Niskie dochody, brak swobody w planowaniu kariery i ograniczone możliwości rozwoju – to główne powody, dla których doktoranci rezygnują z kontynuowania kariery w nauce. Badania przeprowadzili naukowcy z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Zespół Katedry Badań nad Nauką i Szkolnictwem Wyższym UMK w Toruniu pod kierunkiem dr. hab. Dominika Antonowicza realizuje grant, mający na celu poznanie motywów podjęcia kształcenia w szkołach doktorskich, przyczyn rezygnacji z kariery w akademii, a także określenie z perspektywy doktoranta roli promotora w procesie kształtowania ścieżki naukowej. Badania jakościowe dopiero przed nimi, ale poznaliśmy już pierwsze wyniki (jeszcze niepublikowane) badań ilościowych. Przeprowadzono je pod koniec ubiegłego roku na próbie 1157 osób. Wśród ankietowanych przeważały kobiety (56%), większość pracuje zawodowo (70,3% w naukach społecznych; 67,5% w naukach medycznych i o zdrowiu; 42,5% w naukach ścisłych i przyrodniczych), a 26,4% ma na utrzymaniu rodzinę.
Głównym motywem podjęcia kształcenia w szkole doktorskiej była dla respondentów możliwość samorozwoju. Tym kierowało się aż 73,5% doktorantów. Nieco mniej chciało w ten sposób realizować własne zainteresowania (66,7%). Niespełna połowa myślała o perspektywie zatrudnienia w nauce (46,3%). Pojawiały się też odpowiedzi wskazujące na prestiż związany z posiadaniem stopnia doktora (35,6%) oraz silniejszą pozycję na pozanaukowym rynku pracy (25,5%).
– W naszym środowisku doktorat rozpatrywany jest w kategorii awansu, natomiast osoby spoza tego świata mogą nieco idealistycznie postrzegać to jako źródło prestiżu akademickiego. Podobnie naiwne myślenie może towarzyszyć tym, którzy przychodzą do nauki, myśląc, że będą robić swoje, nie oglądając się na innych, co też wyszło w naszych badaniach – komentuje dr Krzysztof Wasielewski z Instytutu Socjologii UMK.
Pytani o plany zatrudnienia po obronie dysertacji, respondenci w nieznacznej większości (51,6%) podawali uczelnię jako miejsce przyszłej pracy. Co czwarty widział się poza nauką (25,6%), zaś 22,8% nie miało jeszcze sprecyzowanych planów co do przyszłości.
Naukowcy postanowili sprawdzić, jakie są przyczyny odchodzenia z nauki po doktoracie. Jak można się było spodziewać, dominują kwestie finansowe – aż 79,8% podało niskie dochody jako powód, dla którego zamierzają podjąć pracę poza sektorem nauki.
– To zniechęca nie tylko do pracy w nauce, ale w ogóle do podejmowania studiów doktoranckich. Zwłaszcza na kierunkach ścisłych i przyrodniczych da się zaobserwować silną pokusę ze strony rynku, co odgrywa niebagatelną rolę przy podejmowaniu decyzji przez młode osoby. W przypadku kierunków humanistycznych i społecznych idealizm związany z postrzeganiem nauki jest o wiele większy i on jeszcze zatrzymuje tych ludzi w akademii – komentuje dr Krzysztof Wasielewski.
Wśród innych odpowiedzi znalazły się: brak swobody w planowaniu kariery (48,6%) i ograniczone możliwości rozwoju (35,8%). Brak możliwości zatrudnienia w macierzystej jednostce to wystarczający powód do odejścia z nauki dla 14,7% ankietowanych. Co dziesiątego do odwrotu skłoniła silna konkurencja.
Wymowne wyniki uzyskano w części poświęconej nauce i kształceniu w szkołach doktorskich z perspektywy doktorantów. Ponad połowa (56,5%) uważa, że prowadzone w Polsce badania są realizowane na wysokim poziomie. Niewiele mniej (54,7%) jest zdania, że stosunki międzyludzkie w nauce mają charakter feudalny.
– W mojej ocenie to kluczowy aspekt determinujący ścieżkę kariery doktorantów. Kiedy o ich dalszym rozwoju naukowym mają decydować czynniki zewnętrzne, niezależne od nich, pojawia się pytanie o sens pozostania w akademii. To może skutkować odpływem najzdolniejszych – tłumaczy Wasielewski.
Z kolei zdaniem 52,8% badanych duża część zajęć prowadzonych w ramach studiów doktoranckich jest nieprzydatna. I jeszcze jedna ciekawa obserwacja – blisko 23% doktorantów odpowiedziało, że praca w nauce umożliwia życie na dobrym poziomie.
Badacze z UMK zapytali też o rolę promotora w procesie kształtowania ścieżki naukowej. Aż 79,7% oceniło, że relacje między promotorem a doktorantem oparte są na współpracy. W tej grupie uważa tak 69% doktorantów kształcących się w instytutach Polskiej Akademii Nauk oraz 81% – na uczelniach. Powyżej tego odsetka lokują się doktoranci w naukach humanistycznych i społecznych, którzy znacznie częściej niż pozostali dostrzegają tę współpracę (82%). Dla 22% z tego szerokiego grona kooperacja nie jest jednak warunkiem przesądzającym o pozostaniu w nauce – zamierzają oni pracować poza tym sektorem. Dla porównania, wśród tych, którzy są zdania, że relacjom między doktorantem a promotorem daleko do współpracy, swoje miejsce poza nauką widzi 46%. Co więcej, 55% w ogóle nie podjęłaby ponownie kształcenia, właśnie z uwagi na brak współpracy. Temat ten poruszała niedawno na naszych łamach także dr hab. Ilona Świątek-Barylska, przewodnicząca Ogólnopolskiego Porozumienia Szkół Doktorskich.
– Część kadry akademickiej jeszcze nie przestawiła się ze „starych” studiów doktoranckich. Traktują doktoranta jak obowiązek, który w najlepszym razie realizuje się niejako przy okazji innych zadań. Kluczowe jest więc zbudowanie relacji z doktorantem, bo ma ona kluczowy wpływ na przygotowanie rozprawy w terminie – mówiła nam Świątek-Barylska.
Badani doktoranci wypowiadali się też o roli promotora w procesie kształtowania ścieżki naukowej. Dla 70,3% biorących udział w ankiecie, to on jest kreatorem tej ścieżki, przy czym w naukach humanistycznych uważa tak 60% osób, w naukach medycznych i o zdrowiu – 84%. Więcej niż co trzeci doktorant (36%) jest zdania, że otrzymanie przez niego pracy w jednostce, w której przygotowywana jest rozprawa, zależy od pozycji, jaką promotor ma w środowisku. Ponad połowa (55%) sądzi, że to kwestia wpływu dziekana.
– Młodymi ludźmi podejmującymi kształcenie w szkole doktorskiej kieruje idealizm, a nie pragmatyzm – podsumowuje dr Krzysztof Wasielewski. – Im bardziej sformalizowana jest współpraca z promotorem, tym większe niezadowolenie studentów, a za tym idzie – większe zainteresowanie pracą poza nauką. Ograniczenia możliwości wyboru promotora, tematu pracy czy kształtowania własnej kariery mają wpływ na postrzeganie sprawiedliwości w nauce i wybory zawodowe po ukończeniu kształcenia.
Badania ilościowe to pierwszy etap projektu naukowców UMK. Przed zespołem jeszcze badania jakościowe oparte m.in. na dzienniczkach wypełnianych przez doktorantów oraz wywiadach z dyrektorami szkół doktorskich. Będą realizowane w najbliższych miesiącach.
Mariusz Karwowski
Tylko współpraca z policją polityczną. Można zrobić hab i zostać prof szybko i bezboleśnie. Do tego załapać się do polityki i jeść frykasy ze spiżarni cezara....Niestety mnie nieudacznika, pacyfistę i nihilistę oraz ateistę nawet organy przemocy nie chcą w swoich szeregach dlatego wyborem jest rolnictwo i pomoc w pracach na roli. Żeby tylko kręgosłup wytrzymał....
Obroniłem doktorat z humanistyki. Mam dość nauki. Niekończąca się presja, stres, praca po godzinach, granty które ciągle odpadają, bo za mało międzynarodowe. Płaca przeciętna. Pragnąłem głębi, zrozumienia świata i w sumie to osiągnąłem, tylko w innym wymiarze. Wiem już, że humanistyka jest bez sensu i szkoda na nią zawodowego czasu. Jako hobby jest ok.
Niestety tryb uzyskiwania stopni naukowych, a tym samym feudalizmu "chłopa pańszczyźnianego" jest nieunikniony... chyba, że po rodzinnemu jestem w nauce....., .jak słusznie pisze "aspirująca naukowczyni"... potencjał naukowy młodego człowieka, rzadko jest dostrzegany......,rządzą się te same prawa co w innych pracach.....
By zostać naukowcem trzeba
A. Mieć w rodzinie wuja, ciotkę, mamę, teściową itp. którzy już są naukowczyni
B. Mieć ogromne szczęście, i zrobić dr i Jan w terminie ustawowym ..
C. Inne mniej jasne względy.....
Bardzo słuszne uwagi. Polityka faudalna i traktowanie doktorantów lub asystentów jak "chłopów pańszczyźnianych" jest - przynajmniej w mojej jednostce normą. A każda próba zgłaszania mobbingu kończy się sabotowaniem współprac i wyniszczaniem psychicznym.
Zniesienie wymogu habilitacji doprowadziło do stagnacji w nauce. Wielu adiunktów zatrudnionych już wcześniej na uczelni nie podejmuje wysiłku, aby starać się o kolejny stopień naukowy. Nie ma rotacji po 8 latach zatrudnienia na uczelni bez habilitacji, więc nie ma też miejsc pracy dla nowy zdolnych doktorów. Negatywnie oceniam ten stan rzeczy. Duża w tym "zasługa" byłego ministra nauki Gowina
Jako aspirująca naukowczyni dodam kilka słów od siebie. Po pierwsze być może więcej osób podjęłoby się kariery naukowej, gdyby wykładowcy umieli i chcieli dostrzec w studencie potencjał. U mnie potencjał ten nie został dostrzeżony, wszystkie konferencje, informacje o publikacjach , wydarzeniach naukowych znajdowałam na własną rękę. Wielu wykładowców po tym, gdy dowiedzieli się, że rozwijam się naukowo, zmienili swój stosunek do mojej osoby na gorszy. Działania takie jak ghosting czy blokowanie w mediach społecznościowych (oczywiście przez te osoby) stały się elementem mojego codziennego życia. Nie mówię, że nie ma wykładowców wspierających studentów, bo tacy też są, niemniej jednak należą do mniejszości. Druga kwestia to wynagrodzenie i nakład pracy. Pracując w korporacji czy w urzędzie pracuje się przez 4,6, 8, godzin dziennie i potem fajrant, w przypadku kariery naukowej jest to praca 24/7. Sektor pozanaukowy oferuje swoim pracownikom wszelkiego rodzaju benefity pozapłacowe i wysokie wynagrodzenie (nawet do 10000 na rękę), zaś początkujący naukowiec może zarobić nawet do 5 razy mniej. Jestem absolwentką filologii germańskiej, miałam w planach skladać dokumenty do szkoły doktorskiej, jednak coraz częściej zaczynam powątpiewać w sens kariery naukowej, tym bardziej, że widzę, kto faworyzowany jest przez profesorów - studenci całkiem przeciętni, bez przysłowiowych jaj, z oklepanymi tematami. Dodam, że ilość maili z propozycją współpracy wysłanych do wykładowców z różnych ośrodków akademickich mogę liczyć w tysiącach.
Dziękuję za ten komentarz. Jak wspomniałem kiedyś żeby wiedzieć dlaczego tak jest trzeba Wam wszystkim przypomnieć do czego służy doktorat w Polsce i jak wyglądała selekcja kadry naukowej do pracy. To wszystko wyjaśnia. Po pierwsze doktoraty powstały jako darmowa sila robocza w publicznej instytucji aby nie trzeba było zatrudniać osoby na etata w zamian za prestiż pracy chwilowej na uczelni ze studentami oraz drugi powód aby kadra miała dorobek naukowy w przypadku wypromowania doktoranta do profesora belwederskiego. Drugi powód jest historyczny. Uczelnie po 1989 stały się miejscem tajnych współpracowników SB i agentów oraz ich dzieci i rodziny. Aby mieć prace w instytucji publicznej. Komuna faworyzowała lojalnych władzy ludzi słabych i przeciętnych. Ci najlepsi którzy nie współpracowali powyjezdzali w świat i pracują w dobrych ośrodkach akademickich zagranicą. W Polsce zostają najsłabsi. Negatywna selekcja kandydatów do pracy. Czwarty powód tutaj chodzi o kasę. Abyś przypadkiem nie dostała jakiś grantów czy dotacji. Aby kasa została wśród swoich. Lub nie wymieniła że badania są robione na papierze a granty wyludzane i rozliczane formalnie z instytucjami publicznymi. Moim zdaniem ciesz się że ciebie nie chcą bo oni sami sobie wystawiają świadectwo jako słabych maluczkich ludzi którzy boją się kumatych proaktywnych ludzi jako konkurencję. Na twoim miejscu zastanowiłbym się nad doktoratem zagranicą do krajów niemieckojęzycznych. Większy prestiż, normalne warunki pracy oraz wieksze możliwości dostania pracy w przemyśle lub biznesie po doktoracie . Po piąte nie masz poparcia kogoś ważnego albo udają że ciebie popierają a tak naprawdę skrycie nienawidzą i ignorują. Powodzenia
Pomyśl jeszcze sobie na koniec ze politycy z prawa i lewa nienawidza inteligentnych ludzi dlatego szkolnictwo w Polsce jest w stanie agonalnym. Za parę lat wrócą politycy prawicy z czarnkiem. To dobitnie pokazało że w Polsce dobrze się ma polska powiatowa gminna czerpiąca wiedzę o świecie z telewizora tiktoka czy od księdza. Również polskie społeczeństwo zdurniało przez parę lat. Koleżanka z kraju zachodniego uczyła wajacyjnie angielskiego w szkole średniej. Polka emigrantka. W szoku była że w Polsce nie wymaga się odrabiania prac domowych czytania książek. Bo tak mówi konstytutycja. To mówiła jej dyrekcja i dzieci. Oczywiście na nią było najwięcej skarg bo najwięcej wymagała od uczniów którzy nie chcieli się uczyć. Mówiła że takiej ciemnoty wśród dzieci w Polsce to ona na zachodzie nie widziała. Dzieciaki były ciemne mialy problem nawet z językiem polskim czy rozumieniem tekstu pisanego. To będzie tragedia.
Nie pchaj sie na doktoraty ani pracy na uczelni, to jest budzetowka w polsce czyli patologia, poczytaj sobie komentarze obrazujace mentalnosc i poziom uczonych.
no zacznijmy od tego ze 2 branze tj wojsko i sluzba zdrowia, zawsze były tak upolitycznione ze nie matura, lecz…..
teraz doszła nauka, mamy błyskawiczne habilitacje (vide opis onetu), plagiaty, dopisywanie (jak p wiceministra) tytuły są do kupienia, wystarczy władza… -jak we wrocku prezydent z MBA,
NO I JEST SIE EKSPERTEM,
a uczelnie nic nie dbają o poziom, reputację bo zbiorą certyfikaty tak jak jeden ze szpitali w rejestrze statków.
Jakość spada chory na samą informację ze szpital ma iso powinien już być zdrowy.
prosze sprawdzcie ilu jest lekarzy, pielegniarek (ale przy chorym nie np z komitetów) ilu pracowników administracji, psychologów, dietetyków, koordynatorów… same jemioły
Boli mnie serve jak to widzę. Głównie dlatego że sama jestem pracownikiem uczelni. I wiem że najwięcej pracy czyli godzin dydaktycznych wyrabiają Asystenci którym żadne funkcyjne dodatki nie przysługują. Zasuwam więc tak od 10 lat za 4700 brutto. Żeby dostać awans musiałabym całować kogoś w tyłek a jakby nie mam za bardzo na to ochoty.
I wiem to co mówię bo moja koleżanka jest doktorem habilitowanym i żeby ten stopień zdobyć musiała pokonać wiele kłód pod nogi wrzucanych przez szefową która jest tylko doktorem ale za to Żoną prof. z innej katedry. Tymczasem władze uczelni za poklepywanie się po pleckach dostają pensje kilkanaście razy wyższą od mojej. W dodatku dodam że na uniwersytecie na którym ja pracuję zasady zostawania prof. uczelni są wręcz kuriozalne. Po prostu jest to uznaniowe. I tak np. moja obecna szefowa z doktoratem ale za to była konkubina profesora emeryta Została kierownikiem pełniącym funkcję oraz prof. uczelni. Tymczasem inna osoba z habilitacja, młodsza A także bliżej związana z dyscypliną naukową katedry która niczyją konkubiną nie jest ani nie była nadal pracuje na szeregowym stanowisku. Tak jest na każdym prawie wydziale. We władzach siedzą osoby które są czyimś kolegą koleżanką, konkubiną, wujkiem, siostrą. Podobnie w komisjach różnego rodzaju. Tymczasem realnie ze studentami pracują asystenci za najniższą pensję. Chyba nie muszę dodawać że nie da się za te pieniądze utrzymać i 100% pracowników ma inne źródło dochodu, a praca na uniwersytecie to praca dodatkowa. Czy w takiej sytuacji komukolwiek chciałoby się starać? Wątpię
Patologiczne stosunki na uczelniach, które zobrazował Zanusii w „Barwach ochronnych” bledną w świetle tego, do czego wyewoluowały struktury akademickie w kapitalizmie.
Stały się one czymś na kształt quasi-feudalnych dworów, które nie tylko że pasożytują na budżecie centralnym („w zamian” wypuszczając absolwentów, którzy 40 lat temu nie zdaliby nawet matury), ale jednocześnie ich górne eszelony transplantują wzorce bizantyjskiej arogancji i pogardy dla „plebsu” do świata polityki, czego typowym reprezentantem jest doktor dewelo-ekonomii .
Problem tkwi w tym, że doktoraty nie mają opinii odpowiadającej tym 5-6 latom poswieconych, praca na etacie jest więcej warta dla kariery. Dlaczego 5-6? Takie było podejście na Politechnice Poznańskiej jak ja kończyłem mgr, że nikogo nie dopuszczają do obrony po 4 latach, i mało kogo po 5. Z takim podejściem lepiej iść do przemysłu albo działu projektowego, gdzie jak trafisz na szefa wariata albo kiepskie projekty możesz zmienić pracę. Na uczelni doktorant jest zakładnikiem kółka wzajemnej adoracji
Głównym powodem odejścia po obronie doktoratu z uczelni jest brak etatów i często kolejki czekające na konkurs dla siebie. Z prowadzenia 2 zajęć na u-z nikt się niestety nie utrzyma. Dziękuję za przeczytanie mojego TED talk.
A po co komu praca na etat za 4800 zł brutto w wieku 30 lat?
"Młodymi ludźmi podejmującymi kształcenie w szkole doktorskiej kieruje idealizm, a nie pragmatyzm". A co z tymi 51,6%, co planują pozostać w nauce? To jest prawie 600 osób tylko w tej ankiecie! Dla ilu z nich znajdzie się miejsce? Postawa idealistyczna. Na moim wydziale w ciągu ostatnich pięciu lat zatrudniono jedną osobę. Najmłodsi pracownicy mają około 40 lat. Taka nasza "młodzież", co już powinna kierować własnymi zespołami badawczymi w normalnym świecie. Proszę przejrzeć sobie BIP i zobaczyć, że tych konkursów po prostu nie ma. A jak już są, to pod konkretną osobę.
Kadra naukowa narzeka, że po reformie jest za mało doktorantów. A po co im więcej, skoro nawet dla nich nie ma pracy? Mam koleżanki ze stopniem, 2023 rok, pierwszy rocznik absolwentów szkół doktorskich. One też sobie planowały. Miały staże zagraniczne, doktoraty z wyróżnieniem i publikacje. Teraz nie mogą znaleźć etatu. Z Polski nie wyjadą ze względu na sytuację rodzinną.
W dzisiejszej nauce im większa jest przerwa w prowadzeniu badań, tym trudniej potem będzie nadrobić. Przynajmniej jak się jest na początku drogi naukowej. One już wypadają z systemu, zostanie im tylko dr na wizytówce.
Nie jestem pewien, czy to badanie dotyczylo doktorantow, ktorzy jeszcze nie obronili doktoratu, czy moze raczej po obronie. To sa jednak dwie rozne grupy.
Jesli zas chodzi o losy doktorow po obronie, to wydaje mi sie, ze znaczaca wiekszosc powinna szukac pracy w instytucjach nie-naukowych. A to dlatego, ze etatow w nauce jest zawsze bardzo malo. Juz dosyc stare badania Royal Society pokazuje, ze w UK okolo 80% doktorow znajduje prace poza nauka, przy czym ci doktorzy, ktorzy z nauce zostaja, w znakomitej wiekszosci znajduja miejsce pracy w instytucjach rzadowych i w przemysle. Na uczelniach zostaje ulamek calosci.
Prosze spojrzec tutaj na Figure 1.6:
https://royalsociety.org/-/media/policy/publications/2010/4294970126.pdf
Natomiast z komentarzy tutaj przebija dosyc niepokojacy przekaz na temat tego, jak etaty sa rozdawane na uczelniach polskich. Wydaje mi sie, ze etaty te powinny byc zdecydowanie zajmowane na zasadach otwartego konkursu, bez znajomosci i kumotorstwa. Wtedy jest szansa na zatrudnienie kogos, kto moze byc najlepszy dla danego wydzialu lub uczelni, w sensie produktywnosci i tego, jak przyklada sie do wzrostu danej jednostki akademickiej.
@ Marcin Przewłoka
Dziękuję za link. Ciekawe opracowanie.
Wydaje mi się, że mamy w Polsce za dużo jednostek naukowych i przez to trudno je utrzymać na dobrym poziomie. Ludzie z grantami szukają doktorantów i ludzi na staże podoktorskie, a nie odwrotnie. To wskazuje, że zarówno studia doktoranckie, jak i czasowa praca po doktoracie są tu mało atrakcyjne.
Sondaże zadowolenia z pracy naukowej prowadzone wśród doktorantów niewiele do naszej wiedzy wniosą.
Dobrze by było natomiast wiedzieć ile osób zgłasza się na rozpisywane konkursy na poszczególne stanowiska. To dobra kategoria do rankingu jednostek naukowych.
Chciałbym zobaczyć w Polsce choć jedną uczelnię, gdzie na stanowisko profesora zgłasza się więcej niż 20 osób.
@Przemo
Z tego, co obserwuje, wydaje mi sie, ze polska nauka jest system bardzo zamknietym, bardzo izolowanym od reszty Europy.
Brak pieniedzy, ale rowniez niejasne reguly i ten "izolacjonizm" sprawia, ze bedzie bardzo ciezko otworzyc sie na naukowcow z zewnatrz.
Mam nadzieje, ze moja wizja jest zbyt pesymistyczna, i ze w rzeczywistosci jest lepiej w tym temacie.. :-)
Żeby otworzyć się na świat trzeba znać biegle języki obce i coś umieć praktycznego zawodowo. wtedy zacznie się współpraca. A tak zostaje erazmus staż, konferencja i wyprodukowane makulatury . Tak wygląda współpraca. Nikt normalny nie weźmie Polaka starego dziadka żyjącego mentalnie w PRL do współpracy jakiejkolwiek. A za parę lat czeka was powrót czarnka jarka i reszty ferajny. Wiec po co dotować upadające uczelnie?. Komu będą potrzebni samodzielnie myślące osoby. Wystarczy odmówić pacierz, policzyć do trzech i podpisać się. Ja jestem pewien że skrajną pracownica wygra następne wybory parlamentarne. Już wybory prezydenckie pokazały jaki mądry jest naród. Współczuję wam wszystkim.
To jest ważne zdanie w tej opinii, po Dr w Polsce nie mogły znaleźć pracy w zawodzie nawet na etacie. To znaczy ze polska gospodarka nie potrzebuje do pracy ludzi z tytułami naukowymi. To jest tragedia dla młodej osoby potem ze jest przekwalifikowana i ze wypada nie tylko z obiegu naukowego ale z rynku pracy.
Nie ma czegoś takiego jak osoba przekwalifikowana. To brzmi jak klasyczne "w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem"
Problem tkwi w tym, że doktoraty nie mają opinii odpowiadającej tym 5-6 latom poswieconych, praca na etacie jest więcej warta dla kariery. Dlaczego 5-6? Takie było podejście na Politechnice Poznańskiej jak ja kończyłem mgr, że nikogo nie dopuszczają do obrony po 4 latach, i mało kogo po 5. Z takim podejściem lepiej iść do przemysłu albo działu projektowego, gdzie jak trafisz na szefa wariata albo kiepskie projekty możesz zmienić pracę. Na uczelni doktorant jest zakładnikiem kółka wzajemnej adoracji.
@Marek
Jesli w jakims miejscu rzeczywiscie panuja zasady, ktore mowia, ze "nikogo nie dopuszczają do obrony po 4 latach, i mało kogo po 5", to znaczy, ze trzeba z tego miejsca uciekac bardzo szybko. I lepiej nie wracac.
Jestem pewien, ze sa profesje, w ktorych lepiej miec doswiadczenie, niz doktorat (np. biznes), ale podejrzewam, ze wtedy osoby, ktore chca robic biznes po prostu pracuja, a nie rozwazaja robienie doktoratu.
@ewf
Jesli tak jest, to rzeczywiscie jest problem. To moze oznaczac, ze robienie doktoratu w Polsce to strata czasu, a to nie bylby dobry znak zarowno od strony spolecznej, jak i od strony gospodarki kraju. I oczywiscie od strony rozwoju nauki tez nie.
Przypomne to, co jest trescia tej ilustracji, o ktorej mowie w moim komentarzu: 80% doktorow w Wielkiej Brytanii znajduje prace poza nauka. W nauce (glownie prywatne firmy) pracuje 20% doktorow, 3.5% doktorow zostaje na uczelniach.
Ciekawy jestem, jak te liczby wygladaja w innych krajach Europy.
Nie chce aby to zabrzmiało brutalnie. Niestety nie dyplomy, nie tytuły naukowe, nie chęci ani nie potencjał nie pomoże przebić młodym ludziom na nieludzkim rynku pracy w Polsce. Popatrz się, była afera kolegium tumunamum do kupowania dyplomów MBA, był szum medialny, coś tam prokuratura robi z sadem, ale czy ktoś z tego zacnego grona samorzadcow zwrócił kasę niesłusznie wyłudzoną? nie. Tutaj liczy się chamstwo, buractwo i pogarda dla ludzi wyedukowanych. Niestety rozum przegrywa z wiara i kościołem. Dlatego tez jest źle ze politycy ładowali miliony w kościół i rydzyka głodząc nauczycieli. Tak samo w propagandę w media głównego nurtu, po co czytać książki i mieć własne zdanie. Tutaj logia i rozum przegrywa z zabobonem i myśleniem życzeniowym. Jak ma dobrze być w takim pato kraju?
Słuszna uwaga. Gdyby w Polsce umiejętności osób z doktoratem dało się wykorzystać w przemyśle czy biznesie, byłoby to dobre dla całej gospodarki. Jednak ofert pracy na takim poziomie umiejętności jest mało, w dodatku są one nierównomiernie rozłożone. Ktoś po szkole doktorskiej w naukach ścisłych jeszcze może się odnajdzie, ale wysoko wykwalifikowany specjalista po doktoracie w naukach społecznych już niekoniecznie. Polski biznes nie dostrzega wartości pozyskania doktora dla firmy, inaczej jest w Niemczech czy w UK. Piszesz, że masz PhD i od razu cię zapraszają na rozmowę.
Możesz mieć dobrze opanowaną teorię i metodologię badań społecznych, ale co z tego? Nasze czołowe think tanki robią zwykłą publicystykę, bez żadnej metody, bez badań empirycznych. Szefowie takich think tanków nierzadko mają doktoraty wątpliwej jakości. Firmy konsultingowe po prostu ściemniają, żeby zarobić na kliencie. Administracja publiczna woli przyjąć przeciętniaka po magisterium. To dlatego, że nie ma u nas kultury empirycznych badań społecznych. Politykę się planuje i wdraża w oparciu o czyjeś widzimisię, a nie o rzetelną analizę danych. Gdyby było odwrotnie, to nagle by się pojawiło zapotrzebowanie na ekonomistów, politologów i socjologów także poza nauką.
@KS
Pewien profesor z czasow moich studiow mawial, ze nawet jak przyjdzie do kopania dziury w ziemi, do doktor zrobi to lepiej, niz nie-doktor.
Jakkolwiek mam watpliwosci co do tego konkretnego przykladu, to jednak rzeczywiscie niezaleznie od dziedziny od kogos z doktoratem mozna oczekiwac wiecej (wlaczajac te tzw. soft skills), niz od kogos bez doktoratu. Innymi slowy, lepiej zatrudniac tych z PhD.
Nie ma nic zlego w tym, ze ludzie po doktoracie zmieniaja kierunek swojej kariery. Kiedy to robia, ciagle sa przeciez w stanie wykorzystac swoje umiejetnosci, ktore nabyli w czasie robienia doktoratu.
W Wielkiej Brytanii okolo 3.5% doktorow (PhDs) znajduje ostatecznie stala prace na uczelniach. Wyjscie z kregu akademickiego po doktoracie to nie porazka, blad czy przegryw. To normalna droga rozwoju i kariery.
Nie jest prawdą, że na każdym stanowisku lepiej zatrudniać z doktoratem niż bez.....piszę to z perspektywy 35 doświadczenia
@Kate
Pozwole sobie tutaj wkleic to, co AI Googla mowi na ten temat. A to dlatego, ze w pelni sie z tym zgadzam, i rowniez czesciowo odpowiada to na Pani komentarz:
In most scenarios, it is advantageous for an employer to hire a PhD than a non-PhD, particularly for positions requiring specialized knowledge, research, or leadership roles. However, the specific circumstances of the job and the candidate's qualifications play a crucial role in determining which candidate is best suited for the position.
To nie jest niepokojący przekaz, a rzeczywistość. Miałem okazję robić doktorat na obecnie uczelni badawczej, przez 3 lata słyszałem "tak, tak, chętnie zatrudnimy itp", a potem "niestety nie ma godzin". Tak nie było, że potem bodaj w niecałe 2 lata zatrudniono 4 osoby na pełen etat, a mnie w międzyczasie wybierano jako kandydata do nagród dla absolwentów. Udało mi się dostać po projekcie z NCNu i NCBRu, więc jeszcze się pokręciłem na uczelni przez 3-4 lata, potem ciągłości zabrakło, bo akurat kolejne projekty odpadły w NCNie, tematu zatrudnienia zupełnie nie było i niby tyle. Ale jak wyszło, że przenoszę się pół Polski dalej na inną uczelnie to nagle wszyscy na wydziale łącznie z władzami, że no wielka szkoda, że co się stało, że się przenoszę. A w międzyczasie mailowałem z ówczesnym rektorem, który mi napisał, że on to się zgadza, że zasługuje na etat i wgl, ale co on może. Obecnie mamy klęskę urodzaju, bo projekt z ministerstwa, z NAWY i kilka z NCNu i w sumie to się ostatnio śmiałem z kumplem, że czekam tylko na telefon z poprzedniej uczelni, że "wiesz co, jest taka głupia sprawa"...
Co do tych 4 osób zatrudnionych w ramach braku godzin to od tego czasu mamy myślę porównywalny dorobek publikacyjny (ja vs oni) przy czym część ich publikacji to było w ramach moich projektów, bo wciąż współpracowaliśmy (absolutnie nie winię tych osób za tą sytuacje, wręcz rozumiem, że po prostu chcieli pracować), mam nieskończenie więcej projektów (bo jeśli dobrze pamiętam z matematyki wynik dzielenia przez 0 zmierza do nieskończoności), a 2 z tych 4 osób już w ciągu chyba 3 lat odeszły z uczelni.
Także tak wyglądają realia, czyjeś widzimisię ma znaczenie, a na dodatek ogólne gremium w stylu rada wydziału nic z tym nie robi.
Dostałem zaproszenie na konkurs na uczelni gdzie prowadziłem zajęcia na uz. Oczywiście z konkursu nic nie wyszło, bo na spotkaniu się dowiedziałem że "no w zasadzie to byśmy chcieli z doktoratem". Pan niewiele publikuje, w zasadzie to podziękujemy. A po konkursie odebrałem telefon czy bym nie poprowadził zajęć które miał dostać zwycięzca konkursu, którego nie było. Tak że tego, chyba coś nie tak 🤣🤣🤣
@Asdfgh
Tak W naszej branzy definicje sa wazne.
Tak wiec jest rowniez wazne, co w tym przypadku nazywamy "konkursem", szczegolnie takim, ktory chcielibysmy ocenic jako rzetelny i profesjonalnie przeprowadzony.
@AH
No wiec mi wlasnie chodzi o to, aby to "tak, tak, chętnie zatrudnimy" nie napedzalo rekrutacji. Oczywiscie, kazdy moze i powienien probowac, jesli uwaza, ze pasuje, powinien aplikowac, ale tylko otwarte konkursy naprawde zwiakszaja szanse na zatrudnienie wlasciwej osoby na wlasciwe stanowisko.
Im wiecej otwartosci, jasnych kryteriow, oczekiwan i uczciwej oceny, tym lepiej. Oczywiscie, nie wyeliminuje to kumoterstwa calkowicie, ale im tego mniej, tym lepiej.
Obecnie na platformie Nature Careers jest 45 ogloszen z Danii oraz 2 ogloszenia z Polski.
@Marcin Przewloka
Ja jestem za, wtedy nie miałbym żadnych problemów. Generalnie na te kilka osób były konkursy, ale była też magiczna klauzula "konkurs może zakończyć się bez wyłonienia kandydata", także moje w tych konkursach startowanie szkodziłoby jedynie młodym ludziom, którzy chcieli pracować, uczelni by to zupełnie nie dotknęło.
Niestety podobnie jak w wielu innych aspektach życia w naszym kraju, ewolucja wymaga czasu i odejścia wielu osób jakbyśmy nie zaklinali rzeczywistości.
@AH
Klauzula "konkurs może zakończyć się bez wyłonienia kandydata" jest OK.
Znacznie gorzej, jesli mniej oficjalna klauzula brzmi "konkurs musi zakończyć się wyłonieniem tylko TEGO i nie innego kandydata" (zanim nawet konkurs sie rozpocznie).
Wtedy jest problem.
Moja interpretacja tych wyników jest dokładnie odwrotna. Ponad 50% chce nadal pracować w akademii. To o wiele za dużo!
Jeśli w danej dyscyplinie w SD jest 6 doktorantów, to 3 która chce pracować w nauce do dużo? Przecież rekrutacja na SD jest obecnie sitem. Bez publikacji nie da się dostać.
W naukach ścisłych i przyrodniczych proporcja powinna być 9 doktorów do biznesu, 1 na postdoca. Po posdoku 5 do biznesu, 1 do akademii.
gdzie się nie da dostać? gdyby to był wyznacznik zatrudniania, to może nauka szłaby do przodu...
Zależy od dziedziny - w naukach ścisłych i przyrodniczych jest więcej miejsc niż kandydatów :)
W ścisłych i przyrodniczych faktycznie jest źle. Ale w naukach społecznych jest prawdziwe sito, czasami 8-12 osób na miejsce na takim UW czy UJ. Tam doktorant zawsze przyjdzie. Jak ktoś się dostał, to świadczy, że coś potrafi. Niestety występują różnice pomiędzy artykułami doktorantów z tych ośrodków a całą resztą. Są też miejsca, gdzie nikt nie chce robić doktoratu, chyba że dla stypendium i zabawy.
Zależy od SD u nas zwykle więcej kandydatów niż miejsc.
Jeszcze dodałabym poziom doktoratów.
Przykład wiceminister Myrcha. Rozprawa doktorska ,,Postępowanie ustawodawcze". Mniej wyrazów się nie da.
Sro kilkadziesiąt stron słabego bryka.
Po co ktoś ma się starać. Wystarcza znajomości i doktorat wpada.
Wczoraj trafiłem na postępowanie habilitacyjne pana Kropiwnickiego (znanego landlorda). Obecnie radon nie działa, więc tego dzieła jeszcze nie widziałem, natomiast interesujące jest, że całe postępowanie trwało zaledwie 4 miesiące, gdzie zazwyczaj (także w naukach prawnych) jest to 8-9 miesięcy. Widać niektórzy są tak wybitni, że nie ma co zwlekać z przyznaniem im tytułu.
W tej chwili te circa 4 miesiące to raczej wymóg ustawowy - recenzent ma 2 miesiące na recenzję, są również limity na to ile czasu idzie od posiedzenia do posiedzenia.
Wśród humanistów zwłaszcza prawników czy politologów albo ekonomistów doktoraty maja wartość prac nie raz dyplomowych jak dawny mgr czy licencjat. Zwłaszcza wśród prawników, tytuł dr daje im możliwość zostania adwokatem lub radca prawnym po zdaniu egzaminów końcowych bez aplikacji. Większości takie doktoraty są pisane na bzdurne tematy typu myśl polityczna prawna Jana Pawla 2 na system prawny w Polsce lub inne bzdury albo prawie które potem się zmieni za parę miesięcy i wartość takiej pracy dyplomowej ma wartość makulatury. Generalnie na takich naukach jak prawo łatwo przepchać kiepskie doktoraty jak się ma poparcie kogoś ważnego na uczelni. Oni maja tytuły naukowe a w głowie pustkę intelektualna bo są wyedukowani w jednym kierunku jak konie i nie maja żadnej innej wiedzy z innych dziedzin. koleżanka łaziła po adwokatach czy radcach prawnych we wroclawiu aby pozwać lekarza o błędy medyczne, nikt nie wziął sprawy do sadu bo nie mieli doświadczenia ani nie rozumieli terminologii i procesów medycznych. Prawnik może na zamówienie polityczne napisać ze 2 +2 = 5, zwłaszcza jak dostanie jakaś posadę w organach publicznych, gdzie moze być pożytecznym idiota w rekach polityków, takich to w Polsce kupa specjalistów. Licza się kontakty. Znajdźcie doktorat byłego prezydenta z UJ i wrzucicie gdzieś na serwy, poczytamy te mądrości. To dużo tez świadczy o poziomie kadry ze pozwala przepychać takie gnioty, aby nie robić sobie konkurencji, promować na sile głąbów, bo moim zdaniem wśród kadry na tych kierunkach jest duza szansa znalezienia głąbów. Czytałem gniota Metzena bylem zażenowany poziomem tego referatu.
Tylko ty jesteś mądry i do tego bardzo skromny. Poziom bufonady wybija poza skalę.
Myślę, że ciekawą perspektywę porównawczą stanowiłyby opinie osób, które obroniły już doktorat. Z własnego środowiska wiem, że nie ma dla nich po prostu etatów. Za to na stanowiskach nadal są trzymane osoby 65/70+, które mają problemy z poruszaniem się, wzrokiem, głosem czy po prostu nie potrafią już przekazywać wiedzy. To od strony dydaktycznej. A od strony naukowej wiele z tych osób, już nie jest tak produktywnych, jak kiedyś. Na 10 przypadków osób, które zmian 70+, tylko dwie są jeszcze wliczane do N przy ewaluacji, chociaż i tak mają problem z zapełnieniem slotów publikacyjnych.
Kolejną kwestią jest to, że już od studiów I stopnia, studentom wprost odradzane jest rekrutowanie się do szkoły doktorskiej, co jest argumentowane tym, że to i tak nic im nie da, bo i tak nie znajdą tu (na macierzystej uczelni) zatrudnienia. Jednocześnie podczas posiedzeń rady naukowej dyscypliny przysłuchuję się z uśmiechem, jak to dyrekcja instytutu wraz z władzami szkoły doktorskiej żalą się, na małą liczbę chętnych w rekrutacji i szukają pomysłu, jak to zmienić. Co ciekawe w moim środowisku wydziałowym, to właśnie dziekan jest tą osobą, która jako przewodniczący komisji obron dyplomowych właśnie odradza studentom rekrutację do szkoły doktorskiej.
A na sam koniec dodam, że z mojego wydziału (3 dyscypliny), z ostatnich 4 lat, z łącznie ok. 70-80 doktorantów, a w zasadzie już doktorów, tylko dwoje z nich znalazło etat.
Czyli STAN SPOCZYNKU dla PROFESORÓW to dobry pomysł KRASP. Wprowadzić pomysł do USTAWY i będą etaty dla doktorów młodych.
Nie tylko KRASP, to dość oczywiste i znane w świecie rozwiązanie. Staruszkowie blokujący etaty na uczelniach i w instytutach zaczynają się już robić jedym z głównych problemów polskiej nauki. W moim instytucie też jest kilka osób dość wiekowych ale dyrekcja pilnowała jednego - jeśli ktoś ma pracować po 70-tym roku życia musi być ponadprzeciętnie produktywny. Tu wyczytałem kilka historii jeżących włos na głowie.
czasami jest tak ze nie ma etatów na uczelni bo ktoś pracuje na 2, 3 etatach ze studentami w danej dziedzinie
Pełna racja. Ja miałem to "szczęście", że znalazł się dla mnie etat, ale tylko dlatego, że jeden z profesorów po prostu poszedł na emeryturę a koleżanka na macierzyński i trzeba było ratować projekty. Nowych etatów obecnie nie ma. Żaden z profesorów 70+ na emeryturę się nie wybiera. Jeden już prawie nic nie widzi i ledwie chodzi, niczego nie uczy, tylko wszystkim stawia 4. Drugi ma sklerozę i zapomina imion współpracowników. I co? Czy coś robią? Oczywiście że nie. Publikacje mają, bo są dopisywani. Ale miejsce dla młodych zajmują. Grupy badawcze ledwie żyją, bo pracujących osób jest ledwie kilka, a tak to sami profesorowie, którzy zarządzają, samemu laboratorium nie widząc od lat.
Kończy się tak, że tych kilku adiunktów ledwie się wyrabia z dydaktyką i pracą badawczą. Na nasze prośby o zatrudnienie kogoś, choćby studenta na pół etatu, otrzymujemy stalą odpowiedz "nie ma pieniędzy".
Obecnie mamy ciekawą strukturę zatrudnienia. Kilku profesorów 70+, większość kadry po 50 i 3 osoby przed 40. A na Radzie wiecznie płacz, że za kilka lat będzie tragedia, bo jak ci 50+ osiągną wiek emerytalny, to nie będzie miał kto ich zastąpić. Ano nie będzie miał, bo żeby było inaczej, to trzeba ludzi zatrudniać.
Jeśli mam być szczery, to jest tragedia. Obecnie pracuje w zespole, który oficjalnie składa się z 9 osób, z czego w laboratorium pracują dwie. Ratuję się do tego dyplomantką, która mnie trochę odciąża w labie, gdy ja mam zajęcia dydaktyczne. W jaki sposób my mamy mieć wyniki? Przecież aby się rozliczyć w ankiecie, to musimy puścić w okresie 4 letnim 9 prac, co przy dwóch pracujących naukowcach jest nierealne.
"Na 10 przypadków osób, które zmian 70+, tylko dwie są jeszcze wliczane do N przy ewaluacji, chociaż i tak mają problem z zapełnieniem slotów publikacyjnych."
Nie rozumiem. Starsi profesorowie mogą czasem zostać dłużej na uczelniach/w instytutach, jeśli są ponadprzeciętnie produktywni. Jeśli ktoś taki nie wlicza się nawet do N - jaki jest sens blokowania etatu?
Ależ oczywiście, że profesorowie mogą i powinni zostać dłużej. Pod warunkiem, że są na tyle produktywni, że stanowią wartość dodaną. Jeśli są tylko po to, aby być, oficjalnie pobierając emeryturę i nie są wliczani do N, to jedyne co robią, to zajmują miejsce. Dodatkowo są utrudnieniem dla nowych dyrektorów, którzy nie mogą zarządzać jednostką po swojemu, gdyż zawsze mają byłego szefa za plecami, krytykującego wszystkie decyzje.
A dobrze wszyscy wiemy, że takich przypadków jest mnóstwo. Emerytowany profesor, były dyrektor, zazwyczaj nadal zajmuje swój gabinet a nowy dyrektor siedzi z zespołem. Ani to grzeczne, ani wygodne a tym bardziej, nie wpływa pozytywnie na zespół.
Ileż to razy z nowym dyrektorem wprowadzaliśmy bardziej efektywny system raportowania prac w projekcie, gdzie odhaczalismy na wykresie Gaunta wykonane zadania, dopisywalismy wyniki do prezentacji i na bieżąco wpisywaliśmy je w draft artykułu. Wszystko w chmurze, do której każdy miał dostęp. I co? I kończyło się na wielogodzinnych spotkaniach raz w tygodniu że starym dyrektorem, aby omówić wyniki, do których każdy ma dostęp. Dodatkowo, z racji wieku, Pan Profesor zapomina co było ustalone tydzień wcześniej i maglujemy te same tematy. Spotkanie zajmuje 4 godziny, które można poświęcić na pracę a nie na omawianie tego samego.
U mnie na wydziale połowa profesorów tytularnych (3/6) ma >70. Na innych wydziałach jest jeszcze gorzej. Na jednym wynosi to 100%. Kilkanaście lat temu, gdy byłem dziekanem, próbowałem coś z tym zrobić. Oczywiście nie dało się. W większości są to byli dyrektorzy instytutów, dziekani, a nawet prorektorzy. Mają takie układy, że są nie do ruszenia. Nie ma godzin, więc nie zatrudnia się młodych. Tragedia. Czy są ponadprzeciętnie produktywni? Ależ oczywiście! Rocznie wiele publikacji za 140 pkt. Co z tego, że większość w MDPI. Przecież to bardzo dobre wydawnictwo. Dlatego jego czasopisma mają tyle punktów na liście. W ubiegłym roku, gdy dla żartu kandydowałem na stanowisko dyrektora instytutu, zrobiłem z tego jeden z pięciu podstawowych punktów swojego programu, wiedząc, że będzie to gwóźdź do trumny. Ale chciałem chociaż pokazać, jak powinno być. Zacytowałem nawet I prawo Jonesa:
Anyone who makes a significant contribution to any field of endeavour, and stays in that field long enough, becomes an obstruction to its progress – in direct proportion to the importance of his/her original contribution.
Myślicie, że ktoś się przejął?
U mnie w byłej jednostce 3 pokoje były zajęte przez emerytowanych profesorów, którzy na uczelni pojawiali się raz czy dwa na kwartał. Natomiast w międzyczasie 9 doktorantów było upchanych w schowku na szczotki z 4 biurkami. :)
A ja bym spuszczał gilotynę w 70-te urodziny. A na osłodę wprowadził etat 'professor emeritus', który nie obciąża budżetu uczelni pensją, nie piastuje stanowisk kierowniczych, za to uczestniczy w pracach i jego publikacje są brane pod uwagę przez jednostkę i mogą być nagradzane. Że straci finansowo? Nie straci, dziś emerytura profesora może być wyższa od jego pensji. Nauka jest jak sport - to zabawa dla ludzi młodych.
Tutaj chodzi o kasę, nie chcą młodych ludzi aby zdobywali granty i dotacje na badania naukowe i się rozwijali naukowo to jest moje zdanie prywatne, jak ktoś zna więcej szczegółów niech mnie poprawi. Polska będzie dostawać wielomilionowe dotacje do 2027 roku na badania naukowe z UE a potem nie będzie takiego finansowania. Kase można łatwo przytulic i zasymulować badania zwłaszcza w naukach humanistycznych. To są bajki o biedzie. uczelnie dostają miliony od państwa i z UE. kasa jest przepalana albo źle wydawana albo rozkradana. jak macie zapal do nauki, studiujcie medycynę, lekarze w szpitalach powiatowych w Polsce maja zarobki z rzędu 100kola
A doktorat z medycyny też latwo zrobić jak się okazuje. Wystarczy przeprowadzic badania ankietowe z zadowolenia pacjentow z obsługi w szpitalu albo motywacji do tatuowania czy wpływu przewlekłej choroby na życie. Opublikować wyniki w byle czasopiśmie, nawet niedrogo bo może być polskie.
Przepraszam, ale co ma do rzeczy problem z poruszaniem się starszych profesorów? Lepsi są ci młodzi, którzy po znajomości zajmują etaty i fikcyjnie pracują niby robiąc doktorat? Z takim ostatnio przypadkiem się spotykam, choć jeszcze sprawa nie jest sfinalizowana. Może należy się przyjrzeć w jaki sposób robią naukowe doktoraty pracujący lekarze? Tajemnica poliszynela. Aż dziwne to jest, że choć proceder trwa od wielu lat, to jakoś nikt tego nie nagłaśnia.
Natomiast co to za uczelnia, która od studiów pierwszego stopnia zniechęca do pracy naukowej i uzyskania doktoratu? Robią to wykładowcy? W czyim interesie? Chyba nie własnym.
Istotnym problemem jest finansowanie stypendiów w Szkole Doktorskiej. Niestety w niektórych przypadkach ten obowiązek przeszedł na poziom Wydziałów co znacznie uszczupla subwencję.
Od profesora, który już tylko jest, nie prowadzi badań a jego pomoc w pisaniu artykułów opiera się na poprawie interpunkcji, nawet kot jest lepszy. Przynajmniej wprowadza przyjazna atmosferę a nie stres.
Za kota uczelnia nie ma tych osławionych punktów, czyli pieniędzy, a za profesora już tak. Dopóki taki jest system finansowania w Polsce, dopóty zawsze profesor będzie się bardziej liczył niż doktorant, adiunkt czy kot : -)
Nie jestem specjalnie dobry w punktologii ale zdaje mi się, że punktowane są publikacje a nie profesorowie. Uczelni bardziej opłaca się zatrudniać doktorów niż profesorów, bo ich prace są punktowane tak samo a pensje są niższe. Koty o ile mi wiadomo nic nie piszą.
Za profesora jest większa subwencja.
O tych punktach/pieniądzach za profesorów słyszę od naszych władz. Jest nacisk na osiąganie tytułu profesora zwyczajnego. To podobno jest opłacalne dla Wydziałów. Tyle mojej znajomości tego tematu.
Ja przyjmuję doktorantów pod warunkiem, że zadeklarują, że od nauki trzymać się będą z dala. Przynajmniej polskiej.
Przecież rezygnacja z kariery w nauce po doktoracie jest zjawiskiem pozytywnym. Na uczelniach powinni zostawać najlepsi (chociaż wiadomo, że tak nie jest) stanowiący około 20-30% ogółu.
Prawda to. Na swoim przykładzie napiszę, że zrobiłem doktorat 3 lata temu i znalazłem rok później zatrudnienie, bo akurat odszedł jeden z profesorów. Nigdy nie uważałem się za jednego z najlepszych studentów/doktorantów, ale chciałem coś tam zrobić i choć mieć dr przed nazwiskiem. Na uczelni jestem tylko po pieniądze - prowadzę zajęcia jeden/dwa dni w tygodniu, udaję, że pracuję nad publikacją punktowaną i zbieram forsę na spłatę kredytu. Pracy niewiele, a satysfakcja duża (że robię uczelnię w ch...). Ponadto przez dwa lata takiej pracy udało się nam z żoną odłożyć na 70% spłaty kredytu. Za niecałe dwa lata (koniec umowy) będziemy mieć spłacony kredyt na mieszkanie i ponadto dodatkowe oszczędności (ile jeszcze kilka lat temu ze studiów doktoranckich się dało odłożyć, bo były rozliczane ryczałtowo!). Jeśli zaproponują mi nową umowę, to będę dalej robił jak robię, aż stwierdzą, że nie wolno tak mało publikować i mieć niemal zerową aktywność konferencyjną. No ale pierwsza umowa pozwoli mi osiągnąć wyznaczony cel (spłata kredytu przy niewielkim nakładzie pracy) i tylko po to poszedłem pracować na uczelni. Wiem, że to słabe (zwłaszcza z punktu widzenia pasjonatów, ale ja nim nie jestem), ale tak planowaliśmy z żoną od początku. W ewentualnej nowej robocie (na razie pół etatu w urzędzie miasta od września) starał się będę bardziej, przede wszystkim dlatego że do pracy będę miał 6 minut pieszo, a nie komunikacją międzymiastową prawie 2 h. Pozdrowienia!
Nie pochwalam takiego zachowania, ale doceniam szczerość. To przykład tego, że wbrew temu co często się pojawią na tym forum, wymagania na uczelniach są zbyt małe, a nie zbyt duże.
Wcale nie trzeba też mieć rodzinnych koneksji, żeby złapać pracę na uczelni, bardziej kwestia w odpowiednim miejscu, w odpowiednim momencie. U mnie w sporej katedrze osób pracujących w podobny sposób jest co najmniej 5. Oczywiście na etacie badawczo-dydaktycznym.
Do czasu kiedy będzie dziadostwo w nauce, ani nauka, ani ci co chcą pracować w nauce nic się nie zmieni. Bryndza i biadolenie nic więcej, o przepraszam będzie powoływanych mnóstwo gremiów, komisji, rad itd. ... aż pojawi się na horyzoncie tęcza, to już będzie koniec nauki polskiej.