dzialajacy system wspierajacy badania, ktory u swojej podstawy nie mialby szeroko rozdzielonych funduszy, ktore pozwalaja na stworzenie mocnej "piramidy". Na dole tej piramidy znajduje duza liczba laboratoriow i uczelni, a w miare jak wzrastaja oczekiwania jakosci, liczby te maleja az do samego szczytu, gdzie jest raptem kilka instytutow/uniwersytetow. Jednak ten dol jest rowniez wazny. Bez niego piramida nie mialaby na czym stac.

              Tak, oczywiscie, geniusze sa wsrod nas, i niekoniecznie sa oni naukowcami. Ale to juz jest niezalezne od tego, jak dobrze czy zle dziala system wspierania badan naukowych w danym kraju.

              Co do wielkich odkryc - serendipity to jest wszystko. 100% tych odkryc nie daloby przewidziec w zaden sposob. Teraz ten caly tzw. "incremental growth", ktory pozwala wprowadzic te odkrycia w zycie, jest oczywiscie kluczowy, bo miedzy innymi to on wlasnie "tlumaczy" te odkrycia dla przemyslu (stad wlasnie potrzeba piramidy z mocna podstawa). I dlatego system powinien dzialac dobrze, gdyz sa tutaj potrzebne dwa kierunki: od dolu piramidy ida zdolni naukowcy w gore, tam na gorze jest wieksza sznasa na dokonanie waznych odkryc, ale z gory na dol ida pomysly, ktore trzeba wprowadzic w zycie, zarowno naukowcow, jak i przemyslu. Zreszta, tam nizej kluczowe odkrycia tez moga miec miejsce, jest to przeciez mozliwe.
              Trzeba dbac o caly system, czyli o cala piramide.

  • ~maciej 29.07.2024 12:47

    "Na polskiej liście czasopism punktowanych „Quantitative Science Studies” pięć lat po założeniu ma jedynie 20 punktów"

    Podziekujcie pomyslodawcy idiotycznej listy ministerialnej, która z definicji nie jest w stanie nadazyc za dynamika zmian na rynku wydawniczym.

  • ~Hej 29.07.2024 11:21

    Korupcja ewaluatorów i władz. Aukowych na całym świecie do tego doprowadziła - korpo płaci i ma regulacje, a jakiś sprzeciw to zapłacą tez pismakom, żeby pisali odpowiednie artykuły popularnonaukowe .

    • ~Irving Washington 29.07.2024 15:46

      A za recenzje nikt nie płaci i jest to loteria/układy.

      • ~Profesor PAN 30.07.2024 19:30

        Zgadza się, system recenzowania to jeden wielki spisek, na który nie ma sposobu. Oscar Wilde w takich sytuacjach zalecał przyłączenie się do spisku.

  • ~Paweł 29.07.2024 11:05

    Korporacja Elsevier to również tak hołubiony u nas Scopus - rzekomo obiektywne i rzetelne narzędzie mierzenia cytowalności... NB struga pieniędzy polskiego podatnika płynie też do Oxford UP czy Cambridge UP.

    • ~Stanisław Krawczyk 29.07.2024 11:48

      Scopus od Elseviera, Web of Science od Clarivate – to też bardzo ważne elementy światowego systemu nauki, ale do omówienia już może w przyszłości w większym tekście. Ten i tak jest dłuższy, niż miał być!

    • ~Profesor PAN 29.07.2024 11:14

      Sugeruje pan, że są nieprawdziwe? Może pan sam podawać swoje licytowania, na wielu uniwersytetach jest to standard. Zwykle nie są to wielkie liczby. Tyle, że w Polsce jest to bezcelowe, gdyż jest to jeden z niewielu krajów na Ziemi, gdzie cytowania nie mają znaczenia przy ewaluacji naukowców.

  • ~Profesor PAN 29.07.2024 10:51

    Zauważył pan problem ale jak to w Polsce zwykle bywa, złapał kij za niewłaściwy koniec. Jeśliby miało dojść do starcia całej potęgi polskiej nauki z najmniejszym i najsłabszym światowym wydawictwem, przewidywanie jego efektu nie wzbudzi wielkich emocji jako zbyt łatwe.

    Pozdrawiam ciepło

    • ~"młody" 29.07.2024 14:25

      całkowicie się nie zgadzam ze stwierdzeniem, że kij został złapany za zły koniec.

      Bez korporacji typu Elsevier czy Springer i ludzi ze środowiska naukowego którzy są opłacani przez te korporacje przestanie być problemem publikowanie. Nieustające lobby w środowisku naukowym ze strony ludzi którzy są ""swoi" a którzy pilnowali interesu jest przyczyną obecnej punktozy.

      Cały ten układ mafijny "wyszedł" przy sprawie MDPI gdzie to żarliwa nagonka "swoich" na MDPI przy okazji ujawniła kim owi "swoi" są.

      Oczywiście, przyszedł czas na MDPI ale Springer i Elcevier będą następne i "swoi" już tego nie powstrzymają.

      • ~Wojtek 29.07.2024 17:02

        Jak czytam artykuły w FA i komentarze, w których mówiąc kolokwialnie "jedzie się" po MDPI (tu odnośnie powyższego komentarza ~"młody"), to dochodzę do wniosku, że cześć piszących nie ma pojęcia jak to wygląda... Oczywiście zgadza się, że płaci się tam za otwarty dostęp, natomiast bzdurą jest pisanie o nich jako drapieżne czasopisma... Po pierwsze nie jest tam tak, że jak zapłacisz, to masz opublikowany tekst. Po drugie każdy tekst recenzowany jest przez co najmniej 3 recenzentów, a zdarza się, że jest ich znacznie więcej (sam recenzowałem dla nich blisko 50 tekstów i nie wstydzę się tego). No i co według mnie bardzo istotne, za dokonanie recenzji w MDPI otrzymuje się voucher do wydania na opłatę za publikację, czego nie robi żadna inna grupa wydawnicza. Recenzując dla czasopism z Elseviera można liczyć na certyfikat i 30 dni dostępu do bazy scopus za darmo (niestety nie zawsze, ponieważ cześć czasopism to "olewa" - niestety mnie to spotkało).

        Mimo tego oczywiście zgadzam się z autorem artykułu, że czas skończyć z płaceniem korporacjom za nasze teksty.

        • ~sdf 31.07.2024 20:00

          Mam trochę inne doświadczenia. Opublikowałem kilka tekstów w pismach z MDPI i się tego nie wstydzę, zrecenzowałem wielokrotnie więcej, i tego też się nie wstydzę. Natomiast trudno ukryć drastycznie wzrastającą liczbę artykułów publikowanych oraz wyjątkowo wręcz wysoki "acceptance rate" - w większości pism powyżej 50%. Miałem też okazję podziwiać jakość pracy recenzentów i jest... bardzo różnie. Ale sporo recenzji ma dramatycznie niski poziom. Z tych względów, w badaniach, w których to ja jestem wiodącym autorem, nie przewiduję już publikowania w MDPI. Co do "upominków" za recenzję - z mojej perspektywy te 30 dni dostępu do Scopusa jest o wiele cenniejsze, ale to głównie dlatego, że większość wiodących pism w mojej obecnej tematyce to pisma Elseviera, a dostęp z roku na rok mam coraz mniejszy. Recenzuję głównie po to, żeby być bieżąco.

          Zmieniłem natomiast podejście do recenzowania i od mniej więcej trzech lat na każde zaproszenie do recenzji w pismach, które mają wyłącznie opcję płatnego OA, odpowiadam grzecznym mailem, że nie recenzuję za darmo dla takich pism. Myślę zresztą, że powoli nadchodzi ten moment, w którym wydawnictwa będą musiały podzielić się zyskiem z recenzentami. Chcecie dostać czas doświadczonych w temacie ekspertów? Trzeba za niego zapłacić. Artykułów jest mnóstwo, a wśród młodszych akademików coraz częściej widzę podejście "nie recenzuję, bo i po co?". Coś w tym jest. Co do niepłacenia za teksty - zacznijmy może od polityki NCN, która w praktyce wymusza płacenie, jeśli realizujesz grant. Ale jednocześnie uniemożliwia płacenie w pismach, które są wiodące w tematyce. Tak się nie da, pora się na coś zdecydować.

    • ~Stanisław Krawczyk 29.07.2024 11:46

      Myślę, że obaj trzymamy kij za ten sam koniec, o czym świadczy między innymi ten fragment tekstu: „możemy współpracować z innymi krajami kontynentu”. Daleko mi do wiary, że Polska sama może coś tutaj zrobić, ale przy działaniach podejmowanych wspólnie z innymi krajami UE (i nie tylko) wygląda to już trochę inaczej.

      Również pozdrawiam!

      • ~Profesor PAN 29.07.2024 12:48

        Ja po prostu uważam, że publikacje są dużo gorszą miarą jakości naukowca niż cytowania. Publikację kupić łatwo, cytowanie trudniej.

        Pomijając już to, że jakiś czas temu wynaleziono internet i słowo "publikacja" znaczy dziś coś zupełnie innego niż 40 lat temu. Najsłynniejsze prace ostatnich lat zostały opublikowane nawet nie w piśmie tylko na darmowym i ogólnodostępnym serwerze preprintów. Mowa oczywiście o dowodzie Grigorija Perelmana hipotezy Poincaré.

        • ~KOwal 29.07.2024 14:01

          "Publikację kupić łatwo, cytowanie trudniej."
          Myślę, że Pan Profesor mógłby się zdziwić jak łatwo obecnie kupić cytowania. Wiele cytowań, w pakiecie, wychodzi nawet taniej.

          • ~Profesor PAN 29.07.2024 14:45

            Proszę się nie krygować i podać przykład. Nie wiem, jak się na sprawę zapatrują redaktorzy FA ale ja nie będę się domagać nawet mocnych dowodów, starczy mi, by oskarżenie nie było całkiem gołosłowne.

            Pozostaje pytanie, co to znaczy "wiele cytowań." Dajmy na to 1000, no dobrze, niech będzie 500. Znam wiele prac, które mają tyle cytowań i wszystkie bez jednego wyjątku są wybitne. Więc jeśli te cytowania nawet są kupione (ja nie kupowałem ale oczywiście za innych świadczyć nie będę), to były to znakomicie wydane pieniądze.

            • ~sqro 31.07.2024 23:33

              Konkretny przykład? służe uprzejmie.
              Wklejam link do forum GW, gdzie zamiesciłem oferte otrzymana na maila, ponieważ tutaj nie da się wstawiać obrazków:
              https://forum.gazeta.pl/forum/w,87574,177538669,177538669,kasa_za_cytowania.html

            • ~Albert 31.07.2024 13:03

              Spółdzielnie cytowań?

              Za granicą - słynna afera z El Naschie i He. U nas oskarża się o to jednego z prorektorów Politechniki Opolskiej. Myślę, że nawet do 10% naukowców z listy najczęściej cytowanych naukowców to tacy "spółdzielcy". Notabene, wie Pan, dlaczego Clarivative ze swojej listy Most Cited Scientists (czy jakoś tak) wykluczył w tym roku matematyków?

              Tak że, niestety, cytowania, odkąd stały się swoistą walutą, też przestały świadczyć o czymkolwiek. Brak cytowań jeszcze o czymś mówi, jednak ich istnienie wymaga dalszej weryfikacji, skąd się one wzięły.

            • ~FigazMakiem 29.07.2024 19:36

              gdyby tak popatrzeć na ostatnie przeprosiny FA to okazuje się, że i bez dowodów można tutaj krytykować ;)

            • ~KOwal 29.07.2024 15:10

              Przykłady?
              Prymitywny - wejście na Facebooka, znalezienie odpowiedniej grupy, a w niej ogłoszenia dotyczącego "citations". Potem już z górki - ustalenie warunków np. na whatsup, płatność i oczekiwanie na cytowania.
              Finezyjny - zebranie ekipy i cytowanie sobie wzajemne publikacji, niekoniecznie przejmując się merytoryką artykułów, ale za to przejmując się nazwiskami autorów. Inspiracji można szukać nawet u jednego z przewodniczących rad działających przy "naszym" ministerstwie.
              Elitarny - dorobienie się czasopisma i wrzucanie w nim seryjnych artykułów zawierających kilkadziesiąt autocytowań w każdym. Tu jest przyjemne z pożytecznym - rośnie własne "h" i "h" czasopisma. W tym przypadku inspiracji można szukać na jednej ze śląskich uczelni technicznych.

              Oczywiście każda z powyższych metod ma swoje wady i ograniczenia. Żadna nie daje cytowań wysokiej jakości, których przeciętny naukowiec nie musiałby się wstydzić, ale... Ale jeśli w szczegóły się nie wgłębiać, to i cytowania są, i prestiż (?) i o stołki/pieniądze łatwiej.

              • ~Profesor PAN 29.07.2024 15:24

                Tak spekulować na pusto potrafi każdy, proszę podać przykłady.

                • ~Profesor PAN 29.07.2024 16:18

                  @KOwal

                  Ależ oczywiście. Oczekuję nazwy grupy na facebooku, nazwisk osób oferujących "usługi cytowania" i konkretnych propozycji cytowań. Bo spekulacja, zwłaszcza absurdalna i pozbawiona podstaw może najwyżej rozśmieszyć.

                  By nabić artykułowi 500 cytowań trzeba opublikować 500 prac. Już to widzę oczami duszy, jak ktoś pisze (i publikuje!) na zlecenie 500 prac. Ile za to by się należało? Milion? Ja bym miej nie żądał.

                  Ewidentna strata w razie wtopy byłaby milion razy większa niż ewentualna korzyść. A trudno sobie wyobrazić ukrywanie procederu, bo przecież publikowanie to rzecz publiczna.

                  Jak to pisał Karl Kraus: Prawdziwi dyplomaci są zdemoralizowani ale nie w taki sposób, jak to sobie wyobrażają kawiarniani (i interetowi) dyplomaci.

                • ~KOwal 29.07.2024 15:32

                  Ale czego Pan oczekuje?
                  Nazwy grupy na facebooku, nazwisk osób oferujących "usługi cytowania" czy konkretnej propozycji cytowań?
                  Nazwisko polskiego El Naschie'go nie jest chyba tajemnicą.
                  Zresztą, podobnie jak ranking Google Scholar polskich czasopism z zarządzania.

          • ~Marcin Przewloka 29.07.2024 14:35

            @KOwal

            Odkrylem cos nowego, element mechanizmu molekularnego, ktory przybliza nas do zrozumienia, jak dziala pewien proces w biologii komorki. Opublikowalem ta prace w jakims czasopismie.
            Prosze powiedziec - jesli to nie tajemnica - jak teraz dokladnie mialbym "kupić cytowania". A jeszcze lepiej, "wiele cytowań, w pakiecie", szczegolnie, ze to mialoby byc taniej, jak Pan pisze.

            • ~KOwal 29.07.2024 15:13

              Szczegóły w odpowiedzi powyżej, "w pakiecie taniej" odnosi do pierwszej z wymienionych tam opcji. Co prawda może zdarzyć się, że cytowania wspomnianego mechanizmu molekularnego pojawią się w artykułach z socjologii, fizyki kwantowej lub ekonomii, ale piszemy wszak o cytowaniach, a nie o "wysokiej jakości, trafnych" cytowaniach.

              • ~Marcin Przewloka 29.07.2024 16:18

                @KOwal

                Przykro mi, ale nie moge sobie wyobrazic, aby dowolna z tych metod zadzialala w moim przypadku.
                Jest moze 10-15 laboratoriow na swiecie, ktore robia podobne rzeczy, i ktorych szefow znam, tak wiec maksymalnie, uzywajac ich "znajomosci", moglbym dodac 15 cytowan na raz, nie wiecej.
                Inni, nieznani, nie pojda na taki uklad, bo niby dlaczego mieliby?

                Jakie "zebranie ekipy i cytowanie sobie wzajemne publikacji, niekoniecznie przejmując się merytoryką artykułów"? Jak mozna cytowac inne artykuly, ktore nie maja nic wspolnego z moja praca? Przeciez reviewer wychwyci takie dziwactwo i natychmiast zapyta "co to jest?".

                Poza tym, jaka "płatność i oczekiwanie na cytowania"? Skad niby mialbym placic tym ludziom? Za pieniadze z grantu, czy skadinad? Przeciez za takie rzeczy idzie sie kicia.

                "Dorobienie się czasopisma i wrzucanie w nim seryjnych artykułów zawierających kilkadziesiąt autocytowań w każdym" - to jest dobre. :-) A skad niby brac nowe dane ekperymentalne na "seryjne artykuly"? Jak pracowalem w labie w Cambridge moj szef zostal editor-in-chief nowego pisma z Royal Society. Tak, publikowal moze w nim dwa artykuly rocznie, a moze i to nie. W kazdym z nich byc moze bylo 3 do 5 autocytowan, nie wiecej, bo przeciez te cytowania maja byc na temat, a nie byc przypadkowe. Wszystkie te artykuly sa recenzowane, takie totalne glupoty nie maja szans na przejscie.

                Zadna z tych metod nie ma szans zadzialania w normalnej rzeczywistosci.

                • ~sdf 31.07.2024 20:22

                  Chciałbym wierzyć, że tak jest, ale moje doświadczenia wskazują na coś innego. Otóż mam z czasów młodości taki bardzo przeciętny papier, w bardzo przeciętnym czasopiśmie. W życiu bym tam teraz nie opublikował, ale wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałem, jak to działa. I ten papier ma znaczącą liczbę cytowań, absolutnie niezwiązaną z jego wartością naukową. Co więcej, kiedyś poświęciłem na to trochę czasu i ze zdziwieniem zauważyłem, że mniej więcej 3/4 tych cytowań to cytowania absolutnie nonsensowne.

                  Oczywiście nie kupiłem tych cytowań, bo i po co? Ale czy nie kupił ich wydawca? Nie wiem. Ewentualnie, są to zupełnie przypadkowe cytowania, bo jak przyjrzałem się treści artykułów cytujących, to większość również nie ma większego sensu. Co pozwala mi zgadywać, że dane są wzięte z sufitu, a cytowania są, bo jakieś być muszą. I nawet w przyzwoitych pismach recenzenci tego nie wyłapali, podobnie jak nie wyłapali, że tekst jest prawdopodobnie jednym wielkim zmyśleniem. Nie dziwię się, cytuje się ogólnikowo i zbiorowo ileś artykułów na raz i nikt nie wnika, bo nie ma na to czasu. Oczywiście, to nie przejdzie w bardzo dobrych pismach, ale już w słabszych tak. Cechą wspólną tych tekstów były kraje, w których powstały - prawie wyłącznie Azja. Nie od dziś mówi się, że w przynajmniej kilku krajach nacisk na publikowanie kończy się właśnie takimi durnymi, fałszywymi tekstami. Sam ostatnio wyłapałem trzy teksty z Chin, na podobny temat, w których zawsze prezentowany jest ten sam rysunek, obrazujący jednak rezultat rzekomo trzech różnych eksperymentów. To się powoli staje dużym problemem, bo publikowane dane są coraz mniej wiarygodne.

                • ~Profesor PAN 30.07.2024 10:17

                  Pewno, że "kupowanie cytowań" to bajka o żelaznym wilku. Po pierwsze - kilkadziesiąt cytowań to niewiele a co najwyżej tyle by się dało "kupić" przez demoniczną intrygę opisaną przez pana KOwala, znaczenie ma dopiero kilkaset cytowań a do tego trzeba by skorumpować niemal całą naukę. Nihilizm jest atrakcyjny towarzysko (zwłaszcza w Polsce) ale nie opisuje świata.

                  Po drugie - intrygę taką trudno jest ukryć a w nauce dużo jest rywalizacji a nawet wrogości. Nie ukrywajmy - naukowcy polują sobie nawzajem na nogi a coś takiego byłoby gratką dla wszystkich konkurentów i wrogów. Ujawnienie "kupowania cytowań" to byłby koniec wszystkich osób zamieszanych w proceder.

                • ~Marcin Przewloka 30.07.2024 09:06

                  @KOwal

                  Komentarz do przykladu ponizej:
                  Sprawa "namacalna", nie ma co dyskutowac z faktami.
                  Ale ciagle dla mnie to wszystko jakby z rzeczywistosci alternatywnej; ciagle nie widze, jakbym mial taka akcje przeprowadzic samemu.

                  I juz niezaleznie: podobnie, jak z manipulacjami danych i produkcja falszywych wynikow, wydaje mi sie, ze te rzeczy wczesniej czy pozniej ktos zauwazy. Wyjda na jaw, a cena bedzie bardzo wysoka.
                  Naprawde, juz wolalbym zmienic prace i zaczac robic cos zupelnie innego, cokolwiek, niz probowac takich przekretow.

                • ~KOwal 29.07.2024 17:56

                  Ech, proponuję zatem lekturę artykułu do poduszki: https://forbetterscience.com/2024/06/03/polish-science-ruled-by-papermill-krolczyk/
                  w szczególności tu:
                  "Also, this funny reference:
                  “Zyoud et al. [25] designed a recycling charging method using the combination of constant-voltage, constant-current and pulse charging technologies for the independent PV system using lead batteries in the Levant region. This technology combined traditional charging technology with new charging technology and can prevent battery aging, repair the aging battery and increase battery life [26–33].”
                  The reference 30 was to the famous Vickers 2017 editorial about moth pheromones – which happens due to a doi resolution bug when papermill scribes aiming to reference some Elsevier paper neglect to fix the doi syntax."
                  Da się wcisnąć referencję bez sensu? Da.

                  A metody masowych autocytowań w każdym (z wieeeelluu) artykułów można się uczyć tu: https://managementpapers.polsl.pl/?page_id=100. W ramach ćwiczenia i doskonalenia metody proponuję przejrzeć np. rocznik 2023 (100 punktów ministerstwa), ale wcześniejsze też można, pod kątem nadreprezentacji autorów i porównać otrzymane w ten sposób nazwisko z informacją o redakcji tegoż czasopisma. Dla ułatwienia proponuję skoncentrować się np. na wydaniach 175-179, choć inne też bywają interesujące we wspomnianym kontekście.

                • ~Profesor PAN 29.07.2024 16:22

                  Dokładnie

            • ~Profesor PAN 29.07.2024 14:48

              Mógłbym pana gdzieś zacytować za darmo, z czystej sympatii, ale ponieważ zajmujemy się zupełnie różnymi rzeczami, to może lepiej nie, bo moglibyśmy obaj wyjść na idiotów.