Zakaz publikacji jakichkolwiek treści sugerujących udział w procederze „paper mills” oraz usunięcie już opublikowanych artykułów – takiego zabezpieczenia swojego roszczenia na okres 1 roku domaga się w sądzie jeden z członków Rady Narodowego Centrum Nauki, który wytoczył proces redakcji „Forum Akademickiego”. Czy będziemy mieli do czynienia z cenzurą prewencyjną?
Rada NCN składa się z 24 – jak podkreśla sama agencja – wybitnych naukowców reprezentujących różne dyscypliny nauki. Co dwa lata następuje wymiana połowy jej składu. W końcu 2022 roku członkiem tego gremium został bohater tekstu, który opublikowaliśmy kilka miesięcy temu (nie podajemy jego danych z uwagi na toczące się postępowania, o czym niżej). W przestrzeni publicznej pojawiły się wówczas podejrzenia o jego udział w „fabrykach artykułów”. W tekście, zgodnie z prawdą, napisaliśmy, że sprawie przygląda się Komisja ds. etycznych Rady NCN. „Gdy tylko pojawiły się sygnały o potencjalnym uczestnictwie członka Rady w paper mills, zgodnie z Regulaminem, zwróciłem się do Komisji ds. etycznych z prośbą o zbadanie tej sprawy i przedstawienie rekomendacji” – mówił nam prof. Tomasz Dietl, przewodniczący Rady NCN.
Sam zainteresowany zaprzeczył na naszych łamach, aby „kiedykolwiek uczestniczył w oszustwie tzw. papermillów”. Obszerne fragmenty jego pisemnej wypowiedzi dla FA zamieściliśmy w tamtym artykule.
Po lekturze uznał, że treści w nim przedstawione są „nieprawdziwe, obraźliwe i naruszają [jego] dobra osobiste w postaci: dobrego imienia, renomy, czci i godności oraz jego dobrej sławy”. I wytoczył dwa procesy: karny przeciwko autorowi artykułu (niżej podpisanemu) oraz cywilny przeciwko Fundacji Forum Akademickie, wydawcy portalu forumakademickie.pl, gdzie tekst został opublikowany.
Zdaniem skarżącego artykuł stanowił „próbę wzbudzenia sensacji poprzez pominięcie faktów zamiast rzetelnego przedstawienia ustaleń faktycznych”. Zarzucił też sugerowanie w tekście, że zaniedbał on swoje obowiązki zawodowe oraz brał udział w nielegalnym procederze. Z aktu oskarżenia dowiadujemy się, że to „poniżyło go w opinii publicznej i naraziło na utratę zaufania niezbędnego do wykonywania zawodu i zajmowanego stanowiska”. Poczuł się w związku z tym zniesławiony (art. 212 k.k.) i znieważony (art. 216 k.k.). Czyny te zagrożone są karą grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności na okres 1 roku. Członek Rady NCN sięgnął też po Prawo prasowe, o czym za chwilę.
W pozwie cywilnym szczególnie bulwersujący jest fragment, w którym domaga się od sądu, by ten na okres jednego roku (w ramach zabezpieczenia roszczenia) zakazał publikacji jakichkolwiek treści sugerujących jego udział w procederze „paper mills” oraz usunięcie artykułów o nim, które zostały już zamieszczone w naszym serwisie. Powtórzmy, żeby nie było wątpliwości: mamy przez rok nie pisać o czynnym naukowcu – a więc osobie pełniącej funkcję publiczną – a do tego zasiadającym w kluczowym organie agencji wykonawczej Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. No i last but not least, naukowcu, którego praca – jak dziesiątki tysięcy innych uprawiających ten zawód – finansowana jest z publicznych pieniędzy. Mamy prawo – jako społeczeństwo, nie tylko dziennikarze – do informacji, w jaki sposób wykonują oni swoją pracę, a więc również gdzie i co naukowo publikują!
To prawdziwa „opcja atomowa”. Orzekanie zakazu publikacji, jak wskazywał kilka lat temu Rzecznik Praw Obywatelskich, powinno mieć charakter wyjątkowy i mieć na względzie interes publiczny. RPO przypominał, że interes publiczny odnosi się do kluczowej roli prasy w demokratycznym państwie prawnym w zakresie rzetelnego informowania obywateli, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej. Z uwagi na publiczny charakter zawodu naukowca oraz członkostwo w gremium kształtującym w największym stopniu politykę grantową państwa, informowanie o działalności danej osoby na obu tych polach leży w interesie społecznym.
W okolicznościach niniejszej sprawy interes publiczny w stopniu oczywistym wyklucza udzielenie zabezpieczenia poprzez zakaz publikacji, który oznaczałby niedopuszczalną z punktu widzenia norm konstytucyjnych i międzynarodowych nieuzasadnioną cenzurę prewencyjną, naruszając nie tylko art. 1 prawa prasowego, ale stałby w sprzeczności z art. 2, 14 i 54 ust. 1 i 2 Konstytucji RP oraz art. 10 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności – zwraca uwagę mec. Adam Kwiatkowski, reprezentujący „Forum Akademickie”.
Dodaje, że w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka stwierdzono, że „Organy krajowe w pierwszym rzędzie mają za zadanie ocenić, czy zachodzi »pilna potrzeba społeczna« ograniczenia swobody wypowiedzi oraz czy ograniczenie jest proporcjonalne w stosunku do uprawnionego celu, dla którego jest wprowadzane” (Górski Marcin, Swoboda dziennikarska a naruszenie dóbr osobistych przedsiębiorstwa. Glosa do wyroku ETPC z dnia 6 października 2009 r., 27209/03 )
Za swoisty paradoks tej sytuacji należy uznać fakt, że po tego typu zabezpieczenie sięga osoba wykonująca zawód, w którego istotę wpisane są takie wartości, jak wolność nauki czy wolność słowa. Czy to w ich imię sąd ma rozpatrzyć wniosek o zabezpieczenie w postaci de facto cenzury prewencyjnej?
Równie kuriozalny, co forma zabezpieczenia roszczeń, jest podniesiony także zarzut braku poinformowania o prawie do autoryzacji. Dodajmy, że wypowiedź do tekstu była udzielona pisemnie, jej autor miał zatem czas, by ją przemyśleć, następnie przygotować i zredagować. Nie był to bowiem ani wywiad prowadzony na żywo, ani nagrywany, a wszelka korespondencja między dziennikarzem a przepytywanym przez niego odbywała się drogą mailową. Sytuację, w której osoba przesyłająca odpowiedzi w formie pisemnej (dosłownie później cytowane) domaga się ich autoryzacji, należy uznać za absurdalną. Nie ma ona podstaw ani w prawie, ani w praktyce dziennikarskiej.
Ostatnio głośno było o podobnym przypadku, a to za sprawą artykułu dziennikarzy portalu wp.pl: Patryka Słowika i Pawła Figurskiego. Bohater ich tekstu zarzucił im, że zacytowali jego wypowiedzi (otrzymane mailowo), nie autoryzując ich wcześniej. „Taka autoryzacja nie miałaby żadnego sensu, a ponadto na gruncie ustawy Prawo prasowe nie istniał taki obowiązek” – zaznaczył w wypowiedzi dla portalu wirtualnemedia.pl Patryk Słowik, powołując się na opinię Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Odnosząc się do tego przypadku, Fundacja podkreśliła, że „w sytuacji, gdy rozmówca przekazuje dziennikarzowi wypowiedź w formie pisemnej, mając czas na jej przemyślenie oraz mając świadomość, że pytania zostały skierowane w związku z przygotowaniem materiału prasowego, a dziennikarz wiernie cytuje przekazany tekst bez zmiany sensu, nie ma podstaw, by mówić o potrzebie przeprowadzenia autoryzacji. Trudno bowiem w takich sytuacjach dostrzec ryzyko zniekształcenia słów rozmówcy, a tym samym nie ma zagrożenia dla jego dóbr czy dla naruszenia prawa czytelników do rzetelnej informacji. Nie ma w takich okolicznościach niebezpieczeństwa przeinaczenia słów wskutek niezrozumienia czy niedosłyszenia wypowiedzi, co mogłoby się przydarzyć w przypadku wypowiedzi ustnej”.
Prawnik HFPC przypomniał, że na temat polskich przepisów o autoryzacji wypowiadał się już Europejski Trybunał Praw Człowieka. Pokłosiem wyroku z 2011 roku była nowelizacja zasad autoryzacji, która miała na celu zapobieżenie sytuacji, w której możliwe jest wszczęcie postępowania oraz skazanie dziennikarza wyłącznie za opublikowanie wypowiedzi bez uzyskania autoryzacji, nawet jeżeli wypowiedź ta odpowiada rzeczywistej treści udzielonej odpowiedzi.
Dodajmy na koniec, że zarzuty pod adresem bohatera naszego artykułu formułowane były w internetowych dyskusjach, a niektórych naukowców w nich uczestniczących również spotkały reperkusje. Do władz ich uczelni trafiły listy ze skargami. Rzeczniczka NCN wywołana przez jednego z dyskutantów w serwisie X stwierdziła lakonicznie, że „to autorska inicjatywa jednej osoby z Rady, biuro NCN nie ma z nią nic wspólnego”. Odnotujmy, że w przypadku artykułu opublikowanego na naszym portalu w sprawę zaangażowany jest więcej niż jeden członek Rady NCN.
Mariusz Karwowski
Nie mówiłem, że będzie z górki? Jose Manuel Lorenzo zaliczył wczoraj drugą retrakcję.
https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S2405844023074406
Interesujace:
https://sip.lex.pl/akty-prawne/dzienniki-resortowe/powolanie-zespolu-doradczego-do-oceny-wnioskow-o-przyznanie-nagrod-38675476
Taaa, całkowicie przypadkowa zbieżność faktów.
https://www.gov.pl/web/nauka/gala-nauki-polskiej4
(za działalność naukową)
Co prawda wspominałem już o tym w komentarzu pod artykułem na temat systemu grantowego, ale powtórzę tutaj jeszcze raz. Jose Manuel Lorenzo (202 artykuły w 2022, jeden co 35 h) zaliczył w międzyczasie (28.02.2025) pierwszą retrakcję
https://www.cell.com/heliyon/fulltext/S2405-8440(24)05233-2
Teraz to już będzie z górki. Przypomnę, że powód ma z nim 16 artykułów.
Żałosne. Cieszyć się z tego, że ktoś ma retrakcję.
Dobrze, że postępowania o tytuł są takie rygorystyczne ;) To tak jakby ludzie cieszyli się, że od 2023 Pana wniosek .. no wiadomo ;D
Czy mamy cenzurę prewencyjną już teraz? Można podjeżdżać osobiście do Pana Wojtaska, a nie można bardziej ogólnie do "kolegów z Opola"? Smutne to, drogie Forum Akademickie.
To już druga tego typu uwaga w tej dyskusji, więc muszę coś wyjaśnić. Moderator jest na urlopie. Za to, że komentarze w ogóle w tym czasie się ukazują, należą mu się wielkie słowa uznania.
Tak właśnie się zdziwiłem, że opóźnienia olbrzymie. Ok, w takim razie wszystko zrozumiałe. Przepraszam Moderatora za moją uwagę.
Widocznie w Opolu postępowania są rygorystyczne bo w Polsce niestety nie. Tytuły i stopnie są nadawane wszystkim niezależnie od tego co sobą reprezentują. Przyznacie Państwo chyba, że liczba publikacji nie uprawnia do otrzymania tytułu. Czego dobry przykład poddany analizie jest właśnie tutaj.
Nauka to poszukiwanie prawdy, a naturalną częścią tego poszukiwania jest odrzucanie fałszu. Należy się cieszyć.
Pozostaje odpowiedzieć jeszcze na pytanie natury etycznej: czy wprowadzanie w błąd środowiska naukowego i społeczeństwa było niezamierzone czy zamierzone?
Co tam Grzesiu porabiasz na bezrobociu?
Nie cieszymy się, że ktoś "ma retrakcję" ale że "przęstępca został wykryty i ukarany".
Retrakcja każdej fałszywki jest zwycięstwem uczciwej nauki nad oszustami. Szkoda tylko, że proces recenzji w wielu czasopismach nie jest na tyle rygorystyczny, żeby nie dopuścić do ich opublikowania.
Jeśli na pewnym etapie z papieru wypadają trzej autorzy, a wchodzą czterej nowi, to jest z nim coś bardzo nie tak. To nie kwestia radości, to kwestia zasad. Wiem, że w Opolu miewaliście z tym problemy ;)
Postawię takie naiwne pytanie: czy naukowcy mają prawo świadomie pisać nieprawdę, fałszować lub aranżować wyniki w celu opublikowania czegoś i uzyskania następnego grantu lub awansu?
Sportowcy nie mogą stosować dopingu, oszukiwać ani faulować. Znaczy mogą, ale jak się wyda, to są dyskwalifikowani i przestają w tej zabawie uczestniczyć.
Czy widząc lub podejrzewając nieuczciwość należy milczeć, czy raczej informować o tym opinię publiczną?
Doping w Polsce tez nie jest przestepstwem.
Czy kontrole antydopingowe i możliwość dyskwalifikacji zawodnika nie wystarczają?
W sporcie są przynajmniej kontrole i odnoszą raz po raz skutek.
W nauce polskiej mamy jak dotąd tylko liczenie publikacji = system działa bez rzeczowej kontroli.
"system działa bez rzeczowej kontroli"
To tak nie do końca prawda. Pierwszym ogniwem systemu kontroli są czytelnicy publikacji. Czasami piszą komentarze na PubPeer (tych napisałem na razie 50), piszą listy do redakcji, które są drugim ogniwem systemu (tych napisałem 30), czasami te listy skutkują retrakcjami (tych na razie spowodowałem 3). Problemem jest to, że w Polsce dalej nic się nie dzieje. Władze (ministerstwo, rektorzy) nie podejmują żadnych kroków, a często wręcz tuszują takie przypadki. Jest tak, jak napisałem poniżej i jak napisała np. Ewa eksperymentalne:
"Tylko ustawa obowiązuje pracowników publicznych uczelni - proszę być poważnym.
Kodeks etyki to max dobre praktyki :)"
Tylko po co w takim razie prowadzić badania, skoro każdy może napisać co mu ślina na język przyniesie? Już teraz jest totalny chaos, bo np. w naukach o środowisku przynajmniej 50% publikacji to fałszywki. Albo w przypadku sławnych w tym roku MOF-ów. Za kilka lat nauka stanie się bezużyteczna, bo nie będzie już zupełnie widomo, w co wierzyć.
"proszę być poważnym" - to może bądźmy poważni?
Może tytuł "Kodeks etyki pracownika naukowego" (wskazuje, że dowiesz się czytelniku jak postępować etycznie jeśli czujesz taką wewnętrzną potrzebę) należy zmienić na bardziej zobowiązujący, np. "Dobra praktyka naukowa"? Jeśli ministerstwo i jednostki naukowe zechciałyby przyjąć dokument jako wiążący - byłby nakazem porządnej pracy naukowej.
I jak w sporcie - jeśli ktoś się wyłamuje i nie stosuje dobrej praktyki naukowej, idzie na pewien czas do czyśćca. Jednak, jeśli po pewnym czasie naprawi szkody i poprawi swoje postępowanie - wraca do gry, a jeśli nie, to nie.
Jeśli w dziedzinie 50% prac jest naciąganych, to ile potrzeba czasu uczciwych badaczy żeby to odkręcić? Ile by to nie było - za dużo. Prace naukowe powinny być publikowane bez recenzji, na wyłączną odpowiedzialność autorów.
Trudno o słowo bardziej zobowiązujące, niż kodeks. Jest na przykład Kodeks karny, jest też drogowy. "Dobra praktyka drogowa"? To nie brzmi.
A "Kodeks drogowy" coś daje? Ilu pijanych kierowców zatrzymano w miniony weekend? Ilu ludzi zginęło? Ile osób, którym zabrano prawo jazdy dalej jeździ? Ilu ludzi (w tym dzieci) zabili tylko w tym roku? Przedwczoraj ich rodzice stali zapłakani nad ich grobami. I z tym też nasze państwo nie umie sobie poradzić. To co tu mówić o oszustwach w nauce?
Kodeks to zbiór przepisów prawnych.
Na stronach uniwersytetów znajdujemy raczej dokumenty nazywane dobrą praktyką laboratoryjną, dobrą praktyką mikrobiologiczną, etc.
Dlaczego? Dlatego, że sąd nie powinien rozstrzygać o tym, czy ktoś dobrze opisał próby w laboratorium ponieważ byłoby to paskudnie uciążliwe. Sąd nie wystawia ocen studentom i nie decyduje o wyniku egzaminu dyplomowego. Powinien? Chyba nie.
Zarzucenie komuś u naszych zachodnich sąsiadów złej praktyki naukowej jest ciosem mimo, że sąd nie musi w tym uczestniczyć.
Dobra praktyka to prawo zwyczajowe, które tworzy się, sprawdza się i ewoluuje w codziennym życiu społeczności i nie jest ustawą lub jeszcze nie jest ustawą. Działa tylko wtedy, kiedy jest akceptowane, zrozumiałe i dobrze służy społeczności.
Ale czy Pan Profesor sobie wyobraża, że ktoś w oparciu o jakieś domysły niszczy komuś karierę? Jednak są urzędy, regulacji itd. Gdyby jakaś redakcja opisała sportowca bez "wyroku" myślę, że jej los finansowy byłby jasny co do jej przyszłości.
Czym jest "paper mils" - co to znaczy? W którym miejscu w Ustawie jest to zdefiniowane i zabronione? Od ilu artykułów zaczyna się paper mils, na ilu kończy? Ilu autorów to już paper mils, 3, 5, 6 a może 9? Nie bronię takich "spółdzielni", ale charakteryzujemy się tym, że mamy przepisy prawa, do których się stosujemy i w momencie, kiedy to prawo łamiemy ponosimy konsekwencje. Nie można nikogo skazać ani oskarżyć za coś co nie jest zabronione. Przyjmując legę artis, to wniosek jest jak najbardziej słuszny, a w mojej ocenie jego dobra zostały naruszone i trzeba ponieść konsekwencje, bez względu na to, jak, tylko w ujęciu "etycznym" oceniamy paper mils.
Idąc tym torem, można sobie wymyśleć, że mamy "AI integrator", czyli powiedzieć, że ktoś wykorzystuje AI w badaniach, artykułach i oskarżyć na podstawie np. podstawowego AI generatora albo, że opisuje wyniki z badaczami z innych krajów, co nie jest compliance, bo teraz standardy są publikowania patriotycznego.
Poza tym problem jest całkowicie gdzie indziej, wszelkie zalecenia dyskutowane na tym forum, ale także innych platformach, powinny być kierowane do redakcji do ich modelu biznesowego, wymagań, doboru recenzentów, weryfikacji recenzji itd. To oni decydują o tym czy tekst zostanie opublikowany, czy też nie. Za chwile podniesie się głos, że "drapieżne" na tym zarabiają. A nie drapieżne nie? open Access, golf access itd.
Reasumując, najpierw wyrok, później artykuł. To co jest aktualnie, to tak jakbyśmy opisywali wyniki badań, przed ich realizacją.
Panie kolego, sądzę, ze takie pytanie każdy może sobie zadać i jakąś tam odpowiedź jednak znajdzie. A w kwestii kierowania zaleceń do redakcji, jedynym zaleceniem skutecznym, które każdy ma w ręce, jest nie publikować w czasopismach, które uważamy za trefne. Nawet jeśli znalazły się na jakiejś fajnej liście. Natomiast od osób na wysokich stanowiskach naukowych, również w administracji nauki, oczekuję wiedzy o tym, co jest cacy, a co be, i naprowadzania różnych delikwentów na drogę cnoty. Dorośli jesteśmy.
Miesza Pan dwa porządki. Wyroku raczej nigdy nie będzie, bo jak Pan słusznie zauważył, działalność tego typu NIE JEST przestępstwem. Ale w niektórych zawodach, i ten się do nich zalicza, istnieje również szereg wymogów etycznych. Jeśli się im nie sprosta, można ponieść konsekwencje służbowe, od utraty stanowiska po utratę pracy. Nikt nie oczekuje oskarżenia i skazania na gruncie prawa karnego. Ale jeśli potwierdzi się np., że w wielu tekstach danej osoby pojawiają się sfałszowane dane (ich publikacja również NIE JEST przestępstwem), to będzie można oczekiwać konsekwencji służbowych.
To na jakiej podstawie ktoś może stracić stanowisko?
Musiałby mieć postępowanie dyscyplinarne i karę przewidzianą w Ustawie. Paper mils nie jest tam umocowane. To na jakiej podstawie, ktoś może w tym przypadku zostać ukarany chociażby upomnieniem?
Fałszowanie danych? W znakomitej większości takich papierów są manipulacje danymi, często bardzo poważne. Jeśli jeszcze takie publikacje posłużyły do awansu, to jest to także podstawa do podjęcia próby odebrania stopnia (z tytułem może być trudniej). Zresztą, każda poważna uczelnia ma kodeks etyki, który w szczegółach podaje, za co można mieć postępowanie dyscyplinarne. Oczywiście, w sądzie pracy może być różnie, ale pewne podstawy są.
Kodeks etyki?
Tylko ustawa obowiązuje pracowników publicznych uczelni - proszę być poważnym.
Kodeks etyki to max dobre praktyki :)
Tylko realnie plagiat może mieć konsekwencje i to jawny.
Proszę o przykład, że ktoś poniósł konsekwencje dyscyplinarne za fałszowanie danych w naukach eksperymentalnych albo za retrakt :)
Hello! Życie a nie fantasmagorie osób, które miały problemy z hab i belwederem :)
Dlaczego zaraz dyscyplinarne? A utrata stanowiska kierownika katedry i odnośnego dodatku, w ramach powiedzmy sprawiedliwej rotacji? A niewybranie do rady naukowej na kolejną kadencję (bo nagle mało kto chciał głosować na danego panicza)? A brak rekomendacji rektora na stanowisko eksperckie czy doradcze w rządzie? To są rzeczy, które bolą, bo w końcu o te zaszczyty jeden z drugim walczył, dorabiając sobie publikacje prawem i lewem. Przecież nie o Nobla...
To taka frajda te stanowiska eksperckie czy doradcze w rządzie? Mnie jak dotąła w nauce atrakcyjna wydawała się tylko sama nauka, wszystko inne było koniecznym kosztem.
Kierownik katedry? 1000 zł brutto
Panie Alku to nagroda a nie kara, tak samo jak wolny dzień zamiast siedzieć na radach.
Nie mówmy o nagrodach
Zastanawiam się, czy to gorzkie podsumowanie tematu, czy raczej zgoda na taki stan rzeczy? Jeśli to pierwsze, to nawet się zgodzę, niewiele się dzieje. Jeśli to drugie, a mam pewne podstawy tak sądzić (to zdanie o problemach z hab i belwederem), to widzę pewną niekonsekwencję. Bo najwyraźniej Pan/Pani (któż to wie?) chce, żeby tylko ustawa obowiązywała pracowników przy okazji uchybień etycznych. I jednocześnie Pan/Pani chce, by nie jasno sformułowane kryteria ustawowe decydowały o awansach, tylko tajemnicze "kryteria zwyczajowe" w danej dyscyplinie, jak to w praktyce jest teraz. Ustalane przez szacowne gremia i mające się zupełnie nijak do zapisów w ustawie.
@ gre,
W sprawie Paper mills nikomu nie stanie się nic. To zjawisko wyrosło na glebie naukometrii. I ma się bardzo dobrze m. in. na Zachodzie.
Np. na podstawie ustawy o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Prof. Królczyka nie zwolniono przecież za jego 5 retraktowanych artkułów. Nie wiemy tego na pewno, bo pan rektor Lorenc nie ujawnił powodów, ale O!Polska przypuszcza, że miało to związek z audytem wydatkowania środków z projektów prowadzonych przez PO, w tym prof. Królczyka. Produkty papierni darmowe przecież nie są. APC za retraktowane artykuły też podpada pod te przepisy.
Bajki :)
Profesorze proszę wskazać tutaj jedną swoją doskonała publikację, a pokażę Panu, że zawsze można coś zarzucić.
Przyjmuje Pan wyzwanie :)?
To nie tak się odbywa. Zarzuty przedstawia się czasopismu, które opublikowało daną pracę, a ono, jeśli uzna je za zasadne, pracę retraktuje. Jestem przekonany, że pan/pani podejmie to wyzwanie. Zatem do dzieła.
Jakie wyzwanie? Wszystkie moje publikacje, tak jak i każdego innego badacza, są obiektem krytycznej oceny innych badaczy, którzy zechcą je przeczytać. Na tym polega komunikowanie się w nauce. Pisałem już o tym w komentarzu poniżej:
"Jak ktoś nie życzy sobie, żeby jego publikacje podlegały takiej ocenie, to niech nie publikuje. Publikuje się po to, żeby poinformować tych właśnie kolegów o wynikach swoich badań, a nie po to, żeby dopisać sobie kolejną pozycję do cv."
W komentarzu z 09.01 pod artykułem na temat pana Bilala pisałem tak:
"Proszę spróbować spowodować retrakcję jednego mojego artykułu. Zapraszam do tego wszystkich komentujących, którzy twierdzą, że mam takie, które się do tego kwalifikują."
Nie twierdzę, że w moich publikacjach nie ma błędów. Jeśli są, to wynikają z braku wiedzy w określonej tematyce. Każdy, kto je znajdzie, ma prawo napisać do mnie, do redakcji czasopisma, które je opublikowało, a jeśli się boi działać pod własnym nazwiskiem (bo takich bohaterów teraz najwięcej), to może też opublikować swoje uwagi anonimowo na PubPeer. Ale na pewno nie ma w nich fabrykowanych danych czy np. cytowań na zamówienie. A o tym tutaj mówimy.
Art. 304 § 1 k.p.k. nakłada społeczny obowiązek zawiadomienia o przestępstwie ściganym z urzędu, ale napisanie nieprawdy w artykule naukowym nie jest przestępstwem ściganym z urzędu. Czy w takim razie zgodzimy się, że można naciągać wyniki badań i kłamać? Wydaje mi się, że jest to pytanie, na które można odpowiedzieć tak lub nie i zakładam, że jest oczywiste, że odpowiemy, że nie wolno, ponieważ akceptacja takich praktyk byłaby dla rozwoju nauki i dla wszystkich naukowców niekorzystna.
Dyskwalifikacja sportowca nie wymaga wyroku sądu, wręczenie piłkarzowi czerwonej kartki czy podyktowanie rzutu karnego także nie wymaga działań sądu. Kilka przykładów: czasowa dyskwalifikacje tenisistów: Marii Sharapowej, Igi Świątek, Simony Halep czy Jannika Sinnera to decyzje podjęte przez federacje sportowe ATP i WTA, dbające o swoje dobre imię w sensie dbałości o zasady fair play. Czy gazety o tym pisały? Tak. Czy ma to wpływ na karierę sportową? Czasem tak, czasem nie. Podobnie jest w nauce. Nałożenie kary, jak ograniczenie finansowania badań nie musi rujnować kariery naukowej. Swoją drogą kariera pasuje do nauki jak pięść do nosa.
Czy kwestionowanie wyników badań naukowych jest przestępstwem, np. zniesławieniem? Oczywiście, że nie. Nie żyjemy w średniowieczu. Bez tego nadal uważalibyśmy, że Ziemia jest obiektem nieruchomym i że muchy rodzą się z brudu.
Ludzie nie są nieomylni i wszyscy popełniamy błędy. Czy poprawienie błędu w wypracowaniu jest zniesławieniem? Czy przyłapanie ucznia na ściąganiu jest zniesławieniem? Czy podejrzewanie o ściąganie jest zniesławieniem? To ostatnie być może jest, ale bez podejrzenia nie da się nikogo przyłapać i nie można ograniczać złych praktyk.
Z pewnością warto się zastanowić jak MNiSW i instytucje naukowe w Polsce powinny dbać o swoją reputację. Może warto ustanowić kodeks dobrych praktyk naukowych i trzymać się jego dobrych zasad?
Bardzo dziękuję panom/paniom sdf, Przemo, Rafajel Luqułe i X. Zaoszczędziliście mi pracy odpowiadania na komentarz JonaszaB. Odpowiadam tutaj, bo komentarz Przemo jest najdłuższy.
Przemo, cieszy mnie, że mamy podobne spojrzenie na sprawę i skojarzenia. Po wywiadzie z prof. Węgrzynem napisałem do pana redaktora Karwowskiego:
"W sporcie przypadki oszustw są rzadkie, bo metody ich wykrywania są skuteczne, stosowane często i starannie a konsekwencje wykrycia oszustwa zazwyczaj dotkliwe. Marzy mi się, żeby w nauce było tak, jak w sporcie."
"Może warto ustanowić kodeks dobrych praktyk naukowych i trzymać się jego dobrych zasad?"
Nie trzeba ustanawiać żadnego kodeksu. On istnieje przynajmniej od kilkunastu lat. Ostatnia wersja z grudnia ubiegłego roku:
https://pan.pl/app/uploads/2025/06/Kodeks_etyki_pracownika_naukowego_2024.pdf
Problem w tym, że nie ma on żadnej mocy prawnej. Jak wielokrotnie wypływało w dyskusjach na tym forum, to tylko zespół wytycznych, wskazówek, do których można się stosować, ale nie ma takiej konieczności. To od środowiska zależy, co się stanie z ludźmi, którzy go nie przestrzegają.
Bardzo trafna jest też uwaga X - "Oczywiście bardzo trudno takie rzeczy wykryć ale są coraz powszechniejsze więc trzeba wypracowywać procedury."
Dziękuję za link do nieznanego mi Kodeksu, powinien zostać.
1. Zaakceptowany i stosowany (sam w sobie pozostaje niewiążącą deklaracją).
2. Lepiej zredagowany. Słów wystarczająco dużo, ale czyta się jak szkic kodeksu. W formie do powszechnego użytku powinien być napisany w sposób jasny, prosty i jednoznaczny.
"powinien być napisany w sposób jasny, prosty i jednoznaczny."
7. Nie kradnij.
8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.
Prościej się już chyba nie da. 🙂
Powyższy cytat jest w porządku, natomiast Kodeks jest napisany dziwnie kanciatą, nieporadną polszczyzną, a rozdział ("oddział") na temat konfliktu interesów jest napisany tak, że intencja jest niezrozumiała.
Intencje mniej więcej w porządku, ale tekst jest ważny i trzeba go bardzo dobrze napisać.
Szkodników trzeba usunąć z nauki, obojętnie jakim sposobem. Bełkot można zostawić prawnikom.
no tak, ale idąc takim tropem @Rafajel... można eliminować niewygodnych albo dobrych konkurentów.
Jeżeli konkurent zatrudnia sobie takiego czy innego Bilala to nie jest konkurentem, bo w ogóle nie jest naukowcem, tylko złodziejem.
Co na to ewaluacja?
Był taki mem: Świta nie zmienisz, ale pasek mógłbyś :)
O podejrzanych też się w mediach pisze. Jeden prorektor stracił pracę więc trzeba nagłaśniać. Oczywiście bardzo trudno takie rzeczy wykryć ale są coraz powszechniejsze więc trzeba wypracowywać procedury.
Nie rozumiem w czym jest problem. Pierwsze wskazanie cioci google.
https://ibprs.pl/dr-amin-mousavi-khaneghah-w-gronie-ekspertow-miedzynarodowych-ekspertow-naukowych-onz-fao-i-swiatowej-organizacji-zdrowia-who/
Przecież właśnie o to chodzi. Nabić dorobek, a potem wykorzystać go do zdobywania atrakcyjnych stanowisk i grantów. Szczególnie Irańczycy są z tego znani. Komentarz do jednego z ostatnich artykułów na For Better Science (tak, tak, wiem - to agenda GRU):
https://forbetterscience.com/2025/10/31/schneider-shorts-31-10-2025-who-hasnt-had-a-biopsy/#comment-764073
"Thanks to their greed, I realized that almost all technical departments in Western academia are filled with Iranians who are supposedly successful but are actually backed by Iranian papermill organizations and have very interesting and powerful connections with each other."
Już niedługo obudzimy się któregoś pięknego poranka i nauka będzie w całości opanowana przez badaczy z Chin, Indii, Pakistanu, Iranu, Arabii Saudyjskiej, Turcji, Egiptu i Malezji.
https://www.nature.com/articles/d41586-023-03974-8
https://www.nature.com/articles/d41586-025-00455-y
Polska też bardzo im w tym pomaga - szczególnie Politechniki Gdańska i Śląska.
Jak mówił ten Pan Prof., o którym mowa ww. artykule cyt."Kategorycznie podkreślam również, że nigdy nie byłem przez pana Khaneghaha proszony o cytowanie jego prac ani też nie prosiłem go o to – zapewnia.[...]" (z: "Paper mills: członek Rady NCN pod lupą Komisji ds. etycznych", do którego odsyła ten artykuł).
Cóż... mój Ojciec pracował dużo, naprawdę dużo naukowo (jedna z dziedzin ścisłych), i osiągnął ważne wyniki. Opublikował je w kilkunastu pracach w DOBRYCH czasopismach, większość z tego była w latach 80-tych XX w. Pomimo to, ma tylko 2 cytowania (bez autocytowań) swoich prac. Potem do niego dołączyłem ja i pracowaliśmy wspólnie. Udało się nam opublikować 4 wspólne prace, jedna z nich zawiera pewien dość spektakularny wynik. Dopiero po iluś latach ta jedna praca zaczęła być cytowana. O pozostałych - cisza.
Podsumowując: można się zaharować, jak przysłowiowy wół roboczy, a i tak z reguły guzik się z tego ma, gdy nie jest się "w klanie", a potem Komisarze habilitacyjni wytykają niską liczbę cytowań, czy niski indeks Hirscha.
Tyle tytułem gorzkich refleksji odnośnie cytowalności...
Nie trzeba być w żadnym klanie żeby być cytowanym. Pierwsza publikacja, której jestem współautorem powstała z wyników uzyskanych podczas mojej pracy magisterskiej. Do tej pory była cytowana blisko 100 razy (przez ostatnie 9 lat.). A do "klanu" raczej nie należę. Skąd zagraniczni badacze mają wiedzieć kto jest w którym klanie?
Po prostu tematyka nie może być za bardzo niszowa, a czasopismo w miarę rozpoznawalne. Jaką konkretnie dziedzinę i jakie czasopismo ma pan na myśli?
Niestety, ale Moderator nie zamieścił ani mojej odpowiedzi na Pana wypowiedź, w której podałem dziedzinę i tytuły czasopism, a nawet tematykę niektórych badań, jak też mojej kolejnej wypowiedzi właśnie z informacją, że tamta nie została tutaj zamieszczona. Zatem, "dzięki" Moderatorowi wyszedłem na tchórza, który nie ma odwagi odpisać na wypowiedź Dyskutanta.
Wczoraj napisałem Panu tutaj odpowiedź, podając m.in. dziedzinę i tytuły czasopism. Niestety, z niewiadomych dla mnie przyczyn, ta moja wypowiedź nie ukazała się.
Bardzo proszę: logika matematyczna i podstawy matematyki. A czasopismo, w którym obaj publikowaliśmy? Proszę: "Journal of Mathematics and System Science". Teraz zapewne Pan to sprawdzi i napisze coś w rodzaju "Heh, takie czasopismo? W ogóle niepunktowane? Pewnie typu 'predator' ". No to napiszę Panu więcej: mój ojciec poprzednie swoje prace (w większości samodzielne), publikował w: "Reports on Mathematical Logic" oraz "Zeitschrift fur Mathematische Logik und Grundlagen der Mathematik" (obecnie czasopismo to funkcjonuje pod zmienionym tytułem: "Mathematical Logic Quaterly"). A tematyka wcale nie była niszowa, bowiem zajmował się m.in. rozszerzeniami Lindenbauma, formalizacją rachunku funkcyjnego bez aksjomatów, czy też problemem wynikania. I jestem BARDZO CIEKAW, jak to się przedziwnie stało i dzieje nadal, że zarówno jego samodzielne prace, jak i nasze wspólne (z wyjątkiem jednej), były i są z reguły przemilczane.
Matematykiem nie jestem (a przynajmniej nie naukowo), ale z tego co wiem, to generalnie w matematyce cytuje się bardzo mało, i IF rzędu 2 nie jest wcale taki słaby. Natomiast co do przytoczonego czasopisma, to jeżeli nie jest ono w ogóle punktowane, to albo zwyczajnie jest kiepskie (wydawca David Publisher? Nie znam. Strona obecnie w ogóle nie działa - od kiedy?) i nikt nie był zainteresowany nadaniem mu odpowiedniej punktacji (łącznie z panem) albo mamy do czynienia z ogromnym przeoczeniem. Próbował pan wysyłać te artykułu gdziekolwiek indziej? Np. do Journal of Mathematical Logic, Archive for Mathematical Logic? Tam publikują moi znajomi z Gdańska
Przepraszam, że dopiero teraz odpowiadam na Pana wpis. Przypomnę, że prace mojego Ojca były publikowane w dobrych czasopismach: "Reports on Mathematical Logic" oraz "Zeitschrift fur Mathematische Logik und Grundlagen der Mathematik" (obecnie czasopismo to funkcjonuje pod zmienionym tytułem: "Mathematical Logic Quaterly"), A I TAK są z reguły przemilczane.
Co do czasopisma "Journal of Mathematics and System Science", to jest to odrębna historia. Otóż,naszą współpracę naukową rozpoczęliśmy od pracy nad pewnym dość spektakularnym wynikiem. Pracę zawierającą ten wynik (po ukończeniu prac nad nim), planowaliśmy najpierw wysłać do jednego z renomowanych czasopism (nie było to któreś z uprzednio przeze mnie wspomnianych), ale została odrzucona. Wygłosiliśmy referat na jednej z dużych międzynarodowych konferencji, a później otrzymaliśmy właśnie od ww. czasopisma propozycję opublikowania referatu. Ponieważ chcieliśmy mieć gwarancję, że praca zostanie faktycznie skierowana do recenzji (niestety, ale doświadczenia Ojca z jednym z czasopism były tutaj przykre, dotyczyły jednego dość MOCNEGO wyniku z teorii liczb), i że będzie duża szansa na opublikowanie jej także w drukowanej wersji czasopisma, w końcu zdecydowaliśmy się opublikować ją właśnie tam.
Ale to nie wszystko, inna z prac tam opublikowanych, przez wiele lat napotykała opór (od połowy lat 80-tych XX w., jeszcze sprzed okresu naszej współpracy), gdy tylko Ojciec wysyłał ją do któregokolwiek z renomowanych czasopism. Zastanawiające było to, że NIKT nie potrafił wskazać jasno przyczyn merytorycznych, dla których nie mogłaby ona zostać opublikowana. Zamiast tego, były widoczne ROZPACZLIWE próby zablokowania jej publikacji. Tak było też i wtedy, gdy pracę tę wspólnie rozszerzyliśmy i chcieliśmy ją opublikować w bodajże dwóch renomowanych czasopismach. Najbardziej KURIOZALNY przypadek reakcji recenzenta, to taki, iż recenzent zachował się tak, iż gdyby był studentem i wygłosiłby na egzaminie takie rozbrajające stwierdzenie, jakie napisał w recenzji, powinien dostać "2.0" na tym egzaminie, z dosadnym komentarzem egzaminatora. Tak więc, ma Pan chyba już odpowiedź na pytanie, dlaczego ta praca została opublikowana w "Journal of Mathematics and System Science", podobnie, jak druga, będąca w pewnym sensie, jej kontynuacją. ZASTANAWIAJĄCE jest też i to, że gdy tylko usiłuję zwrócić na nią uwagę ludzi zajmujących się tym tematem, jest TOTALNA CISZA.
Prowokacyjnie popieram ten pozew.
1. Drodzy Państwo, czy ktoś ma postawione zarzuty, został skazany? NIE. W Polsce obowiązuje domniemanie niewinności. Nie ma wyroku - to wszelkie komentarze, artykuły powinny być marginalizowane w postaci takich pozwów. I jeśli ktoś nie przestrzega zasad prawa - to niestety naraża się na odpowiedzialność. Oczywiście, co innego po wyroku.
2. Czy Ustawa, Rozporządzenia Ministra definiują paper Mills?
3. Nie pierwszy raz na FA są sprostowania i wyjaśnienia do spraw, które tutaj nosiły znamiona "sensacji:, a później okazywały się dyskusyjne.
https://sciencewatch.pl/index.php/389-bez-domniemania-niewinnosci
https://sciencewatch.pl/400-bez-domniemania-niewinnosci-postanowienie
https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-5-2024/sprostowanie%E2%80%A9/
https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-04-2020/sprostowanie%E2%80%A9/
https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-12-2020/sprostowanie-%E2%80%A9/
https://www.rp.pl/wydarzenia/art12969591-plagiator-w-resorcie-kudryckiej
i jak to piszą w paszkwilach niektórzy: creme de la creme:
https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-7-8-2024/czasami-bywa-za-wczesnie%E2%80%A9/
Zatem te linki pokazują, jeden z nich, jak to jest z niepotwierdzonymi oskarżeniami, a cała reszta, że trzeba poczekać do końca a nie ferować wyroków w Internecie.
Bądźmy życzliwi, miejmy zaufanie i patrzmy na siebie, a nie szukajmy tylko błędów u innych, bo to zwykle prowadzi na ławy sądowe i sytuacja się szybko obraca..
Z Panem Bogiem. Wierzmy w ludzi i szanujmy się na wzajem. Jakość zawsze się obroni.
A
Proszę pani, czy jest pani prawniczką? W Polsce istotnie obowiązuje domniemanie niewinności ale tylko w postępowaniu karnym. Czyli: Oskarżonego (w procesie karnym) uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie udowodniona i stwierdzona prawomocnym wyrokiem (art. 5 § 1 Kodeksu postępowania karnego). W postępowaniu cywilnym domniemanie niewinności nie obowiązuje a tym bardziej w codziennym życiu. Mam pani pełne prawo zawołać "łapaj złodzieja", jeśli zauważy, że opróżniono jej torebkę.
Dziennikarze jednak nieźle namieszali ludziom w głowach.
Cyt."Z Panem Bogiem. Wierzmy w ludzi i szanujmy się na wzajem. Jakość zawsze się obroni."
Ja wierzę w Boga. I jeśli mogę dopisać coś w tym duchu, to napiszę tak. Przeczytałem gdzieś, że katolik powinien naśladować Chrystusa, Który przez kilkanaście lat żył i pracował w ukryciu, jako zwykły cieśla, choć był Bogiem, a więc wiedział WSZYSTKO i potrafił WSZYSTKO. Faktycznie, w polskim systemie nauki i szkolnictwa wyższego jest to dobra zasada, która może pomóc przetrwać. Bowiem, na dochowanie wierności zasady tzw. uczciwości, "Plus ratio quam vis", czy na inne wzniosłe zasady, raczej nie należy za bardzo liczyć ze strony wielu ludzi (są tutaj, oczywiście, wyjątki), no chyba, że się należy do "klanu".
Jakość się obroni, chyba tak, tzn. patrząc po ludzku, zgodnie z Prawem Wielkich Liczb, wraz z biegiem czasu (czyli w miarę, jak przybywa lat), rośnie prawdopodobieństwo zdarzenia, że dana publikacja/publikacje pomijana/pomijane przez innych, w końcu doczeka się/doczekają się należytego uznania. Oczywiście, nie musi to dotyczyć jej/ich autora/autorów, a przykładem tego może być smutny los Evariste'a Galois.
Szanowna Pani,
"Jakość zawsze się obroni."
Jakości w nauce nie oceniają sądy, które nie mają w tym zakresie kompetencji. Oceniają koledzy biegli w danej tematyce, tzw. peers. Tak to się odbywa od ponad 100 lat. Jak ktoś nie życzy sobie, żeby jego publikacje podlegały takiej ocenie, to niech nie publikuje. Publikuje się po to, żeby poinformować tych właśnie kolegów o wynikach swoich badań, a nie po to, żeby dopisać sobie kolejną pozycję do cv.
Polecam komentarze na PubPeer, do których linki umieściłem poniżej, szczególnie ten artykuł o truskawkach, w którym powód jest współautorem.
I tak i nie. Bowiem, NAWET GDYBY sądy oceniały jakość publikacji naukowych, to nie uważam, że byłoby tutaj lepiej. Wszyscy bowiem wiemy, jak działa polski wymiar sprawiedliwości. A ci koledzy oceniający dorobek, o których Pan pisze, cóż... jeśli wziąć pod uwagę ścisłe znaczenie słowa "kolega", to parafrazując powiedzenie Churchilla, można powiedzieć tak: "Jeśli mam takich kolegów, to wrogowie mi nie są potrzebni."
Panie Profesorze,
Z wielkim uznaniem śledzę Pana działanie. Gratuluję!
Zastanawiałem się tylko, dlaczego nie jest Pan profesorem tytularnym, co stanęło na przeszkodzie do tytułu?
Dziękuję za uznanie. Pisałem już w styczniu, że w sprawie mojego wniosku o tytuł będę się wypowiadał, gdy postępowanie zostanie oficjalnie zakończone. Na razie mogę jedynie stwierdzić, że winien jest system oceny dorobku oparty na liczbach - publikacji, cytowań, punktów, który pozwolił nadać ten tytuł np. Grzegorzowi Królczykowi. Dlatego staram się go zmienić. Żeby już nikt nie musiał przechodzić przez to, co ja. Żeby recenzent wiedział, że musi przeczytać ze zrozumieniem przynajmniej te publikacje kandydata, które zostały przedstawione we wniosku jako najważniejsze, i ocenić ich wartość merytoryczną. A jeśli nie jest w stanie tego zrobić, to żeby się nie podejmował recenzji.
Dziękuję za informację.
W bazie widać, że składał Pan w 2023 roku... co się stało?
Ocenia Pan Profesor innych (zob. komentarze na FA), a ta sprawa jest tajemnicą?
Nie jest tajemnicą. Po prostu postępowanie jest w toku. Ale widzę, że nie bardzo orientuje się Pan (będę używał tego określenia ze względu na użyty pseudonim) w procedurach rozpatrywania wniosku o tytuł. Wniosek, wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy, zaskarżenie decyzji do WSA, apelacja do NSA. Całość może zająć nawet 5 lat (znany mi jest taki przypadek).
A że oceniam? Jak wyjaśniałem kilkukrotnie powyżej, poniżej i pod innymi artykułami, każda publikacja naukowa podlega ocenie. Ale tu chyba chodzi o konkretne publikacje, których oceny się ostatnio dopuściłem. Czy chodzi może o tę?
https://www.pubpeer.com/publications/9345F100769B90201D5068C31DF9AE
A może o tę?
https://www.pubpeer.com/publications/9F2D5417E00A593E2D28B35E9B65F5
Proszę mi wierzyć, że te zdjęcia klątw Vickersa ludzi naprawdę rozeźliły, bo pamiętamy jeszcze to oświadczenie, że „the scientific level of the works signed with my name and the ethical issues related to them are of the highest value to me”.
Tak jak korekta tego artykułu pana Saeba, która tylko zmotywowały ludzi intensywnych działań.
https://www.pubpeer.com/publications/98CF3CE3B76339857710A3315617B8
A dlaczego sprawa procefusry byla WSA i teraz NSA...
5 lat to można dopracować wniosek i złożyć na nowo. Nie szkoda Panu energii, wyrok sądu nie zmieni decyzji, tylko spowoduje uruchomienie procedury od nowa, jeśli wyrok będzie dla Pana Profesora korzystny.
Nie szkoda Pani Profesorowi czasu?
Czasu to mi szkoda na czytanie tych dziesiątek szmatławych publikacji, które naprodukowaliście. Ale cóż, praca nie zawsze musi być przyjemna. Oczyszczenie szamba zwykle wymaga ubrudzenia sobie rąk.
Cyt."Żeby recenzent wiedział, że musi przeczytać ze zrozumieniem przynajmniej te publikacje kandydata, które zostały przedstawione we wniosku jako najważniejsze, i ocenić ich wartość merytoryczną. A jeśli nie jest w stanie tego zrobić, to żeby się nie podejmował recenzji."
No to W PEŁNI Panu tutaj kibicuję. Bowiem ja też miałem bardzo wątpliwą "przyjemność" zetknąć się z grupą recenzentów z Komisji Habilitacyjnej, którym zachciało się grać rolę, o graniu której nie mieli raczej pojęcia tzn. rolę znawcy tematu w dziedzinie, w której NIE MIELI ŻADNEGO dorobku (nawet słabego - sic!). Już o tym pisałem, więc napiszę w skrócie tak: nie mając nawet słabego dorobku w dziedzinie Y., napisali bez uzasadnienia, że mój dorobek z tej dziedziny jest... słaby.
Przy okazji, polecam tekst być może Panu znany, mianowicie "Historia pewnej profesury" autorstwa Prof. Edwarda Kapuścika (Instytut Fizyki Jądrowej PAN im. Henryka Niewodniczańskiego w Krakowie): tygodnikprzeglad.pl/historia-pewnej-profesury/ . Na uwagę zasługuje m.in. ten fragment ww. artykułu, który mówi, co się działo, gdy sprawa nadania tytułu profesora napotkała opory w Centralnej Komisji cyt."Dodatkowo rada zwróciła się do pięciu najwybitniejszych specjalistów światowych o wydanie opinii o dorobku naukowym kandydata, w tym do światowj sławy prof. Very Rubin (USA), odkrywczyni istotnego efektu potwierdzającego istnienie we wszechświecie tzw. ciemnej energii. Wszystkie te opinie zostały przez Centralną Komisję zlekceważone stwierdzeniem, że uczeni ci nie mają polskiej habilitacji, a więc ich zdanie nie może być brane pod uwagę."
No, TO JEST TO, prawda? Nie jesteś habilitowany? To spadaj. Przecież to znakomicie podsumowuje feudalną mentalność polskiego systemu nauki i szkolnictwa wyższego.
Jeżeli naprawdę użyli expresis verbis określenia "nie ma polskiej habilitacji, a więc jego pozycja naukowa jest niska", to brzmiało to groteskowo. Tylko Polska nadaje polską habilitację a potęgą naukową nie jest. W innych krajach są analogie polskiej habilitacji (zwykle ich nazwa nie jest podobna, bo posługuja się tam innymi językami), zazwyczaj dają one dużo większe prawa i są trudniejsze do uzyskania. Amerykańska tenure jest sto razy mocniejsza od polskiej habilitacji.
Rozmawiałem na ten temat z panem Bukiem i on nic o tym nie wie. Poza tym jest zdziwiony, że jego nazwisko pisane jest z błędem ortograficznym.
Kochana tu nie ma jakości, tylko robienie k z nauki.
Z Bogiem.
Ciągle te, dobra osobiste, godność, cześć i chwała... a brak konkretów, czyli ustosunkowania sie na konkretne zarzuty. A swoją drogą komisja ds Etyki zbadała tę sprawę? Jaką metodologię badawczą przyjęła? Miejmy nadzieję, że model ten jest tak wzorcowy, jak członkowie Rady.
Swoją drogą to ciekawe, że ten pozew w ogóle został przyjęty. Dwa pozwy Politechniki Opolskiej wobec O!Polskiej zostały odrzucone jako bezzasadne.
https://opolska360.pl/cenzura-politechniki-opolskiej-nie-przeszla-sad-odrzucil-wniosek-uczelni#google_vignette
https://opolska360.pl/politechnika-opolska-chciala-nas-cenzurowac-sad-sie-nie-zgodzil
Choć tam chodziło o "naruszenie dóbr osobistych Politechniki Opolskiej" a nie osoby. Dla mnie jako nie-prawnika zdumiewające jest, że mogą istnieć "dobra osobiste" instytucji publicznej, bo przecież przymiotnik "osobisty" pochodzi od rzeczownika "osoba". Nigdy nie mogłem zrozumieć języka prawników.
Też nie mogę zrozumieć ich języka i logiki, jest wręcz absurdalna. Do tego przepisy (celowo?) konstruowane są w taki sposób, aby osobie bez wykształcenia prawniczego trudno było cokolwiek zrozumieć. Trzeba z tym skończyć raz na zawsze, prawo powinno być zrozumiałe dla każdego.
Jako osoba co nieco znająca się na logice, podpowiem, że do zrozumienia prawników trzeba użyć logiki intuicjonistycznej ub nawet rozmytej... ;=)
Kiedyś ludziom wystarczały jako drogowskaz moralny dwie kamienne tablice. Potem przyszli prawnicy.
No proszę, w "kraju pięknym i bogatym w rezerwaty" (jak śpiewali kiedyś Zenon Laskowik z Ś.P. Januszem Rewińskim), i jeszcze w którym zamieszkuje wcale nie tak mała liczba prawników, m.in. dr-ów, dr hab.-ów i prof. dr hab.-ów od nauk prawnych (są jeszcze także specjaliści od... filozofii prawa :=) ), a co roku mury uniwersytetów opuszczają kolejne zastępy elokwentnych świeżo upieczonych absolwentów studiów prawniczych, takie problemy ze zrozumieniem przepisów prawa... No, dajta spokój... ;=) ;=)
Do tego na prawo mamy na UO średnio 10 kandydatów na jedno miejsce a na chemię 0,4. 😒
HUCPA!
Pisałem już o tym w komentarzach pod oryginalnym artykułem w styczniu. Teraz powtórzę słowami z artykułu Paula Brookesa z University of Rochester, jednego z największych weteranów walki z nieuczciwością naukową:
"In light of the recent trend in which those accused of misconduct lawyer up to take on their accusers, a couple of truths should be made clear: first, the data never lie. Second, real scientists don’t need lawyers."
https://www.cambridge.org/core/services/aop-cambridge-core/content/view/B10AC2793CC5DA6DE8A37E6893CB55A4/S1073110525000324a.pdf/misconduct-detection-evolving-methods-and-lessons-from-15-years-of-scientific-image-sleuthing.pdf
Problem w tym, że nasze państwo premiuje spółdzielnie wydawnicze. Praktyka "ja dopiszę Ciebie, Ty dopiszesz mnie" przez kolegów zatrudnionych w innych jednostkach sprawia, że publikacja warta X wprowadza do systemu oceny parametrycznej X * liczba autorów, a każdy autor bierze 100% punktacji. Więc gańmy też nasze państwo. Ludzie bywają słabi, tyle.
Ludzie, którzy "bywają słabi," nie powinni zasiadać w Radzie NCN i mieć wpływu na finansowanie badań naukowych.
Zgoda!
Bohater sprawy strzelił sobie w stopę tym pozwem. Jednym ruchem nagłośnił swoje szemrane praktyki publikacyjne, i skompromitował Radę NCN.
Doradcy PR zawiedli, nawet ci NCN-owi. Gdyby siedział cicho sprawa rozeszłaby się po kościach (znając życie)
Sprawa by przyschła, a strup z czasem sam by odleciał... A tak, znowu krwotok...
Cóż, jeden z wielu znanych nam już przypadków pompowania dorobku.
Wniosek:
Nie należy ludzi nauki zmuszać by pisali dużo.
Należy ich zmuszać by pisali prawdę i odpowiadali za nią.
Należy zrezygnować z czasopism i recenzentów, i publikować na stronach internetowych macierzystych jednostek naukowych.
Zauważmy, że liczba czasopism naukowych na świecie niedługo zrówna się z liczbą uniwersytetów. Niepotrzebnie wyrzucamy pieniądze.
Zarzuty i żądania dosyć zabawne.
"Należy zrezygnować z czasopism i recenzentów, i publikować na stronach internetowych macierzystych jednostek naukowych."
Propozycja jak najbardziej słuszna, pisałem już o tym pod artykułem panów profesorów
Lieberta, Zabielskiego i Mrozowskiego.
"Dlaczego więc nie stworzyć międzynarodowego repozytorium (ewentualnie repozytoriów dyscyplinowych) działającego na zasadach czasopism (redaktorzy, peer-review), ale zarządzanego przez instytucje publiczne? Oczywiście opór wielkich wydawców będzie ogromny, bo zagrozi to ich istnieniu, ale moim zdaniem to jedyna droga aby ograniczyć obecny zalew naukowych śmieci, za których publikowanie płacą wydawcom podatnicy na całym świecie. Niestety, jak już kiedyś pisałem, wymagałoby to też zmiany mentalności znacznej części naukowców, którzy prowadzą badania "dla dorobku", a nie po to, żeby rozwiązać jakiś istotny problem, zdobyć nową wiedzę."
Choć nie rezygnowałbym z recenzji, bo możemy skończyć tak:
https://x.com/MJuzaszek/status/1983152953675657506
A zarzuty i żądania mogą wcale nie być zabawne dla pozwanego.
Dlaczego nie stworzyć międzynarodowego repozytorium (ewentualnie repozytoriów dyscyplinowych) działającego na zasadach czasopism (redaktorzy, peer-review), ale zarządzanego przez instytucje publiczne?
Dlatego, że w ten sposób przytniemy interesy panów (i pań) ze Springera, Elseviera, Wileya e tutti quanti. A oni mają ręce dłuższe niż my.
Międzynarodowe, krajowe i dziedzinowe repozytoria - jak najbardziej. Jak dotąd, w zasadzie tylko rząd USA poważnie traktuje zarządzanie wiedzą w sensie ułatwiania wyszukiwania prac naukowych utrzymując bazę PubMed.
Żeby nie było, że jesteśmy tacy genialni. Pomysły raczej oczywiste. Tylko dlaczego decydenci nie chcą tego słuchać? 🙁
https://royalsocietypublishing.org/doi/epdf/10.1098/rsos.251805
Żeby nie było, że jesteśmy tacy genialni. Pomysły raczej oczywiste. Tylko dlaczego decydenci nie chcą tego słuchać? 🙁
https://royalsocietypublishing.org/doi/epdf/10.1098/rsos.251805
Nie wiem, z jakiego Pan jest pokolenia, ale sądząc z komentarzy raczej nie z najmłodszego, więc może Pan pamięta, że dostęp do PubMedu mamy dzięki decyzji Ala Gore's z 1997. W ten sposób USA wspomagają naukę w krajach mniej rozwiniętych. Na studiach doktoranckich miałem do niej dostęp tylko dlatego, że odbywałem je w uczelni amerykańskiej. Może Trumpowi się przypomni, że znowu warto by na tym zarobić. Brrr.
Czy może chodzi o osobę związaną ze specjalistą od cudownego rozmnożenia pomidorów?
https://pubpeer.com/publications/AE2681CC922CE877E4F9B10DA62E01
Oj przepraszam, nie skopiował mi się link z klątwą Vickersa, 2 razy wstawiłem link do gładkich widm IR.
https://www.pubpeer.com/publications/B0FD12CD37B0B30838DD0C35AE9896
I truskawek:
https://www.pubpeer.com/publications/66112F1BE5796818B9DD273453F371
i kiwi
https://www.pubpeer.com/publications/1F23766018370A3611A033B3F05AD9
i cudownie gładkich widm IR
https://www.pubpeer.com/publications/6BFB4176148FFEED1A16644039CC77
i obciążonym klątwą Vickersa
https://www.pubpeer.com/publications/6BFB4176148FFEED1A16644039CC77
i pożyczającym obrazy TEM z innych publikacji
https://www.pubpeer.com/publications/367A988F060A9C55F3D20E77D96050
Wszechstronnie uzdolniony człowiek, a tak go szykanują.